Rozdział XXXVIII
Nowy kłopot. — Martwy głaz. — Przyjaciel samotnika. — Uroczy kwiat.
Okropnie dużo roboty mieliśmy z piłą i z piórami. Sam Tomek przyznawał, że napis będzie najprostszy, jaki może być: nie wyryty na ścianie, ale zaledwie wydrapany. Był jednak niezbędny według Tomka.
Więc gdy Jim i ja mordowaliśmy się nad zaostrzeniem piór, które on robił z kawałków połamanego lichtarza, ja zaś z łyżeczki, Tomek zaczął układać napisy, którymi Jim miał wyrazić swoje cierpienia. Że jednak Jim nie znał liter, Tomek zafrasowany postanowił litery sam nakreślić węglem, resztę zaś miał Jim wykonać. Myślałem, że tego wystarczy, aż Tomek woła:
— Zapomniałem o najważniejszym: napis nie może być ryty na deskach, ściany więzienia muszą być z kamienia, a jęki więźnia obijać się mogą tylko o martwe, nieczułe głazy. Postaramy się o głaz.
— Już wiem! Trzeba przynieść kamień, a przy jednym ogniu upieczemy dwie pieczenie. O staję300 stąd, pod młynem leży kamień młyński. Musimy go przynieść. Jim wyryje na nim swoje bolesne zwierzenia, a my użyjemy go zamiast osełki do wyostrzenia piór i wyzębienia piły.
Niezła to była myśl, ale i kamień niezłą też musiał mieć wagę, a trzeba go było przytoczyć. Zabraliśmy go bez przeszkody, ale niełatwo było toczyć kamień po nierównej drodze. Pomimo naszych wszelkich usiłowań, nie byliśmy w stanie zapobiec temu, żeby się od czasu do czasu nie przewracał, co nam za każdym razem groziło utratą nóg. Tomek godził się z myślą postradania jednej, ale ja wolałbym zachować obie.
W połowie drogi, gdy pot lał się z nas strugami, a nogi i ręce odmawiały już posłuszeństwa, musieliśmy przywołać Jima, który wypełznąwszy za nami przez wykopaną pod łóżkiem dziurę, dopomógł nam przytoczyć kamień.
Nasze przejście podziemne było dość duże, zawsze jednak nie takie, żeby można przesunąć przez nie duży głaz, Jim musiał więc bardzo rozszerzyć je motyką. Po czym Tomek narysował ćwiekiem litery i zasadził Jima do wykuwania ich, dawszy mu ćwiek zamiast dłuta, a żelazny gwicht znaleziony w przybudówce w miejsce młotka. Kazał mu kuć, dopóki wystarczy świecy, a potem ukryć kamień pod siennikiem i położyć się spać na nim. Gdy z naszą pomocą Jim założył łańcuch na nogę od łóżka, Tomek zapytał:
— Są tu pająki, Jim?
— Nie, paniczu, Bóg łaskaw, ani jednego.
— To nic! Wystaramy ci się o kilka.
— Paniczu złocisty, a po co? Po co mnie pająki? Ja się ich boję... Dla mnie pająk czy grzechotnik to wszystko jedno.
Tomek pomyślał trochę i powiada:
— To pyszna myśl! A gdzież byś go trzymał?
— Kogo, paniczu?
— Grzechotnika, ma się rozumieć!
— Łasko Boska! A panicz co mówi?! A przecież żeby tu miał ze mną mieszkać grzechotnik, tobym chyba głową wybił dziurę i uciekł.
— E! Jim, tak ci się zdaje. Z początku tylko bałbyś się grzechotnika, a potem oswoiłbyś go...
— Oswoił?
— I nawet bardzo łatwo. Każde zwierzę okazuje wdzięczność za pieszczoty i nie czyni krzywdy osobie, która ma o nie staranie. W książkach szeroko o tym piszą. Spróbuj: cóż ci szkodzi? Z początku będzie trudno, a potem, zobaczysz, przywiąże się do ciebie, nie odstąpi cię na krok, spać będzie z tobą, a nawet pozwoli ci swą głowę włożyć w usta.
— Mój paniczu, mój śliczny, niech panicz tego nie mówi! Nie mogę słuchać nawet... Co? Grzechotnik ma mi pozwolić, żebym włożył sobie w usta jego głowę? Mnie pozwoli? Cóż to? Robi mi łaskę czy co? Oho! Poczeka on, nim ja go o pozwolenie poproszę! Będzie ze mną spać? Nie chcę! Nie chcę! Paniczu!
— Miejże rozsądek, Jim. Każdy więzień musi posiadać jakieś obłaskawione stworzenie, a jeżeli nikt dotychczas nie próbował oswoić grzechotnika, to tym większa stąd sława dla ciebie. Zobaczysz, Jim, cały świat będzie wiedział o tobie.
— Nie, paniczu, dziękuję, co mi tam po sławie! Jak mnie wąż ukąsi, to się od sławy nie zagoi. Nie, nie, paniczu, nie chcę!
— Ach! Jim, czyż nie możesz nawet spróbować? Ja tylko chcę, żebyś spróbował. Nie uda się, to nie...
— Pewno, że się nie uda, jak mnie grzechotnik ukąsi... Nawet czasu nie będzie spróbować. Nie, paniczu, nie, kochanie moje złote, zrobię wszystko, co panicz każe, tylko niech to nie będzie takie głupstwo... A jeżeli mi tu przyniesiecie grzechotnika i każecie go oswajać, to ucieknę. Zobaczy panicz, że ucieknę... Bez pisania i bez drabiny.
— No, dobrze już, dobrze, skoro jesteś taki uparty, to nie... Nie chcesz grzechotnika, to ci przyniesiemy kilka jaszczurek, a ty im ponawlekasz po parę guzików na ogony i niech udają grzechotniki.
— Ja i tego paskudztwa nie mogę znieść, ale jeżeli już nie można bez nich, to niech tam... Niech panicz przyniesie... Żebym ja był wiedział, że to tyle kłopotu z tym siedzeniem w więzieniu i taki zachód...
— Ma się rozumieć, że jest zachód i kłopot, jeżeli wszystko idzie, jak się należy. Czy są tu szczury?
— Nie, paniczu, nie widziałem ani jednego.
— No, to ja ich kilka dostarczę.
— Kiedy ja i szczurów nie chcę, paniczu. Chwili spokoju z nimi nie ma, to coś gryzą, to skrobią, to biegają... A gdy człek zaśnie, to po nogach kąsają... Bo i to bywa! Nie, paniczu, jeżeli już koniecznie potrzeba, to niech panicz przyniesie jaszczurki, ale szczurów nie chcę! Co mi po tym?
— Dajże spokój, Jim. Nie ma więźnia bez szczurów. Każdy je ma i ty musisz mieć swojego. Powiadam ci: nie było przykładu, żeby więzień nie miał szczura! Oswoisz go, nauczysz sztuk i zobaczysz: będzie chodził po tobie śmiało, jak mucha. Ale trzeba, żebyś im grał na jakimś instrumencie, bo szczury przepadają za muzyką. Masz na czym grać?
— Mam grzebień, paniczu, i kawałek papieru, i gitarę z porwanymi strunami. Nie wiem, czy im się taka muzyka podoba.
— I jeszcze jak! Graj im byle jak, byleś grał, to dla nich dosyć. Trzeba ci wiedzieć, że wszystkie zwierzęta lubią muzykę, mianowicie, gdy są w więzieniu, a muzyka musi być smutna, płacząca... Na gitarze zaś, i to z porwanymi strunami, nie zagrasz nic wesołego. To im się bardzo podoba, zejdą się, obstąpią cię, skoczą ci nawet na głowę, byle słuchać! Widzisz, tak trzeba zrobić... Wieczorem, nim się położysz spać, i rano, bardzo rano usiądź na łóżku ze zwieszoną głową i zacznij przebierać palcami po strunach. Graj im: „Pękło ostatnie ogniwo...”, to je najwięcej rozrzewni... Zobaczysz! Pograsz jakieś parę minut i zaraz szczury, jaszczurki, pająki rozczulą się, powyłażą ze swoich dziur i wszystkie przyjdą do ciebie. To ci dopiero będzie uciecha!
— Dla nich może, paniczu, ale nie dla mnie. Żebym choć wiedział, na co to paniczowi potrzebne. Ale trudno, kiedy trzeba, to trzeba... Niech tam już! Pozłazi się ta gadzina do mnie, to przynajmniej w domu nie będzie dokuczać.
Tomek namyślał się jeszcze chwilkę, czy czasem czegoś nie zapomniał. W końcu powiada:
— Jeszcze jednej rzeczy zapomniałem. Jak ci się zdaje, Jim, czy mógłbyś tu pielęgnować jaką roślinę, której kwiat uroczy...
— Co do tego, to nie wiem, paniczu. Ciemnawo tu, na kwiatach się nie znam, a zachodu z tym sporo...
— Spróbuj, co ci szkodzi? Czynili to niektórzy więźniowie.
— Ja myślę, paniczu, że można by tu posadzić jakiś chwast: może pokrzywę? Ale kłopotu będzie dużo, a pożytku żadnego.
— Nie wierz temu. Ja ci przyniosę kilka krzaków pokrzywy i innego ziela, a ty je posadzisz tam w kącie. I pamiętaj nazywać je Picciolo301, bo tak się nazywa roślina, która rośnie w więzieniu. Będziesz ją łzami podlewał.
— Po co, paniczu? Jest przecież źródlanej wody pod dostatkiem.
— Ale więzień nie może używać źródlanej wody, musi podlewać łzami. Każdy tak czyni.
— Kiedy, proszę panicza, od wody daleko prędzej rośnie... A z tymi łzami to jeszcze nie wiadomo jak...
— To nie twoja rzecz. Łzami podlewaj i koniec...
— Zobaczy panicz, że przepadnie... Skądże ja zresztą wezmę łzy, skoro ja nigdy nie płaczę?
To ostatecznie przekonało Tomka. Pomyślał trochę i oznajmił, że jeżeli już nie inną roślinę, to musi pielęgnować cebulę. Przyrzekł też zajść do kuchni Czarnych i wziąwszy parę cebul, wrzucić je do imbryka, w którym co rano przysyłano Jimowi kawę. Jim skrzywił się trochę na kawę z cebulą i wyrzekł, że w ogóle za dużo ma roboty: pielęgnowanie uroczego kwiatu, przygrywanie szczurom, oswajanie jaszczurek i pająków, ostrzenie pióra, kucie napisów, prowadzenie dziennika, jednym słowem, więźniem będąc, tyle miał pracy i odpowiedzialności, jak nigdy przedtem. Zniecierpliwiony Tomek ostro zaczął mu wymawiać niewdzięczność.
— Jak to? — powiada. — Zdarza ci się sposobność, nie każdemu dana więźniowi, rozsławić swe imię po całym świecie, przekazać je pamięci potomnych, a ty nie umiesz tego docenić? Wstydź się, Jim! Inaczej o tobie myślałem.
Jim zawstydził się więc, uznał swą winę, przyrzekł nie wpadać w nią więcej i przejednał Tomka, po czym obaj udaliśmy się na wypoczynek.