10, 11. Sobota

Uciekłem w nocy zeszłego wtorku; dwa dni się tułałem, zbudowałem sobie w oddalonym miejscu drugie mieszkanie i usiłowałem, o ile możności, pozacierać swoje ślady. Ale odszukała mnie przy pomocy zwierzęcia, które oswoiła i nazwała wilkiem. Przyszła, wydając znowuż ten sam dźwięk i wylewając wodę z otworów, przez które patrzy.

Musiałem z nią wrócić, ale mam zamiar uciec stąd powtórnie, jak tylko będzie ku temu sposobność. A sama zajmuje się najgłupszymi rzeczami: między innymi starając się dowiedzieć, dlaczego takie zwierzęta jak lwy i tygrysy żywią się trawą i kwiatami, kiedy, jak powiada, mają takie zęby, że mogłyby zacząć pożerać się nawzajem. To głupio — chcieć, żeby jeden drugiego zabijał i żeby na świecie pojawiło się to, co, jak to rozumiem, nazywa się „śmiercią”: „śmierć”, jak mówiłem, nie pokazywała się jeszcze w „Parku”.

Z tego wszystkiego każdy może osądzić, ile w niej jest czułości.