Rozdział VI. Tajemnica historyczna
Beautrelet natychmiast postanowił działać samemu. Powiadamianie władz było zbyt niebezpieczne. Wobec tego, że mógł podać tylko przypuszczenia, obawiał się powolności władz, pewnych niedyskrecji i całego uprzedniego śledztwa, podczas którego Lupin, niewątpliwie ostrzeżony, miałby możność swobodnego odwrotu.
Następnego dnia o ósmej rano z pakiecikiem pod pachą opuścił oberżę, w której mieszkał w okolicy Cuzion, wszedł w najbliższe krzaki, zrzucił ze siebie ubranie robotnika, stał się znowu młodym malarzem angielskim, którym był przedtem, i poszedł do notariusza w Eguzon.
Powiedział, że okolica mu się podoba i że chętnie zamieszkałby tu z rodzicami, gdyby znalazł odpowiednie mieszkanie.
Notariusz wskazał mu kilka posiadłości. Beautrelet napomknął, że mówiono mu o zamku Iglica, leżącym w tym departamencie.
— Istotnie, ale zamek Iglica, który od pięciu lat należy do jednego z mych klientów, nie jest na sprzedaż.
— Więc on tam mieszka?
— Mieszkał, a raczej mieszkała jego matka. Lecz zamek wydał jej się zbyt smutny i nie podobał się jej. Wyprowadzili się w zeszłym roku.
— A teraz nikt w nim nie mieszka?
— Mieszka jakiś Włoch, baron Anfredi, któremu mój klient wynajął zamek na lato.
— Ach, baron Anfredi, człowiek młody jeszcze, taki sztywny...
— Doprawdy, nic o nim nie wiem... Mój klient umawiał się z nim osobiście. Nie było żadnego kontraktu... zwykły list...
— Ale pan zna barona?
— Nie, on nigdy nie opuszcza zamku... Zdaje się, że czasami w nocy, i to automobilem. Zakupy robi stara kucharka, która z nikim nie rozmawia. Dziwni ludzie...
— Czy myśli pan, że pański klient zgodziłby się sprzedać zamek?
— Sądzę, że nie. To zamek historyczny, w najczystszym stylu Ludwika Trzynastego21. Mój klient przywiązywał do tego wielką wagę i jeśli nie zmienił zdania...
— Nie mógłby mi pan podać jego nazwiska i adresu?
— Ludwik Valméras, rue du Mont-Thabor, numer trzydzieści sześć.
Beautrelet na najbliższej stacji wsiadł do pociągu do Paryża. Nazajutrz, po trzech bezskutecznych wizytach, zastał nareszcie Ludwika Valméras. Był to mężczyzna trzydziestoletni, o twarzy otwartej i sympatycznej. Beautrelet, sądząc, że nie ma potrzeby udawać, dał się poznać i opowiedział mu o swych wysiłkach i celu swej wyprawy.
— Mam wszelkie dane — dodał — żeby przypuszczać, że mój ojciec jest uwięziony wraz z innymi ofiarami w zamku Iglica. Proszę więc, żeby mi pan zechciał powiedzieć, co pan wie o swym najemcy, baronie Anfredim.
— Niewiele. Spotkałem barona Anfredi ostatniej zimy w Monte Carlo. Dowiedziawszy się przypadkiem, że jestem właścicielem zamku Iglica, a pragnąc spędzić lato we Francji, zaproponował mi najem.
— Jest to człowiek jeszcze młody...
— Tak z bardzo wyrazistymi oczyma, z jasnymi włosami.
— Z brodą?
— Tak, z brodą o dwu szpicach, które opadają na zapinający się z tyłu kołnierzyk, jak u duchownego. On w ogóle ma w sobie coś z angielskiego księdza.
— To on — mruknął Beautrelet — to on, taki, jakiego widziałem go po raz ostatni, to jego dokładny opis.
— Jak to, więc pan sądzi?...
— Sądzę, jestem pewny, że pański najemca to nikt inny, tylko Arsène Lupin.
Historia ta ubawiła Ludwika Valméras. Znał wszystkie przygody Lupina i koleje jego walki z Beautreletem. Zacierał ręce.
— No, zamek Iglica stanie się sławny... co całkiem mi się podoba, bo w gruncie rzeczy od kiedy moja matka tam nie mieszka, myślę wciąż o tym, żeby się go pozbyć przy pierwszej lepszej sposobności. Teraz znajdę kupców. Tylko...
— Tylko?
— Poproszę, żeby pan działał z jak największą przezornością i zawiadomił policję, dopiero mając niezachwianą pewność. Widzi pan, gdyby tak mój najemca nie był Arsène’em Lupin?
Beautrelet przedłożył mu swój plan: że pójdzie sam, przejdzie przez mur, schowa się w parku...
Ludwik Valméras pohamował go zaraz.
— Nie przejdzie pan tak łatwo przez mur tej wysokości. A jeśli się panu to uda, przywitają pana dwa ogromne psiska, należące do mej matki, które zostawiłem w zamku.
— Ba, jedna pigułka...
— Dziękuję panu. Lecz przypuśćmy, że pan się im wymknie. Cóż potem? Jak wedrze się pan do zamku? Drzwi wejściowe są masywne, okna zakratowane. A zresztą, gdyby pan wszedł, któż pana poprowadzi? Tam jest osiemdziesiąt pokoi.
— Tak, ale... ten pokój z dwoma oknami na drugim piętrze?...
— Znam go, nazywamy go Pokojem Glicynii. Lecz jak go pan znajdzie? Tam są trzy ciągi schodów i cały labirynt korytarzy. Choćbym panu opisał, którędy trzeba iść, zgubi się pan.
— Więc niech pan jedzie ze mną — rzekł, śmiejąc się, Beautrelet.
— Nie mogę. Obiecałem pojechać do matki, na południe.
Beautrelet wrócił do przyjaciela, który przyjął go w gościnę i zaczął przygotowania. Jednak pod koniec dnia, kiedy już sposobił się do wyjazdu, odwiedził go Valméras.
— Czy nadal chce pan zabrać mnie ze sobą?
— Czy chcę!
— Więc zgoda! Pojadę z panem. Wyprawa mnie pociąga. Sądzę, że nie będziemy się nudzili i chętnie wmieszam się w to wszystko. A poza tym mój współudział nie będzie dla pana bezużyteczny. Widzi pan, oto już początek współpracy.
Pokazał mu wielki klucz, cały zardzewiały i wyglądający na bardzo stary.
— Klucz do?... — zapytał Beautrelet.
— Małej furtki, ukrytej między dwiema przyporami22, porzuconej od wieków, której nie uważałem nawet za potrzebne pokazywać swemu najemcy. Wychodzi na okolicę, dokładnie na skraju lasu.
Beautrelet przerwał mu prędko.
— Oni je znają, to wyjście... To oczywiście tamtędy dostał się do parku człowiek, którego śledziłem. Dalej, gra jest ładna i wygramy. Ale trzeba się, do licha, wziąć w karby!
W dwa dni później do Crozant przybył cygański wózek zaprzężony w wychudłą szkapę. Woźnica otrzymał pozwolenie na zatrzymanie się w opuszczonej szopie na krańcu wsi. Prócz woźnicy, którym był nie kto inny, tylko Valméras, było tam jeszcze trzech młodych ludzi zajętych wyplataniem krzeseł z wikliny: Beautrelet i dwaj jego koledzy z liceum Janson.
Spędzili tam trzy dni, czekając na sposobną noc i myszkując wokół parku. Pewnego razu Beautrelet zobaczył furtkę. Wciśnięta pomiędzy dwie przypory, za zasłoną z krzaków jeżyn, prawie zlewała się ze wzorem utworzonym przez kamienie muru.
Nareszcie czwartego wieczora niebo pokryło się gęstymi chmurami i Valméras zadecydował, że trzeba pójść na zwiady, ryzykując oczywiście odwrót, gdyby okoliczności nie sprzyjały.
Wszyscy czterej przeszli przez lasek. Potem Beautrelet wszedł między krzaki jeżyn, drapiąc przy tym ręce, i podniósłszy się do połowy, powoli, z wielką ostrożnością wetknął klucz do otworu. Obrócił delikatnie. Czy drzwi się otworzą pod jego naciskiem? Czy nie były zamknięte z drugiej strony na rygiel? Pchnął. Drzwi otwarły się bez skrzypnięcia, bez szarpnięcia. Znalazł się w parku.
— Jest pan tam, panie Beautrelet? — zapytał Valméras. — Proszę zaczekać na mnie. A wy, drodzy panowie, czuwajcie nad tymi drzwiami, żeby nam nie odcięto odwrotu. W razie najmniejszej obawy zagwiżdżcie.
Chwycił Beautreleta za rękę i zniknęli w mrokach gąszczu. Kiedy doszli na skraj środkowego trawnika, natknęli się na jaśniejszą przestrzeń. W tej samej chwili przez chmury przedarł się blask księżyca i spostrzegli zamek wraz z wieżyczkami, otaczającymi tę najwyższą i spiczastą, której zamek bez wątpienia zawdzięczał swe miano. Żadnego światła w oknach, żadnego szmeru.
Valméras ujął swego towarzysza za ramię.
— Cicho!
— Co?
— Psy... tam... Widzi pan?...
Dało się słyszeć warczenie. Valméras gwizdnął cichutko. Podbiegły dwie białe sylwetki i w kilku susach psy przypadły do nóg swego pana.
— Cicho, pieski... leżeć... dobrze... nie ruszać się...
A do Beautreleta powiedział:
— Teraz chodźmy. Już jestem spokojny.
— Czy jest pan pewny drogi?
— Tak. Zbliżamy się do terasy23.
— A potem?
— Pamiętam, że po lewej ręce, w miejscu, w którym dominująca nad rzeką terasa podnosi się do poziomu okien, jest jedna okiennica, która się nie domyka i można ją otworzyć z zewnątrz.
Rzeczywiście, kiedy tam przybyli, okiennica ustąpiła pod naciskiem. Valméras wyciął diamentowym ostrzem jedną szybę. Otworzył okno. Jeden po drugim weszli na balkon. Teraz znaleźli się w zamku.
— Pokój, w którym jesteśmy, znajduje się na końcu korytarza. Potem jest ogromny przedsionek, ozdobiony posągami, a na końcu tego przedsionka są schody, które prowadzą prawie do drzwi pokoju, w którym przebywa pański ojciec.
Postąpił krok naprzód.
— Idzie pan, panie Beautrelet?
— Tak, tak.
— Ależ nie, pan nie idzie. Co panu jest?
Chwycił go za rękę, była zimna jak lód. Spostrzegł, że młodzieniec przykucnął na podłodze.
— Co panu jest? — powtórzył.
— Nic... to minie...
— Ale jednak...
— Boję się...
— Boi się pan!
— Tak — przyznał się szczerze Beautrelet. — Nerwy mnie zawodzą... zazwyczaj panuję nad nimi... ale dzisiaj... to milczenie... wzruszenie... A potem, od czasu, jak mnie ten pisarz ugodził nożem... Ale to przejdzie... O, już przechodzi...
Istotnie, zdołał wstać i Valméras wyprowadził go z pokoju. Szli przez korytarz po omacku i tak cicho, że wzajemnie nie czuli swej obecności.
Zdawało się im, że przedsionek, do którego zdążali, oświetla słabe światło. Valméras wychylił głowę. Była to lampka umieszczona u stóp schodów na stoliczku, który było widać poprzez wiotkie liście palmy.
— Stój! — szepnął Valméras.
Obok lampy stał na straży jakiś mężczyzna ze strzelbą w ręku.
Czy ich zobaczył? Być może... W każdym razie musiało go coś zaniepokoić, gdyż zdjął strzelbę z ramienia.
Beautrelet przypadł na kolana przy skrzyni krzewu i znieruchomiał, serce biło mu w piersi jak młot.
Tymczasem cisza i i brak ruchu wokół uspokoiły człowieka na straży. Opuścił broń. Jednak głowę miał zwróconą w stronę krzewu.
Mijały straszliwe minuty, dziesięć, piętnaście. Blask księżyca wniknął przez okno schodów. I nagle Beautrelet zdał sobie sprawę, że światło księżyca przesuwało się nieznacznie i że za pięć, dziesięć minut światło dojdzie do niego i oświetli jego twarz.
Krople potu spływały mu z twarzy na drżące ręce. Jego lęk urósł do tego stopnia, że już miał zerwać się i uciec... Lecz przypomniawszy sobie, że obok jest Valméras, poszukał go wzrokiem i zdziwił się, gdy zobaczył, a raczej gdy odgadł, jak pełza w ciemnościach pod ochroną krzewów i posągów. Już dosięgał do stóp schodów, już był o kilka kroków od mężczyzny.
Co zrobi? Czy mimo to przejdzie? Czy pójdzie sam uwolnić więźnia? Ale czy zdoła przejść?
Beautrelet stracił go z oczu i miał wrażenie, że coś się stanie, coś, co zdawała się zapowiadać sama cisza, w tej chwili jeszcze głębsza i straszniejsza.
Nagle jakiś cień rzuca się na mężczyznę, lampka gaśnie... rozlega się hałas walki... Beautrelet przybiegł. Dwa ciała tarzały się po posadzce. Chciał się schylić. Usłyszał chrapliwy jęk, westchnienie i w tej chwili jeden z walczących zerwał się i chwycił go za rękę.
— Prędko... chodźmy tam.
Był to Valméras.
Weszli na drugie piętro i dotarli do początku wyścielonego dywanem korytarza.
— Na prawo — szepnął Valméras — czwarty pokój po lewej.
Wkrótce znaleźli drzwi do tego pokoju. Jak tego się spodziewali, więzień był zamknięty na klucz. Musieli poświęcić pół godziny, pół godziny przyciszonych wysiłków, żeby otworzyć. W końcu weszli.
Beautrelet po omacku odszukał łóżko. Jego ojciec spał.
Zbudził go łagodnie.
— To ja, Izydor... i mój przyjaciel... nie bój się... Wstań, ani słowa...
Ojciec ubrał się, lecz wychodząc, szepnął do nich:
— Nie jestem sam w zamku...
— Ach, któż? Ganimard? Sholmes?
— Nie... przynajmniej ja ich nie widziałem.
— Więc?
— Jakaś młoda dziewczyna.
— Panna de Saint-Véran, na pewno!
— Nie wiem, widywałem ją nieraz z daleka w parku... Wychyliwszy się ze swego okna, widzę jej okno. Dawała mi znaki.
— Wiesz, gdzie jest jej pokój?
— Tak, w korytarzu, trzeci na prawo.
— Pokój błękitny — szepnął Valméras. — Drzwi mają dwa skrzydła, będzie mniej kłopotu.
Istotnie, jedno skrzydło bardzo szybko ustąpiło. Ojciec Beautrelet podjął się uprzedzić młodą dziewczynę.
Po dziesięciu minutach wyszedł z nią z pokoju i rzekł do swego syna:
— Miałeś rację... panna de Saint-Véran.
Zeszli we czwórkę. Na dole schodów Valméras przystanął i pochylił się nad pokonanym człowiekiem, a potem, prowadząc ich do pokoju terasowego, powiedział:
— Nie jest martwy. Będzie żył.
— Ach! — westchnął Beautrelet z ulgą.
— Na szczęście mój nóż się ześlizgnął... cios nie jest śmiertelny. A zresztą, cóż, te gałgany nie zasługują na litość.
Na zewnątrz przywitały ich dwa psy i odprowadziły aż do furtki. Tam Beautrelet odnalazł obu swych przyjaciół. Mała gromadka wyszła z parku. Była trzecia rano.
To pierwsze zwycięstwo nie mogło Beautreletowi wystarczyć. Gdy tylko ulokował ojca i dziewczynę, zaczął ich wypytywać o ludzi przebywających w zamku, w szczególności o Arsène’a Lupin. Dowiedział się, że Lupin przyjeżdża tylko co trzy czy cztery dni, przybywając wieczorem automobilem i odjeżdżając rano. Podczas każdej swej bytności odwiedzał oboje więźniów i oboje zgodnie chwalili jego szacunek i ogromną uprzejmość. Na razie, zdaje się, nie było go w zamku.
Poza nim widywali tylko jakąś starą kobietę prowadzącą gospodarstwo domowe i dwóch mężczyzn, którzy ich strzegli kolejno i nie rozmawiali z nimi wcale, widocznie dwóch podwładnych, sądząc z ubrania i twarzy.
— Tak czy owak dwaj wspólnicy — stwierdził Beautrelet — a raczej trzej, licząc ze starą kobietą. To zdobycz nie do pogardzenia. I jeśli nie będziemy tracili czasu...
Siadł na rower, pojechał do Eguzon, zbudził żandarmów, kazał trąbić wsiadanego i wrócił do Crozant o ósmej wraz z sierżantem i ośmioma żandarmami. Dwaj z nich zostali na straży przy wejściu. Dwaj inni stanęli przed furtką. Pozostali czterej pod wodzą sierżanta, w towarzystwie Beautreleta i Valmérasa, podążyli do głównego wejścia zamku. Za późno. Brama była już szeroko otwarta. Jakiś wieśniak powiedział im, że przed godziną widział wyjeżdżający z zamku automobil.
Rzeczywiście, poszukiwania nie dały żadnego rezultatu. Według wszelkiego prawdopodobieństwa banda musiała się tu umieścić tylko przelotnie. Znaleźli kilka ubrań, trochę bielizny, przybory kuchenne, i to było wszystko.
W zdziwienie wprawiło Beautreleta i Valmérasa zniknięcie rannego. Nie mogli odnaleźć najmniejszego śladu walki, ani jednej kropli krwi na posadzce przedsionka.
W rezultacie nie było żadnego materialnego dowodu, że Lupin był w zamku Iglica, i można by śmiało odrzucić zapewnienia Beautreleta i jego ojca, Valmérasa i panny de Saint-Véran, gdyby wreszcie nie znaleźli w pokoju sąsiadującym z pokojem młodej dziewczyny sześciu wspaniałych bukietów, do których był przypięty bilet24 Arsène’a Lupin. Bukiety, które odrzuciła, zapomniane, zwiędły... Do jednego z nich prócz biletu dołączono list, którego Rajmunda nie widziała. Po południu, kiedy rozpieczętował go sędzia śledczy, znaleziono w nim dziesięć stron próśb, błagań, obietnic, gróźb, rozpaczliwych zaklęć, całe szaleństwo miłości, która zaznała tylko pogardy i braku wzajemności.
List kończył się tak: „Przyjadę we wtorek wieczorem. Niech się pani namyśli. Nie chcę już dłużej czekać. Jestem gotów na wszystko”.
Właśnie we wtorek rano Beautrelet oswobodził pannę de Saint-Véran.
Wszyscy z pewnością pamiętają zdumienie i entuzjazm wywołane w świecie tą nowiną: panna de Saint-Véran wolna! Młoda dziewczyna, której pragnął Lupin, dla której snuł swe najbardziej makiaweliczne25 plany, wyrwana z jego szponów! Wolny także ojciec Beautreleta, ten, którego Lupin, spragniony zawieszenia broni potrzebnego jego miłości, wybrał na zakładnika. Wolni oboje! Tajemnica Iglicy znana, opublikowana, rzucona na cztery strony świata!
Tłum bawił się. Śpiewano o pokonaniu awanturnika.
„Miłostki Lupina”, „Łzy Arsène’a”, „Zakochany włamywacz!”, „Piosenka złodzieja kieszonkowego” — wykrzykiwano na bulwarach, wyśpiewywano po pracowniach.
Zasypana pytaniami, prześladowana przez dziennikarzy, Rajmunda odpowiadała z jak największą rezerwą. Ale przecież istniał list i bukiety, i cała tragikomiczna awantura! Nagle Lupin ośmieszony, wydrwiony, spadł ze swego piedestału.
A Beautrelet stał się bożyszczem. Wszystko zobaczył, wszystko przepowiedział, wszystko wyjaśnił. Zeznania, które panna de Saint-Véran złożyła przed sędzią w sprawie swego porwania, potwierdziły hipotezę młodego człowieka nawet w najdrobniejszych szczegółach. Rzeczywistość niejako poddawała się na wszystkich punktach temu, co uprzednio orzekł. Lupin trafił na mocniejszego.
Beautrelet zażądał, żeby jego ojciec przed powrotem do swych gór w Sabaudii odpoczął kilka miesięcy w słońcu, i zawiózł go razem z panną de Saint-Véran w okolice Nicei, gdzie hrabia de Gesvres osiadł wraz ze swą córką Zuzanną na zimę. W dwa dni potem Valméras zawiózł swoją matkę do swych nowych przyjaciół i utworzyli tam razem małą kolonię, zgrupowaną wokół willi de Gesvres, nad którą dniem i nocą czuwało sześciu ludzi najętych przez hrabiego.
Na początku października maturzysta Izydor Beautrelet pojechał do Paryża, żeby podjąć dalsze studia i przygotować się do egzaminu. I zaczęło się teraz życie spokojne, bez wypadków. Cóż mogło się zdarzyć? Czyż wojna nie była skończona?
Lupin musiał to doskonale wyczuwać, jak również to, że nie pozostawało mu nic innego, jak uznać fakty dokonane, gdyż pewnego dnia pojawiły się także dwie jego inne ofiary: Ganimard i Herlock Sholmes. Ich powrót do życia na tym świecie nie był zresztą wcale otoczony aureolą cudowności. Oto pewien szmaciarz znalazł ich na quai des Orfèvres26, naprzeciw prefektury policji, związanych i uśpionych.
Po tygodniu zupełnego oszołomienia udało się im odzyskać kontrolę nad tokiem swych myśli i opowiedzieli — a raczej opowiedział Ganimard, gdyż Sholmes zaciął się w uporczywym milczeniu — że odbywali na pokładzie jachtu Jaskółka podróż dookoła Afryki, podróż uroczą, pouczającą, podczas której mogli uważać się za zupełnie wolnych, z wyjątkiem kilku godzin, które musieli spędzać pod pokładem, kiedy okręt zawijał do egzotycznych portów.
Zaś co do swego wylądowania na quai des Orfèvres, nie przypominali sobie nic, uśpieni bez wątpienia od kilku dni.
To wypuszczenie na wolność było przyznaniem się do klęski. Nie walcząc dalej, Lupin proklamował ją bez zastrzeżeń.
Poza tym jedno wydarzenie podkreśliło jeszcze bardziej jego klęskę: ślub Ludwika Valméras i panny de Saint-Véran. Ich zbliżenie się, spowodowane przez bieżące wypadki, obudziło w dwojgu młodych wzajemną miłość. Valméras uległ melancholijnemu urokowi Rajmundy, zaś jej, zranionej przez życie, pragnącej, opieki, zaimponowała siła i energia tego, który niemało przyczynił się do jej oswobodzenia.
Dnia ślubu wyczekiwano z pewnym niepokojem. Czy Lupin nie podejmie walki na nowo? Czy zgodzi się bez protestu na stratę ukochanej kobiety? Dwa czy trzy razy widziano koło willi jakieś podejrzane indywidua, a Valméras pewnego wieczora musiał nawet bronić się przed rzekomym pijakiem, który strzelił do niego i przestrzelił mu kapelusz. Lecz koniec końców ceremonia odbyła się w oznaczonym terminie i Rajmunda de Saint-Véran została panią Ludwikową Valméras.
Zdawało się, że samo przeznaczenie stanęło po stronie Beautreleta i podpisało obwieszczenie zwycięstwa. Tłum wyczuwał to doskonale i właśnie wtedy zrodził się wśród jego wielbicieli pomysł wielkiego bankietu na cześć zwycięstwa, które Beautrelet odniósł nad Lupinem. Pomysł wzbudził ogromny entuzjazm. W ciągu dwóch tygodni nadeszło trzysta zgłoszeń do współudziału. Wysłano zaproszenia do liceów paryskich, dla dwu uczniów z każdej klasy maturalnej. Prasa zaintonowała hymny. A bankiet był tym, czym być musiał: apoteozą27.
Ale apoteozą uroczą i prostą, gdyż bohaterem jej był Beautrelet. Jego obecność wystarczyła, żeby wszystko znalazło się w swoich granicach. Okazał się skromny jak zazwyczaj, trochę zdziwiony z powodu burzliwych oklasków, trochę zawstydzony przesadnymi pochwałami, w których stwierdzano jego wyższość nad najsławniejszymi agentami policji... Trochę zawstydzony, lecz także bardzo wzruszony.
Powiedział to w kilku słowach, które podobały się wszystkim, ze zmieszaniem dziecka, które rumieni się od wielu spojrzeń. Wypowiedział swą radość i swą dumę. Rzeczywiście, chociaż tak roztropny, tak panujący nad sobą, doznał wówczas minut niezapomnianego upojenia. Uśmiechał do swych przyjaciół, do swych kolegów z liceum Janson, do Valmérasa, przybyłego specjalnie, żeby go oklaskiwać, do hrabiego de Gesvres, do swego ojca.
Lecz oto, kiedy kończył mówić i nadal trzymał szklankę w dłoni, na końcu sali rozległ się hałaśliwy głos i zobaczono jakiegoś człowieka, który mocno gestykulował, wymachując gazetą. Przywrócono ciszę, usiadł, lecz wokół stołu zapanowała niespokojna ciekawość, gazeta przechodziła z rąk do rąk i za każdym razem, gdy ktoś rzucił okiem na otwartą stronę, rozlegał się okrzyk.
— Przeczytać! Przeczytać! — wołano z drugiej strony.
Przy stole honorowym wszyscy wstali. Ojciec Beautrelet wziął dziennik i podał go synowi.
— Przeczytać! Przeczytać! — wołano coraz głośniej.
A inni wołali:
— Ależ słuchajcie! Już zaczyna czytać. Słuchajcie!
Beautrelet, stojąc, twarzą zwrócony do publiczności, szukał wzrokiem w dzienniku artykułu, który wzbudził taki hałas, i nagle, spostrzegłszy tytuł podkreślony niebieskim ołówkiem, podniósł rękę, żeby nakazać milczenie, i zaczął czytać głosem, który coraz to bardziej zmieniał się ze wzruszenia. Oto te zdumiewające rewelacje, unicestwiające wszystkie jego wysiłki, burzące jego wyobrażenia o Wydrążonej Iglicy i podkreślające marność jego walki z Arsène’em Lupin.
List otwarty p. Massiban, członka Akademii Inskrypcji i Literatury Pięknej28.
Szanowny Panie Redaktorze Naczelny!
17 marca 1679 r. pojawiła się maleńka książeczka pod następującym tytułem: „Tajemnica Wydrążonej Iglicy. Cała prawda wyświetlona po raz pierwszy. Sto egzemplarzy wydrukowanych przez mnie samego dla pouczenia dworu”.
O dziewiątej rano owego dnia autor, człowiek bardzo młody, dobrze odziany, którego nazwiska nie znano, zabrał się do rozdawania tej książki najwybitniejszym osobistościom dworu. O godzinie dziesiątej, kiedy już rozdał cztery sztuki, został aresztowany przez kapitana gwardii, który zaprowadził go do gabinetu królewskiego, a sam zaraz wrócił na poszukiwanie tych czterech rozdanych egzemplarzy. Kiedy wszystkie sto egzemplarzy zabrano, przeliczono, starannie przejrzano i sprawdzono, sam król rzucił je w ogień, prócz jednego, który zachował dla siebie.
Potem rozkazał kapitanowi gwardii zaprowadzić autora książki do pana de Saint-Mars, który zamknął swego więźnia najpierw w Pigneroi, a potem w fortecy na Wyspie Świętej Małgorzaty. Tym mężczyzną był oczywiście nie kto inny, jak sławny Człowiek w Żelaznej Masce29.
A prawda nigdy nie byłaby znana, a przynajmniej część prawdy, gdyby kapitan gwardii, który był obecny przy paleniu, nie skorzystał z chwilowej nieuwagi króla i nie wyciągnął z kominka innego egzemplarza.
Sześć miesięcy później znaleziono tego kapitana na gościńcu z Gaillon do Mantes. Jego zabójcy przetrząsnęli całe jego odzienie, przeoczyli jednak klejnot w prawej kieszeni, który następnie tam znaleziono, diament najczystszej wody, o znacznej wartości.
W jego papierach znaleziono odręczną notatkę. Nie mówił tam o książce wyrwanej z płomieni, lecz podawał streszczenie pierwszych rozdziałów. Chodziło tu o pewną tajemnicę znaną królom angielskim, utraconą przez nich, kiedy korona biednego szaleńca Henryka IV30 przeszła na głowę księcia Yorku, przekazaną królowi francuskiemu Karolowi VII31 przez Joannę d’Arc32, a która, stawszy się tajemnicą państwową, była przekazywana z władcy na władcę listem, za każdym razem ponownie pieczętowanym, który znajdowano na śmiertelnym łożu zmarłego z uwagą: „Dla króla Francji”.
Tajemnica ta dotyczyła istnienia i określała położenie olbrzymiego skarbu, będącego w posiadaniu królów, który powiększał się ze stulecia na stulecie.
Sto czternaście lat później Ludwik XVI33, uwięziony w Temple34, wziął na stronę jednego z oficerów wyznaczonych do strzeżenia rodziny królewskiej i rzekł do niego:
— Panie, czy nie miał pan przodka, który służył jako kapitan mojego dziadka, wielkiego króla?
— Tak, Wasza Królewska Mość.
— Ach, żeby pan był mężczyzną, żeby pan był mężczyzną...
Zawahał się. Oficer skończył zdanie:
— I nie zdradził Waszej Królewskiej Mości? O, królu...
— A więc, niech pan posłucha.
Wyciągnął z kieszeni książeczkę i wydarł z niej ostatnią stronę. Zmienił jednak zdanie.
— Nie, lepiej będzie, jeżeli przepiszę...
Wziął dużą kartkę papieru, oddarł z niej mały prostokątny kawałeczek i przepisał na nim pięć wierszy kropek, cyfr i znaków, które znajdowały się na wydrukowanej stronicy. Potem, spaliwszy tę wydrukowaną stronicę, złożył zapisaną kartkę we czworo, opieczętował czerwonym woskiem i dał mu ją.
— Panie, po mojej śmierci odda pan to królowej i powie pan jej: „Od króla... dla Waszej Królewskiej Mości i dla jej syna”. Jeśli nie zrozumie...
— Jeśli nie zrozumie...
— Doda pan: „Chodzi o tajemnicę Iglicy”. Królowa zrozumie.
Rzekłszy to, rzucił książkę między szczapy płonące na kominku.
21 stycznia wstąpił na szafot.
Wskutek przeniesienia królowej do więzienia Conciergerie oficer potrzebował dwóch miesięcy, żeby spełnić powierzoną mu misję. W końcu po wielu trudnościach udało mu się pewnego dnia stanąć przed Marią Antoniną35.
Powiedział jej tak, że mogła wyraźnie usłyszeć:
— Od świętej pamięci króla dla Waszej Królewskiej Mości i jej syna.
I podał jej zapieczętowany list.
Upewniła się, że straż nie może jej widzieć, złamała pieczęcie, zdawała się zaskoczona na widok tych niemożliwych do odczytania wierszy, a potem nagle zrozumiała.
Uśmiechnęła się gorzko i oficer usłyszał te słowa:
— Czemu tak późno?
Potem zawahała się. Gdzie schować niebezpieczny dokument? Wreszcie otworzyła swój modlitewnik i wsunęła karteczkę w tajemny schowek, umieszczony między skórą oprawy a pergaminem, który ją pokrywał.
— Czemu tak późno?... — powiedziała.
Prawdopodobnie ten dokument, jeśli mógł jej przynieść ocalenie, przyszedł rzeczywiście za późno, gdyż w październiku następnego roku z kolei królowa Maria Antonina weszła na szafot.
Otóż ten oficer, przeglądając papiery swej rodziny, znalazł rękopis swego pradziadka. Od tej chwili nosił się z tylko jedną myślą: poświęcić się wyjaśnieniu tej osobliwej zagadki. Przeczytał wszystkich autorów łacińskich, przejrzał wszystkie kroniki francuskie i krajów ościennych, zachodził do klasztorów, odczytywał księgi rachunkowe, archiwa kościelne, rozprawy, dzięki czemu zdołał znaleźć kilka cytatów rozproszonych po różnych wiekach.
W III księdze komentarzy Cezara o wojnie galijskiej36 opowiedziano, że po klęsce Viridovixa, zadanej mu przez G. Titulliusa Sabinusa, naczelnika Caletów przyprowadzono przed Cezara i aby się okupić, wyjawił tajemnicę Iglicy...
Traktat z Saint-Clair-sur-Epte37 między Karolem Prostakiem a Rollonem, naczelnikiem barbarzyńców północnych, dołącza jego do imienia wszystkie tytuły, między którymi czytamy: „pan tajemnicy Iglicy”.
Kronika saksońska38 (wydanie Gibsona, str. 143), mówiąc o Wilhelmie Zdobywcy39, opowiada, że drzewce jego sztandaru kończyło się ostrzem przebitym jak iglica.
W dosyć niejasnym zdaniu swego protokołu Joanna d’Arc zeznaje, że ma jeszcze powiedzieć jedną tajemną rzecz królowi Francji, na co sędziowie odpowiadają jej: „Tak, wiemy, o co chodzi, i dlatego właśnie, Joanno, zginiesz”.
Na Iglicę przysięga kilkakroć dobry król Henryk IV.
Przedtem Franciszek I40, przemawiając do notabli41 Hawru w roku 1520, wygłosił to zdanie, które przekazuje nam dziennik pewnego mieszczanina z Honfleur:
„Królowie Francji piastują tajemnice, które decydują o biegu rzeczy i losach miast”.
Wszystkie te cytaty, Panie Redaktorze Naczelny, wszystkie opowiadania, dotyczące Żelaznej Maski, kapitana gwardii i jego prawnuka, odnalazłem dziś w broszurze napisanej właśnie przez tego prawnuka i ogłoszonej w czerwcu 1815 roku, w przeddzień lub dzień po bitwie pod Waterloo42, to znaczy w okresie przewrotów, w którym rewelacje w niej zawarte musiały przejść niespostrzeżenie.
Co warta ta broszura? Nic, powie mi pan, i nie powinniśmy jej wcale wierzyć. Takie też było moje pierwsze wrażenie. Lecz jakże się zdumiałem, kiedy otworzywszy Komentarze Cezara, w podanym rozdziale znalazłem zwrot podany w broszurze! To samo dotyczy Kroniki saksońskiej, traktatu Saint-Clair-sur-Epte, protokołu Joanny d’Arc, słowem wszystkiego, co udało mi się dotąd zbadać.
Wreszcie autor broszury z r. 1815 podaje jeszcze jeden precyzyjniejszy fakt. Podczas kampanii francuskiej, służąc jako oficer napoleoński, zadzwonił pewnego wieczora, ponieważ koń mu zginął, do bramy pewnego zamku, gdzie został przyjęty przez starego kawalera Świętego Ludwika.
Stopniowo, gawędząc ze staruszkiem, dowiedział się, że ten zamek, położony na brzegu Wydrążonej43, nazywa się zamkiem Iglicy, że został zbudowany i ochrzczony przez Ludwika XIV44 i że na wyraźny rozkaz wielkiego króla został ozdobiony wieżyczkami i ostrzem w kształcie igły. Była opatrzona datą, którą powinna nadal nosić: 1680.
1680! Rok po ogłoszeniu książki i uwięzieniu Żelaznej Maski. Wszystko się wyjaśniło. Ludwik XIV, przewidując, że tajemnica mogłaby się roznieść, wybudował i ochrzcił ten zamek, żeby ciekawskim podsunąć naturalne wyjaśnienie starodawnej tajemnicy. Wydrążona Iglica? Zamek z ostrymi wieżyczkami, położony nad brzegiem Wydrążonej i należący do króla. Od razu pomyślano by, że zagadka rozwiązana i ustałyby poszukiwania.
Kalkulacja była słuszna, gdyż po przeszło dwóch wiekach p. Beautrelet popadł w pułapkę. I do tego właśnie chciałem dojść, Panie Redaktorze, pisząc ten list. Jeśli Lupin pod nazwiskiem Anfredi wynajął od pana Valméras zamek Iglicy na brzegu Wydrążonej i tam umieścił swych dwoje więźniów, to dlatego, że przyznał powodzenie nieuniknionym poszukiwaniom pana Beautreleta i pragnąc osiągnąć pokój, którego potrzebował, rozciągnął właśnie na pana Beautreleta to, co możemy nazwać pułapką historyczną Ludwika XIV.
I tak dochodzimy do tej niezaprzeczonej konkluzji, że to on, Lupin, jedynie mocą swej inteligencji, nie znając innych faktów prócz tych, które znamy, doszedł drogą prawdziwie genialnej spekulacji do odczytania nieczytelnego dokumentu, to znaczy, że Lupin, ostatni dziedzic królów francuskich, zna królewską tajemnicę Wydrążonej Iglicy.
Tu kończył się artykuł. Lecz od kilku minut, od zdania odnoszącego się do Iglicy, już nie Beautrelet go odczytywał. Zrozumiawszy swą klęskę, przygnieciony ciężarem doznanego upokorzenia, wypuścił gazetę z ręki, opadł na krzesło i ukrył twarz w dłoniach.
Tłum, wzburzony tą niewiarygodną historią, zbliżał się z wolna i otoczył Beautreleta.
Z dreszczem niepokoju czekano na słowa, którymi odpowie, na zarzuty, które podniesie.
Nie poruszył się.
Valméras łagodnym ruchem rozprostował jego ramiona i podniósł mu głowę.
Izydor Beautrelet płakał.
Rozdział VII. Traktat o Iglicy
Czwarta rano. Izydor nie wrócił do liceum. Nie wróci tam, dopóki nie skończy nieubłaganej walki, którą wydał Lupinowi. Przysiągł to sobie w duchu, gdy jego przyjaciele wieźli go powozem, zupełnie omdlałego i zgnębionego.
Szalona przysięga! Walka głupia i nielogiczna! Cóż zdoła zrobić, on, osamotniony, bezbronny dzieciak, wobec tego fenomenu energii i potęgi?
Gdzie go zaatakować? On jest niemożliwy do zaatakowania. Gdzie go zranić? Jest nie do zranienia. Gdzie go dosięgnąć? Jest nieuchwytny.
Czwarta rano... Izydor znowu zatrzymał się u swego kolegi z liceum Janson. Stojąc przed kominkiem w swoim pokoju, łokciami oparty o marmur, z brodą na pięściach, patrzy na swoje odbicie w lustrze.
Nie płacze już i nie chce więcej płakać ani wić się na łóżku, ani rozpaczać, co czynił od dwóch godzin. Chce myśleć, myśleć i rozumieć.
Nie spuszcza oczu ze swoich oczu w lustrze, jak gdyby spodziewał się podwoić siłę swej myśli, oglądając swój zamyślony obraz, jak gdyby spodziewał się znaleźć w głębi swej istoty rozwiązanie, którego nie może znaleźć w sobie.
Tak stoi aż do szóstej. I oto powoli, stopniowo cała kwestia, pozbawiona szczegółów, które ją wikłają i zaciemniają, przedstawia się jego umysłowi zupełnie sucha, naga, ścisła jak równanie.
Tak. Pomylił się. Tak. Jego interpretacja dokumentu jest fałszywa. Wyraz „iglica* nie oznacza wcale zamku nad brzegiem Wydrążonej. Tak samo wyraz „panieński” (o ile nie „zamiejski”) nie może odnosić się do panny Rajmundy de Saint-Véran i jej kuzynki, gdyż tekst sięga wielu wieków wstecz.
Więc wszystko trzeba zacząć na nowo.
Jak?
Jedynym solidnym fundamentem dowodzenia byłaby książka opublikowana za Ludwika XIV. Ze stu egzemplarzy wydrukowanych przez tego, który, jak się zdaje, był Żelazną Maską, jedynie dwa uniknęły płomieni. Jeden zabrał kapitan gwardii i utracił. Drugi zachował Ludwik XIV, potem przekazał Ludwikowi XV45, a spalił go Ludwik XVI. Lecz istnieje kopia zasadniczej stronicy, która zawiera rozwiązanie problemu, a przynajmniej rozwiązanie kryptograficzne. Została zaniesiona Marii Antoninie i schowana przez nią w modlitewniku.
Co się stało z tym papierem? Czy to jest ten, który Beautrelet trzymał w swych rękach, a który z rozkazu Lupina zabrał mu pisarz Brédoux? Czy też znajduje się on nadal w modlitewniku Marii Antoniny?
I w ten sposób kwestia sprowadza się do pytania: Co stało się z modlitewnikiem Marii Antoniny?
Po krótkim odpoczynku Beautrelet zapytał o modlitewnik przyjaciela swego ojca, emerytowanego kolekcjonera, wzywanego często jako rzeczoznawca, którego właśnie niedawno dyrektor jednego z naszych muzeów zaprosił do uporządkowania katalogu.
— Modlitewnik Marii Antoniny? — zawołał. — Ależ królowa przekazała go swej pokojowej, z tajemnym poleceniem oddania go hrabiemu Fersen. Z nabożeństwem przechowywany w rodzinie hrabiego, znajduje się od pięciu lat w pewnej gablotce.
— W gablotce?
— W muzeum Carnavalet.
— A to muzeum będzie otwarte?...
— Za dwadzieścia minut, jak co dzień rano.
Izydor i jego przyjaciel wysiedli z dorożki w chwili otwarcia bramy starego domu pani de Sévigné.
— Ach, pan Beautrelet!
Tuzin głosów powitał jego przybycie. Ku swemu ogromnemu zdziwieniu rozpoznał całą grupę reporterów, którzy śledzili bieg „sprawy Wydrążonej Iglicy”. A jeden z nich zawołał:
— To zabawne, mieliśmy wszyscy ten sam pomysł. Może jest między nami Arsène Lupin.
Weszli wszyscy razem. Dyrektor, powiadomiony natychmiast, oddał się na ich usługi, zaprowadził ich do gablotki i pokazał im ubogi tomik, bez najmniejszej ozdoby, z pewnością niemający w sobie nic królewskiego.
Mimo to ogarnęło ich pewne wzruszenie na widok książki, której dotykała królowa w dniach tak tragicznych, którą oglądały jej oczy zaczerwienione od łez... Nie odważyli się wziąć jej i przeglądać, jak gdyby doznawali uczucia świętokradztwa...
— No, panie Beautrelet, to zadanie przypada panu.
Trwożliwym gestem wziął książkę. Jej wygląd w pełni odpowiadał opisowi autora broszury. Najpierw okładka z pergaminu, pergaminu zabrudzonego, sczerniałego, miejscami wytartego, a pod nim prawdziwa oprawa z twardej skóry.
Z jakimż drżeniem Beautrelet szukał schowka! Czy to była bajka? Czy też znajdzie jeszcze dokument napisany przez Ludwika XVI i przekazany przez królową swemu żarliwemu przyjacielowi?
Na pierwszej stronie, w części górnej książki nie było żadnego schowka.
— Nic — mruknął.
— Nic — jak echo powtórzyli za nim ze drżeniem serc obecni.
Jednak na ostatniej stronie, kiedy rozwarł książkę trochę mocniej, zobaczył natychmiast, że pergamin odstaje od oprawy. Wsunął palce... Coś jest... Tak, czuł, że coś jest... Papier...
— O! — zawołał z tryumfem. — Jest... Czy to możliwe?
— Prędko! Prędko! — zaczęli wołać do niego. — Na co pan czeka?
Wyciągnął złożoną na pół kartkę.
— No, niechże pan czyta!... Tam są słowa napisane czerwonym atramentem... O... można by powiedzieć, że krwią... całkiem bladą krwią... Niechże pan czyta!...
Zaczął czytać.
Panu, panie Fersen. Dla mego syna. 16 października 1793.
Maria Antonina
I nagle Beautrelet wydał okrzyk zdumienia. Pod podpisem królowej były... były napisane czarnym atramentem dwa słowa, podkreślone zawijasem dwa słowa: „Arsène Lupin”.
Wszyscy po kolei brali kartkę i wydawali ten sam okrzyk:
— Maria Antonina... Arsène Lupin.
Zapanowało głębokie milczenie. Te dwa podpisy, te dwa połączone nazwiska, odnalezione w modlitewniku, w tej relikwii, w której spało od przeszło wieku rozpaczliwe wezwanie biednej królowej, ta straszna data 16 października 1793 roku, dzień, w którym padła królewska głowa, wszystko to było posępnie tragiczne.
— Arsène Lupin — jąkał jakiś głos, podkreślając w ten sposób to, co było przerażającego w widoku tego diabelskiego nazwiska na dole uświęconej kartki.
— Tak, Arsène Lupin — powtórzył Beautrelet. — Przyjaciel królowej nie zrozumiał wezwania konającej... Żył z pamiątką, którą mu zostawiła ta, którą kochał, i nie odgadnął znaczenia tej pamiątki. Lupin odkrył wszystko i zabrał...
— Zabrał co?
— Dokument! Dokument napisany przez Ludwika Szesnastego. I to ten dokument miałem w rękach. Ten sam wygląd, ten sam układ, te same ślady pieczęci. Rozumiem, czemu Lupin nie chciał mi zostawić dokumentu, z którego mogłem skorzystać przez samo zbadanie papieru.
— A więc?
— A więc, ponieważ dokument, którego tekst znam, jest autentyczny, ponieważ widziałem na własne oczy ślady czerwonych pieczęci, ponieważ sama Maria Antonina poświadcza własnoręcznym podpisem, że całe opowiadanie o broszurze streszczonej przez pana Massiban jest autentyczne, ponieważ naprawdę istnieje historyczny problem Wydrążonej Iglicy, jestem pewny, że mi się powiedzie.
— Jak? Czy ten dokument jest autentyczny czy nie, jeśli nie zdoła go pan odczytać, na nic się panu nie przyda, gdyż Ludwik Szesnasty zniszczył książkę, która zawierała wyjaśnienie.
— Tak, ale drugi egzemplarz, wyrwany z płomieni przez kapitana gwardii Ludwika Czternastego, nie uległ zniszczeniu.
— Skąd pan o tym wie?
— Proszę mi udowodnić, że jest inaczej.
Beautrelet zamilkł, potem powoli, z zamkniętymi oczyma, jakby starał się sprecyzować i zebrać myśli, mówił:
— Posiadacz tajemnicy, kapitan gwardii, podaje jej cząstki w dzienniku, który odnajduje jego prawnuk. Potem cisza. Rozwiązania zagadki nie podaje. Dlaczego? Ponieważ pokusa skorzystania z tajemnicy nęka go coraz bardziej i wreszcie jej ulega. Dowód? Jego zamordowanie. Dowód? Znaleziony przy nim wspaniały klejnot, który bez zwątpienia wziął z owego królewskiego skarbu, którego kryjówka, nieznana nikomu, stanowi właśnie tajemnicę Wydrążonej Iglicy. Lupin mi o tym powiedział. Lupin nie kłamał.
— Więc z tego pan wnosi, panie Beautrelet?...
— Wnoszę z tego, moi przyjaciele, że należy nadać tej sprawie jak największy rozgłos, żeby za pośrednictwem gazet dotarło do ogólnej wiadomości, że poszukujemy książki zatytułowanej Traktat o Iglicy. Może odnajdzie się gdzieś w głębi jakiejś prowincjonalnej biblioteki.
Natychmiast zredagowano notatkę i Beautrelet od razu, nie czekając, czy odniesie ona jakiś skutek, zabrał się do rzeczy.
Początek tropu nastręczał się sam: kapitana zamordowano w okolicach Gaillon. Udał się tam tego samego dnia. Oczywiście nie liczył na rekonstrukcję zbrodni dokonanej dwieście lat wcześniej. Jednak mimo wszystko istnieją przecież pewne zbrodnie, które pozostawiają ślady we wspomnieniach, w tradycjach okolicy. Odnotowują je lokalne kroniki. Pewnego dnia jakiś prowincjonalny erudyta46, jakiś miłośnik starych legend, jakiś badacz drobnych zdarzeń z minionego życia czyni je tematem artykułu w gazecie albo komunikatu lokalnej uczelni.
Odwiedził trzech czy czterech takich erudytów. Szczególnie z jednym z nich, starym notariuszem, szperał i przeszukiwał rejestry więzienne, rejestry dawnych urzędów i księgi parafialne. Żadna z notatek nie wspominała o zabójstwie kapitana gwardii w XVII wieku.
Nie zniechęcił się i kontynuował poszukiwania w Paryżu, gdzie być może prowadzono śledztwo w tej sprawie. Jednak bez skutku.
Myśl o nowym tropie pchnęła go na inną drogę. Czy nie dałoby się poznać nazwiska tego kapitana, którego wnuk wyemigrował, a prawnuk służył w armii republiki i został przydzielony do więzienia Temple podczas uwięzienia rodziny królewskiej?
Dzięki cierpliwej pracy zdołał sporządzić listę, na której dwa nazwiska wykazywały prawie całkowite podobieństwo: pana de Larbeyrie za Ludwika XIV i obywatela Larbrie w czasach terroru.
Był to już ważny punkt. Sprecyzował go w notatce, którą posłał do gazet, pytając za ich pośrednictwem, czy ktoś mógłby mu podać jakieś wskazówki co do tego Larbeyrie lub jego następców.
Odpowiedział mu pan Massiban, ten sam Massiban, członek Instytutu, który poinformował o broszurze.
Szanowny Panie!
Podaję Panu ustęp Voltaire’a47, który odnalazłem w jego rękopisie Wieku Ludwika XIV (rozdział XXV, osobliwości i anegdoty rządowe). Ustęp ten opuszczono w różnych wydaniach.
„Słyszałem, że opowiadano nieżyjącemu już p. de Caumartin, intendentowi finansów i przyjacielowi ministra Chamillarda, że król pewnego dnia wyjechał nagle w swej karecie na wieść, że p. de Larbeyrie został zamordowany i ograbiony ze wspaniałych klejnotów. Był ogromnie wzburzony i powtarzał: »Wszystko stracone... wszystko stracone...«. Następnego roku syn tego Larbeyrie i jego córka, która wyszła za markiza de Vélines, zostali wygnani ze swych posiadłości w Prowansji i Bretanii. Niewątpliwie jest w tym coś szczególnego”.
Ze swej strony dodam, że p. de Chamillard według Voltaire’a był ostatnim ministrem, który znał dziwną tajemnicę Żelaznej Maski.
Widzi więc pan korzystne wnioski, które można wyciągnąć z tego ustępu, i widoczny związek, zachodzący między tymi dwoma przygodami. Co do mnie, nie ośmielam się wysuwać zbyt konkretnych hipotez co do zachowania się, podejrzeń i obaw Ludwika XIV w tych okolicznościach, lecz czyż nie wolno z drugiej strony przypuszczać, wobec tego, że p. de Larbeyrie zostawił syna, prawdopodobnie obywatela-oficera Larbrie, i córkę, czyż nie wolno, powtarzam, przypuszczać, iż pewna część papierów po Larbeyrie przypadła tej córce i że wśród tych papierów znajdował się ów sławny egzemplarz, który kapitan gwardii ocalił od płomieni?
Zbadałem rocznik zamków. Otóż w okolicy Rennes mieszka niejaki baron de Vélines. Czyżby to był potomek markiza?
Na wszelki wypadek wczoraj napisałem do niego, czy nie posiada jakiejś starej książeczki, której tytuł zawierałby wyraz „iglica”. Czekam na jego odpowiedź.
Z największą przyjemnością porozmawiałbym z panem o tych sprawach. Jeśli to dla pana nie kłopot, proszę mnie odwiedzić. Proszę przyjąć itd. itd.
PS. Naturalnie nie podaję do gazet tych drobnych odkryć. Teraz, kiedy pan zbliża się do celu, konieczna jest zupełna dyskrecja.
Beautrelet był tego samego zdania. Poszedł nawet dalej: dwóm dziennikarzom, napastującym go tego rana, podał najbardziej fantastyczne informacje co do stanu swych badań i swych planów.
Po południu poszedł spiesznie do pana Massiban, który mieszkał przy quai Voltaire 17. Ku swemu wielkiemu zdumieniu dowiedział się, że Massiban właśnie niespodzianie wyjechał, zostawiając mu kilka słów, w razie gdyby się zjawił.
Izydor rozpieczętował i przeczytał:
Otrzymałem depeszę budzącą we mnie pewną nadzieję. Zatem wyjeżdżam i przenocuję w Rennes. Pan mógłby wsiąść do wieczornego pociągu i nie zatrzymując się w Rennes, dojechać aż do małej stacji Vélines. Spotkalibyśmy się w zamku, położonym o cztery kilometry od tej stacji.
Plan podobał się Beautreletowi, a zwłaszcza podobała mu się myśl, że przybędzie do zamku prawie w tym samym czasie, co Massiban, gdyż obawiał się jakiegoś głupstwa ze strony niedoświadczonego człowieka.
Wrócił do swego przyjaciela i spędził z nim resztę dnia. Wieczorem wsiadł do ekspresu do Bretanii. O szóstej wysiadł w Vélines.
Przebył te cztery kilometry pieszo, wśród gęstych drzew. Z daleka spostrzegł na wzniesieniu dosyć niejednolity zamek, mieszaninę renesansu i stylu z epoki Ludwika Filipa48, mimo to wyglądający pokaźnie ze swymi czterema wieżyczkami i zwodzonym mostem, który porósł bluszczem.
Izydorowi serce zaczęło bić mocniej, kiedy się zbliżał do zamku. Czy faktycznie docierał do końca swej drogi? Czy w zamku znajdował się klucz do tajemnicy?
Zdejmował go pewien lęk. Wszystko to wydawało mu się zbyt piękne i zadawał sobie pytanie, czy i tym razem nie spełnia jakiegoś piekielnego planu wymyślonego przez Lupina, czy na przykład Massiban nie był narzędziem w rękach jego wroga.
Wybuchnął śmiechem.
— Ejże, zaczynam być komiczny. Jak gdyby ten Lupin był rzeczywiście nieomylny, wszystko przewidujący, rodzaj wszechmocnego bóstwa, przeciw któremu nie ma żadnej rady. Tam do diabła! Lupin może się mylić, Lupin też jest na łasce okoliczności, Lupin popełnia błędy, przecież zgubił ten dokument, dzięki któremu zaczynam brać nad nim górę. Wszystko z tego właśnie wynika i wszelkie jego wysiłki mają ostatecznie za cel naprawienie tego błędu.
I z radością, pełen zaufania, Beautrelet zadzwonił do drzwi.
— Pan sobie życzy? — zapytał go służący, który zjawił się w drzwiach.
— Czy baron de Vélines może mnie przyjąć?
I podał swój bilet.
— Pan baron jeszcze nie wstał, ale jeśli zechce pan zaczekać...
— Czy nie pytał tu już ktoś o pana barona, taki pan z siwą brodą, trochę zagiętą? — rzekł Beautrelet, który znał Massibana z fotografii podanych przez dzienniki.
— Tak, ten pan przyszedł przed dziesięcioma minutami; wprowadziłem go do salonu. Jeśli pan zechce również pójść za mną...
Spotkanie Massibana i Beautreleta było bardzo serdeczne. Izydor podziękował staruszkowi za pierwszorzędnej wagi wskazówki, które mu zawdzięczał, a Massiban wyraził mu swój najgorętszy podziw. Potem wymienili się wrażeniami na temat dokumentu i szans odkrycia książki, a Massiban powtórzył to, co w Rennes słyszał o panu de Vélmes. Był to człowiek sześćdziesięcioletni, który jako wdowiec od wielu lat żył w zupełnym odosobnieniu wraz z swą córką, Gabrielą de Villemon, którą okrutnie dotknęła strata męża i starszego syna, zmarłych w wypadku automobilowym.
— Pan baron prosi panów na górę.
Służący poprowadził ich na pierwsze piętro, do wielkiego pokoju o gołych ścianach, skromnie umeblowanego biurkami, szafkami i stołami pokrytymi papierami i księgami rachunkowymi.
Baron przyjął ich z wielką uprzejmością i z tą wielką potrzebą mówienia, której doznają ludzie zbyt osamotnieni. Mieli dużo kłopotu z wyłożeniem powodu swych odwiedzin.
— A, tak, wiem, to pan w tej sprawie do mnie pisał, panie Massiban. Chodzi o książkę dotyczącą jakiejś iglicy, którą powinienem był odziedziczyć po przodkach, czy tak?
— Istotnie.
— Powiadam panu, że najzupełniej rozszedłem się ze swymi przodkami. Dziwaczne idee miewano w tamtych czasach. Ja jestem dzieckiem swojej epoki. Zerwałem z przeszłością.
— Dobrze — zauważył zniecierpliwiony Beautrelet — ale czy przypomina pan sobie, czy widział pan kiedykolwiek taką książkę?...
— Ależ tak, przecież telegrafowałem panu — zawołał, zwracając się do Massibana, który rozdrażniony chodził po pokoju tam i z powrotem i wyglądał przez wysokie okna. — Ależ tak... a przynajmniej zdawało się mojej córce, że widziała ten tytuł pośród tysięcy książek zawalających bibliotekę, tam na górze... Gdyż dla mnie, panowie, lektura... Ja nie czytam nawet gazet... Moja córka czasami, i to chyba tylko wówczas, kiedy mały Jurek, synek, który jej został, ma się dobrze... A ja, żeby mi tylko wpływały czynsze, żeby moje dobra były w porządku!... Widzicie, panowie, moje księgi rachunkowe, ja w nich żyję i przyznam się panom, że absolutnie nie znam początku tej historii, o której mi pan pisał w liście, panie Massiban...
Izydor Beautrelet, podrażniony tą gadaniną, przerwał mu niegrzecznie:
— Przepraszam pana, ale ta książka...
— Moja córka jej szukała, szukała od wczoraj.
— No i?
— No i znalazła ją, godzinę temu czy dwie. Kiedyście panowie przybyli...
— A gdzież ona jest?
— Gdzie ona jest? Ależ położyła ją na tym stole, tam...
Izydor zerwał się. Na końcu stołu, na bezładnej kupie papierów leżała mała książeczka oprawiona w różowy safian49. Położył na niej gwałtownie pięść, jakby zabraniał, żeby ktokolwiek dotknął książki... a trochę też tak, jakby sam nie miał odwagi jej wziąć.
— No! — zawołał Massiban, cały rozgorączkowany.
— Mam ją... jest tu.
— Ale tytuł... Czy jest pan pewny?
— Więc niech pan spojrzy!
Pokazał mu złote litery wybite na safianie: „Tajemnica Wydrążonej Iglicy”.
— Czy jest pan przekonany? Czy jesteśmy nareszcie panami tajemnicy?
— Pierwsza strona... Co jest na pierwszej stronie?...
— Proszę czytać: „Cała prawda wyjawiona po raz pierwszy. Sto egzemplarzy wydrukowanych przeze mnie samego i dla pouczenia Dworu”.
— To to, to to — mruknął Massiban zmienionym głosem. — To jest egzemplarz wydarty płomieniom! To jest ta książka, którą potępił Ludwik Czternasty.
Zaczęli ją przeglądać. Pierwsza połowa dotyczyła spraw, które streścił w swym dzienniku kapitan de Larbeyrie.
— Idźmy dalej, idźmy dalej — powiedział Beautrelet, któremu było pilno do rozwiązania.
— Jak to, idźmy dalej? Ależ wcale nie. Wiemy już, że człowiek w Żelaznej Masce został uwięziony, ponieważ znał i chciał rozpowszechnić tajemnicę francuskiego domu królewskiego. Lecz w jaki sposób ją poznał? I czemu chciał ją rozpowszechnić? Czy to był przyrodni brat Ludwika Czternastego, jak twierdził Voltaire, czy też włoski minister Mattioli50, jak powiada krytyka nowożytna? Dalibóg, to są kwestie pierwszorzędnej wagi!
— Później, później — protestował Beautrelet, jak gdyby obawiał się, żeby mu książka nie uciekła przed poznaniem zagadki.
— Ależ... — opierał się Massiban, którego interesowały szczegóły historyczne.
— Mamy czas... później... Zobaczmy najpierw wyjaśnienie.
Nagle Beautrelet zatrzymał się. Dokument! Na środku stronicy, po lewej, zobaczył owe pięć tajemniczych wierszy punktów i cyfr! Jednym spojrzeniem stwierdził, że to był ten sam tekst, który tak mozolnie studiował. To samo rozłożenie znaków, te same odstępy.
Poprzedzała go krótka uwaga:
Jak się zdaje, wszystkie konieczne wskazówki zostały zredukowane przez króla Ludwika XIII do małego obrazka, który poniżej kopiuję.
Potem następował obrazek.
A dalej samo wyjaśnienie dokumentu.
Beautrelet czytał urywanym głosem:
Jak widzimy, obrazek ten, chociaż się nawet zamieni cyfry na samogłoski, nie daje żadnego wyjaśnienia. Można by rzec, że do odszyfrowania tej zagadki, trzeba ją najpierw znać. Jest to raczej nitka, podana tym, którzy już znają ścieżki labiryntu.
Weźmy tę nić i idźmy, ja będę prowadził.
Najpierw wiersz czwarty. Czwarty wiersz zawiera rozmiary i wskazówki. Opierając się na tych wskazówkach i rozmiarach, dochodzi się pewnie do celu, oczywiście pod tym warunkiem, że się wie, gdzie się jest i dokąd się idzie, słowem, jeśli się zna prawdziwe znaczenie Wydrążonej Iglicy. O tym można dowiedzieć się z trzech pierwszych wierszy. Pierwszy z nich jest tak ułożony... zemścić się na królu, którego zresztą uprzedziłem...
Beautrelet zatrzymał się, osłupiały.
— Cóż tam? Co tam takiego? — pytał Massiban.
— To nie ma sensu!
— Rzeczywiście — potwierdził Massiban. — „Pierwszy z nich jest tak ułożony zemścić się na królu...” Cóż to ma znaczyć?
— Ach, do kroćset! — krzyknął Beautrelet.
— Co takiego?
— Wyrwane! Dwie kartki! Dwie następne kartki!... Niech pan zobaczy ślady!...
Trząsł się, rozwścieczony rozczarowaniem. Massiban nachylił się.
— Prawda... Zostały strzępki z dwóch kartek. Ślady, zdaje się, dosyć świeże. Tego nie wycięto... to wydarto... wydarto gwałtownie... Niech pan spojrzy, wszystkie końcowe kartki zostały pogniecione.
— Ale kto? Kto? — jęczał Izydor, załamując dłonie. — Służący? Czy jakiś wspólnik?
— Mimo wszystko mogło się to zdarzyć przed kilkoma miesiącami — zauważył Massiban.
— No dobrze... dobrze... ale przecież ktoś musiał wyszperać, musiał mieć tę książkę!... Panie — zawołał Beautrelet, zwracając się do barona — czy pan nic o tym nie wie?... Nie podejrzewa pan nikogo?...
— Możemy spytać się mojej córki.
— O tak... Może ona będzie wiedziała...
Pan de Vélines zadzwonił na pokojowego. Po kilku minutach weszła pani de Villemon. Była to młoda kobieta o bolesnej, zrezygnowanej twarzy. Beautrelet zapytał ją natychmiast:
— Czy to pani znalazła tę książkę na górze w bibliotece?
— Tak, w pakiecie książek, który nie był nigdy tykany.
— I czytała ją pani?
— Tak, wczoraj wieczór.
— Kiedy ją pani czytała, czy brakowało tych dwóch kartek? Niech sobie pani dobrze przypomni, te dwie kartki, które następowały po tej tabliczce z cyframi i punktami?
— Ależ nie, ależ nie — odpowiedziała bardzo zdumiona. — Nie brakowało żadnej strony.
— I widzi pani, wydarto...
— Ależ książka była przez całą noc w moim pokoju.
— A dziś rano?
— Dziś rano sama ją tu zniosłam, kiedy oznajmiono przybycie pana Massiban.
— Więc?
— Więc nic nie rozumiem... Chyba, żeby... ale nie...
— Co?
— Jurek... mój syn... dziś rano... Jurek bawił się tą książką.
Wyszła szybko, a za nią Beautrelet, Massiban i baron. Chłopczyka nie było w jego pokoju. Szukano go wszędzie. Nareszcie znaleziono go bawiącego się za zamkiem. Ale te trzy osoby wyglądały na tak poruszone i zapytano go z taką stanowczością, że wybuchnął płaczem.
Wszyscy biegali tu i tam. Wypytywano służbę. Robił się rwetes nie do opisania.
Beautrelet miał straszliwe wrażenie, że prawda wymyka mu się jak woda przeciekająca pomiędzy palcami.
Z wielkim wysiłkiem zapanował nad sobą, podał ramię pani de Villemon i poszli wraz z baronem i Massibanem do salonu. Tam powiedział do niej:
— Książka jest niekompletna, no dobrze, dwie kartki wydarte... ale przecież pani je przeczytała, prawda?
— Tak.
— Wie pani, co zawierały?
— Tak.
— Czy potrafiłaby pani to powtórzyć?
— Najzupełniej. Przeczytałam całą książkę z dużą ciekawością, ale te dwie strony szczególnie mnie uderzyły, gdyż wyjawiały nadzwyczaj ciekawe rzeczy.
— Więc niechże pani mówi, zaklinam panią. To, co ujawniają, ma wyjątkowe znaczenie. Niech pani mówi, błagam panią; stracone minuty nie wracają. Wydrążona Iglica...
— Ach, to całkiem proste. Wydrążona Iglica oznacza...
W tej chwili wszedł służący.
— List dla pani.
— A posłaniec... odszedł?
— To mi oddał jakiś ulicznik.
Pani de Villemon rozpieczętowała, przeczytała i bliska omdlenia, chwyciła się ręką pod serce.
Papier wysunął się z jej ręki na ziemię. Beautrelet podniósł go i nie usprawiedliwiwszy się nawet, przeczytał:
Proszę milczeć. Bo inaczej pani syn się nie obudzi.
— Mój syn... mój syn... — jąkała, tak osłabiona, że nie była nawet w stanie pobiec na pomoc zagrożonemu dziecku.
Beautrelet uspokajał ją.
— To nie jest na poważnie... to żart. Bo komu by na tym zależało?...
— Chyba że to Arsène Lupin — zauważył Massiban.
Beautrelet dał mu znak, żeby milczał. Dobrze wiedział, że wróg tam był, czujny i zdecydowany na wszystko, i właśnie dlatego chciał wydrzeć z pani de Villemon ostatnie słowa, na które tak długo czekał, i to wydrzeć je zaraz, w tej chwili.
— Błagam panią, niech pani się opamięta. Jesteśmy tu wszyscy. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa.
Czy będzie mówiła? Wierzył, spodziewał się tego. Wyjąkała kilka zgłosek. Lecz drzwi znowu się otworzyły. Tym razem weszła służąca. Była przerażona.
— Proszę pani... panicz Jurek... panicz Jurek...
Naraz matka odzyskała wszystkie siły. Szybciej od innych, gnana niezawodnym instynktem, zbiegła ze schodów, przebiegła przedsionek i pobiegła na taras. Tam na fotelu leżał rozciągnięty, nieruchomy Jurek.
— No cóż? Śpi!
— Zasnął nagle, proszę pani — rzekła służąca. — Chciałam mu przeszkodzić, zanieść do pokoju. Ale już spał, a jego ręce... jego ręce były zimne.
— Zimne! — wyjąkała matka. — Tak, prawda... mój Boże, mój Boże... żeby się tylko obudził!
Beautrelet wsunął dłoń do kieszeni spodni, chwycił rękojeść rewolweru, położył palec wskazujący na spuście, wydobył nagle broń i strzelił do Massibana.
Massiban, który widocznie śledził ruchy młodego człowieka, uchylił się przed kulą. Lecz już Beautrelet rzucił się na niego, wołając na służbę:
— Do mnie!... To Lupin!...
Massiban pod ciężarem uderzenia upadł na jeden z plecionych foteli.
Po siedmiu czy ośmiu sekundach zerwał się, zostawiając oszołomionego, dyszącego Beautreleta. Trzymał w ręku jego rewolwer.
— Tak... dobrze... Nie ruszaj się... Masz dosyć. Ale trzeba ci było dużo czasu, żeby mnie poznać... No cóż, czy dobrze ucharakteryzowałem się na Massibana?
Wyprostował się, mocny, potężny, straszliwy, i śmiał się szyderczo, patrząc na osłupiałych trzech służących i przerażonego barona.
— Izydorze, palnąłeś głupstwo. Gdybyś im nie powiedział, że jestem Lupin, rzuciliby się na mnie. A takie zuchy, jak oni, Boże, cóż by się ze mną stało! Jeden na czterech!
Zbliżył się do nich.
— Dalej, moje dzieci, nie bójcie się... Nic wam nie zrobię... No, chcecie po kawałeczku cukru? To was pokrzepi. A ty na przykład, ty zwrócisz mi mój stufrankowy banknot. Tak, tak, poznaję cię. To tobie zapłaciłem niedawno, żebyś zaniósł list do swojej pani... Dalej, prędzej, zły sługo...
Wziął niebieski banknot, który mu podał służący, i podarł go na drobne kawałki.
— Pieniądze zdrady... palą mi palce...
Chwycił swój kapelusz i ukłonił się głęboko pani de Villemon.
— Czy mi pani przebacza? Koleje życia, zwłaszcza mojego, zmuszają często do okrucieństw, wobec których ja pierwszy się rumienię. Ale niech się pani nie lęka o syna, to zwykłe ukłucie, lekkie ukłucie w ramię, które wykonałem, gdy go wypytywano. Najdalej za godzinę nie będzie śladu... Jeszcze raz proszę o przebaczenie. Ale potrzebowałem pani milczenia.
Ukłonił się raz jeszcze, podziękował panu de Vélines za uprzejmą gościnność, wziął swą laskę, zapalił papierosa, ofiarował papierosa baronowi, skłonił się okrągłym ruchem kapelusza wszystkim wkoło, Beautreletowi rzucił protekcjonalne:
— Do widzenia, mały!
Po czym wyszedł spokojnie, puszczając służącym pod nos kłęby dymu...
Beautrelet odczekał kilka minut. Pani de Villemon, uspokojona, czuwała nad synem. Podszedł do niej, żeby po raz ostatni spróbować. Ich oczy spotkały się. Nic nie powiedział. Zrozumiał, że teraz już nigdy, bez względu na wszystko, nie będzie mówiła. Zatem i tu, w głowie tej matki tajemnica Wydrążonej Iglicy została pogrzebana tak samo głęboko, jak w mrokach przeszłości.
Zrezygnował i odszedł.
Było pół do jedenastej. Pociąg odchodził o jedenastej pięćdziesiąt. Powoli przeszedł aleją parku i podążał drogą prowadzącą do stacji.
— No, i cóż o niej powiesz?
Był to Massiban, a raczej Lupin, który wyszedł z lasu sąsiadującego z drogą.
— Nieźle wymyślone, prawda? Twój stary przyjaciel umie tańczyć na linie? Jestem pewien, że jeszcze nie oprzytomniałeś i zadajesz sobie pytanie, czy człowiek nazwiskiem Massiban, członek Akademii Inskrypcji i Literatury Pięknej, w ogóle kiedykolwiek istniał? Ależ tak, istnieje. Pokażę ci go, jeśli będziesz grzeczny. Lecz najpierw muszę ci zwrócić rewolwer... Patrzysz, czy nabity? Ależ tak, kochany. Pięć kul, które zostały, z których każda mogła mnie wysłać ad patres51... No, wkładasz go do kieszeni?... No widzisz, wolę to niż to, co tam zrobiłeś... Paskudny poryw!... Ale cóż, jest się młodym, spostrzega się nagle — w mgnieniu oka! — że się jeszcze raz natknęło na tego przeklętego Lupina i że on jest tu, o trzy kroki... Paff, strzela się... Nie gniewam się na ciebie, wcale nie... Na dowód zapraszam cię do swego autka: sto koni52. Zgoda?
Włożył palce do ust i gwizdnął.
Rozkoszny był kontrast między wyglądem szacownego staruszka Massibana a łobuzerskimi ruchami i akcentem, którymi się posługiwał Lupin.
Beautrelet nie mógł się powstrzymać od śmiechu.
— Zaśmiał się! Zaśmiał się! — zawołał Lupin, skacząc z radości. — Widzisz, mały, to tego ci brakuje, śmiechu... Jesteś na swój wiek zbyt poważny... Jesteś bardzo sympatyczny, masz wielki wdzięk naiwności i prostoty... lecz doprawdy brak ci śmiechu.
Stanął przed nim.
— Słuchaj, idę o zakład, że cię doprowadzę do płaczu. Wiesz, jak dowiedziałem się o twoich planach, o liście, który ci zostawił Massiban, i o spotkaniu, które ci naznaczył na dziś rano w zamku de Vélines? Przez gadatliwość twojego przyjaciela, tego, u którego mieszkałeś... Zwierzyłeś się temu głupcowi, a on nie miał nic pilniejszego, jak powiedzieć w tajemnicy wszystko swej małej przyjaciółce... A jego mała przyjaciółka nie ma żadnych tajemnic przed Lupinem. Co ci mówiłem? A widzisz... już ci oczy zwilgotniały... Zdradzona przyjaźń, co? To cię gryzie... Wiesz, jesteś rozkoszny... Za jedno głupstwo bym cię ucałował... Masz zawsze zdumione spojrzenie, które dociera mi wprost do serca... Przypominam sobie zawsze ten wieczór w Gaillon, kiedy się mnie radziłeś... Ależ tak, to byłem ja, ten stary notariusz... Ależ śmiej się, smyku. Czekaj, tobie brak... jakby to powiedzieć?... brak odruchu. Ja mam odruch.
Słychać było warkot zbliżającego się automobilu.
Lupin nagle chwycił Beautreleta za ramię i zimnym tonem, patrząc mu w oczy, powiedział:
— Będziesz teraz spokojny, co? Widzisz, że nic nie poradzisz, więc po cóż tracić czas i siły? Jest dosyć bandytów na świecie... Idźże i zostaw mnie w spokoju, inaczej... Zgoda, tak?
Potrząsnął nim, jakby mu chciał narzucić swą wolę. Potem roześmiał się.
— Jaki ze mnie głupiec! Ty mnie dasz spokój? O, tyś nie z tych, którzy ustępują... Ach, nie wiem, co mnie wstrzymuje... Dwa migi, trzy ruchy, a byłbyś związany, zakneblowany... w dwie godziny, w ciemnościach na kilka miesięcy... A ja mógłbym zupełnie spokojnie załatwić swoje sprawy, wycofać się do swego zakątka, który mi przygotowali moi przodkowie, królowie francuscy, i używać skarbów, które raczyli dla mnie zgromadzić... Ale nie, powiedziano, że będę igrał aż do końca... Czegóż chcesz? Miewa się swoje słabostki... A ja mam słabość do ciebie... A zresztą to jeszcze się nie skończyło... Od teraz do tego, żebyś włożył rękę w Wydrążoną Iglicę, upłynie jeszcze sporo wody... Tam do diabła! Ja, Lupin, potrzebowałem dziesięciu dni. Tobie trzeba będzie dziesięciu lat. Jest między nami mimo wszystko pewna różnica.
Przybył automobil, ogromny pojazd z zamkniętym pudłem. Lupin otworzył drzwiczki. Beautrelet krzyknął. W środku siedział jakiś człowiek, a tym człowiekiem był Lupin, a raczej Massiban.
Wybuchnął śmiechem, nagle rozumiejąc wszystko.
Lupin rzekł do niego:
— Nie powstrzymuj się, mocno śpi. Obiecałem ci, że go zobaczysz. Teraz wszystko rozumiesz. Około północy wiedziałem o waszym umówionym spotkaniu w zamku. O siódmej rano byłem już tutaj. Massiban przechodził, wystarczyło go było tylko zerwać... A potem delikatnie ukłuć... i gotów! Śpij, poczciwino, śpij... Położymy cię tu, na nasypie... Dalej... tak... doskonale... Na słońcu, żeby ci nie było zimno... Cudownie... I masz kapelusz w rękę!... Jednego sous53, jeśli łaska... Ach, mój stary Massiban, zajmujesz się Arsène’em Lupin!
Był to doprawdy niezrównany widok: ci dwaj Massibanowie obok siebie, jeden uśpiony i kiwający głową, drugi poważny, pełny szacunku.
— Miejcie litość nad biednym ślepcem... Słuchaj Massiban, oto dwa sous i moja wizytówka... A teraz, dzieci, jazda na czwartym biegu. Słyszysz, chłopcze: sto dwadzieścia na godzinę. Izydor, wsiadać! Dziś pełne posiedzenie Instytutu i Massiban ma czytać o pół do czwartej jakiś mały referat, już nie wiem o czym. Dostarczę im Massibana zupełnego, prawdziwszego niż prawdziwy, ze swymi pomysłami o inskrypcjach kultury osad palowych. Przynajmniej raz będę w Instytucie!... Prędzej, chłopcze, robimy tylko sto piętnaście... Boisz się? Zapominasz, że jesteś z Lupinem? Ach, Izydorze, i ludzie śmią twierdzić, że życie jest monotonne! Ależ życie to cudowna rzecz, kochany, tylko trzeba umieć... a ja umiem... Czy myślisz, że nie można było pęknąć ze śmiechu tam w zamku, kiedy gawędziłeś ze starym Vélines, a ja, oparty o okno, wydzierałem kartki z historycznej książki? A po tym, kiedy pytałeś pani de Villemon o Wydrążoną Iglicę? Czy powie? Tak, powie... nie, nie powie... tak, nie... Dostałem gęsiej skórki... Jeśli powie, trzeba będzie całe życie budować od nowa... całe rusztowanie zawali się... Czy służący przyjdzie na czas? Tak... nie... jest... Ale Beautrelet mnie zdemaskuje! Nigdy! Zbyt strapiony! Tak... nie... otóż jest... wypatrzył mnie... bierze swój rewolwer... Ach, cóż za przyjemność... Izydorze, za wiele mówisz... Śpijmy, dobrze? Ja padam ze znużenia... dobranoc...
Beautrelet spojrzał na niego. Zdawało się, że już prawie śpi. Zasnął.
Automobil, puszczony w przestrzeń, gnał i gnał bez opamiętania. Nie istniały już ani miasta, ani wsie, ani pola, ani lasy, nic, tylko przestrzeń, przestrzeń, połykana, pożerana.
Beautrelet długo patrzył na swego towarzysza podróży, z gorącą ciekawością i żądzą dotarcia przez maskę, która go okrywała, do jego rzeczywistej fizjonomii. I rozmyślał o okolicznościach, które zamknęły ich w jednym automobilu.
Jednak po wzruszeniach i zawodach tego ranka, znużony, on także zasnął.
Kiedy się zbudził, Lupin czytał. Beautrelet nachylił się, żeby zobaczyć tytuł książki. Były to Seneki54 Listy do Lucyliusza.