Rozdział XXXV

Zgryzoty Tomka. — Tomek łamie sobie głowę. — Kiedy wolno kraść. — Głęboki podkop.

Na rannej pogawędce pośród lasu Tomek mówił, że trzeba nam koniecznie mieć trochę światła, gdyż kopać po ciemku nie można. Radziłem dostać latarnię, ale on się na to nie zgodził, twierdząc, że latarnia daje za wiele światła, które może nas zdradzić. Mieliśmy więc poszukać pewnego gatunku drzewa, którego próchno, położone w zupełnie ciemnym miejscu, wydaje blask żywy, lecz nie rażący.

Zrobiwszy zapas tego drzewa i ukrywszy je w chwastach rosnących pod ogrodzeniem, usiedliśmy dla odpoczynku i pogawędki.

— E! Co to za robota! — rzecze Tomek wielce markotny. — Wszystko idzie łatwo, jak z płatka... Aż wstyd! Nie ma ani trudności, ani przeszkody. Dozorca więzienny? Nie istnieje. Kogóż więc uśpić napojem? A przecież w każdym przyzwoitym więzieniu powinien być. Nie ma nawet psa, którego można by otruć! Niby to trzymają Jima na łańcuchu! Ależ łańcuch na dziesięć stóp długości z obręczą na jednym końcu założoną na nogę więźnia i zamkniętą na kłódkę, drugim końcem przytwierdzony niby do nogi łóżka... Cóż z tego, kiedy dość unieść łóżko, żeby ogniwo zsunęło się z nogi! A wuj Silas? Każdemu wierzy, wszystkim daje klucz, nie pilnując tego Czarnego z głową podobną do jarmużu. Jim mógłby wprawdzie wyjść przez okno, ale jakże będzie uciekał z długim łańcuchem? Czysta zgryzota! Bo ten łańcuch to jedna jedyna trudność, wszystkie inne sam muszę wymyślać! Ha! Cóż robić, trzeba brać to, co jest, kiedy nie ma tego, co być powinno. W tym tylko jedna pociecha, że sami musimy stwarzać przeszkody ku większemu dla nas zaszczytowi! Bo powiedz, proszę. Odrzucamy latarnię, wiedząc, że jej światło może nas zdradzić. Gdybyśmy jednak nie pamiętali o tej niezbędnej dla wszystkich spiskowców ostrożności, to moglibyśmy pracować przy pochodni, taka to czujność!... Aha... Dobrze, że mi to na myśl przyszło... Musimy jak najprędzej zdobyć coś takiego, z czego można zrobić piłę...

— A na cóż nam piła?

— Jak to, na co? Trzeba przecież odpiłować nogę łóżka, o którą łańcuch zaczepiony.

— Po co? Sam dopiero mówiłeś, że wystarczy podnieść łóżko, żeby łańcuch sam opadł.

— Ach, Huck, z tobą prawdziwa zgryzota! Jakie ty masz dziecinne pomysły! Ty chyba nigdy w życiu nie czytałeś porządnej książki: ani pamiętników barona Trencka287, ani Casanovy288, ani Benvenuta Celliniego289, ani Henryka IV290, ani w ogóle żadnej pouczającej? Któż słyszał uwalniać więźnia tak pospolitym sposobem? To dobre dla starych panien, lecz nas niegodne. Nie, nigdy! Prawdziwe w tej kwestii powagi uczą tak: przepiłować nogę od łóżka, trociny połknąć, żeby nie zostało ani ździebełka, miejsce, gdzie noga przepiłowana, pomazać błotem albo tłustością, a wtedy najwprawniejsze oko nie spostrzeże przepiłowania. W chwili stanowczej wyciągniemy spod łóżka odpiłowaną nogę, łańcuch opadnie, no... i po wszystkim. Wtedy dopiero spuszczasz się po sznurowej drabinie do fosy, łamiesz nogę... bo taka drabina powinna nie dostawać na co najmniej dziewiętnaście łokci... A tam już czekają z końmi wierni wasale, podnoszą cię omdlałego, rzucają na siodło i lecisz z wiatrem w zawody do ojczyzny, do Langwedocji291, Nawarry292 albo gdzie indziej. To się nazywa uciekać z więzienia! Chciałbym, żeby wokoło tej budki była fosa. Jeżeli nam wystarczy czasu, wykopiemy ją jeszcze.

— Po cóż fosa — mówię — kiedy wykopiemy przejście podziemne?

Ale Tomek nawet nie słuchał, zapomniał o mnie i o świecie. Brodę podparłszy ręką, myślał, myślał nad czymś długo, nareszcie westchnął, wstrząsnął głową, znów westchnął i mówi:

— Nie, nie można. Nie ma naglącej konieczności. Nie można...

— Czego nie można? — pytam.

— Odpiłować nogi Jimowi.

— Ma się rozumieć, że nie można. A po cóż byś ty miał mu nogę odpiłowywać?

— Widzisz... bywało, że tak czyniły największe powagi! Nie mogąc, na przykład, pozbyć się kajdan, ucinają sobie rękę, żeby móc uciec. Ucięcie nogi byłoby więc jeszcze wspanialsze. Ale trzeba dać temu spokój. Nie ma dość naglącej konieczności, a w dodatku Jim jest Czarnym, nie zrozumiałby więc powodów, dla których taki zwyczaj przyjął się w Europie... Trzeba dać spokój! Ale, oto! Nietrudno mieć sznurową drabinę, możemy przecież podrzeć nasze koszule i ukręcić sznury, a z nich drabinę... To nawet bardzo łatwo. Taką drabinę poślemy Jimowi upieczoną w chlebie... Zawsze się tak robi. Można by i w pierogu upiec... W takim dużym, pulchnym...

— Co też ty gadasz, Tomku! Jim nie będzie potrzebował drabiny.

— Powinien jej potrzebować. Każdy ucieka po drabinie i on ją musi mieć.

— Ale cóż on z nią będzie robił?

— Co będzie robił? Niech ją w łóżko schowa! Przypuśćmy, że mu drabina będzie niepotrzebna, to schowa ją do łóżka i zostawi jako dowód, że ucieczka była obmyślana. Dlaczego nie wieść sprawy porządnie, tylko byle jak, po fuszersku? Żeby wstydu się najeść czy co?

— Ha — powiadam — kiedy tak jest napisane w prawidłach, to niechże już ma drabinę, jednak w takim razie musisz zezwolić, żebym z pościeli w swoim pokoju „pożyczył” jedno prześcieradło.

Odpowiedział, że zezwala. A przy tym wpadł widać jeszcze na nową myśl, bo mówi:

— A pożycz także i koszulę.

— Na cóż nam koszula?

— Potrzeba, żeby Jim miał na czym pisać dziennik.

— Dziennik? Jim nie umie pisać!

— To może przecież nakreślić na koszuli jakieś znaki! Zrobimy mu pióro z trzonka od łyżeczki albo z kawałka starej obręczy żelaznej.

— Ale, Tomku, czy nie lepiej wyrwać pióro z gęsi?

— Ach, ty tępa głowo! Czyż więźniowie mają na zawołanie gęsi? Oni sobie pióra muszą robić, i to zawsze z najtwardszego materiału: z lichtarza, ćwieka, jednym słowem z tego, co im się nawinie pod rękę! Całymi tygodniami, ba, miesiącami pracują nad zrobieniem takiego pióra, nad zaostrzeniem go o mur, bo inaczej ostrzyć nie można. Nawet gdyby się znalazło gęsie pióro, to ci go żaden porządny więzień nie użyje. Nie uchodzi!

— Dobrze już, dobrze. A z czegóż mu zrobimy atrament?

— Niektórzy przyrządzają go z łez i ze rdzy żelaza, ale czynią to tylko kobiety i byle jacy więźniowie; porządni używają zwykle własnej krwi. I Jim musi tak uczynić, a jeśli będzie potrzebował przesłać wiadomość o sobie, żeby ludzie wiedzieli, gdzie więziony, to ową wieść może wyryć widelcem na cynowym talerzu, który wyrzuci przez okno. Tak postępował więzień zwany Żelazną Maską293, a to był więzień co się zowie, porządny.

— Jim nie ma talerza cynowego. Noszą mu jeść w misce.

— To nic nie znaczy. Postaramy się o taki talerz.

— A jeżeli nikt nie przeczyta tego, co on napisze?

— A tobie co do tego, Huck, przeczyta czy nie przeczyta? Jego rzecz napisać, co trzeba, i wyrzucić talerz przez okno. Ty nie jesteś obowiązany umieć tego przeczytać, ani ty, ani drugi, ani trzeci. Niech sobie! Niech na całym folwarku nikt czytać nie umie... Prawie zawsze tak się zdarza, że to, co więzień napisze na talerzu albo na czym innym, pozostaje nieodczytane.

Dalszą rozmowę przerwał nam odgłos rogu wzywającego na śniadanie. Pobiegliśmy więc czym prędzej do domu.

Tego samego rana zajrzałem do szafy z bielizną i „pożyczyłem” z niej duże prześcieradło oraz białą koszulę. Znalazłem także jakiś stary worek, w który schowałem bieliznę, po czym poszliśmy do lasu, przynieśliśmy próchna, zwanego u nas „lisim ogniem”, i włożyliśmy je w tenże sam worek. Gdy powiedziałem Tomkowi o pożyczeniu bielizny, on nazywał to nie pożyczką, tylko kradzieżą, dodając jednak, że przedstawiciele więźnia muszą być obojętni na sposób zdobycia potrzebnych im przedmiotów i nikt im tego nie ma za złe. I więzień, i jego przedstawiciele mają zupełne prawo kraść wszystko, co tylko może ułatwić ucieczkę. Gdybyśmy nie byli więźniami, a!, to zupełnie co innego. Tylko nieuczciwy człowiek może kraść, nie będąc więźniem.

Postanowiliśmy zatem, że będziemy kraść wszystko, co nam wpadnie pod rękę. A jednak w kilka dni potem Tomek zrobił mi formalną scenę za to, że skradłem kawona z grzędy Czarnych po to, żeby go zjeść; kazał mi zaraz dać im centa, nie mówiąc, za co go daję.

— Źle mnie zrozumiałeś — mówił. — Mamy prawo kraść tylko to, co nam potrzeba.

— A właśnie kawon był mi potrzebny — odpowiadam.

— Nie, nie był ci potrzebny do ucieczki. Nie jesteś więźniem.

— Aha! Więc to w tym różnica?

— Naturalnie, że w tym. Jeżeli Jim potrzebuje noża, żeby nim zabić dozorcę, a ty mu ukradniesz i potajemnie go prześlesz, to nie kradzież, jeżeli zaś ukradniesz nóż dla siebie, to kradzież. Rozumiesz?

— Niechże tak będzie — odpowiedziałem.

Po tej rozmowie siedzieliśmy parę godzin spokojnie, czekając, aż każdy pójdzie do swej roboty i nikogo nie będzie na dziedzińcu. Wtedy Tomek zaniósł worek do owej przybudówki sąsiadującej z więzieniem Jima, ja zaś stałem na straży. Niedługo zabawiwszy, wrócił z próżnymi rękami, po czym usiedliśmy na stosie desek, żeby swobodnie porozmawiać. Ja milczałem, bo w takich razach zwykle zaczyna Tomek.

— Już wszystko mamy — powiada — oprócz narzędzi.

— Narzędzi? — pytam.

— Tak.

— Do czego?

— Do kopania. Nie będziesz przecież wygrzebywał dołu paznokciami.

— A te połamane szpadle i motyki? Czy ich nie starczy na wykopanie przejścia dla jednego człowieka, i to Czarnego?

Ale Tomek zwrócił na mnie spojrzenie tak pełne litości, że o mało nie rozpłakałem się z rozrzewnienia nad samym sobą.

— Hucku Finnie! Powiedz mi, proszę, czy ty słyszałeś kiedykolwiek, żeby więzień miał motyki i szpadle, i w ogóle wszystkie narzędzia nowoczesnego wynalazku, którymi by mógł wykopać dla siebie przejście podziemne? I pytam się ciebie, odpowiedz, jeżeli w ogóle potrafisz rozsądnie odpowiedzieć, czy zamiar ucieczki tym sposobem doprowadzonej do skutku miałby w sobie choć odrobinę bohaterstwa? W takim razie dlaczegóż by mu nie otworzyć kłódki? To jeszcze prościej, jeszcze łatwiej.

— W takim razie czegóż nam potrzeba?

— Parę noży składanych albo nawet i scyzoryków z większym ostrzem.

— Żeby nimi wykopać podziemne przejście z tej budy?

— Tak.

— A bierz cię licho, bo to szaleństwo!

— Ja nie wiem, czy to szaleństwo, ale wiem, ża tak wypada i trzeba postąpić! O żadnym innym sposobie ucieczki z więzienia nie słyszałem, pomimo że przeczytałem wszystkie książki, które uczą, jak należy postępować w takim razie. Przejście musi być wykopane składanym nożykiem, i to nie w miękkiej ziemi ani w piasku, lecz w skale. Praca tego rodzaju ciągnie się całe tygodnie, miesiące, lata, a czasem nawet i do końca życia. Ot, weź na przykład więźnia, który siedział w podziemiach warowni294 w porcie marsylskim. Jak ci się zdaje, ile on czasu kopał sobie przejście podziemne?

— Nie wiem.

— Zgaduj.

— Nie zgadnę. Miesiąc, półtora?

— Trzydzieści siedem lat! I wykopał przejście do samych Chin! Z niego trzeba brać wzór! Szkoda, że ta warownia nie stoi na skale.

— Jim nie zna nikogo w Chinach.

— A cóż to ma do rzeczy? I tamten nikogo nie znał. Ale ty zawsze podnosisz jakieś uboczne względy, odbiegając od głównej kwestii.

— Dobrze już, dobrze... Wszystko mi jedno, gdzie Jim wyjdzie, byle wyszedł, a i jemu także o nic więcej nie chodzi. Ale widzisz, trzeba jedno mieć na uwadze: Jim jest za stary, żeby kopał wyjście scyzorykiem. Nie wyżyje tak długo.

— Nie bój się, wyżyje. Zresztą nie będzie potrzebował trzydziestu siedmiu lat na wykopanie przejścia w miękkiej ziemi.

— Ile czasu potrwa taka robota?

— Nie może trwać tak długo, jak potrzeba, bo to za wielkie ryzyko. Do Nowego Orleanu niedaleko, wuj Silas niezadługo otrzyma stamtąd wiadomości. Otóż kopanie przejścia, które powinno trwać co najmniej parę lat, z powodu wyjątkowego położenia musi być bardzo przyśpieszone. Za to po ucieczce Jima można wmówić sobie, że robota trwała lat trzydzieści.

— Teraz rozsądnie mówisz — odpowiadam. — Przejście wykopiemy z łatwością, bez kłopotu, a jeżeli ci na tym zależy, to mogę powiedzieć, że sto pięćdziesiąt lat trwało kopanie. To już mi wszystko jedno, bylebyśmy postawili na swoim. No, a teraz trzeba ściągnąć ze dwa noże składane.

— Ściągnij trzy — mówi Tomek. — Z jednego musimy zrobić piłkę.

— Tomku — rzekłem — jeżeli nie będziesz tego uważał za bezbożność i lekceważenie uświęconych zwyczajów, to ci powiem, że tam pod ogrodzeniem, pomiędzy śmieciem i gratami, widziałem zardzewiałą piłę.

Ale on spojrzał na mnie z nieopisanym zniechęceniem i odrzekł:

— Ty się nigdy w życiu niczego nie nauczysz. Biegaj po noże. Pamiętaj, trzy nam potrzeba.

Ma się rozumieć, że pobiegłem.