straże

przy wejściu sprawdzali nadgarstki, więc

rany pochowały się cieknąc do wewnątrz,

wdech ukrył wypukłości; zamilkł poświst

tchawicy, z trudem ukrywając chorobę, co

zatruła flegmą niewidoczny pod ubraniem

żołądek. czytali i z oczu, więc pożółkłe

białka zbladły na zawołanie, pod nimi worki

skóry puste po nieprzespanej nocy napełniły

się ciepłą limfą. trzepot rzęs zagłuszył

wytrwały bolesny stukot maszyny parowej

poruszającej krwią w sinych naczyniach.

pająk sztucznego ciepła rozpełzł się po

zdrętwiałych od dawna policzkach, wargi

wydęły jak skrzela ogłuszonego na święta

karpia. zapomnieli popatrzeć na ręce, a

te drżały monotonnym drżeniem wiedząc,

że nie zdołają go ukryć. ostatnie ruchy

rękawic w pustych przepaściach kieszeni

i wreszcie wpuszczają do środka, gdzie

nieświadomy niczego bóg śpi na ołtarzu.