Rozdział III. Trup

Około godziny szóstej wieczorem, po skończeniu swej pracy, pan Filleul w towarzystwie swego pisarza, pana Brédoux, czekał na powóz, który miał go zawieźć do Dieppe. Był wzburzony i zdenerwowany. Dwukrotnie zapytał:

— Czy nie widział pan młodego Beautreleta?

— Dalibóg, nie, panie sędzio śledczy.

— Gdzież on może być, do diabła? Nie widziano go cały dzień.

Nagle przyszła mu do głowy jakaś myśl. Przekazał swoją teczkę pisarzowi, obiegł zamek i ruszył w stronę ruin.

W pobliżu wielkiej arkady, na ziemi usłanej sosnowymi szpilkami, twarzą w dół, z ręką podłożoną pod głowę, leżał Izydor. Zdawał się drzemać.

— Ejże, co pan robi, młody człowieku? Śpi pan?

— Nie śpię. Rozmyślam.

— Od rana?

— Od rana.

— Dobrze jest rozmyślać! Ale trzeba naprzód obejrzeć. Trzeba badać fakty, szukać poszlak, ustalać punkty wyjścia. Dopiero potem, przez rozmyślanie, porządkuje się to wszystko i odkrywa prawdę.

— Tak, wiem... to zwykła metoda... bez wątpienia dobra. Ale ja mam inną... Najpierw się zastanawiam, staram się przede wszystkim znaleźć, że się tak wyrażę, ogólny pomysł na sprawę. Potem wyobrażam sobie rozsądną i logiczną hipotezę zgodną z tą główną myślą. A potem dopiero sprawdzam, czy fakty pasują do mojej hipotezy.

— Dziwna metoda! I piekielnie skomplikowana.

— Metoda pewna, panie Filleul, podczas gdy pańska nie jest pewna.

— Ależ przecież fakty są faktami.

— Wobec byle jakich przeciwników, tak. Ale jeśli nieprzyjaciel jest sprytny, fakty bywają takie, jakie on wybierze. Te wspaniałe poszlaki, na których pan opiera swoje śledztwo, mógł swobodnie ułożyć po swojej myśli. I o ile chodzi o takiego człowieka jak Lupin, widzi pan, dokąd to może doprowadzić, do jakich błędów i głupstw! Sam Herlock Sholmes wpadł w pułapkę.

— Arsène Lupin nie żyje.

— Zgoda. Lecz zostaje jego banda, a uczniowie takiego mistrza są sami mistrzami.

Pan Filleul ujął Izydora za ramię i rzekł, prowadząc go:

— Słowa, młody człowieku. Oto, co jest ważniejsze. Niech pan dobrze posłucha. Ganimard, zatrzymany na razie w Paryżu, przybędzie dopiero za kilka dni. Z drugiej strony hrabia de Gesvres telegrafował do Herlocka Sholmesa, który przyrzekł swój przyjazd na przyszły tydzień. Młody człowieku, czy nie sądzi pan, że przyniosłoby to trochę sławy, gdyby powiedzieć tym dwóm znakomitościom w dniu ich przybycia: „Bardzo nam przykro, drodzy panowie, ale nie mogliśmy dłużej czekać. Sprawa już skończona”?

Nie można było bardziej otwarcie wyznać swojej bezsilności. Beautrelet powstrzymał uśmiech i udając, że dał się zwieść, odrzekł:

— Przyznam się panu, panie sędzio śledczy, że jeśli od razu nie byłem obecny przy pańskim śledztwie, to tylko dlatego, że miałem nadzieję, iż mi pan zechce powiedzieć o swoich rezultatach. Więc cóż panu wiadomo?

— Proszę bardzo. Wczoraj wieczór o godzinie jedenastej trzej żandarmi, których sierżant Quevillon zostawił na straży w zamku, otrzymali od sierżanta kartkę z krótką wiadomością, wzywającą ich czym najprędzej do Ouville, gdzie znajduje się ich oddział. Wsiedli natychmiast na koń i kiedy przybyli do Ouville...

— Stwierdzili, że z nich zadrwiono, że rozkaz był fałszywy i że nie pozostało im nic innego, jak wrócić do Ambrumésy.

— Tak właśnie zrobili, pod dowództwem sierżanta Quevillona. Ale ich nieobecność trwała półtorej godziny i w tym czasie dokonano zbrodni.

— W jakich okolicznościach?

— W okolicznościach najprostszych. Drabinę, wziętą z zabudowań folwarcznych, przystawiono do drugiego piętra zamku. Wycięto szybę, otwarto okno. Dwaj mężczyźni, uzbrojeni w ślepą latarkę, wtargnęli do pokoju panny de Gesvres i zakneblowali ją, zanim miała czas krzyknąć. Potem, związawszy ją sznurami, otwarli cicho drzwi do pokoju, w którym spała panna de Saint-Véran. Panna de Gesvres usłyszała stłumiony jęk, później szamotanie broniącej się osoby. Po minucie spostrzegła obu mężczyzn niosących jej kuzynkę, również związaną i zakneblowaną. Przeszli obok niej i wyszli przez okno. Wyczerpana, przerażona, panna de Gesvres zemdlała.

— A psy? Czy pan de Gesvres nie kupił dwóch prawie dzikich, wielkich psów, które puszczano na noc?

— Znaleziono je martwe, otrute.

— Przez kogo? Nikt nie śmiał się do nich zbliżyć.

— Tajemnica! W każdym razie jest faktem, że obaj mężczyźni przeszli bez przeszkód przez ruiny i wyszli znaną furtką. Przedarli się przez strzyżony szpaler, ominęli dawny kamieniołom. Nie dalej jak o pięćset metrów od zamku, u stóp tak zwanego Wielkiego Dębu zatrzymali się... i wykonali swój plan.

— Czemu, jeśli przyszli z zamiarem zabicia panny de Saint-Véran, nie zrobili tego w jej pokoju?

— Nie wiem. Możliwe, że zdarzenie, który ich do tego popchnęło, zaszło dopiero wtedy, gdy opuścili zamek. Możliwe, że dziewczynie udało się uwolnić z więzów. Otóż moim zdaniem znaleziony bandaż służył do związania jej dłoni. W każdym razie zabili ją u stóp Wielkiego Dębu. Dowody, które znalazłem, są niezaprzeczalne.

— A ciało?

— Ciała nie znaleziono, co zresztą nie powinno nas zbytnio dziwić. Prawdę mówiąc, ślad, za którym szedłem, zaprowadził mnie aż do kościoła w Varengeville, do dawnego cmentarza, położonego na szczycie skalistego brzegu. Jest tam urwisko, przepaść na przeszło sto metrów. A w dole skały i morze. Za dzień lub dwa mocniejszy przypływ wyrzuci ciało na brzeg.

— Oczywiście. To wszystko jest bardzo proste.

— Tak, wszystko to jest bardzo proste i nie sprawia mi żadnego kłopotu. Lupin zmarł, jego wspólnicy dowiedzieli się o tym i chcąc się zemścić, jak to napisali, zamordowali pannę de Saint-Véran. Wszystko to są fakty, których nawet nie trzeba było sprawdzać. Ale Lupin?

— Lupin?

— Tak, co z nim się stało? Najprawdopodobniej jego towarzysze zabrali jego ciało w tym samym czasie, w którym porwali młodą dziewczynę, ale jaki mamy na to dowód? Żadnego. Nie więcej wiemy o tym niż o jego pobycie w ruinach, nie więcej niż o jego śmierci lub życiu. I w tym leży cała tajemnica, drogi panie Beautrelet. Zabójstwo panny Rajmundy nie jest żadnym rozwiązaniem. Przeciwnie, jest komplikacją. Co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch miesięcy w zamku Ambrumésy? Jeśli nie rozszyfrujemy tej zagadki, młody człowieku, to przyjdą inni i sprzątną nam gratkę sprzed nosa.

— Którego dnia przyjadą tamci?

— We środę... może w czwartek...

Beautrelet zdawał się coś obliczać w myślach, potem oświadczył:

— Panie sędzio śledczy, mamy dziś sobotę. Muszę wrócić do liceum w poniedziałek wieczorem. Otóż w poniedziałek rano, jeśli pan będzie łaskaw zjawić się tu punktualnie o dziesiątej, postaram się pokazać panu klucz do tej zagadki.

— Doprawdy, panie Beautrelet... tak pan myśli? Jest pan pewny?

— Przynajmniej spodziewam się tego.

— A teraz dokąd pan pójdzie?

— Pójdę badać, czy fakty zechcą zgodzić się z ogólną ideą, którą zaczynam już dostrzegać.

— A jeśli się nie zgodzą?

— O, panie sędzio śledczy, to one nie będą miały racji — rzekł Beautrelet, śmiejąc się — a ja poszukam sobie innych, uleglejszych. Do widzenia w poniedziałek, czy tak?

— W poniedziałek.

W kilka minut później pan Filleul jechał do Dieppe, podczas gdy Izydor wsiadł na bicykl11, którego użyczył mu hrabia de Gesvres, i pomknął drogą do Yerville i Caudebec-en-Caux.

Istniał jeden punkt, co do którego młodzieniec pragnął wyrobić sobie zupełnie jasne zdanie, gdyż właśnie ten punkt wydał mu się najsłabszy u nieprzyjaciela. Przedmiotów o rozmiarach z czterech obrazów Rubensa nie da się zataić. Musiały gdzieś być. Jeśli na razie nie można było ich znaleźć, to czy nie dało się przynajmniej dojść do tego, jaką drogą zginęły?

Hipoteza Beautreleta była następująca: cztery obrazy rzeczywiście przewieziono automobilem, lecz przed przybyciem do Caudebec przeładowano je na inny automobil, który przekroczył Sekwanę powyżej lub poniżej Caudebec.

Pierwszy prom poniżej znajdował się w Quillebeuf, na drodze ruchliwej, zatem niebezpiecznej. Powyżej był prom w Maillerais, dużej, ale odizolowanej wiosce, z dala od głównych dróg.

Do północy Izydor przebył osiemnaście mil, które dzieliły go od Maillerais, i zapukał do drzwi położonej nad wodą gospody. Przespał się tam, a rano wypytywał przewoźników na promie.

Przejrzano księgę pasażerów. Żaden automobil nie przejechał w czwartek 23 kwietnia.

— A więc wóz z końmi? — poddawał Beautrelet. — Wózek? Furgon?

— Także nie.

Izydor kontynuował poszukiwania przez przez cały ranek. Miał już wyjeżdżać do Quillebeuf, kiedy kelner z gospody, w której nocował, powiedział mu:

— Tamtego ranka wróciłem z ćwiczeń wojskowych i widziałem wózek, ale on nie przejechał przez rzekę.

— Co proszę?

— Nie. Wyładowano go na barkę, która była przycumowana przy nabrzeżu.

— A ten wózek skąd przyjechał?

— O, poznałem go zaraz. To jeden z wozów furmana, ojca Vatinel.

— Który mieszka?

— W wiosce Louvetot.

Beautrelet zajrzał do swojej mapy sztabowej. Wioska Louvetot leżała na skrzyżowaniu drogi z Yvetot do Caudebec z małą, krętą drożyną, która szła przez lasy do Maillerais!

Dopiero o szóstej wieczór Izydorowi udało się znaleźć w knajpie ojca Vatinel, jednego z tych starych wilków normandzkich, którzy zawsze mają się na baczności, nie dowierzają obcym, lecz nie potrafią oprzeć się urokowi sztuki złota i wpływowi kilku szklaneczek.

— Tak, mój panie, ludzie z automobilu umówili się ze mną tego ranka na spotkanie o piątej na skrzyżowaniu. Dali mi cztery wielkie sztuki, takie wysokie. Jeden z nich pojechał ze mną i zanieśliśmy te rzeczy na barkę.

— Mówi pan o nich, jakby ich pan już znał.

— Ja myślę, żem ich znał! Pracowałem dla nich już szósty raz.

Izydor zadrżał.

— Powiada pan, szósty raz?... A od kiedy?

— Ależ każdego dnia przed tamtym, jak Boga kocham! Ale wtenczas to były inne kawałki... duże kamieniska, a nawet mniejsze, podłużne, które pozawijali w gazety i przenosili jak sakrament. O! Tych to nie wolno było tknąć... Ale co to panu? Tak pan zbladł.

— To nic... duszno w tej sali.

Beautrelet wyszedł, chwiejąc się. Radość z powodu niespodziewanego odkrycia oszołomiła go. Wrócił zupełnie spokojnie, wieczorem położył się spać we wsi Varengeville, następnego dnia rano spędził godzinę w merostwie12 z nauczycielem i wrócił do zamku. Oczekiwał go tam list „z listami J. W. Pana hr. de Gesvres”. Zawierał te słowa:

Drugie ostrzeżenie. Milcz. Inaczej...

— Ejże — mruknął — trzeba się jakoś zabezpieczyć. Inaczej, jak oni piszą...

Była godzina dziewiąta. Izydor przeszedł się wśród ruin, potem wyciągnął się w pobliżu wielkiej arkady i zamknął oczy.

— Cóż, młody człowieku, zadowolony pan ze swojej wycieczki?

Był to pan Filleul, który przybył o oznaczonej godzinie.

— Zachwycony, panie sędzio śledczy.

— To znaczy?

— To znaczy, że jestem gotów dotrzymać obietnicy... mimo tego listu, który mnie wcale nie zachęca.

Pokazał list panu Filleul.

— Ba, głupstwo! — zawołał sędzie śledczy. — Mam nadzieję, że to pana nie powstrzyma...

— Od opowiedzenia panu tego, co wiem? Nie, panie sędzio śledczy. Przyrzekłem i dotrzymam słowa. Przed upływem dziesięciu minut będziemy znali część prawdy.

— Część?

— Tak, moim zdaniem kryjówka Lupina nie stanowi całego problemu. Daleko do tego. Ale zresztą zobaczymy.

— Nic ze strony pańskiej, panie Beautrelet, nie zdołałoby mnie wprawić w większe zdumienie. Lecz jak pan mógł odkryć?...

— O, całkiem po prostu. Jest w liście pana Harlingtona do pana Stefana Vaudreix, a raczej do Lupina...

— Mówi pan o tym przejętym liście?

— Tak. Jest tam zdanie, które mnie zawsze intrygowało. Mianowicie następujące: „Do wysyłki obrazów może Pan dołączyć resztę, jeśli się Panu uda, w co bardzo wątpię”.

— Istotnie, przypominam sobie.

— Co to była za reszta? Dzieło sztuki, jakaś osobliwość? W zamku nie było nic kosztownego prócz Rubensów i gobelinów. Klejnoty? Jest ich mało i miernej wartości. Więc cóż? A z drugiej strony, czy można było przypuszczać, żeby ludzie jak Lupin, tak nadzwyczajnie zdolni, nie byli w stanie wysłać tej reszty, którą najwidoczniej zaproponowali? Przedsięwzięcie trudne, zapewne, wyjątkowe, nieprzewidziane, zgoda, ale możliwe, więc pewne, ponieważ tego chciał Lupin.

— Tymczasem nie udało mu się: nic nie zginęło.

— Przeciwnie, udało mu się: coś zniknęło.

— Tak, Rubensy, ale...

— Rubensy i jeszcze coś innego... coś, co zastąpiono rzeczą identyczną, jak to zrobiono z Rubensami. Coś bardziej wyjątkowego, coś rzadszego i cenniejszego od Rubensów.

— Więc co takiego? To staje się męczące.

Idąc wciąż wzdłuż ruin, obaj mężczyźni zwrócili się ku furtce i doszli do kaplicy.

Beautrelet zatrzymał się.

— Chce pan wiedzieć, panie sędzio śledczy?

— Czy chcę wiedzieć!

Beautrelet miał w ręku mocną, sękatą laskę.

Gwałtownie, jednym uderzeniem laski roztrzaskał jedną ze statuetek, które zdobiły portal kaplicy.

— Ależ pan zwariował! — krzyknął pan Filleul, wytrącony z równowagi, i rzucił się ku szczątkom statuetki. — Pan zwariował! Ten stary święty był cudowny...

— Cudowny! — rzekł Izydor, robiąc młynka, którym trącił Matkę Boską.

Pan Filleul chwycił go za ramię.

— Ależ nie pozwolę panu popełniać...

Podskoczył jeszcze jeden z magów, potem żłobek z dzieciątkiem Jezus...

— Jeszcze jeden ruch, a strzelę!

To hrabia de Gesvres nadszedł i wyciągnął rewolwer.

Beautrelet wybuchnął śmiechem.

— Niechże pan do nich strzela, panie hrabio... Niech pan do nich strzela... jak na jarmarku... Dalej... w tego człowieka, co trzyma głowę w dłoniach...

Święty Jan podskoczył w górę.

— Ach! — zawołał hrabia, mierząc w niego z rewolweru. — Taka profanacja takich arcydzieł!

— Tandeta, panie hrabio!

— Co? Co pan mówi? — zawołał pan Filleul, usiłując rozbroić hrabiego de Gesvres.

— Tandeta! — powtarzał Beautrelet. — Masa papierowa!

— Ach!... Czyż to możliwe?...

— Pianka! Pustka, nic!

Hrabia schylił się i podniósł kawałek statuetki.

— Niech się pan dobrze przypatrzy, panie hrabio... Gips! Gips patynowany, pokryty sztuczną pleśnią, pozieleniały jak stary kamień... Ale gips, odlewy z gipsu... Oto, co zostało z doskonałego arcydzieła... Oto, co zrobili w ciągu kilku dni!... Oto, co sporządził imć pan Charpenais, kopista Rubensa, rok temu.

Z kolei chwycił za ramię pana Filleul.

— Co pan o tym myśli, panie sędzio śledczy? Czyż to nie piękne? Nie ogromne? Nie gigantyczne? Kaplica skradziona! Cała kaplica skradziona, kamień po kamieniu! Cały ludek posążków wzięty w niewolę i zastąpiony przez poczciwców ze stiuku13! Jeden z najwspanialszych okazów z epoki niezrównanej sztuki skonfiskowany! Słowem, kaplica skradziona! Czyż to nie straszne? Ach, panie sędzio śledczy, cóż to za genialny człowiek!

— Daje się pan ponieść emocjom, panie Beautrelet.

— Nie da się nazbyt ponieść się emocjom, proszę pana, kiedy chodzi o takich ludzi. Wszystko, co przerasta przeciętność, godne jest uwielbienia. A ten przerasta wszystko. Jest w tej kradzieży bogactwo koncepcji, siła i potęga, spryt i swoboda, które wywołują we mnie dreszcz.

— Szkoda, że nie żyje — szydził pan Filleul — inaczej byłby skończył na kradzieży wież Notre Dame.

Izydor wzruszył ramionami.

— Niech pan nie szydzi. Ten człowiek, choć martwy, sprawia panu sporo kłopotu.

— Ależ nie przeczę... ależ nie przeczę, panie Beautrelet, i przyznaję, że nie bez pewnego wzruszenia przygotowuję się do podziwiania go... jeśli tylko jego towarzysze nie zabrali jego ciała.

— I przede wszystkim — zauważył hrabia de Gesvres — jeśli to jego zraniła moja siostrzenica.

— To był z pewnością on, panie hrabio — stwierdził Beautrelet. — To z pewnością on, proszę wierzyć, padł wśród ruin od kuli, którą ugodziła go panna de Saint-Véran. To z pewnością jego widziała, jak się podniósł i upadł ponownie, i powlókł się do wielkiej arkady, żeby się podnieść po raz ostatni — a to za pomocą cudu, który panu zaraz wyjaśnię — żeby się podnieść po raz ostatni i dotrzeć aż do tej kamiennej kryjówki, która miała stać się jego grobowcem.

I Beautrelet uderzył laską w próg kaplicy.

— Co? Jak? — krzyknął zdumiony pan Filleul. — Jego grobowcem?... Więc pan sądzi, że ta niedocieczona kryjówka...

— Znajduje się tutaj, tutaj... — powtórzył Izydor.

— Ależ myśmy ją przeszukali.

— Źle.

— Tu nie ma żadnej kryjówki — zaprotestował hrabia de Gesvres. — Znam tę kaplicę.

— Przeciwnie, panie hrabio, jest tu jedna kryjówka. Proszę pójść do merostwa w Varengeville, gdzie zebrano wszystkie dokumenty, które znajdowały się w dawnej parafii Ambrumésy, a dowie się pan z tych dokumentów, pochodzących z osiemnastego wieku, że pod kaplicą istniała krypta. Ta krypta należała bez wątpienia do kaplicy romańskiej, na której miejscu zbudowano tę właśnie.

— Lecz skąd Lupin mógłby znać ten szczegół? — zapytał pan Filleul.

— Całkiem po prostu, dzięki pracom, jakie musiał wykonać, żeby ukraść kaplicę.

— Ej, panie Beautrelet, pan przesadza. Przecież nie ukradł całej kaplicy. Nie tknął przecież żadnego kamienia z tego muru.

— Oczywiście podrobił i wymienił tylko to, co miało wartość artystyczną: obrobione kamienie, rzeźby, posążki, cały skarbiec małych kolumienek i cyzelowanych okien ostrołukowych. Nie zajmował się samą podstawą budynku. Fundamenty zostały.

— A zatem, panie Beautrelet, Lupin nie mógł dotrzeć aż do krypty.

W tej chwili pan de Gesvres, który zawołał jednego ze swych służących, wrócił z kluczem do kaplicy. Otworzył drzwi i wszyscy trzej weszli.

Po chwili badania Beautrelet zaczął:

— Płyty posadzki zostały oczywiście nietknięte Lecz łatwo spostrzec, że główny ołtarz jest odlewem. Otóż zazwyczaj schody wiodące do krypt zaczynają się przed głównym ołtarzem i idą pod nim.

— Z czego pan to wnosi?

— Wnoszę z tego, że właśnie tu pracując, Lupin znalazł kryptę.

Przy pomocy kilofa, który kazał przynieść hrabia, Beautrelet zabrał się do ołtarza. Kawałeczki gipsu odskakiwały na prawo i lewo.

— Do kroćset — mruknął pan Filleul — strasznie chciałbym wiedzieć...

— I ja też — rzekł Beautrelet, którego oblicze było blade z niepokoju.

Podwoił szybkość ciosów. I nagle kilof, który dotąd nie napotykał żadnego oporu, natknął się na coś twardego i odbił się. Rozległ się dźwięk, jakby coś się pękło, i to, co pozostało z ołtarza, zapadło się w pustkę po kamiennym bloku, w który uderzył kilof. Beautrelet nachylił się. Uderzył go w twarz powiew zimnego powietrza. Zapalił zapałkę i przesuwał ją nad szczeliną.

— Schody zaczynają się bardziej od przodu, niż sądziłem, prawie pod płytami u wejścia. Widzę tam, na dole, ostatnie stopnie.

— Głęboko?

— Trzy czy cztery metry... Stopnie są bardzo wysokie... i brakuje niektórych.

— To nieprawdopodobne — rzekł pan Filleul — żeby podczas krótkiej nieobecności żandarmów, kiedy porwano pannę de Saint-Véran, żeby wówczas wspólnicy mieli czas wyciągnąć ciało z tej krypty. A zresztą, po cóż by to robili?... Nie, moim zdaniem, on tam jest.

Służący przyniósł im drabinę, którą Beautrelet wsunął w otwór i po omacku osadził w zwalonym gruzie. Potem energicznie ujął poręcze drabiny.

— Czy chce pan zejść, panie Filleul?

Sędzia śledczy, ze świecą w dłoni, odważył się wejść. Za nim poszedł hrabia de Gesvres.

Z kolei Beautrelet postawił nogę na pierwszym szczeblu.

Było ich osiemnaście. Liczył je machinalnie, podczas gdy jego wzrok badał kryptę, w której światło świecy walczyło z gęstymi ciemnościami. Na dole uderzył go gwałtowny, potworny zapach, jeden z tych zapachów padliny, których samo wspomnienie dręczy.

Och, ten zapach! Jakże go zemdlił!

I nagle drżąca ręka schwyciła go za ramię.

— Tak? Co takiego?

— Beautrelet... — wyjąkał pan Filleul. — Beautrelet...

Nie mógł mówić, zdjęty przerażeniem.

— Ależ, panie sędzio śledczy, niech się pan opanuje...

— Beautrelet... on tu jest...

— Co?

— Tak... Coś było pod wielkim kamieniem, który oderwał się od ołtarza... Odsunąłem kamień... i dotknąłem... Brr... nie zapomnę nigdy...

— Gdzie on jest?

— Z tej strony... Czy pan czuje ten zapach?... A dalej... Niech pan patrzy...

Ujął świecę i skierował ją w stronę jakiegoś nieruchomego kształtu leżącego na ziemi.

— Och! — wykrzyknął Beautrelet z akcentem grozy.

Trzej mężczyźni pochylili się gwałtownie. Trup leżał półnagi, chudy, przerażający. Przez podarte ubranie przezierało miejscami ciało o zielonkawym odcieniu wosku. Lecz najstraszniejszą rzeczą, która wydarła młodzieńcowi z ust okrzyk grozy, była głowa, głowa, którą zmiażdżył blok kamienny, bezkształtna, ohydna masa, w której nie można było już niczego rozróżnić... A kiedy przywykli do ciemności, zobaczyli, że całe to ciało roiło się w okropny sposób...

Beautrelet kilkoma susami dostał się na szczyt drabiny i wymknął się na światło dzienne i świeże powietrze.

Pan Filleul znalazł go znowu leżącego na brzuchu, z twarzą ukrytą w dłoniach. Odezwał się do niego:

— Moje pełne uznanie, Beautrelet. Poza odkryciem kryjówki były dwa punkty, na których mogłem skontrolować ścisłość pańskich twierdzeń. Najpierw, człowiekiem, do którego strzeliła panna de Saint-Véran, był istotnie Arsène Lupin, jak pan twierdził od początku. A po drugie, rzeczywiście mieszkał on w Paryżu jako Stefan de Vaudreix. Bielizna jest oznaczona inicjałami S. V. Zdaje mi się, nieprawdaż, że ten dowód wystarcza...

Izydor nie poruszył się.

— Hrabia poszedł, żeby kazać zaprząc. Pojadą po doktora Jouet, który dokona zwykłych oględzin. Co do mnie, sądzę, że śmierć nastąpiła co najmniej osiem dni temu. Stan rozkładu ciała... Ale zdaje się, że mnie pan nie słucha?

— Przeciwnie, przeciwnie.

— To, co mówię, opiera się na stanowczych danych. Tak na przykład...

Pan Filleul rozwijał swój wywód, nie spotykając się jednak z żadnymi wyraźnymi oznakami uwagi. Lecz powrót pana de Gesvres przerwał jego monolog.

Hrabia wrócił z dwoma listami. Jeden oznajmiał mu przybycie Herlocka Sholmesa następnego dnia.

— Cudownie — zawołał pan Filleul, ogromnie ucieszony. — Inspektor Ganimard również przyjeżdża. To będzie wspaniałe.

— Ten drugi list jest dla pana, panie sędzio śledczy — rzekł hrabia.

— Coraz lepiej — powiedział pan Filleul po przeczytaniu. — Ci panowie stanowczo nie będą mieli wiele do roboty. Panie Beautrelet, donoszą mi z Dieppe, że znaleźli dziś rano na skałach zwłoki młodej kobiety.

Beautrelet podskoczył.

— Co pan mówi? Zwłoki...

— Młodej kobiety... Zwłoki okropnie zmienione, dodają, których tożsamości nie udałoby się wcale stwierdzić, gdyby nie został na prawym ramieniu mały złoty łańcuszek, bardzo cienki, który się wpił w nabrzmiałą skórę. Otóż panna de Saint-Véran nosiła na prawym ramieniu złoty łańcuszek. Najwidoczniej więc chodzi tu, panie hrabio, o pańską nieszczęśliwą siostrzenicę, którą tam wyrzuciło morze. Co pan o tym myśli, panie Beautrelet?

— Nic... nic... a raczej tak... wszystko się wiąże, jak pan widzi i niczego już nie brak mojej argumentacji. Wszystkie fakty, jeden po drugim, nawet najsprzeczniejsze, najbardziej zbijające z tropu, ostatecznie popierają hipotezę, którą pomyślałem od pierwszej chwili.

— Nie rozumiem pana dobrze.

— Niebawem pan zrozumie. Niech pan nie zapomina, że przyrzekłem panu całą prawdę.

— Ale mnie się zdaje...

— Trochę cierpliwości, panie sędzio śledczy. Jak dotąd nie mógł się pan na mnie skarżyć. Jest ładny dzień. Niech się pan przejdzie, zje śniadanie w zamku, wypali fajeczkę. Ja zaś wrócę za cztery do pięciu godzin. A co do mego liceum, to trudno, pojadę o północy.

Dotarli do zabudowań wiejskich za zamkiem. Beautrelet wskoczył na rower i oddalił się.

W Dieppe zatrzymał się w redakcji dziennika „La Vigie” i kazał sobie pokazać numery z ostatnich piętnastu dni. Następnie odjechał do Envermeu, oddalonego o dwanaście kilometrów. W Envermeu porozmawiał się z merem, z proboszczem i z posterunkowym. Na wieży kościelnej wybiła trzecia. Jego badania były skończone.

Wracał, śpiewając z radości. Jego nogi naciskały w równym i silnym rytmie na pedały, pierś wchłaniała głęboko świeży powiew idący od morza. Od czasu do czasu rzucał ku niebu okrzyki tryumfu, myśląc o celu, do którego dążył, i o swych szczęśliwych wysiłkach.

Ukazało się Ambrumésy. Puścił się największym pędem po stoku, który opadał ku zamkowi. Stuletnie drzewa obrzeżające drogę podwójnym szeregiem jakby biegły naprzeciw niego i ginęły natychmiast za nim.

I nagle krzyknął. Spostrzegł linę ciągnącą się od jednego drzewa do drugiego, w poprzek drogi.

Pojazd zatrzymał się w jednej chwili. Beautrelet z niesłychaną gwałtownością wyleciał na trzy metry do przodu. Miał wrażenie, że jedynie przypadkiem, cudownym przypadkiem uniknął sterty kamieni, gdzie, logicznie rzecz biorąc, byłby rozbił głowę.

Przez kilka sekund leżał oszołomiony. Potem, cały potłuczony, z poranionymi kolanami, zbadał miejsce. Z prawej strony rozciągał się lasek, przez który bez wątpienia uciekł napastnik. Beautrelet odwiązał linę. Na drzewie po lewej, wokół którego była obwiązana, wisiał przymocowany sznurkiem kawałek papieru. Rozłożył go i przeczytał:

Trzecie i ostatnie ostrzeżenie.

Wróciwszy do zamku, zadał kilka pytań służącym i wyszukał sędziego śledczego w pokoju na parterze, na końcu prawego skrzydła, gdzie pan Filleul zwykł przebywać podczas swych czynności. Pan Filleul pisał, a jego pisarz siedział naprzeciw niego. Na dany znak pisarz wyszedł, a sędzia zawołał:

— Co się panu stało, panie Beautrelet? Ma pan całkiem zakrwawione ręce.

— To nic, to nic — rzekł młody człowiek. — Zwykły upadek spowodowany przez linę, rozpiętą przed moim rowerem. Poproszę pana tylko o zwrócenie uwagi na to, że ta lina pochodzi z zamku. Nie więcej niż przed dwudziestoma minutami służyła do suszenia bielizny przed pralnią.

— Czy to możliwe?

— Panie sędzio śledczy, nawet tu czuwa nade mną ktoś, kto się znajduje w samym sercu tego miejsca, kto mnie widzi, słyszy i kto minuta po minucie jest obecny przy moich działaniach i zna moje zamiary.

— Sądzi pan?

— Jestem tego pewny. To pańska rzecz go odkryć i nie będzie pan z tym miał kłopotu. A co do mnie, to chcę skończyć i dać panu obiecane wyjaśnienia. Posuwałem się prędzej, niż przypuszczali nasi przeciwnicy, i jestem przekonany, że będą działali energicznie. Krąg wokół mnie się zacieśnia. Zbliża się niebezpieczeństwo, przeczuwam je.

— No, zobaczymy, panie Beautrelet.

— Ba, zobaczymy. Tymczasem spieszmy się. A najpierw pytanie o coś, co chciałbym od razu odrzucić. Nie mówił pan nikomu o tym dokumencie, który podniósł sierżant Quevillon i oddał panu w mojej obecności?

— Dalibóg, nikomu. Przywiązuje pan do niego jakąkolwiek wagę?

— Wielką wagę. To pomysł, pomysł, który zresztą, wyznaję to, nie opiera się na żadnym dowodzie, bo dotychczas nie zdołałem odszyfrować tego dokumentu. Otóż wspominam panu o nim... żeby do niego już nie wracać.

Beautrelet oparł rękę na ręce pana Filleul i rzekł cicho:

— Proszę zamilknąć... ktoś nas podsłuchuje... na zewnątrz...

Zaskrzypiał piasek. Beautrelet pobiegł do okna i wychylił się.

— Nie ma już nikogo... ale grządka jest podeptana... łatwo będzie zbadać odcisk obuwia...

Zamknął okno, wrócił i usiadł na krześle.

— Widzi pan, panie sędzio śledczy, nieprzyjaciel porzucił już środki ostrożności... Nie ma już więcej czasu... On także czuje, że czas nagli... Spieszmy się więc i mówmy, ponieważ oni nie chcą, żebym mówił.

Położył na stole dokument i trzymał go rozłożony.

— Przede wszystkim jedna uwaga, panie sędzio śledczy. Nie ma na tym papierze poza kropkami nic prócz cyfr. A w trzech pierwszych liniach i w piątej — tylko tymi powinniśmy się zająć, gdyż czwarta wydaje mi się zupełnie innego rodzaju — żadna z cyfr nie przekracza ósemki. Mamy więc sporo szans, że każda z tych cyfr przedstawia jedną z ośmiu samogłosek, i to w porządku alfabetycznym. Wypiszmy rezultat.

I na kartce papieru napisał:

.a.a .o.o.e..e.a.

.o.o .a.ie...i

.o. o..e...e.o..e

.y..ą.o.a i..i.a

Potem mówił dalej:

— Jak pan widzi, niewiele to nam dało. Klucz jest równocześnie bardzo łatwy, gdyż zadowolono się zastąpieniem samogłosek cyframi, a spółgłosek kropkami, i bardzo trudny, gdyż nie zadano sobie więcej trudu, żeby skomplikować problem.

— Jest rzeczywiście wystarczająco niejasny.

— Spróbujmy go rozjaśnić. Druga linia jest podzielona na dwie części, a druga część wygląda tak, że prawdopodobnie stanowi jedno słowo. Jeśli teraz spróbujemy zastąpić kropki spółgłoskami, po pewnym poszukiwaniu dojdziemy do tego, że jedyne spółgłoski, które logicznie mogą pasować do samogłosek, tworzą słowo: „zamiejski” albo „panieński”.

— A zatem chodziłoby może o pannę de Gesvres i pannę de Saint-Véran.

— Z całą pewnością.

— I nie widzi pan nic więcej?

— Owszem. Widzę jeszcze przerwę ciągłości w ostatniej linii i jeśli zastosuję takie samo rozumowanie do początku tej linii, spostrzegam, że między znajdującymi się tam samogłoskami można umieścić jedynie spółgłoski tworzące razem z nimi wyraz „wydrążona”.

— Istotnie, ten wyraz się narzuca — potwierdził pan Filleul.

— Zaś co do ostatniego słowa możliwe są dwie kombinacje: „iglica” lub „izbica”. Odrzucam „izbica” jako niewiążące się z przymiotnikiem wydrążenia i zostaje mi „iglica”.

— To razem stanowi „wydrążona iglica”. Do kroćset! Przypuszczam, że pańskie rozwiązanie jest słuszne, a przypuszczam tak, bo inaczej być nie może, ale w czym nas to posuwa naprzód?

— W niczym — odrzekł zamyślony Beautrelet. — W niczym, jak na razie... Później zobaczymy... Zdaje mi się, że wiele rzeczy zawiera się w zagadkowym skojarzeniu tych dwóch słów: „wydrążona iglica”. Co mnie na razie zajmuje, to raczej materiał dokumentu, papier, którego użyto... Czy jeszcze się wytwarza ten rodzaj trochę chropowatego pergaminu? A potem ta barwa kości słoniowej... i wreszcie, proszę uważać, te ślady czerwonego wosku z tyłu...

W tej chwili Beautreletowi przerwano. To pisarz Brédoux otworzył nagle drzwi i oznajmił, ze przybył naczelny prokurator.

Pan Filleul wstał.

— Coś nowego? Czy pan prokurator naczelny jest na dole?

— Nie, panie sędzio śledczy. Pan prokurator naczelny nie wysiadł z powozu. Przejeżdża tylko przez Ambrumésy i prosi, żeby pan był łaskaw zobaczyć się z nim przed bramą. Ma panu powiedzieć tylko słówko.

— To dziwne — mruczał pan Filleul. — Cóż... zobaczymy. Panie Beautrelet, przepraszam, idę i zaraz wrócę.

I wyszedł. Słychać było, jak się oddalał. Wówczas pisarz Brédoux zamknął drzwi, obrócił klucz i włożył go do kieszeni.

— O, cóż to? — zawołał zdumiony Beautrelet. — Co pan robi? Po co nas pan zamyka?

— Czy nie będzie nam lepiej rozmawiać? — odparł Brédoux.

Beautrelet rzucił się ku drugim drzwiom, które wiodły do sąsiedniego pokoju. Zrozumiał. Wspólnikiem był Brédoux, pisarz sędziego śledczego!

Brédoux szydził:

— Niech pan sobie nie kaleczy palców, mój młody przyjacielu, mam także klucz do tych drzwi.

— Zostaje okno! — krzyknął Beautrelet.

— Za późno — rzekł Brédoux, który rozparł się przed oknem, z rewolwerem w ręku.

Wszystkie drogi były odcięte. Nie pozostawało nic innego, jak bronić się przeciw nieprzyjacielowi, który zdemaskował się z tak brutalną odwagą. Izydor, którego zdjęło uczucie nieznanego lęku, skrzyżował ramiona.

— Dobrze — mruknął pisarz — a teraz sprawmy się krótko.

Wyciągnął zegarek.

— Ten poczciwiec Filleul dojdzie do bramy. U bramy ani śladu prokuratora. Wówczas wróci. To daje około czterech minut. Jednej potrzeba mi na ucieczkę przez to okno, przemknięcie się przez furtkę przy ruinach i dopadnięcie motocyklu, który na mnie czeka. Zatem zostają trzy minuty. To wystarczy.

Była to figura dziwaczna, szpetna, której długie, wątłe nogi utrzymywały w równowadze ogromny tors, okrągły jak ciało pająka i opatrzony ogromnymi rękami. Koścista twarz i niskie, małe czoło wskazywały na nieco ograniczoną zawziętość osobnika.

Pod Beautreletem zachwiały się nogi. Musiał usiąść.

— Proszę mówić. Czego pan chce?

— Kartki. Trzy dni jej szukam.

— Nie mam jej.

— Kłamiesz. Kiedy wszedłem, widziałem, jak wkładałeś ją do portfela.

— A potem?

— Potem? Przyrzekniesz, że będziesz grzeczny. Denerwujesz nas. Daj nam spokój i zajmij się swoimi sprawami. Tracimy już cierpliwość.

Postąpił naprzód, z rewolwerem wciąż wymierzonym do młodzieńca, i mówił głucho, energicznie akcentując zgłoski. Spojrzenie jego było twarde, uśmiech okrutny.

Beautrelet zadrżał. Po raz pierwszy doznał uczucia niebezpieczeństwa, i to jakiego niebezpieczeństwa! Stał wobec nieubłaganego wroga, wobec ślepej, niepowstrzymanej siły.

— A potem? — powiedział zdławionym głosem.

— Potem? Nic... Będziesz wolny... Zapomnimy...

Milczenie. Brédoux zaczął dalej:

— Została tylko minuta. Trzeba się zdecydować. Dalej, kochany, tylko bez głupstw... Jesteśmy silniejsi, zawsze i wszędzie... Prędko, kartka...

Izydor nie ruszał się. Blady, przerażony, panował jednak nad sobą, mimo rozstroju nerwów miał jasny umysł. Dwadzieścia centymetrów od jego oczu otwierała się mała czarna paszcza rewolweru. Zgięty palec ciążył wyraźnie na spuście. Wystarczyłby lekki wysiłek...

— Kartka — powtórzył Brédoux. — Inaczej...

— Oto ona — rzekł Beautrelet.

Wyciągnął z kieszeni portfel i podał pisarzowi, który chwycił go gwałtownie.

— Doskonale! Jesteś rozsądny, stanowczo, można z tobą coś zrobić... Trochę kłopotliwy, ale rozsądny. Powiem o tym towarzyszom. A teraz zmykam. Bądź zdrów.

Schował rewolwer i zaczął otwierać okno.

W korytarzu rozległ się hałas.

— Bądź zdrów — powiedział znowu. — Najwyższy czas.

Jednak wstrzymała go jakaś myśl. Przejrzał portfel.

— Do diabła!... — zgrzytnął. — Tu nie ma kartki... Oszukałeś mnie!

Wskoczył do pokoju.

Rozległy się dwa strzały. Z kolei Izydor wyjął swój rewolwer i strzelił.

— Chybiłeś, kochany! — ryknął Brédoux. — Ręka ci drży... Boisz się...

Chwycili się w pół i potoczyli na podłogę.

Ktoś gwałtownie dobijał się do drzwi.

Izydor osłabł, jego przeciwnik natychmiast nad nim zapanował. Nadszedł koniec. Uzbrojona w nóż ręka podniosła się nad nim i opadła. Uczuł ostry ból pod łopatką. Legł bezwładny.

Miał wrażenie, że szukano w wewnętrznej kieszeni jego surduta i że zebrano dokument. Potem jak przez mgłę widział mężczyznę wyskakującego przez okno.

Dzienniki, które następnego dnia rano doniosły o ostatnich wydarzeniach w zamku Ambrumésy, o okradzeniu kaplicy, o odkryciu ciał Arsène’a Lupin i Rajmundy, a w końcu o zamordowaniu Beautreleta przez Brédoux, pisarza sędziego śledczego, podały również następujące dwie wiadomości: o zniknięciu Ganimarda oraz o porwaniu w biały dzień w samym sercu Londynu Herlocka Sholmesa, w chwili gdy miał wsiąść do pociągu do Dover.

Tak więc banda Lupina, na chwilę zdezorganizowana za sprawą genialnego siedemnastolatka, podjęła ofensywę i od razu wszędzie i pod każdym względem odniosła zwycięstwo. Dwaj wielcy przeciwnicy Lupina, Sholmes i Ganimard, uwięzieni. Izydor Beautrelet wyłączony z walki. Sprawiedliwość bezsilna. Nikt nie był w stanie walczyć z takimi nieprzyjaciółmi.

Rozdział IV. Twarzą w twarz

Sześć tygodni później pewnego wieczora pozwoliłem wyjść swemu służącemu. Był to wieczór 13 lipca. Gorąco było jak przed burzą, a myśl o wyjściu wcale mi się nie uśmiechała. Otworzywszy okna balkonowe i zaświeciwszy lampę, rozsiadłem się wygodnie w fotelu. Nie czytałem jeszcze dzienników, więc postanowiłem je przerzucić.

Oczywiście pisano tam o Arsènie Lupin. Od czasu morderczego zamachu, którego ofiarą padł biedny Izydor Beautrelet, nie było dnia, by nie wspominano o aferze z Ambrumésy. Poświęcano jej co dzień stałą rubrykę. Nigdy opinia publiczna nie była do tego stopnia podniecona taką serią nagłych, nieprzewidzianych i niepokojących wypadków. Pan Filleul, który z najwidoczniejszą dobrą wolą zgodził się na swoją podrzędną rolę, wyjawił przeprowadzającym wywiady czyny swego młodego doradcy podczas trzech pamiętnych dni, tak że można było na ich podstawie wysuwać najbardziej śmiałe przypuszczenia.

Nie żałowano też sobie. Specjaliści i fachowcy w zakresie zbrodni, powieściopisarze i dramaturdzy, urzędnicy i byli dyrektorzy policji, emerytowani Lecocqowie14 i początkujący Herlockowie Scholmesi, każdy miał swoją teorię i rozwijał ją w długich artykułach w prasie. Każdy podejmował i uzupełniał śledztwo.

A to wszystko z powodu słów jednego młodzieńca, z powodu słów Izydora Beautreleta, ucznia klasy maturalnej w liceum Janson de Sailly.

Bo rzeczywiście trzeba przyznać, wszystkie pierwiastki prawdy były dane. Na czym polegała tajemnica?... Znano kryjówkę, w której Arsène Lupin schronił się i konał, co do tego nie było żadnej wątpliwości. Doktor Delattre, który się zasłaniał ustawicznie tajemnicą zawodową i odmówił składania jakichkolwiek zeznań, zwierzał się jednak zaufanym znajomym — a pierwszym ich staraniem było to rozgadać — że został zaprowadzony właśnie do krypty, do rannego, którego towarzysze przedstawili mu jako Arsène’a Lupin. A ponieważ w tej samej krypcie odnaleziono ciało Stefana Vaudreix, więc Stefan Vaudreix był właśnie Arsène’em Lupin, co wykazało śledztwo, zatem tożsamość Arsène’a Lupin i owego rannego zyskiwała dodatkowy dowód.

Zatem, skoro Lupin nie żył, a ciało panny de Saint-Véran poznano dzięki łańcuszkowi, który nosiła na ręce, dramat dobiegł końca.

A jednak tak nie było. Nikt nie uważał dramatu za zakończony, skoro Beautrelet powiedział inaczej. Nie wiedziano, dlaczego miałby się nie skończyć, ale wskutek orzeczenia młodego człowieka tajemnica trwała dalej. Świadectwo rzeczywistości nie przeważyło twierdzenia Beautreleta. Było coś, o czym nie wiedziano, nikt jednak nie wątpił, że Beautrelet zdoła to wyjaśnić.

Z jakim więc niepokojem wyczekiwano z początku biuletynów o stanie zdrowia Izydora ogłaszanych przez dwu lekarzy z Dieppe, którym hrabia de Gesvres powierzył chorego! Jakież panowało przygnębienie podczas pierwszych dni, kiedy obawiano się o jego życie! A cóż za radość nastała tego ranka, w którym dzienniki ogłosiły, że nie ma się już czego obawiać!

Tłumy ekscytowały się najdrobniejszymi szczegółami. Rozczulano się na wieść, że pielęgnuje go stary ojciec, wezwany depeszą, i podziwiano poświęcenie panny Zuzanny de Gesvres, która spędzała całe noce przy łóżku chorego.

Potem nastąpił szybki i radosny powrót do zdrowia. W końcu wszystko zostanie wyjaśnione. W końcu będzie wiadomo, co Beautrelet obiecał wyjawić panu Filleul, znane ostateczne słowa, których wypowiedzeniu przeszkodził nóż zbrodniarza! Będzie także wiadome to wszystko, co poza samym dramatem było w dalszym ciągu niezbadane i niedostępne dla wszelkich wysiłków władzy.

Wobec tego, że Beautrelet był wolny i wyleczony ze swej rany, spodziewano się stanowczych wyjaśnień co do pana Harlingtona, tajemniczego wspólnika Arsène’a Lupin, którego nadal trzymano w więzieniu de la Sante. Tak samo spodziewano się wiadomości, co stało się po zbrodni z pisarzem Brédoux, drugim wspólnikiem, którego zuchwalstwo było zdumiewające.

Skoro Beautrelet wolny, można będzie wyrobić sobie ścisłe zdanie o zniknięciu Ganimarda i porwaniu Sholmesa. Jak można było dokonać takich dwóch zamachów? Detektywi angielscy, jak również ich francuscy koledzy nie mieli żadnych przesłanek w tej sprawie. W niedzielę Zielonych Świąt Ganimard nie wrócił do domu, w poniedziałek tak samo, i tak dalej już od sześciu tygodni. W Londynie w poniedziałek Zielonych Świąt Herlock Sholmes o godzinie czwartej po południu wsiadł do kabrioletu, żeby udać się na dworzec kolejowy. Zaledwie wsiadł, a już usiłował wysiąść, prawdopodobnie spostrzegłszy niebezpieczeństwo. Lecz dwaj osobnicy wskoczyli do powozu z prawej i lewej strony, przewrócili go i trzymali między sobą, a raczej pod sobą, zważywszy szczupłość pojazdu. I to na oczach dziesięciu świadków, niemających czasu na niesienie pomocy. Powóz odjechał cwałem. Potem? Potem nic. Nie wiedziano nic a nic.

I może Beautrelet wyjaśni także do końca zagadkę tego dokumentu, tego tajemniczego papieru, do którego pisarz Brédoux musiał przywiązywać znaczną wagę, skoro, żeby odebrać go posiadaczowi, nie wahał się użyć noża. Niezliczeni Edypowie15, zaintrygowani tym, jak to nazywali, problemem Wydrążonej Iglicy, ślęczeli nad cyframi i kropkami, usiłując znaleźć w nich jakieś znaczenie... Wydrążona Iglica! Zbijające z tropu skojarzenie dwóch słów! Cóż za niezrozumiałe zagadnienie stawiał ten kawałek papieru nieznanego pochodzenia. Wydrążona Iglica! Czy to było nic nieznaczące wyrażenie, rebus uczniaka, gryzmolącego atramentem w rogu kartki papieru, czy też dwa magiczne słowa, przez które cała wielka przygoda awanturnika Lupina nabrała właściwego znaczenia? Nie wiedziano nic.

Lecz miano się dowiedzieć. Od szeregu dni dzienniki zapowiadały rychłe przybycie Beautreleta. Walka miała rozpocząć się na nowo i tym razem miała być nieubłagana ze strony młodego człowieka, który płonął pragnieniem odwetu.

I oto właśnie jego nazwisko, wydrukowane wielkimi czcionkami, zwróciło moją uwagę. Dziennik „Grand Journal” zamieścił na stronie tytułowej następującą notatkę:

Otrzymaliśmy od pana Izydora Beautreleta przyrzeczenie, że nam pierwszym udzieli swych rewelacji. Jutro, w środę, zanim jeszcze zostaną poinformowane organa sprawiedliwości, „Grand Journal” opublikuje całą prawdę o dramacie w Ambrumésy.

— Nie lada obietnica, hę? Co pan o tym myśli, drogi panie?

Podskoczyłem na fotelu. Obok mnie na sąsiednim krześle siedział ktoś, kogo nie znałem. Zerwałem się i szukałem wzrokiem broni. Lecz ponieważ jego zachowanie się wydało mi się zupełnie pokojowe, uspokoiłem się i podszedłem do niego.

Był to młody człowiek, o energicznej twarzy, z długimi, jasnymi włosami i rudawą, rozdwojoną bródką. Jego ubranie przypominało skromny strój angielskiego księdza, zresztą cała jego postać miała w sobie coś surowego i poważnego, co wzbudzało szacunek.

— Kim pan jest? — zapytałem.

A ponieważ się nie odezwał, powtórzyłem:

— Kim pan jest? Jak pan tutaj wszedł? Czego pan tu szuka?

Spojrzał na mnie i rzekł:

— Nie poznaje mnie pan?

— Nie... nie.

— Ach, to rzeczywiście ciekawe. Niech pan dobrze poszuka w pamięci... jeden z pańskich przyjaciół... przyjaciel trochę osobliwszego rodzaju... jednak...

Chwyciłem go gwałtownie za ramię:

— Pan kłamie!... Pan kłamie!... Nie... pan nie jest tym, za kogo pan chce uchodzić... To nieprawda!

— A więc dlaczego myśli pan raczej właśnie o tym niż o kimś innym? — zapytał, śmiejąc się.

Ach, ten śmiech! Ten młodzieńczy, pogodny śmiech, którego miła ironia tak często mnie bawiła!... Przebiegł mnie dreszcz. Czy to możliwe?

— Nie! Nie! — protestowałem z pewnym przerażeniem. — To niemożliwe...

— To niemożliwe, żebym to był ja, ponieważ ja nie żyję, nieprawdaż, a pan nie wierzy w duchy?

I zaśmiał się znowu.

— Czy należę do tych, co umierają? Umrzeć w taki sposób, od kuli strzelonej w plecy przez dziewczynę! Doprawdy, źle mnie pan ocenia! Tak jakbym zgodził się na podobny koniec!

— Więc to pan! — bełkotałem, wciąż jeszcze nie wierząc, a jednak cały wzruszony. — Więc to pan!... Nie mogę pana poznać...

— A zatem — rzekł wesoło — jestem spokojny. Jeśli jedyny człowiek, któremu pokazałem, jak naprawdę wyglądam, dzisiaj mnie nie poznaje, to każdy, kto mnie odtąd zobaczy takiego, jaki dzisiaj jestem, też mnie nie rozpozna, tym bardziej jeśli zobaczy mój prawdziwy wygląd, jeżeli ja w ogóle mam prawdziwy wygląd...

Przypomniałem sobie teraz jego głos, ponieważ nie zmieniał właściwego brzmienia, przypomniałem sobie także jego oczy, wyraz jego twarzy i całą jego postać i jego istotę poprzez pozór, którym się osłonił.

— Arsène Lupin —szepnąłem.

— Tak, Arsène Lupin — zawołał, wstając. — Jeden jedyny Arsène Lupin, który powrócił z królestwa cieni, ponieważ, zdaje się, konałem i zmarłem w jakiejś krypcie. Arsène Lupin, całkiem żywy, działający najzupełniej wedle własnej woli, szczęśliwy i wolny, i bardziej niż kiedykolwiek gotów radować się tą szczęśliwą niezależnością na świecie, na którym spotykał się jedynie z przychylnością i przywilejami.

Teraz ja z kolei zacząłem się śmiać.

— O, to naprawdę pan, i tym razem o wiele weselszy niż tego dnia, w którym miałem przyjemność widzieć pana zeszłego roku... Winszuję panu.

Uczyniłem aluzję do jego ostatniej wizyty, wizyty, która nastąpiła po sławnej przygodzie z diademem, po zerwaniu przez niego małżeństwa, po jego ucieczce z Sonią Krisznow i strasznej śmierci młodej Rosjanki. Owego dnia widziałem Arsène’a Lupin, którego nie znałem, słabego, przygnębionego, z oczyma zmęczonymi płaczem, szukającego odrobiny współczucia i sympatii...

— Niech pan o tym nie mówi — rzekł. — Przeszłość jest daleko.

— To było rok temu — zauważyłem.

— Dziesięć lat temu — powiedział. — Lata Arsène’a Lupin są dziesięć razy dłuższe od innych.

Nie upierałem się i zmieniłem temat rozmowy.

— Jakże więc pan tu wszedł?

— Mój Boże, jak wszyscy ludzie, drzwiami. Potem, nie widząc nikogo, przeszedłem przez salon, wszedłem na balkon i oto jestem.

— No dobrze, ale klucz do drzwi?

— Dla mnie nie istnieją drzwi, przecież pan wie. Potrzebowałem pańskiego mieszkania i wszedłem.

— Do usług. Czy mam pana opuścić?

— O bynajmniej, nie będzie pan wcale zbyteczny. Mogę panu nawet powiedzieć, że wieczór będzie zajmujący.

— Czy pan kogoś oczekuje?

— Tak, wyznaczyłem tutaj spotkanie na dziesiątą...

Wyjął zegarek.

— Dziesiąta. Jeśli telegram doszedł, to ten człowiek się nie spóźni...

Odezwał się dzwonek w przedpokoju.

— Co powiedziałem? Nie, niech się pan nie trudzi... Pójdę sam.

Z kim, do diabła, mógł się umówić? I jakiej sceny, dramatycznej czy komicznej, mam zostać świadkiem? Skoro sam Lupin uważa ją za interesującą, sytuacja musiała być cokolwiek wyjątkowa.

Po chwili wrócił i odsunął się na bok, żeby zrobić miejsce młodemu człowiekowi, szczupłemu, wysokiemu i bardzo blademu.

Bez jednego słowa, z pewną uroczystością w ruchach, która mnie niepokoiła, Lupin zapalił wszystkie lampki elektryczne. Pokój zalała powódź światła. Wówczas obaj mężczyźni spojrzeli sobie w głęboko oczy, jakby całym wysiłkiem swych płomiennych oczu starali się przeniknąć jeden drugiego.

Był to niezrównany widok: ci dwaj ludzie, stojący naprzeciw siebie, poważni i milczący. Lecz kim mógł być ten nowo przybyły?

Już się domyślałem, dzięki jego podobieństwu do świeżo opublikowanej fotografii, kiedy Lupin zwrócił się do mnie:

— Mój drogi przyjacielu, przedstawiam panu pana Izydora Beautreleta.

A zaraz potem, zwracając się do młodego człowieka:

— Powinienem panu podziękować, panie Beautrelet. Po pierwsze za to, że pan zechciał wskutek mego listu odłożyć swe rewelacje na czas po obecnym spotkaniu, a następnie, że pan był łaskaw nie odmówić mi tego spotkania.

Beautrelet uśmiechnął się.

— Tylko zechce pan zauważyć, że moja łaskawość polega przede wszystkim na posłuszeństwie wobec pańskich rozkazów. Groźba, którą mi pan przesłał w tym liście, była tym bardziej rozstrzygająca, że nie odnosiła się do mnie, tylko godziła w mego ojca.

— Dalibóg — odparł Lupin, śmiejąc się — działa się, jak się może, i używa środków działania, które się posiada. Wiedziałem z doświadczenia, że pańskie osobiste bezpieczeństwo jest panu obojętne, ponieważ oparł się pan argumentom imć pana Brédoux. Został pański ojciec, którego pan tak gorąco kocha... Zagrałem na tej strunie...

— I oto jestem — potwierdził Beautrelet.

Zaprosiłem ich gestem, by usiedli. Zajęli miejsca i Lupin mówił dalej tym tonem nieuchwytnej ironii, który mu był właściwy.

— W każdym razie, panie Beautrelet, jeśli pan nie przyjmuje moich podziękowań, nie odtrąci pan przynajmniej moich przeprosin.

— Przeprosin! I czemuż to, panie?

— Z powodu brutalności, z którą zachował się wobec pana imć pan Brédoux.

— Przyznaję, że ten postępek był dla mnie zaskoczeniem. To nie był sposób właściwy Lupinowi. Pchnięcie nożem...

— Toteż ja nie jestem temu winien. Imć pan Brédoux to nowy rekrut. Moi przyjaciele w czasie, kiedy kierowali naszymi sprawami, sądzili, że mogłoby być pożyteczne pozyskać dla naszej sprawy samego pisarza sędziego śledczego.

— Pańscy przyjaciele mieli zupełną słuszność.

— Istotnie, Brédoux, którego specjalnie przydzielono do pańskiej osoby, był dla nas nieoceniony. Lecz w tym zapale, właściwym wszystkim neofitom16, pragnącym się wyróżnić, posunął się trochę za daleko i sprzeciwił się moim planom, pozwalając sobie z własnej inicjatywy ugodzić pana nożem.

— Och, przecież to drobny wypadek.

— Ależ przeciwnie, ależ przeciwnie, i udzieliłem mu za to surowej nagany. Muszę jednak dodać na jego obronę, że zaskoczyła go naprawdę nieoczekiwana nagłość pańskich dociekań. Byłby pan nam przyczynił jeszcze nieco trudów, gdyby pan uniknął tego haniebnego zamachu.

— I byłby mnie bez wątpienia spotkał los panów Ganimarda i Herlocka Sholmesa?

— Istotnie — rzekł Lupin z głośnym śmiechem. — A ja nie doznałbym przykrych obaw, które mi sprawiła pańska rana. Przeszedłem z tego powodu, przysięgam panu, bardzo ciężkie godziny i dziś jeszcze pańska bladość jest dla mnie bolesnym wyrzutem. Nie gniewa się pan już na mnie?

— Dowód zaufania — odparł Beautrelet — który mi pan daje, przyszedłszy tutaj — a przecież byłoby mi tak łatwo przyprowadzić ze sobą kilku przyjaciół Ganimarda — ten dowód zaufania zmazuje wszystko.

Czy mówił to serio? Wyznaję, że byłem zbity z tropu. Zmagania tych dwóch ludźmi zaczynały się w sposób dla mnie zupełnie niezrozumiały. Ja, który byłem obecny przy pierwszym spotkaniu Lupina i Holmesa w kawiarni dworca Montparnasse, nie mogłem nie przypomnieć sobie dumnego zachowania się obu walczących, straszliwego zderzenia się pychy pod pozorem grzeczności w zachowaniu, chytrych ciosów, które sobie zadawali, ich zwodów, ich arogancji.

Tutaj nic podobnego. Lupin się nie zmienił. Lecz na jakże dziwnego natknął się przeciwnika! Czy to w ogóle był przeciwnik? Naprawdę nie miał ani odpowiedniego tonu, ani wyglądu. Bardzo spokojny, lecz prawdziwym spokojem, który nie maskował porywczości człowieka hamującego się, bardzo grzeczny, lecz bez przesady, uśmiechający się, lecz bez szyderstwa, stanowił wobec Arsène’a Lupin zupełny kontrast, tak doskonały, że nawet sam Lupin wydał mi się zbity z tropu, tak samo jak ja.

Nie, doprawdy, Lupin nie miał wcale wobec tego wątłego młodzieniaszka, z różowymi policzkami młodej dziewczyny, z szczerymi, czarującymi oczami, nie, Lupin, nie miał swej zwykłej pewności siebie. Kilkakrotnie zauważyłem w nim ślady zakłopotania. Wahał się, nie atakował śmiało, tracił czas na słodkie słówka i żarty.

Można by rzec, że czegoś mu brakowało. Wyglądał tak, jakby czegoś szukał, wyczekiwał. Czego? Jakiej pomocy?

Ponownie odezwał się dzwonek. Pobiegł prędko sam otworzyć.

Wrócił z listem.

— Panowie pozwolicie? — zapytał nas.

Rozpieczętował list. Zawierał telegram. Przeczytał go.

Zaszła w nim jakby przemiana. Jego twarz się rozjaśniła, wyprostował się i widziałem, jak nabrzmiały żyły na jego skroni. Zobaczyłem w nim znowu atletę, pogromcę, pewnego siebie pana wypadków i ludzi.

Położył telegram na stole i uderzając go pięścią, zawołał:

— Teraz gra między nami dwoma, panie Beautrelet!

Beautrelet wytężył uwagę, a Lupin zaczął głosem umiarkowanym, lecz suchym i stanowczym:

— Zrzućmy maski i przestańmy bawić się w hipokryzję. Jesteśmy dwoma przeciwnikami, którzy wiedzą doskonale, co o sobie myśleć. Działamy wobec siebie jako nieprzyjaciele i konsekwentnie powinniśmy jako nieprzyjaciele prowadzić ze sobą układy.

— Układy? — zapytał zaskoczony Beautrelet.

— Tak, układy. Nie powiedziałem tego słowa na wiatr i powtarzam je, choć mnie to dużo kosztuje. Pierwszy raz używam go wobec przeciwnika. Lecz także, mówię to panu od razu, po raz ostatni. Proszę z tego korzystać. Nie wyjdę stąd bez pewnej obietnicy z pana strony. Inaczej: wojna.

Beautrelet zdawał się coraz to bardziej zdziwiony. Rzekł uprzejmie:

— Nie spodziewałem się tego, mówi pan ze mną tak dziwnie. To tak się różni od tego, co przypuszczałem!... Tak, wyobrażałem sobie pana zupełnie inaczej... Na co gniew, groźby? Czyż więc jesteśmy wrogami, ponieważ okoliczności stawiają nas przeciwko sobie? Wrogowie... Dlaczego?

Lupin zachwiał się na chwilę, lecz zaraz zaśmiał się szyderczo, nachylając się nad młodzieńcem:

— Ależ, kawalerze, nie chodzi wcale o dobór wyrażeń. Chodzi o jeden fakt, pewny i niezaprzeczony. Mianowicie ten: od dziesięciu lat nie na tknąłem się ani razu na przeciwnika tej siły, co pan. Z Ganimardem, z Herlockiem Scholmesem grałem jak z dziećmi. Wobec pana muszę się bronić, powiem więcej, muszę się cofać. Tak, w obecnej chwili obaj wiemy dobrze, i pan, i ja, że muszę się uważać za zwyciężonego. Izydor Beautrelet pokonał Arsène’a Lupin. Moje plany są zniweczone. To, co ja usiłuję zachować w mroku, pan wydobywa na światło dzienne. Pan mi przeszkadza, pan mi zagradza drogę. Otóż mam tego dosyć... Brédoux powiedział to panu bezskutecznie. Ja panu to powtarzam i bardzo proszę, żeby się pan z tym liczył. Mam tego dosyć.

Beautrelet potrząsnął głową.

— Ale w końcu czegóż pan sobie życzy?

— Pokoju! Niech każdy zostanie na swoim poletku.

— To znaczy, pan będzie włamywał się wedle woli, a ja mam wrócić do nauki.

— Do nauki... Do czego pan chce... Nic mnie to nie obchodzi... Ale da mi pan spokój, żądam spokoju.

— A w czym mogę teraz go zamącić?

Lupin chwycił go gwałtownie za rękę.

— Pan dobrze wie, proszę nie udawać, że pan nie wie. Jest pan teraz w posiadaniu tajemnicy, do której przywiązuję ogromną wagę. Tajemnicę tę miał pan prawo odgadnąć, ale nie ma pan żadnego prawa ogłaszać jej publicznie.

— Czy pan jest pewny, że ją znam?

— Pan ją zna, jestem tego pewny: z dnia na dzień, z godziny na godzinę śledziłem bieg pańskiej myśli i postęp pańskich badań. W chwili, w której Brédoux ugodził pana, miał pan wszystko powiedzieć. Jedynie z troski o swego ojca odroczył pan następnie swe rewelacje. Lecz teraz zostały one przyrzeczone temu oto dziennikowi. Artykuł jest gotów. Za godzinę będzie złożony. Jutro się pojawi.

— To prawda.

Lupin w stał i przeciął powietrze ruchem ręki.

— On się nie pojawi! — zawołał.

— Pojawi się! — powiedział Beautrelet, który zerwał się nagle.

W końcu obaj mężczyźni stanęli naprzeciw siebie. Poczułem się jak w szoku, jak gdyby się pochwycili wpół. Beautreleta rozognił nagły przypływ energii. Rzekłbyś, że jakaś iskra rozpaliła w nim nowe uczucia, odwagę, miłość własną, rozkosz walki, upojenie niebezpieczeństwem.

Zaś co do Lupina poczułem z blasku jego spojrzenia radość szermierza, który nareszcie spotyka się z szablą znienawidzonego rywala.

— Artykuł oddany?

— Jeszcze nie.

— Ma pan go tu, przy sobie?

— Nie jestem taki głupi! Już bym go nie miał.

— Więc?

— Ma go jeden z redaktorów, zapieczętowany, w podwójnej kopercie. Jeśli o północy nie wrócę do dziennika, każe go złożyć.

— Ach, gałgan! Wszystko przewidział — mruknął Lupin.

Burzył się w nim gniew, widoczny, straszny.

Beautrelet zaśmiał się szyderczo, oszołomiony swym tryumfem.

— Milcz, szczeniaku! — zawołał Lupin. — Nie wiesz, kim jestem? I że gdybym chciał... Dalibóg, on się śmieje!

Zapanowało między nimi głębokie milczenie.

Potem Lupin postąpił naprzód i głuchym głosem, z oczyma utkwionymi w oczach Beautreleta, rzekł:

— Pobiegniesz do „Grand Journal”...

— Nie.

— Zniszczysz swój artykuł.

— Nie.

— Zobaczysz się z redaktorem naczelnym.

— Nie.

— Powiesz mu, żeś się pomylił. I napiszesz inny artykuł, w którym podasz o Ambrumésy wersję oficjalną, tę, którą wszyscy przyjęli do wiadomości.

— Nie.

Lupin chwycił stalową linijkę, leżącą na mym biurku, i złamał ją bez najmniejszego wysiłku. Był strasznie blady. Ścierał krople potu, które pokryły mu czoło. Jego, który nie znał oporu dla swej woli, opór tego dzieciaka doprowadzał do szaleństwa.

Oparł ręce na barkach Beautreleta i podkreślając każdą zgłoskę, mówił:

— Zrobisz to wszystko, Beautrelet, powiesz, że twoje ostatnie odkrycia przekonały cię o mojej śmierci, że co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości. Powiesz to, ponieważ tego chcę, ponieważ trzeba, żeby wierzono w moją śmierć. Powiesz to przede wszystkim dlatego, że jeśli nie powiesz...

— Jeśli nie powiem?

— Twój ojciec zostanie porwany tej nocy, tak samo, jak zostali porwani Ganimard i Herlock Sholmes.

Beautrelet uśmiechnął się.

— Nie śmiej się... Odpowiadaj.

— Odpowiadam, że mi bardzo przykro sprzeciwiać się panu, lecz przyrzekłem powiedzieć, więc powiem.

— Powiedz tak, jak ci wskazałem.

— Powiem szczerą prawdę — zawołał z zapałem Beautrelet. — Jest to rzecz, której pan nie jest w stanie zrozumieć, rozkosz, a raczej potrzeba mówienia tego, jak jest, i to głośno. Prawda jest tu, w tej głowie, która ją odgadła i odkryła, i wyjdzie z niej cała, naga i drżąca. Artykuł pójdzie taki, jak go napisałem. Będzie wiadomo, że Lupin żyje, będzie wiadomy powód, dla którego chciał uchodzić za martwego, będzie wiadome wszystko.

I dodał spokojnie:

— A mój ojciec nie zostanie porwany.

Obaj zamilkli raz jeszcze, nie odrywając od siebie oczu. Obserwowali się nawzajem. Szable były po rękojeść zaangażowane w zaciekłą walkę. Było to ciężkie milczenie, które wyprzedza śmiertelny cios. Kto go zada?

Lupin powiedział cicho:

— Tej nocy o trzeciej rano, jeśli nie poślę przeciwnego rozkazu, dwaj moi przyjaciele mają wtargnąć do pokoju twego ojca, zabrać go łagodnie lub przemocą i dowieźć do Ganimarda i Herlocka Sholmesa.

Odpowiedział mu wybuch przenikliwego śmiechu.

— Więc nie pojmujesz tego, zbóju, że się zabezpieczyłem? — zawołał Beautrelet. — Więc wyobrażasz sobie, że jestem na tyle naiwny, żeby głupio, idiotycznie odesłać ojca do jego samotnego domku na wsi?

Ach, ten pyszny, drwiący śmiech, który ożywił twarz młodego człowieka. Śmiech nowy na jego wargach, śmiech, w którym czuć było wpływ samego Lupina... I to nagłe tykanie, które od razu stawiało go na poziomie przeciwnika!...

Zaczął mówić.

— Widzisz Lupin, twoim wielkim błędem jest, że uważasz swoje kombinacje za niezawodne. Oświadczasz, że jesteś zwyciężony? Jakaż blaga! Jesteś przekonany, że w końcowym rozrachunku i w ogóle zawsze wygrasz... i zapominasz, że inni mogą także mieć swoje małe kombinacje. Moja jest bardzo prosta, mój drogi przyjacielu...

Słuchanie go było prawdziwą rozkoszą: chodził tam i z powrotem z rękami w kieszeniach, z tupetem i swobodą łobuza, który droczy dzikiego zwierza w klatce. Naprawdę w tej chwili mścił w najstraszniejszy sposób wszystkie ofiary wielkiego awanturnika.

Mówił dalej:

— Lupin, mojego ojca nie ma w Sabaudii. Znajduje się na drugim końcu Francji, w centrum wielkiego miasta, strzeżony przez dwudziestu naszych przyjaciół, którzy mają rozkaz nie spuszczać go z oczu przed ukończeniem naszej walki. Chcesz szczegółów? Jest w Cherbourgu, w domu jednego z pracowników arsenału, arsenału, który, nie zapominaj o tym, jest zamknięty w nocy i dokąd nie można za dnia dostać się inaczej, jak tylko z upoważnieniem i w towarzystwie przewodnika.

Stanął naprzeciw Lupina i drwił z niego jak dziecko, które pokazuje język koledze.

— Cóż ty na to, mistrzu?

Lupin od kilku minut stał nieruchomo. Ani jeden muskuł nie drgnął na jego twarzy. O czym myślał? Do czego zamierzał się uciec? Kto znał jego dziką gwałtowność i pychę, widział jedno możliwe rozwiązanie: zupełne i ostateczne pognębienie wroga. Jego palce zacisnęły się. Po raz drugi miałem wrażenie, że rzuci się na niego i udusi go.

— Cóż ty na to, mistrzu? — powtórzył Beautrelet.

Lupin wziął leżący na stole telegram, wyciągnął go przed siebie i powiedział całkiem spokojnie:

— Masz, mały, przeczytaj to.

Beautrelet pod wrażeniem łagodności tego gestu nagle spoważniał. Rozwinął papier i zaraz, podniósłszy oczy, szepnął:

— Co to znaczy?... Nie rozumiem.

— W każdym razie rozumiesz pierwsze słowo — rzekł Lupin. — Pierwszy wyraz depeszy... oznacza miejsce, z którego ją wysłano... Patrz... „Cherbourg”.

— Tak... tak... — jąkał się Beautrelet. — Tak... rozumiem... „Cherbourg”... a potem?

— A potem?... Zdaje mi się, że dalszy ciąg jest nie mniej jasny: „Zabranie pakunku zakończone... towarzysze odjechali z nim i będą czekali na instrukcje do ósmej rano. Wszystko w porządku”. Więc cóż ci się tu zdaje niejasne? Wyraz „pakunek”? Ba! Trudno było pisać „pan Beautrelet ojciec”. Więc cóż? Sposób w jaki dokonano tej operacji? Cud, dzięki któremu twój ojciec został porwany z arsenału mimo swych dwudziestu gwardzistów? Ba, to było dziecinnie proste. I koniec końców pakunek został wysłany. Co ty na to, mały?

Izydor z całą wytężoną siłą, z całym rozpaczliwym wysiłkiem starał się zachować dobrą minę. Ale widać było, jak drżą mu usta, ściskają się szczęki, oczy daremnie usiłują skupić się na jednym punkcie. Wyjąkał kilka słów, zamilkł, a potem nagle skulił się i z twarzą ukrytą w dłoniach wybuchnął płaczem:

— Och, tato!... Tato!...

To niespodziewane rozwiązanie, załamanie, którego domagała się miłość własna Lupina, miało w sobie też coś innego, coś nieskończenie wzruszającego i nieskończenie szczerego.

Lupin uczynił ruch zniecierpliwienia i wziął kapelusz, jakby zmęczony tym wybuchem czułostkowości. Lecz u progu zatrzymał się i zawahał, a potem wrócił powoli krok za krokiem.

Cichy odgłos łkań narastał jak smutna skarga małego dziecka przygniecionego zmartwieniem. Ramiona poruszały się rozdzierającym serce rytmem. Pomiędzy splecionymi palcami pojawiły się łzy. Lupin nachylił się i nie dotykając Beautreleta, odezwał się do niego głosem, w którym nie było najmniejszego śladu szyderstwa, ani nawet tej dotkliwej litości zwycięzców:

— Nie płacz, mały. To są ciosy, na które trzeba być przygotowanym, kiedy się rzucamy w wir walki na oślep, jak to zrobiłeś... Czekają cię najgorsze nieszczęścia... Taki los, nas, zapaśników. Trzeba go dzielnie znosić.

Potem łagodnie mówił dalej:

— Widzisz, miałeś rację, nie jesteśmy nieprzyjaciółmi. Wiem o tym od dawna... Od pierwszej chwili czułem dla ciebie, dla istoty inteligentnej, którą jesteś, mimowolną sympatię... nawet podziw... I dlatego chciałbym ci to powiedzieć... Przede wszystkim nie zamartwiaj się... Smutno by mi było, gdybyś się martwił... Muszę ci to powiedzieć... Wiesz co? Lepiej przestań walczyć ze mną... Nie mówię ci tego z próżności... Nie mówię tym bardziej z pogardy... Ale widzisz... ta walka jest zbyt nierówna... Ty nie znasz... nikt nie zna wszystkich sił, którymi rozporządzam... Uważasz, ta tajemnica Wydrążonej Iglicy, którą tak bezskutecznie starasz się odszyfrować, przypuść na chwilę, że to jest skarb ogromny, niewyczerpany... albo kryjówka niewidzialna, cudowna, fantastyczna, albo też jedno i drugie naraz... Pomyśl o nadludzkiej potędze, którą z nich mogę czerpać! A nie wiesz też, jakie siły są we mnie... Nie wiesz, co moja wola i wyobraźnia pozwalają mi podejmować i wykonywać. Pomyśl, że moje życie, mógłbym powiedzieć, od urodzenia jest skierowane ku jednemu celowi, że pracowałem jak galernik, zanim zostałem tym, czym jestem, żeby zrealizować w całej jego doskonałości typ, który chciałem stworzyć... który zdołałem stworzyć... Więc cóż zrobisz? W tej samej chwili, w której będziesz sądził, żeś zwyciężył, zwycięstwo wymknie ci się... Znajdzie się coś, o czym nie pomyślisz... głupstwo, ziarenko piasku, które umieszczę w odpowiednim miejscu bez twojej wiedzy... Proszę cię, przestań... Będę zmuszony zrobić ci coś złego i to mnie smuci...

I kładąc rękę na jego czole, powtórzył:

— Jeszcze raz, mały, przestań. Zrobię ci coś złego. Któż wie, czy pułapka, w którą nieuchronnie wpadniesz, nie jest już rozwarta pod twymi stopami?

Beautrelet wyprostował się. Już nie płakał. Czy słyszał słowa Lupina? Zdaje się, że nie, bo wyglądał na bardzo roztargnionego.

Przez dwie czy trzy minuty milczał. Zdawał się rozmyślać nad decyzją, którą miał powziąć, badać wszystkie za i przeciw, wyliczać szanse przychylne i szanse nieprzychylne.

W końcu powiedział do Lupina:

— Jeśli zmienię treść swojego artykułu, jeśli potwierdzę wersję o pańskiej śmierci i jeśli się zobowiążę, że nigdy nie zaprzeczę fałszywej wersji, którą teraz podam jako prawdziwą, czy przysięga mi pan, że mój ojciec będzie wolny?

— Przysięgam ci to. Moi przyjaciele udali się w automobilu wraz z twoim ojcem do innego miasta prowincjonalnego. Jutro rano o siódmej, jeśli artykuł w „Grand Journal” będzie taki, jakiego od ciebie żądam, zatelefonuję do nich i wypuszczą twojego ojca na wolność!

— Zgoda — rzekł Beautrelet — poddaję się pańskim warunkom.

Nagle, jakby zauważył, że po pogodzeniu się z porażką jego obecność jest tu zbyteczna, wstał, wziął swój kapelusz, pożegnał mnie, pożegnał Lupina i wyszedł.

Lupin patrzył na odchodzącego, wysłuchał hałasu zamykających się drzwi i szepnął:

— Biedaczek...

Następnego dnia o ósmej rano posłałem służącego po „Grand Journal”. Przyniósł mi gazetę dopiero po dwudziestu minutach, gdyż w większości kiosków zabrakło już egzemplarzy.

Gorączkowo rozłożyłem gazetę. Na czele widniał artykuł Beautreleta. Podaję go tu tak, jak go powtórzyły wszystkie dzienniki świata:

DRAMAT W AMBRUMÉSY

Celem tych niewielu wierszy nie jest drobiazgowe wytłumaczenie pracy refleksyjnej i poszukiwań, dzięki którym udało mi się zrekonstruować dramat, a raczej dwa dramaty w Ambrumésy. Moim zdaniem ten rodzaj pracy i komentarze, które się z nim wiążą, dedukcje, indukcje, analizy itd., wszystko to jest niezbyt interesujące, a w każdym razie mocno banalne. Nie, zadowolę się wyłożeniem dwu wiodących idei, którymi się kierowałam, a kiedy to zrobię, okaże się, że wykładając je i rozwiązując oba problemy, które podnoszą, opowiem całą tę sprawę całkiem po prostu, jak ona miała miejsce, z zachowaniem nawet porządku faktów, które się na nią złożyły.

Może ktoś zauważy, że niektóre z tych faktów nie są udowodnione i że sporą część zostawiam hipotezie. To prawda. Lecz sądzę, że moja hipoteza jest ugruntowana na dosyć znacznej liczbie pewników, wystarczających, żeby następstwo faktów, nawet nieudowodnionych, narzuciło się stanowczo. Źródło gubi się często pod łożyskiem kamiennym, a mimo to jest to to samo źródło, które się widzi w przerwach odzwierciedlających błękit nieba...

Podaję najpierw pierwszą zagadkę — zagadkę dotyczącą nie szczegółu, lecz ogółu — która mnie zastanowiła: jak się to stało, że Lupin, śmiertelnie ranny, można rzec, żyje co najmniej czternaście dni, bez opieki, bez lekarstw, bez żywności, na dnie ciemnej jamy?

Zacznijmy od początku. W czwartek 16 kwietnia Arsène Lupin, przyłapany podczas jednego ze swych najśmielszych włamań, ucieka pomiędzy ruinami i pada zraniony kulą. Wlecze się z trudem, upada i dźwiga się z rozpaczliwą nadzieją dojścia do kaplicy. Tam znajduje się krypta, którą mu wskazał przypadek. Jeśli zdoła tam wśliznąć się, może ocaleje. Zebrawszy wszystkie siły, zbliża się do niej, jest już o kilka metrów od niej, gdy wtem słyszy odgłos kroków. Wyczerpany, poddaje się. Nieprzyjaciel nadchodzi. To panna Rajmunda de Saint-Véran.

Taki jest prolog, a raczej pierwsza scena dramatu.

Co zaszło pomiędzy nimi? Można to tym łatwiej odgadnąć wobec tego, że dalszy ciąg przygody podaje nam wszelkie wskazówki. U stóp młodej dziewczyny leży zraniony człowiek, którego dręczy ból i który za dwie minuty zostanie schwytany. Tego człowieka ona zraniła. Czy go także wyda?

Jeśli to jest zabójca Jana Daval, tak, pozwoli przeznaczeniu dopełnić się. Lecz on w szybkich zdaniach podaje jej prawdę o usprawiedliwionym zabójstwie, dokonanym przez jej wuja, pana de Gesvres.

Ona mu wierzy. Co zrobi?

Nikt ich nie widzi. Służący Wiktor czuwa nad furtką. Drugi, Albert, zostawiony przy oknie salonu, stracił z oczu oboje. Czy wyda człowieka, którego zraniła?

Nieprzeparte uczucie litości, które zrozumieją wszystkie kobiety, porywa młodą dziewczynę. Idąc za wskazówkami Lupina, kilkoma ruchami zawiązuje ranę chusteczką, żeby uniknąć śladów, które zostawiłaby krew. Potem kluczem, który on jej daje, otwiera bramę kaplicy. On wchodzi, podtrzymywany przez dziewczynę. Ona zamyka, oddala się. Nadchodzi Albert.

Gdyby przeszukano kaplicę w tej chwili, a przynajmniej w ciągu następnych minut, Lupin, który nie miał jeszcze czasu na odzyskanie sił do podniesienia płyty i zejścia po schodach do krypty, zostałby schwytany. Ale kaplicę przeszukano dopiero po sześciu godzinach, i to zupełnie powierzchownie. Lupin ocalony, i to ocalony przez kogo? Przez tę, która go omal nie zabiła.

Odtąd panna de Saint-Véran, chcąc nie chcąc, jest jego wspólniczką. Nie tylko nie może go już wydać, lecz musi kontynuować swoje dzieło, bo bez tego ranny zginie w kryjówce, do której go zaprowadziła. I kontynuuje je.

Jej kobiecy instynkt nie tylko zobowiązuje ją do tego dzieła, lecz także ułatwia jej zadanie. Jest pełna finezji, wszystko przewiduje. To ona podaje sędziemu śledczemu fałszywy opis Arsène’a Lupin (proszę sobie przypomnieć sprzeczne pod tym względem zeznania obu kuzynek). To oczywiście ona po pewnych wskazówkach, których nie znam, odgaduje wspólnika Lupina pod przebraniem woźnicy. To ona go uprzedza. Ona przedstawia mu konieczność operacji. Ona bez wątpienia podstawia czapkę. Ona każe pisać ten sławny liścik, w którym jej osobiście grożono — jakże potem można by było ją podejrzewać?

To ona w chwili, w której mam wyjawić sędziemu śledczemu swe pierwsze wrażenia, twierdzi, że widziała mnie poprzedniego dnia na drodze, czym wprowadza w zaniepokojenie pana Filleul co do mojej osoby, a mnie zmusza do milczenia. Manewr niebezpieczny, prawda, bo budzi moją uwagę i zwraca ją na nią, na tę, która mnie obarcza oskarżeniem, wedle mojej wiedzy fałszywym, ale manewr skuteczny, bo chodzi głównie o zyskanie na czasie i zamknięcie mi ust.

To ona przez czternaście dni karmi Lupina, przynosi mu lekarstwa (proszę zapytać aptekarza z Ouville, pokaże recepty, które wykonywał dla panny de Saint-Véran), ona wreszcie pielęgnuje chorego, zmienia mu bandaże, czuwa nad nim i doprowadza go do zdrowia.

I oto pierwszy z naszych dwu problemów rozwiązany, a równocześnie dramat z Ambrumésy wyjaśniony. Arsène Lupin znalazł pod ręką, w samym zamku, pomoc, która była dla niego niezbędna, najpierw, żeby się ukryć, a potem, żeby przeżyć.

Otóż żyje. I teraz właśnie nasuwa się drugi problem, którego badanie posłużyło mi za nić przewodnią, odpowiadający drugiemu dramatowi z Ambrumésy. Czemu Lupin, żywy, wolny znowu stojący na czele swej bandy, wszechpotężny jak niegdyś, czemu ten Lupin czyni rozpaczliwe wysiłki, wysiłki, na które ustawicznie się natykam, żeby narzucić organom sprawiedliwości i publiczności myśl o swej śmierci.

Trzeba sobie przypomnieć, że panna de Saint-Véran była bardzo piękna. Fotografie, które reprodukowały dzienniki po jej zniknięciu, dawały tylko słabe wyobrażenie o jej piękności. Staje się więc to, co się nie mogło nie wydarzyć. Lupin, który przez czternaście dni widuje tę piękną dziewczynę, który pragnie jej obecności, kiedy jej nie ma, który podczas jej obecności ulega jej urokowi i wdziękowi, który wdycha świeżą woń tchnienia pochylonej nad sobą, zakochuje się w swej opiekunce. Wdzięczność staje się miłością, podziw namiętnością. Ona jest jego zdrowiem, ale zarazem i radością jego oczu, marzeniem jego samotnych godzin, jego światłem, jego nadzieją, po prostu jego życiem.

On szanuje ją do tego stopnia, że nie wykorzystuje poświęcenia dziewczyny i nie używa jej do kierowania swymi wspólnikami. Rzeczywiście w działaniach jego bandy widać niepewność. Lecz on ją także kocha, jego skrupuły ustępują, a wobec tego, że panna de Saint-Véran nie dopuszcza do siebie miłości, która by ją obrażała, wobec tego, że jako mniej niezbędna coraz rzadziej przychodzi, ostatecznie zaprzestaje swych odwiedzin, w dniu, w którym wyzdrowiał... zrozpaczony, oszalały z żalu, podejmuje straszne postanowienie. Wychodzi z kryjówki, przygotowuje zamach i w sobotę, 6 czerwca, przy pomocy swych wspólników uprowadza młodą dziewczynę.

To nie koniec. Nikt nie może wiedzieć o tym porwaniu. Trzeba przeciąć wszelkie poszukiwania, przypuszczenia, nawet nadzieje; panna de Saint-Véran będzie uchodziła za zmarłą. Symuluje się mord, poddaje się śledztwu dowody. Zbrodnia jest pewna. Zbrodnia zresztą przewidziana, zbrodnia zapowiedziana przez wspólników, dokonana jako zemsta za śmierć przywódcy i tym samym, proszę zauważyć, cudowny spryt takiej koncepcji tym samym budzi wiarę w tę śmierć.

Nie wystarczy wzbudzić wiarę, trzeba narzucić pewność. Lupin przewiduje moją interwencję. Odgadnę okradzenie kaplicy, odkryję kryptę. A jeśli krypta będzie pusta, całe rusztowanie zawali się.

Krypta nie będzie pusta!

Tak samo śmierć panny de Saint-Véran nie będzie definitywna, jeśli morze nie wyrzuci jej ciała.

Morze wyrzuci ciało panny de Saint-Véran!

Trudność jest ogromna. Podwójna przeszkoda nie do przebycia.

Tak, dla każdego innego, ale nie dla Lupina...

Otóż, tak jak przewidział, odgaduję okradzenie kaplicy, odkrywam kryptę i schodzę do jamy, w której skrył się Lupin. Jest tam jego ciało!

Każdy, kto przyjmował śmierć Lupina za możliwą, byłby się dał zwieść. Lecz ja nawet przez sekundę nie przyjmowałem tej ewentualności (zrazu przez intuicję, potem drogą rozumowania). Wybieg stał się zatem bezużyteczny, a wszelkie kombinacje daremne. Powiadam sobie od razu, że strącony kilofem blok kamienny został tam umieszczony ze szczególną precyzją, tak że najlżejsze potrącenie musiało go zwalić, a padając, musiał nieuchronnie zmiażdżyć głowę rzekomego Arsène’a Lupin i sprawić, że stała się nierozpoznawalna.

Drugie odkrycie. W pół godziny później dowiaduję się, że odnaleziono ciało panny de Saint-Véran na skałach w Dieppe... a raczej ciało, które uchodziło za ciało panny de Saint-Véran z tej przyczyny, że na ramieniu znajdowała się bransoletka podobna do jednej z bransoletek młodej dziewczyny. Jest to zresztą jedyna oznaka tożsamości, gdyż ciała nie da się rozpoznać.

Wówczas przypominam sobie pewną rzecz i rozumiem. Kilka dni wcześniej czytałem w numerze „Vigie de Dieppe”, że pewne młode małżeństwo amerykańskie zamieszkałe w Envermeu otruło się dobrowolnie i że tej samej nocy zniknęły ich ciała. Pędzę do Envermeu. Powiadają mi, że historia jest prawdziwa z wyjątkiem owego zniknięcia, gdyż to sami bracia obu ofiar upomnieli się o ciała i zabrali je ze sobą po zwykłych ustaleniach.

Ci bracia nazywali się bez najmniejszej wątpliwości Arsène Lupin i towarzysze.

Zatem dowód przeprowadzony. Znamy powód, dla którego Lupin upozorował zamordowanie dziewczyny i uwiarygodnił pogłoską o swej własnej śmierci. Kocha i nie chce, żeby o tym wiedziano. Ażeby o tym nie wiedziano, nie cofa się przed niczym do tego stopnia, że podejmuje się nieprawdopodobnej kradzieży dwóch ciał, które są mu potrzebne do odegrania roli jego i panny de Saint-Véran. Tak zdobywa spokój. Nikt nie może go niepokoić. Nikt nie będzie podejrzewał prawdy, którą chce zdławić.

Nikt? Tak... Trzej przeciwnicy w ostateczności mogliby nabrać pewnych wątpliwości. Ganimard, który ma przybyć lada godzina, Herlock Sholmes, który ma przyjechać przez kanał La Manche, i ja, który jestem na miejscu. Zachodzi potrójne niebezpieczeństwo.

Usuwa je. Porywa Ganimarda. Porywa Herlocka Sholmesa, a mnie częstuje nożem Brédoux.

Jeden punkt pozostaje niejasny. Czemu Lupin dołożył tylu usilnych starań, żeby zrabować mi dokument Wydrążonej Iglicy? Przecież nie sądził, że zrabowawszy go, zatrze w mojej pamięci tekst pięciu linijek, z których się składa? Więc czemu? Czy bał się, że sama natura papieru lub jakakolwiek inna poszlaka udzieli mi jakiejś wskazówki?

Jakkolwiek rzecz się ma, taka jest prawda o wypadkach w Ambrumésy. Powtarzam, że w wyjaśnieniu, które przedkładam, pewną rolę odgrywa hipoteza, tak samo jak odgrywała wielką rolę w moim osobistym badaniu. Ale gdyby czekać na dowody i fakty do pokonania Lupina, albo czekałoby się na nie w nieskończoność, albo odnalazło takie, które przygotowane przez Lupina, doprowadziłyby do wręcz przeciwnych prawdzie wniosków.

Wierzę, że kiedy będą znane wszystkie fakty, potwierdzą moją hipotezę we wszystkich punktach”.

Tak więc Izydor Beautrelet, na chwilę opanowany przez Arsène’a Lupin, wyprowadzony z równowagi porwaniem swego ojca i pogodzony z klęską, nie mógł ostatecznie zgodzić się na milczenie. Prawda była zbyt piękna i zbyt osobliwa, dowody, którymi mógł ją poprzeć, zbyt logiczne i przekonywujące, żeby zgodził się ją ukryć. Cały świat czekał na jego rewelacje. Przemówił.

Tego samego dnia, w którym ukazał się jego artykuł, wieczorem dzienniki oznajmiły o porwaniu ojca Beautreleta. Izydora powiadomiono o tym depeszą z Cherbourga, którą otrzymał o trzeciej.