Rozdział XXXVI

Piorunochron. — Tomek ma zasady. — Dla sławy a potomności. — Kradzież łyżek. — Najście psów. — Dobra rada.

Wieczorem, gdy wszyscy posnęli, pobiegliśmy, zszedłszy po piorunochronie, do przybudówki, żeby się zabrać do roboty przy świetle próchna. Tomek zalecił rozpoczęcie kopania tuż pod łóżkiem Jima, żeby przejście było pokryte kołdrą spadającą do ziemi. Kopaliśmy więc nożykami aż do północy, zmordowani strasznie i z pęcherzami na dłoniach, pomimo że robota wolno postępowała. Na koniec odzywam się do Tomka:

— Ależ my tego przez trzydzieści osiem lat nie wykopiemy!

Tomek nic nie odpowiedział, lecz westchnąwszy tylko, przestał kopać i przez długą chwilę tonął w zamyśleniu. Wreszcie rzekł:

— Na nic to się nie zda, Huck, co my robimy. Będąc w więzieniu, nie potrzebowalibyśmy się tak śpieszyć, bo nie zbywałoby nam na czasie. Zresztą kopiąc kilka minut dziennie, podczas zmian warty, nie mielibyśmy rąk w pęcherzach. Robota w ciągu wielu lat mogłaby być według wszelkich prawideł wykonana. My wszakże z powodu pośpiechu musimy kopać, nie tracąc czasu.

— Ale co robić, skoro noże wypadają nam z poranionych rąk?

— Niestety, widzę jeden sposób, wielce niemoralny, ale jedyny: dać spokój nożom składanym, a kopać... po prostu motykami.

— Złote słowa! Coraz mądrzejszą masz głowę, Tomku. Motyki! Nic innego, tylko motyki, a czy to moralnie, czy nie, to mniejsza o to... Ja przynajmniej nie dbam o moralność, od której mi pęcherze na dłoniach rosną. Czegóż ja chcę? Uwolnić Czarnego! Jeżeli więc najporęczniej mi osiągnąć ten cel motyką, biorę się do niej, zaś wszelkie tak zwane przez ciebie przykłady obchodzą mnie tyle, co zdechły szczur.

— Zgoda! — powiada Tomek. — Przystaję na motyki, bo... nie można inaczej, ale gdyby okoliczności były inne, nie zgodziłbym się na to ustępstwo i nie pozwolił na naruszenie prawideł, bo dobre jest dobrem, a złe złem, i człowiekowi nie wolno postępować źle, gdy mając olej w mózgu, wie, co się dobrem nazywa. Daj mi nożyk!

Widząc, że go nie ma pod ręką, podałem swój. Rzucił go na ziemię, wołając:

— Podaj mi nożyk!

Domyśliwszy się wreszcie, o co chodzi, podałem mu motykę, znalezioną wśród starych narzędzi. Wziął ją i ani słowa nie rzekłszy, zaczął kopać. Taki to był Tomek. Nic dziwnego: miał zasady!

Gdy znalazłem łopatę, zaczęliśmy pracować we dwóch: jeden kopał, a drugi odrzucał ziemię, na przemiany295. Po jakimś czasie musieliśmy zaniechać roboty, bo ręce, strasznie zbolałe, już nam odmówiły posłuszeństwa, dół jednak był wcale porządny. Tomek wyszedł pierwszy, ja w kilka minut za nim.

Następnego dnia Tomek ukradł łyżeczkę od herbaty i mosiężny lichtarzyk, żeby porobić z tego pióra dla Jima, ukradł także i sześć świec łojowych, ja zaś trzy talerze cynowe. Gdy Tomek twierdził, że to za mało, poradziłem wyrzucone przez Jima talerze zbierać w chwastach pomiędzy okienkiem a ogrodzeniem i dawać je znów Jimowi. Tomek uspokoił się więc i mówi:

— Teraz trzeba obmyślić sposób dostarczenia wszystkiego Jimowi.

— Przez dziurę, którą wykopiemy.

Spojrzał na mnie z pogardą i nazwawszy pomysł idiotycznym, pogrążył się w myślach. Po niejakiej chwili oznajmia, że są dwa czy trzy sposoby, ale że nie ma gwałtownej potrzeby natychmiast wybierać pomiędzy nimi. Teraz trzeba myśleć o robocie.

Tejże nocy, podszedłszy pod okienko więzienia, usłyszeliśmy chrapanie Jima, który spał tak mocno, że ani zaglądanie nasze, ani wrzucona do komórki świeca, ani hałas przy robocie nie rozbudziły go ze snu. Uwijaliśmy się też z motyką i z łopatą tak dzielnie, że po paru godzinach robota była skończona. Wsunąwszy się jeden za drugim w wykopane przez nas przejście, wyszliśmy akurat pod łóżkiem Jima, na środek budki. Tomek, znalazłszy wrzuconą poprzednio świecę, zapalił ją, ja zaś stanąłem nad łóżkiem śpiącego i patrząc na niego, przekonałem się, że nie wyglądał na znękanego niewolą więźnia.

Rozbudzony Jim tak się ucieszył, że o mało nie ryknął płaczem. Obsypawszy nas tysiącem pieszczot, prosił o pilnik dla przecięcia założonego na nogę łańcucha, bo chciał natychmiast być wolny.

Tomek wszakże zaczął mu dowodzić, jak dalece sprzeciwiałoby się to wszelkim prawidłom, a siadłszy obok Jima, opowiedział mu swoje plany, obmyślane według najlepszych wzorów, dodając przy tym, że w razie niespodzianego alarmu można wszystko zmienić. Ponieważ Jim zgadzał się na wszystko, więc zaczęliśmy rozmawiać o dawnych i o dzisiejszych czasach. Jim powiedział nam, że wuj Silas co dzień do niego przychodził dla odmówienia z nim modlitwy, a ciocia Salcia dowiaduje się, czy nie głodny i czy mu czegoś nie brakuje. „Oboje — mówił — tak są dla mnie dobrzy, że już lepszymi być nie mogli”. Tomek wypytywał o to i o owo, wreszcie rzekł:

— Teraz już wiem, przez nich ci prześlę, co trzeba.

— Nie czyńże tego — odparłem. — Do czego to podobne!

On jednak wcale na mnie nie zważał, co zresztą zawsze miał we zwyczaju, gdy mu jakiś plan zaświtał w głowie.

Zaczął więc wyliczać Jimowi wszystko, co mu ukradkiem prześlemy. Pieróg nadziany drabiną oraz inne większe przedmioty odda mu Nat, Czarny przynoszący jadło. Jim musi więc zachować ostrożność, nie dziwić się zaraz przy Czarnym ani nie rozłamywać pieroga, ani nie opróżniać koszyka. Przedmioty mniejszych rozmiarów przyniesie mu wujaszek Silas w kieszeniach swego palta, skąd Jim musi je wyciągać ukradkiem. To i owo może uda nam się przyczepić do tasiemek, którymi ciocia Salcia zawiązuje z tyłu swój fartuch, albo wsunąć je do kieszeni. Tomek wyszczególnił też owe przedmioty, objaśnił, do czego posłużą, i wspomniał wreszcie o dzienniku, który ma być pisany krwią na koszuli. Jim nie bardzo rozumiał, o co chodzi, ale wiedząc, że biali są rozumniejsi od niego, przyrzekał uczynić wszystko według rozkazu. Jim miał u siebie sporo cybuszków296 trzcinowych i tytoniu, użyliśmy więc w towarzystwie, a zabawiwszy się bardzo wesoło, poszliśmy spać.

Tomek był w wybornym humorze. Mówił, że nigdy w życiu lepiej się nie bawił, że tylko taka rozrywka jest godna rozumnego człowieka i że gdyby rzecz była możliwa, to należałoby przedłużyć tę szlachetną rozkosz na całe życie, a obowiązek wyswobodzenia Jima z niewoli przekazać potomkom.

Nazajutrz rano poszliśmy do drwalni, żeby ciężkim toporem porąbać mosiężny lichtarz na kilka niewielkich kawałków, które Tomek schował wraz z łyżeczką do kieszeni. Stamtąd udaliśmy się do kuchni Czarnych, a gdy ja rozmawiałem z Natem dla odwrócenia jego uwagi, Tomek wpakował jeden z kawałków lichtarza w podpłomyk przygotowany dla Jima. Ciekawość nas brała, jak się nam uda przesyłka.

Poszedłszy z Natem do więźnia, przekonaliśmy się, że poszło wybornie: zapuściwszy zęby w podpłomyk, o mało wszystkich nie wyłamał. Nie mogło udać się lepiej, sam Tomek to przyznał.

Jim nic nie dał po sobie poznać, ale potem był ostrożniejszy i nigdy nie wziął chleba do ust, dopóki go nie wypróbował widelcem w kilku miejscach.

Gdy raz staliśmy sobie w więzieniu Jima, prawdę mówiąc bardzo ciemnawym, nagle spod łóżka wybiega w podskokach jeden pies, potem drugi i tak dalej, aż do jedenastu! Zrobiło się tak ciasno, że szpilkę wetknąć byłoby trudno. Tam do licha! Zapomnieliśmy założyć łańcuch na drzwi prowadzące z podwórza do przybudówki. Czarny Nat krzyknął tylko rozpaczliwie: „Czary!” i przykucnąwszy na ziemi pomiędzy psami, jęczał jak na śmiertelnej pościeli. Tomek zaś silnym szarpnięciem otworzył drzwi na oścież i cisnął przez nie kawał mięsa z przyniesionego dla Jima posiłku.

Psy rzuciły się za mięsem jak szalone, Tomek wyszedł za nimi, a w pół minuty potem był już z powrotem, zamknąwszy drzwi jedne i drugie. Teraz dopiero dla uspokojenia Nata głaskał go i pieszczotliwie do niego przemawiał, pytając, czy mu się znów coś nie przywidziało... Nat, mrugając oczyma, drżącym jeszcze głosem powiada:

— Panicz znów powie, że ja głupi... Ale jeżeli ja tu nie widziałem ze sto... z milion może czy psów, czy diabłów, to niech tu na miejscu padnę... Tu, jak żyw. Paniczu... widziałem ich i czułem... Pełno ich było wszędzie... Żebym to ja chociaż raz jeden mógł trzymać w ręku takie straszydło!... Tego bym pragnął!

A Tomek na to:

— Wiesz, ja ci powiem, co mi się zdaje. Dlaczego one napadają na ciebie wtedy właśnie, gdy ze śniadania przychodzisz? Dlatego, że są głodne, tylko dlatego. Upiecz ty im pieróg taki, co to umyślnie dla strachów go pieką.

— A jakżeż ja, paniczu, potrafię upiec pieróg strachom? Ja nie wiem, jak się to robi... Nigdy nawet o takim pierogu nie słyszałem.

— Ha! Trudno, skoro ty nie umiesz, to ja sam upiekę.

— Paniczu! Złoty paniczu! Upiecze panicz? Ślady nóg panicza będę całować!

— Bądź spokojny, upiekę. Dla ciebie to uczynię, bo i ty wyświadczyłeś nam grzeczność, pozwalając zobaczyć tego Czarnego. Ale pamiętaj, trzeba ci być bardzo ostrożnym! Gdy tu wejdziemy, zaraz się od nas odwróć tyłem; niosąc miskę z pierogiem, nie zaglądaj do niej, niech cię Bóg broni. Nie patrz także na Jima, gdy miskę do rąk weźmie, bo się może zdarzyć nieszczęście. Przede wszystkim zaś nie dotykaj wcale tych rzeczy, które dla strachów będą przygotowane.

— Nie dotykać? Ja bym ich miał dotknąć? Co też panicz mówi? Za żadne skarby!