oddział

leżę tu i co chwila sięgam między uda.

można od tego oszaleć. pościel się lepi

do skóry jak nasączone klejem tapety

do porowatych ścian.

te wszystkie wydzieliny — ślina na poduszce,

ropa w kącikach oczu, czasem, rzadziej,

krew. i słowa. to nie jest naturalne pisać

wiersze, ktoś powiedział.

łazienka jak średniowieczna izba tortur.

nos na kafelkach. maksymalne naprężenie,

przyznałabym się teraz do wszystkiego,

kto chce posłuchać?

lekarz z niezapisaną historią choroby się

wyłania. za nim prowadzą moją kroplówkę,

cewnik i talerz tabletek. żartują, że mocz

jest treściwy po

mojej wczorajszej lekturze — „schizma” na

szpitalnej szafce. jak ma się kurwa

motywację, to się wszystko zniesie. ja nie

mam kurwa motywacji.

wiem, że to oddział niedoszłych młodych

samobójców, z których tylko paru naprawdę

chciało umrzeć, nie rozróżniam ich jednak

od reszty.