Rozdział XXXIX
Szczury. — Mili towarzysze. — Listy.
Wstawszy raniutko, pobiegliśmy do najbliższej wioski, do sklepiku, po pułapkę na szczury, najlepszą, jaką mogliśmy znaleźć, a po otworzeniu największej nory w niespełna pół godziny mieliśmy z piętnaście ogromnych szczurów, które w pułapce dużej jak klatka schowaliśmy pod łóżko cioci Salci. Ale mały Tomek, Tomasz Franklin Benjamin Jefferson Aleksander Phelps znalazłszy pułapkę, otworzył drzwiczki dla przekonania się, czy szczury wyjdą. I wyszły! Wszystkie, co do jednego! Na to wchodzi ciocia Salcia i my też wracamy z pająkami. Ciocia, stojąc na łóżku, krzyczy wniebogłosy, a szczury robią, co mogą, żeby ją rozerwać, skacząc po pokoju, przewracając koziołki — istna heca! Przetrzepała nas ciocia prętem co się zowie i trzeba było znów łapać szczury, które już były znacznie mniejsze. Zmarnowała się nasza praca przez tego nieznośnego bębna302!
Za to dobraliśmy sobie pająki jak na wystawę. Nałowiliśmy także żab, gąsienic i różnych takich stworzeń; chcieliśmy także zabrać i gniazdo szerszeni, ale nie udało się. Za to jaszczurek, małych węży domowych, odznaczających się pięknym ubarwieniem, znalazło się co niemiara. Wpakowaliśmy to wszystko do worka, zanieśliśmy go do swego pokoju, a że się już miało ku wieczorowi, siedliśmy do kolacji z ogromnym apetytem po całodniowej mozolnej pracy.
Po kolacji wracamy i... cóż państwo powiecie? Ani jednego węża! Worek był źle zawiązany i wszystko to się rozlazło. Nie bardzo się jednak zmartwiliśmy, wiedząc, że nie pójdą daleko i zawsze gdzieś w domu się znajdą. I prawda! Przez kilka dni nikt nie mógł się uskarżać na brak ich w domu. Zwieszały się z sufitów, leżały na półkach, a najczęściej zdarzało się, że spadały na talerz albo na szyję, wtedy gdy ich wcale nie potrzebowałeś. Ale przynajmniej było z nimi w domu bardzo ładnie, zwłaszcza że nic złego nikomu nie robiły.
Kto jednak z ciocią Salcią trafi do ładu! Do wszystkich węży, do najrzadszych nawet, złoto prążkowanych, miała „obrzydzenie”, jak mówiła. Nie mogła ich znieść! Co który na nią spadnie, to żeby nie wiem jak zajęta była robotą, rzuca wszystko i ucieka. Nigdy w życiu nie widziałem takiej grymaśnej kobiety. A krzyczała! Na drugim końcu świata było ją słychać. Nie chciała wziąć żadnego z nich nawet przez szczypce, a jeżeli, bywało, znalazł się któryś w jej łóżku, to wyskakiwała jak oparzona i podnosiła taki gwałt, jakby się palił cały dom.
Nawet wówczas, gdy już od tygodnia ani jednego węża nie było w domu, jeszcze się ciocia nie uspokoiła. Siedzi, bywało, i myśli o czymś — dosyć przyjść i delikatnie musnąć ją piórem po karku, żeby się zerwała na równe nogi, tak jakby chciała wyskoczyć z własnych pończoch. Istotnie, ciekawe to zjawisko! Tomek powiada, że wszystkie kobiety są takie, że już tak je Pan Bóg stworzył, nie wiadomo dlaczego.
Mniejsza o szturchańce, których nam ciocia nie szczędziła, bo ich nie czułem, ale co mieliśmy kłopotu ze zbieraniem węży, to strach! Nazbieraliśmy ich jednak sporo, jak również żab, jaszczurek i wszystkiego. Co to był za milutki kącik, ta komórka Jima, gdy się wszystko po niej rozpełzło! Jim nie mógł polubić pająków, a i one jego, że zaś po wszystkich kątach było ich pełno, więc biedny więzień nie wiedział, gdzie ma się podziać. Szczury, węże i kamień młyński tak przepełniały jego łóżko, że sam nie miał miejsca, a nade wszystko nie mógł spać. Ciągle się coś ruszało, mówił Jim, bo gady i szczury nie spały nigdy jednocześnie, lecz po kolei. Gdy spały węże, to szczury w harcach, a gdy one pozasypiały, wężom była w głowie zabawa. Zawsze więc jedne stworzenia leżały przy nim i pod nim, a inne roiły się poza nim. Gdy zaś ustąpił im z placu i przytulił się w jakimś kącie, to czyhały na niego pająki. Powiadał Jim, że jeżeli mu się uda wyjść z komórki, to już za żadne w świecie pieniądze nigdy nie wróci do więzienia.
Upłynęły tak trzy tygodnie. Przez ten czas przygotowaliśmy wszystko, jak należy. Koszula już dawno została przesłana (w pierogu), a Jim za każdym razem, gdy go ukąsił szczur, wstawał z łóżka i żywą krwią dopisywał parę słów w swoim dzienniku. Pióra zostały zaostrzone, napisy na kamieniu Jim wykuwał powoli; noga od łóżka przepiłowana była na dwoje, a trociny zjedliśmy obaj do szczętu tak starannie, że aż dostaliśmy kurczów żołądka. Były to widać jakieś niestrawne trociny! Ale przynajmniej dokonaliśmy prawie wszystkiego, obaj straszliwie zmęczeni, i Jim także.
Wujaszek pisał parę razy do właściciela plantacji pod Nowym Orleanem, żeby przybył zabrać niewolnika, odpowiedź jednak nie przychodziła, bo nie było na świecie ani takiego właściciela, ani plantacji. Stanęło więc na tym, że poda ogłoszenie do gazet w St. Louis, na którego wspomnienie aż mnie ciarki przeszły, widzę bowiem, że nie ma czasu do stracenia.
— Teraz trzeba rozsyłać anonimy — powiada Tomek.
— Po co? — pytam.
— Jako ostrzeżenie, że coś się gotuje. Takie ostrzeżenia bywają zawsze wysyłane w tej lub innej formie, bo przecież ktoś zwykle szpieguje w pobliżu zamku i zawiadamia o wszystkim komendanta. Gdy Ludwik XVI miał uciec z Tuileries303, wyśledzony został przez służącą. To równie wyborny środek, jak anonimy. Użyjemy jednego i drugiego. Jest też zwyczaj, że matka więźnia zamienia z nim ubranie: ona zostaje w więzieniu, a on ucieka w kobiecych sukniach. I to także zrobimy.
— Ale zastanów się, Tomku, po cóż my mamy ostrzegać, że coś się gotuje? Niech sami odkryją i niech się mają na baczności!
— Tak powinno być, ale czy to można na nich polegać? Sam przecież widzisz, jak postępowali od początku, my sami musieliśmy wszystko robić. Tacy łatwowierni! Toteż jeżeli my ich nie ostrzeżemy, nikt nam nie przeszkodzi i cała nasza praca, wszystkie zabiegi pójdą na nic, bo wszystko przejdzie bez wrażenia.
— Wiesz? Ja bym wolał, żeby tak było.
— Ty byś wolał! — pogardliwie powtórzył Tomek.
— Ależ ja nie narzucam swego zdania. Rób, jak uważasz, zgadzam się na wszystko. A jakże będzie z tą służącą?
— Ty nią będziesz. Zakradniesz się nocą i ściągniesz suknię tej dziewczyny, Mulatki.
— Zlituj się! Przecież to dopiero będzie hałas jutro rano! Ona nie ma zapewne innej sukni.
— Cóż z tego? Tobie suknia będzie potrzebna najwyżej tylko na kwadrans, na wsunięcie listu bezimiennego pod główne drzwi wejściowe.
— No, dobrze, wezmę suknię i list odniosę... Ale, co prawda, mógłbym go odnieść tak samo w swoim ubraniu.
— Tak, ale nie wyglądałbyś wtedy na służącą!
— Zapewne, że nie, ale nikt by nie widział, jak wyglądam.
— Cóż to ma do tego? Naszą rzeczą jest wypełnić wszystko, co do nas należy, prowadzić całą sprawę tak, jak to czynili znakomici i sławni więźniowie. A czy nas kto widzi, czy nie, to rzecz najmniejsza... Wiesz, Huck, nieraz myślę, że ty wcale nie dbasz o zasadę!
— No, nie powiem już nic: będę służącą, i do tego dziewczyną. A kto będzie matką Jima?
— Ja! Przebiorę się w suknię cioci Salci.
— To będziesz musiał pozostać w więzieniu podczas mojej ucieczki z Jimem?
— Nie na długo. Wypcham słomą ubranie Jima i położę taką lalkę na jego łóżku. Będzie to niby jego matka, za niego przebrana. A przez ten czas Jim ubierze się w suknię cioci, którą ja z siebie zdejmę, i wszyscy trzej razem uciekniemy. To jest nie uciekniemy, ale „ocalimy się ucieczką”, bo uciekają tylko zbrodniarze, zaś więźniowie niepospolici, na przykład królowie, „ocalają się ucieczką”.
Tomek napisał więc anonim, ja zaś tej samej nocy ściągnąłem suknię Mulatce, ubrałem się w nią i tak wystrojony poszedłem podsunąć list pod główne drzwi wejściowe. W liście było napisane tylko:
„Miejcie się na ostrożności. Czeka was wielka nieprzyjemność. Czuwajcie z wytężoną uwagą.
Wasz nieznany przyjaciel”.
Następnej nocy przybiliśmy do drzwi wejściowych rysunek nakreślony krwią przez Tomka, a przedstawiający trupią czaszkę na dwóch skrzyżowanych piszczelach, zaś później na drzwiach od tyłu Tomek narysował ogromną, „familijną”, jak mówił, trumnę.
Na całą rodzinę padł taki strach, że nigdy jeszcze nie widziałem nic podobnego. Gdyby cały dom był pełen duchów, zaczajonych w każdym kąciku i unoszących się w powietrzu, to i wtedy chyba nie byłoby większego popłochu. Tomek cieszył się, że tak dobrze idzie, twierdząc, że nigdy by się nie spodziewał takiego powodzenia.
— A to dlatego — mówił — że spełniamy swój obowiązek.
Lecz jeszcze nie wszystko było zrobione. Nazajutrz, o świcie, mieliśmy już przygotowany drugi list, nie wiedząc, co z nim zrobić, bo przez całą noc Czarny miał stróżować i obchodzić dom naokoło, żeby nikt nie miał dostępu do drzwi. Tomek zsunął się na dół po piorunochronie dla zbadania położenia, lecz okazało się, że Czarny siedzi pod drzwiami i śpi. Wsunąwszy mu więc list za kołnierz, powrócił tą samą drogą. W liście zaś tak było napisane:
„Nie zdradźcie mnie: jam wasz przyjaciel. Banda opryszków z kraju Indian zamierza wykraść dziś w nocy zbiegłego Czarnego, którego trzymacie w więzieniu. Użyli wszelkich środków dla wzbudzenia w was przestrachu, chcą bowiem, żebyście nie śmieli ruszyć się z domu i nie czynili im przeszkód. Ja także do ich bandy należę, lecz Boga mając w sercu, chcę ich opuścić i znów rozpocząć uczciwe życie, dlatego też zdradzam przed wami ich piekielne zamiary. O samej północy z dorobionym kluczem wejdą do komórki Czarnego. Ja mam stać na czatach i dać znak gwizdawką o niebezpieczeństwie lub zamiast tego beknąć jak owca. Potem zaś, gdy oni wezmą się do rozkuwania kajdan Czarnego, wy, wypadłszy z domu, zamknijcie na klucz opryszków, których też wybijecie co do jednego. Zaklinam, postępujcie według moich wskazówek: inaczej wzbudzicie podejrzenie i padniecie ofiarą nieszczęścia. Nagrody nie żądam; znajduję ją we własnym sumieniu, które chwali mój postępek.
Tenże nieznany wam przyjaciel!”.