Rozdział V. Na tropie
Gwałtowność ciosu oszołomiła młodego Beautreleta. W gruncie rzeczy, chociaż ogłaszając swój artykuł, usłuchał jednego z tych nieprzepartych popędów, które każą lekceważyć wszelkie rady roztropności, w gruncie rzeczy, powtarzam, nie wierzył w możliwość porwania. Zbyt przezornie wszystko urządził. Przyjaciele z Cherbourga mieli nie tylko strzec ojca Beautreleta, lecz mieli także czuwać nad jego wszelkimi ruchami, nie pozwalać mu wychodzić samemu, a nawet nie oddawać mu żadnego listu bez uprzedniego rozpieczętowania. Nie, nie było żadnego niebezpieczeństwa. Lupin blefował. Pragnąc zyskać na czasie, usiłował zastraszyć swego przeciwnika.
Cios był zatem prawie nieprzewidziany i przez całą resztę dnia Izydor, niezdolny do działania, odczuwał jego dotkliwość. Podtrzymywała go jedna, jedyna myśl: pojechać tam, zobaczyć samemu, co się stało, i podjąć ofensywę.
Posyłał telegram do Cherbourga. O ósmej przybył na dworzec Saint-Lazare. Kilka minut później jechał ekspresem.
Dopiero w godzinę później, rozkładając kupioną na dworcu wieczorną gazetę, zauważył sławetny list, w którym Lupin pośrednio odpowiadał na jego poranny artykuł.
Szanowny Panie Redaktorze Naczelny!
Nie mogę udawać, że moja skromna osoba, która z pewnością w bardziej bohaterskich czasach przeszłaby zupełnie niezauważona, zyskała pewne znaczenie w naszej epoce tandety i przeciętności. Lecz istnieje granica, której chorobliwa ciekawość tłumu nie powinna przekraczać pod grozą hańbiącej niedyskrecji. Jeśli się już więcej nie szanuje muru życia prywatnego, gdzież mają schronić się obywatele?
Powoła się ktoś na inny interes prawdy? Marny pretekst, jeśli chodzi o mnie, albowiem prawda co do mnie jest znana i wcale nie wzbraniam się otwarcie przyznać się do niej. Tak, panna de Saint-Véran żyje. Tak, kocham ją. Tak, smuci mnie brak wzajemności. Tak, śledztwo małego Beautreleta jest godne podziwu z powodu precyzji i trafności. Tak, zgadzamy się we wszystkich punktach. Nie ma już zagadki. Nie ma już tajemnicy. No dobrze! Więc?...
Zraniony do głębi duszy, cały jeszcze krwawiący od najokrutniejszych ran moralnych, proszę, żeby więcej nie wystawiano na złośliwość ludzką mych najosobistszych uczuć i mych najtajniejszych nadziei. Proszę o spokój, o spokój, który mi jest niezbędny do pozyskania serca panny de Saint-Véran i zatarcia w jej pamięci tysiąca małych przykrości i upokorzeń, które ją spotykały ze strony jej wuja i kuzynki — ale o tym nie mówmy — zatarcia w jej pamięci pozycji ubogiej krewnej. Panna de Saint-Véran zapomni o tej przykrej przeszłości. Wszystko, czego by mogła zapragnąć, choćby to był najpiękniejszy klejnot świata albo najniedostępniejszy skarb, złożę u jej stóp. Będzie szczęśliwa i pokocha mnie.
Lecz, żeby mi się to powiodło, raz jeszcze powtarzam, trzeba mi spokoju. Dlatego to składam broń i dlatego przynoszę swym wrogom gałązkę oliwną — uprzedzając ich jak najuprzejmiej, że odmowa z ich strony może pociągnąć za sobą jak najprzykrzejsze dla nich skutki.
Jeszcze słówko w sprawie imć pana Harlingtona. Pod tym nazwiskiem ukrywa się świetny chłopak, sekretarz amerykańskiego miliardera Cooley’a, upoważniony przez niego do zdobywania w Europie wszelkich dzieł sztuki, jakie tylko można znaleźć. Pech chciał, że natknął się na mego przyjaciela Stefana de Vaudreix, alias Arsène’a Lupin, alias mnie. W ten sposób dowiedział się, co zresztą było fałszem, że niejaki pan de Gesvres chce pozbyć się czterech Rubensów, pod warunkiem, że zostaną zastąpione kopiami i że nikt nie dowie się o sprzedaży, na którą on się zgadza. Mój przyjaciel Vaudreix twierdził również, że zdoła nakłonić pana de Gesvres do sprzedania kaplicy. Układy toczyły się dalej z najlepszą wiarą ze strony mego przyjaciela Vaudreix, z czarującą naiwnością ze strony imć pana Harlingtona aż do dnia, w którym cztery Rubensy i rzeźby z kaplicy znalazły się w bezpiecznym miejscu... a pan Harlington we więzieniu. Nie pozostaje więc nic innego, jak wypuścić niefortunnego Amerykanina, gdyż zadowolił się skromną rolą naiwnego, napiętnować miliardera Cooley’a, ponieważ z obawy przed możliwymi nieprzyjemnościami nie protestuje przeciw aresztowaniu swego sekretarza, i powinszować memu przyjacielowi Stefanowi Vaudreix, alias mnie, ponieważ mści moralność publiczną, zachowując sto tysięcy franków, które otrzymał jako zadatek od mało sympatycznego Cooley’a.
Proszę mi wybaczyć długość tego listu, drogi Panie Redaktorze, i przyjąć wyrazy najgłębszego szacunku.
Arsène Lupin
Izydor zapewne rozważał słowa tego listu z tą samą skrupulatnością, z jaką badał dokument Wydrążonej Iglicy. Wyszedł ze słusznego założenia, że Lupin nigdy nie wysłał ani jednego ze swych dowcipnych listów do dzienników bez absolutnej konieczności, bez jakiegoś powodu, którego by wydarzenia nie ujawniły pewnego pięknego dnia.
Jaki był powód tego listu? Dla jakiej tajemnej przyczyny wyznawał swą miłość i niepowodzenie w tej miłości? Czy to tu należało szukać, czy też w wyjaśnieniach dotyczących imć pana Harlingtona, czy jeszcze dalej, między wierszami, poza wszystkimi słowami, których widoczne znaczenie miało może tylko ten cel, żeby narzucić drobną, złośliwą, przebiegłą, zbijającą z tropu myśl?
Młody człowiek długie godziny siedział zamyślony w swym przedziale, pełen niepokoju. List rozbudził w nim nieufność, jak gdyby był napisany dla niego, po to, żeby jego osobiście wprowadzić w błąd. Po raz pierwszy znalazłszy się nie w obliczu bezpośredniego ataku, lecz niejednoznacznego, niekreślonego sposobu prowadzenia walki, doznał wyraźnego uczucia strachu. Myśląc o swym poczciwym ojcu, porwanym z jego winy, zadawał sobie z niepokojem pytanie, czy nie byłoby szaleństwem prowadzić dalej tak nierówną walkę. Czyż wynik nie był pewny? Zresztą, czyż Lupin już nie wygrał?
Krótka chwila słabości! Kiedy wysiadł ze swego przedziału o szóstej rano, wzmocniony kilkugodzinnym snem, odzyskał całą swą wiarę.
Na dworcu urzędnik portu wojennego, Froberval, który gościł ojca Beautreleta, oczekiwał go w towarzystwie swej córki Karoliny, dwunasto- czy trzynastoletniej dziewczynki.
— I cóż? — zawołał Beautrelet.
Poczciwiec zaczął wzdychać, lecz Izydor przerwał mu, zaciągnął do pobliskiej kawiarni, kazał podać kawę i zaczął spokojnie wypytywać, nie pozwalając swemu rozmówcy na najmniejsze dygresje:
— Mojego ojca nie porwano, prawda? To było niemożliwe.
— Niemożliwe. A jednak zniknął.
— Od kiedy?
— Nie wiemy.
— Jak to?!
— Nie wiemy. Wczoraj rano o szóstej, nie widząc, żeby schodził, jak zazwyczaj, otworzyłem jego drzwi. Już go nie było.
— Ale przedwczoraj wieczorem był jeszcze?
— Tak. Przedwczoraj nie wychodził wcale ze swego pokoju. Był trochę zmęczony i Lola zaniosła mu w południe śniadanie, a obiad o siódmej wieczór.
— Więc zniknął między siódmą wieczorem przedwczoraj a szóstą rano wczoraj?
— Tak, poprzedniej nocy. Tylko...
— Tylko?
— No, widzi pan... W nocy nie można wyjść z arsenału.
— Zatem nie wyszedł?
— To niemożliwe. Ja i koledzy przetrząsnęliśmy cały port wojenny.
— A więc wyszedł.
— To niemożliwe. Wszędzie stoją straże.
Beautrelet zamyślił się, następnie rzekł:
— A potem?
— Potem pobiegłem do komendy i zawiadomiłem komisarza.
— Przyszedł do pana?
— Tak i jakiś pan z prokuratury także. Cały ranek szukano, a kiedy zobaczyłem, że wszystko na nic i nie ma już żadnej nadziei, zatelegrafowałem do pana.
— Czy łóżko w jego pokoju było rozrzucone?
— Nie.
— A pokój był w porządku?
— Tak. Znalazłem jego fajkę na zwykłym miejscu, także tytoń i książkę, którą czytał. W środku książki była nawet ta pańska mała fotografia, którą założono stronicę.
— Proszę mi ją pokazać.
Froberval podał mu fotografię. Beautrelet zdumiał się. Na fotografii rozpoznał siebie, stojącego z rękami w kieszeniach, na trawniku między drzewami a ruinami.
Froberval dodał:
— Musi to być ostatnia pańska fotografia, którą mu pan posłał. Widzi pan, z tyłu jest data: trzeciego kwietnia, nazwisko fotografa: R. de Val, i nazwa miasta: Lion... może Lion-sur-Mer...
Izydor odwrócił fotografię i odczytał krótką notatkę, napisaną jego własnym pismem:
R. de Val. — 3.4. — Lion.
Przez kilka minut milczał, a potem zapytał:
— Czy mój ojciec nie pokazywał panu tej fotografii?
— Dalibóg, nie... Zdziwiłem się, kiedy ją wczoraj zobaczyłem... bo pański ojciec tak często mówił nam o panu!
Zapadło nowe, długie milczenie. Froberval przerwał je.
— Mam pracę w biurze... Czy nie moglibyśmy wrócić?... — Zamilkł.
Izydor nie spuszczał oczu z fotografii i badał ją na wszystkie strony. Wreszcie zapytał:
— Czy niedaleko za miastem jest karczma Lion d’Or?
— Tak, ależ tak, jest.
— Czy po drodze do Valognes?17
— Rzeczywiście, po drodze do Valognes.
— Otóż mam wszelkie powody, by przypuszczać, że ta karczma była główną kwaterą przyjaciół Lupina. Stamtąd nawiązali kontakt z moim ojcem.
— Co za pomysł! Pański ojciec z nikim nie rozmawiał. Nikogo nie widywał.
— Nie widywał nikogo, lecz użyto pośrednika.
— Jaki pan ma na to dowód?
— Tę fotografię.
— Ależ to pańska?
— Tak, moja, ale nie przeze mnie posłana. Ja sam nawet jej nie znałem. Została zrobiona bez mojej wiedzy w ruinach Ambrumésy. Zdjęcie wykonał bez wątpienia pisarz sędziego śledczego, który był, jak panu wiadomo, wspólnikiem Lupina.
— Więc?
— Więc ta fotografia była paszportem, talizmanem, dzięki któremu pozyskano zaufanie mego ojca.
— Ale kto? Kto mógł się dostać do mojego domu?
— Nie wiem, lecz mój ojciec wpadł w pułapkę. Powiedziano mu i uwierzył, że jestem w okolicy, że chcę się z nim widzieć i że wyznaczyłem mu spotkanie w karczmie Lion d’Or.
— Ależ to wszystko jest szaleństwo! Jak pan może utrzymywać?...
— Całkiem po prostu. Podrobiono moje pismo na odwrotnej stronie fotografii i wyznaczono spotkanie. „R. de Val.”, droga do Valognes, trzy kilometry, czterysta metrów, karczma Lion. Mój ojciec przybył, złapano go, to wszystko.
— Zgoda — mruknął przygnębiony Froberval. — Zgoda... Przypuszczam, że tak było, lecz wszystko to nie wyjaśnia, jak mógł wyjść w nocy.
— Wyszedł na spotkanie w biały dzień, nie czekając nocy.
— Ależ do kroćset, przedwczoraj nie opuszczał swego pokoju przez cały dzień.
— Jest sposób, żeby się o tym przekonać. Niech pan pobiegnie do portu i znajdzie jednego z tych ludzi, którzy przedwczoraj po południu pełnili staż... Tylko niech się pan spieszy, jeśli pan chce mnie jeszcze tutaj zastać.
— Więc pan wyjeżdża?
— Tak, następnym pociągiem.
— Jak to! Ależ pan nie wie... Pańskie poszukiwania...
— Już skończone. Wiem już prawie wszystko, co chciałem wiedzieć. Za godzinę wyjeżdżam z Cherbourga.
Froberval wstał. Popatrzył na Beautreleta z wyrazem oszołomienia, zawahał się chwilkę, a potem wziął czapkę.
— Idziesz, Lolu?
— Nie — rzekł Beautrelet — będę jeszcze potrzebował kilku wyjaśnień. Niech pan ją zostawi ze mną, porozmawiamy. Znałem ją, kiedy była mała.
Froberval odszedł. Beautrelet i dziewczynka zostali sami w sali kawiarni. Mijały minuty, wszedł kelner, przyniósł filiżanki i zniknął. Oczy młodego człowieka i dziecka spotkały się, Beautrelet bardzo delikatnie położył dłoń na dłoni dziewczynki. Patrzyła na niego dwie czy trzy sekundy przerażona, jakby bez tchu. Potem, schowawszy nagle twarz w ramionach, wybuchnęła płaczem.
Dał jej się wypłakać, a po chwili powiedział:
— To ty wszystko zrobiłaś, prawda, to ty pośredniczyłaś? To ty zaniosłaś fotografię? Przyznajesz się, tak? Kiedy mówiłaś, że mój ojciec był przedwczoraj w swoim pokoju, wiedziałaś dobrze, że to nieprawda, bo pomogłaś mu wyjść, czy tak?...
Nic nie odpowiedziała. Mówił dalej:
— Czemu to zrobiłaś? Pewnie dali ci pieniądze... na wstążki... na sukienkę...
Rozprostował ramiona Loli i podniósł jej głowę. Zobaczył biedną, spłakaną twarzyczkę, wdzięczną, niepokojącą i ruchliwą twarzyczkę dziewczątek skazanych na wszelkie pokusy i upadki.
— No — rzekł Beautrelet — to już skończone, nie mówmy o tym... Nie pytam cię o to, jak to się stało... Powiesz mi tylko wszystko, co może mi się przydać... Czy coś zauważyłaś, dosłyszałaś choć jedno słowo tych ludzi? Jak go zabrali?
— Automobilem... Słyszałam, jak o tym mówili.
— A jaką drogą?
— Ach, tego nie wiem.
— Nie mówili przy tobie niczego, co mogłoby nam pomóc?
— Niczego... Ale jeden z nich powiedział: „Nie ma czasu do stracenia... jutro rano o ósmej przywódca tam do nas zatelefonuje...”
— Gdzie: tam?
— Nie wiem... nie potrafię sobie...
— Próbuj... przypomnij sobie... To była nazwa miasta, tak?
— Tak, nazwa, jakby Chateau...
— Chateaubrriant? ... Chateu Thierry?
— Nie, nie...
— Châteauroux?
— Tak... Châteauroux.
Beautrelet nie czekał, aż dziewczynka skończy ostatnią zgłoskę. Już wstał i nie troszcząc się o Frobervala, a nawet o małą, patrzącą na niego ze zdumieniem, otworzył drzwi i pobiegł na dworzec.
— Châteauroux, proszę pani... proszę o bilet do Châteauroux.
— Przez Le Mans i Tours? — zapytała urzędniczka.
— Naturalnie... najkrótszą drogą... Czy dotrę na śniadanie?
— O, nie...
— Na obiad? Na noc?...
— O, nie, na to trzeba by jechać przez Paryż... Ekspres do Paryża odjeżdża o ósmej... Już za późno...
Nie było za późno. Beautrelet jeszcze zdołał go dopaść.
— No — powiedział do siebie, zacierając ręce — spędziłem w Cherbourgu tylko dwie godziny, ale dobrze je wykorzystałem.
Ani przez chwilę nie przyszło mu na myśl podejrzewać Loli o kłamstwo. Słabe, niepewne, zdolne do najgorszych zdrad, te małe istotki ulegają również porywom szczerości i Beautrelet widział w jej przerażonych oczach wstyd z powodu zła, które uczyniła, i radość, że zdołała je bodaj w części naprawić. Zatem nie wątpił, że Châteauroux było tym drugim miastem, o którym napomknął Lupin i z którego jego wspólnicy mieli mu telefonować.
Przybywszy do Paryża, Beautrelet przedsięwziął wszelkie potrzebne środki ostrożności, żeby nie być szpiegowanym. Odczuwał powagę chwili. Szedł właściwą drogą, która go wiodła do ojca; jedna pomyłka mogła zniszczyć wszystko.
Zaszedł do jednego ze swych kolegów licealnych i wyszedł po godzinie zmieniony nie do poznania. Był to trzydziestoletni Anglik, w brązowym ubraniu w kratkę, w krótkich spodniach, w wełnianych pończochach i w podróżnej czapeczce, różowy na twarzy, z rudawą brodą okalającą podbródek. Jechał na rowerze, do którego przyczepiono przybory malarskie, i skierował się w stronę dworca Austerlitz.
Noc przespał w Issoudun. Następnego dnia o świcie wsiadł na rower, o siódmej zjawił się urzędzie pocztowym miasta Châteauroux i zażądał połączenia z Paryżem. Zmuszony czekać, nawiązał rozmowę z urzędnikiem i dowiedział się, że przedwczoraj w tym samym czasie jakiś człowiek w kostiumie automobilisty zażądał również połączenia z Paryżem.
Miał dowód i dużej nie czekał.
Po południu wiedział już na pewno, że jakiś automobil jadący drogą do Tours przejechał przez osadę Buzançais, potem przez Châteauroux i zatrzymał się z drugiej strony miasta, na skraju lasu. Około dziesiątej kabriolet, którym powoził jakiś osobnik, zatrzymał się obok automobilu, a potem oddalił się na południe ku dolinie Bouzanne. I wówczas obok woźnicy znajdowała się jeszcze jakaś osoba. Zaś automobil udał się w stronę wręcz przeciwną, na północ, w kierunku Issoudun.
Beautrelet bez trudu odnalazł właściciela kabrioletu. Niestety właściciel nie umiał mu nic powiedzieć. Wynajął swój wózek i konia jakiemuś człowiekowi, który następnego dnia zwrócił mu cały ekwipaż18.
Wreszcie tego samego wieczoru Izydor stwierdził, że automobil przejechał tylko przez Issoudun i pojechał dalej w stronę Orleanu, to znaczy do Paryża.
Z tego wszystkiego wynikało bezwarunkowo, że ojciec Beautrelet znajduje się w okolicy. Inaczej, jakżeby można było przypuszczać, żeby ci ludzie przejechali prawie pięćset kilometrów w poprzek Francji, żeby zatelefonować z Châteauroux, a następnie pod kątem ostrym zawrócić do Paryża?
Ta szalona jazda miała bardziej określony cel: przewieźć starego Beautreleta na przeznaczone mu miejsce.
— I to miejsce znajduje się na wyciągnięcie ręki — mówił do siebie Izydor, drżąc od nadziei. — O dziesięć, o piętnaście mil stąd mój ojciec czeka, aż go uratuję. On tam jest. Oddycha tym samym powietrzem, co ja.
Natychmiast wyruszył na wieś. Wziął mapę sztabową i podzielił ją na małe kwadraty, które odwiedzał po kolei, zachodząc do gospodarstw, wyciągając na rozmowę wieśniaków, zwracając się do nauczycieli, do merów, księży, gawędząc z kobietami. Zdawało się mu, że bezzwłocznie dotrze do celu i jego marzenia rosły: spodziewał się uwolnić już nie tylko swego ojca, lecz także tych wszystkich, których więził Lupin: Rajmundę de Saint-Véran, Ganimarda, może Herlocka Sholmesa i wielu, wielu innych. A docierając do nich, równocześnie dotrze do samego serca fortecy Lupina, do niedosięgłej kryjówki, w której składał on skarby, skradzione światu.
Jednak po dwóch tygodniach daremnych poszukiwań jego entuzjazm osłabł i bardzo szybko stracił pewność siebie. Wobec tego, że powodzenie opóźniało się z dnia na dzień, zaczął uważać je za niemożliwe i chociaż w dalszym ciągu przeprowadzał swój plan, byłby doznał prawdziwej niespodzianki, gdyby jego usiłowania doprowadziły do choćby najmniejszego odkrycia.
Mijały dalej dni monotonne i zniechęcające. Dowiedział się z gazet, że hrabia de Gesvres i jego córka wyjechali z Ambrumésy i zamieszkali w okolicy Nicei. Dowiedział się również o oswobodzeniu imć pana Harlingtona, którego niewinność wyszła na jaw, zgodnie z oświadczeniem Arsène’a Lupin.
Zmienił swą główną kwaterę i stanął na dwa dni w La Châtre, na dwa dni w Argenton. Te same wyniki.
Wówczas był prawie gotów dać za wygraną. Najwidoczniej kabriolet, który zabrał jego ojca, posłużył tylko do przebycia części drogi, której dalszy ciąg przemierzono innym pojazdem. A jego ojciec był daleko.
Myślał już o odwrocie.
Aż pewnego poniedziałku rano spostrzegł na kopercie nieopłaconego listu, który odesłano mu z Paryża, pismo, które go do głębi wzruszyło. Wzruszenie jego było tak wielkie, że przez kilka minut nie odważał się otworzyć listu, obawiając się zawodu. Ręka mu drżała. Czyż to było możliwe? Czy nie była to pułapka, którą założył na niego jego piekielny wróg?
Jednym ruchem rozdarł kopertę. To był rzeczywiście list od jego ojca, napisany przez niego samego. Pismo odznaczało się wszystkimi osobliwościami ojcowskiego pisma, które znał tak dobrze.
Zaczął czytać:
Czy te słowa dotrą do ciebie, mój drogi synu? Nie śmiem w to wierzyć.
Przez całą noc porwania jechaliśmy automobilem, potem rano powozem. Nic nie widziałem. Miałem na oczach przepaskę. Zamek, w którym mnie trzymają, musi znajdować się w centrum Francji, wnosząc z jego konstrukcji i z roślinności parku. Pokój, który zajmuję, znajduje się na drugim piętrze. Ma dwa okna, z których jedno jest prawie zarośnięta glicyniami. Po południu w pewnych godzinach wolno mi przechadzać się w tym parku, lecz pod dozorem, który nigdy nie ustaje.
Na wszelki wypadek piszę do ciebie ten list i przywiązuję go do kamienia. Być może zdołam któregoś dnia przerzucić go przez mur, a jakiś wieśniak go podniesie.
Ale nie martw się. Obchodzą się tu ze mną z wielkim szacunkiem.
Twój stary, kochający cię i smutny, że ci sprawia tyle zmartwienia, ojciec.
BEAUTRELET
Izydor zaraz spojrzał na stempel pocztowy. Nosił napis: „Cuzion, Indre”.
Indre? Departament, który tak zaciekłe przetrząsał od tygodni!
Zajrzał do małego przewodnika, który miał zawsze przy sobie. Cuzion, kanton Eguzon. Tak, tam też był.
Dla ostrożności wyzbył się swej angielskiej osobowości, którą zaczęto już znać w okolicy, przebrał się za robotnika i udał się w kierunku Cuzion. Była to niewielka wieś. Łatwo mu będzie odnaleźć nadawcę listu.
Zaraz zresztą sam los mu dopomógł.
— List wysłany w zeszłą środę?... — zawołał mer, zacny obywatel, któremu Izydor się zwierzył i który oddał się na jego usługi. — Ależ panie, sądzę, że udzielę cennej wskazówki... W sobotę rano ojciec Charel, stary szlifierz, który włóczy się po wszystkich jarmarkach departamentu, ojciec Charel, napotkawszy mnie na końcu wsi, zapytał mnie: „Panie merze, czy list, który nie ma znaczka, też zostanie przesłany?” — „Ależ tak!” — „I dojdzie?” — „Dalibóg, tylko trzeba dopłacić i tyle”.
— A ojciec Charel mieszka?...
— Mieszka tam dalej, zupełnie sam... na pagórku... w chałupie za cmentarzem... Chce pan, żebym pana zaprowadził?
Była to osamotniona chałupka, stojąca w środku sadu, który otaczały wysokie drzewa. Kiedy tam weszli, trzy sroki wyfrunęły z budy, do której uwiązany był pies. Pies nie zaszczekał ani się ruszył na ich przyjście.
Zdumiony Beautrelet poszedł bliżej. Zwierzę leżało na boku, z zesztywniałymi łapami, martwe.
Pospiesznie pobiegli do drzwi. Były otwarte. Weszli. W głębi wilgotnej, niskiej izby, na lichym sienniku, rzuconym wprost na ziemię, leżał człowiek, zupełnie ubrany.
— Ojciec Charel! — zawołał mer. — Czy on także nie żyje?
Ręce poczciwca były zimne, twarz straszliwie blada, lecz serce jeszcze biło powolnym, słabym rytmem. Zdawało się, że nie ma żadnej rany.
Starali się go ocucić, a kiedy to się nie udało, Beautrelet poszedł po lekarza. Ale i lekarzowi także nie się powiodło. Starzec wyglądał tak, jakby nic nie cierpiał. Można by powiedzieć, że po prostu śpi, ale snem sztucznym, tak jakby go uśpiono hipnozą albo jakimś środkiem nasennym.
W połowie następnej nocy Izydor, który przy nim czuwał, zauważył, że oddech leżącego staje się coraz silniejszy, a cała jego istota jakby uwalniała się z niewidzialnych więzów, które go paraliżowały.
O świcie zbudził się i wrócił do normalnych funkcji. Jadł, pił i ruszał się. Lecz przez cały dzień nie był w stanie odpowiadać na pytania, które zadawał mu młody człowiek, jak gdyby jego umysł wciąż jeszcze paraliżowała niewytłumaczona tępota.
Następnego dnia zapytał Beautreleta:
— Co pan tu robi, panie?
Po raz pierwszy wprawiła go w zdumienie obecność jakiegoś obcego człowieka.
Powoli, powoli wrócił do zupełnej świadomości. Mówił, miał plany. Jednak kiedy Beautrelet zapytał go o wydarzenia, które poprzedziły jego sen, wyglądał tak, jakby nic nie rozumiał.
I naprawdę Beautrelet czuł, że on nic nie rozumie. Starowina stracił pamięć wszystkiego, co zaszło od poprzedniego piątku. Była to przepaść w zwyczajnym toku jego życia. Opowiedział o piątkowym ranku i popołudniu, o interesach jarmarcznych, o posiłku w karczmie. Potem... już nic. Zdawało mu się, że zbudził się nazajutrz po owym piątku.
Dla Beautreleta było to straszne. Prawda była tu, w tych oczach, które widziały mury parku, za którymi oczekiwał jego ojciec, w tych rękach, które podniosły list, w tej zmąconej głowie, która zachowała miejsce tej sceny, dekorację, mały zakątek świata, w którym rozegrał się dramat. I z tych oczu, z tych rąk, z tej głowy nie mógł wydobyć najsłabszego echa prawdy tak bliskiej!
Och, ta nieuchwytna i straszna przeszkoda, na którą natknęły się jego wysiłki, przeszkoda złożona z milczenia i zapomnienia, jakże wyraźnie miała na sobie piętno Lupina! On jeden mógł, poinformowany bez wątpienia o wybiegu ojca Beautreleta, porazić częściową śmiercią tego, którego świadectwo mogło mu zawadzać. Beautrelet nie czuł, żeby go odkryto, i nie przypuszczał, żeby Lupin wiedział coś o jego zamachu i o tym, że list do niego dotarł, i żeby w ten sposób bronił się przed nim osobiście. Nie. Tylko podziwiał przezorność i prawdziwą inteligencję, o której mówiło to zdławienie możliwego oskarżenia ze strony przechodnia! Teraz już nikt nie wiedział, że w murach pewnego parku znajduje się więzień wzywający pomocy.
Nikt? Owszem: Beautrelet. Ojciec Charel nie może powiedzieć? Zgoda. Jednak można by przynajmniej się dowiedzieć, na jakim jarmarku był starzec i jaką drogą mógł stamtąd wracać. A wzdłuż tej drogi może wreszcie uda się znaleźć...
Izydor, który zresztą chodził do chaty ojca Charela, zachowując jak największą ostrożność, żeby nie wzbudzić najmniejszego podejrzenia, postanowił zaprzestać tych odwiedzin. Zasięgnąwszy języka, dowiedział się, że w piątek odbył się jarmark w Fresselines, w wielkiej osadzie, odległej o kilka mil, że można było dostać się tam albo dosyć krętym gościńcem, albo krótszymi drogami.
W piątek wybrał się tam gościńcem, ale nie zauważył nic, co by zwróciło jego uwagę, żadnych wysokich murów, żadnej sylwety starego zamku.
Zjadł obiad w jednej z oberży we Fresselines i już miał wychodzić, kiedy zobaczył ojca Charel, który przecinał plac, popychając przed sobą swój szlifierski wózek. Poszedł zaraz za nim, trzymając się jednak w znacznej odległości.
Poczciwina dwukrotnie przystawał i w czasie tych długich postojów tuzinami ostrzył noże. Potem ruszył nareszcie dalej, ale zupełnie inną drogą, wiodącą ku Crozant i Eguzon.
Beautrelet poszedł za nim. Nie upłynęło pięć minut, a już doznał uczucia, że nie tylko on śledzi tego poczciwca. Szedł między nimi jakiś człowiek, który zatrzymywał się w tym samym czasie co ojciec Charel i w tym samym co on czasie ruszał dalej, zresztą bynajmniej nie starając się ukrywać.
„Pilnują go — pomyślał Beautrelet. — Może chcą się dowiedzieć, czy nie zatrzyma się przed murem...”
Serce mu biło. Zbliżało się ważne wydarzenie.
Wszyscy trzej jeden za drugim wchodzili i schodzili po spadzistych pagórkach, aż przybyli do Crozant. Tam ojciec Charel zatrzymał się na godzinę. Potem zszedł do rzeki i przeszedł przez most.
Potem zdarzyło się coś, co zaskoczyło Beautreleta. Drugi mężczyzna nie przeszedł przez rzekę. Patrzył, jak stary się oddala, a kiedy stracił go z oczu, ruszył ścieżką wiodącą w otwarte pola.
Co robić? Beautrelet wahał się kilka sekund, a potem nagle powziął decyzję. Poszedł śledzić nieznajomego.
— Musiał zauważyć — pomyślał — że ojciec Charel poszedł prosto. Jest spokojny i odchodzi. Dokąd? Do zamku?
Był bliski celu. Czuł to po jakiejś bolesnej radości, która go przeniknęła.
Nieznajomy wszedł do ciemnego lasu, leżącego nad rzeką, a potem zjawił się znowu na horyzoncie.
Kiedy z kolei Beautrelet wyszedł z lasu, zdziwił się, że już nie widzi tego osobnika. Rozglądał się za nim, gdy wtem omal nie krzyknął i jednym susem cofnął się w las. Z prawej strony widniały ogromne mury zamku.
To tam! To tam! Te mury więżą jego ojca! Znalazł tajemne miejsce, w którym Lupin trzyma swe ofiary!
Nie odważył się już opuszczać kryjówki, którą oferowało gęste listowie lasu. Powoli, prawie pełzając, przemieścił się na prawo i w ten sposób dotarł na szczyt pagórka, który sięgał wierzchołków pobliskich drzew. Mury wznosiły się jeszcze wyżej. Spostrzegł też dach, który je pokrywał, stary dach z czasów Ludwika XIII19, z wieżyczkami otaczającymi jedną, ostro wystrzelającą ponad inne.
Na ten dzień Beautrelet miał dosyć. Musiał się zastanowić i przygotować jak najstaranniej plan ataku. Górował teraz nad Lupinem i do niego należał wybór godziny i sposobu walki.
Odszedł.
W pobliżu mostu napotkał dwie wieśniaczki, które niosły wiadra pełne mleka. Zapytał je:
— Jak się nazywa ten zamek, tam, za drzewami?
— To, panie, to jest zamek Iglica.
Zadał pytanie, nie przywiązując do niego żadnej wagi. Odpowiedź poruszyła go.
— Zamek Iglica?... Ach!... A gdzie jesteśmy? W departamencie Indre?
— Dalibóg, nie. Indre jest z tamtej strony rzeki. Tu jest departament Wydrążona20.
Izydora olśniło. Zamek Iglica! Departament Wydrążona! Wydrążona Iglica! Klucz do dokumentu! Zwycięstwo pewne, ostateczne, zupełne!
Bez słowa odwrócił się od kobiet i poszedł, potykając się jak pijany.