Rozdział VIII. Od Cezara do Lupina
„Tam do diabła! Ja, Lupin, potrzebowałem dziesięciu dni. Tobie trzeba będzie dziesięciu lat!”
To zdanie, wygłoszone przez Lupina, ogromnie wpłynęło na Beautreleta.
Lupin, w gruncie rzeczy bardzo spokojny i zawsze panujący nad sobą, miewał jednakże chwile egzaltacji i tej romantycznej wylewności, równocześnie teatralnej i szczerej, w których wyrywały mu się pewne wyznania, nierozważne słowa, dające Beautreletowi wiele do myślenia.
Słusznie czy nie, Beautrelet sądził, że w tym zdaniu zawierało się właśnie jedno z owych mimowolnych wyznań. Miał zatem prawo wnioskować, że jeśli Lupin zestawiał swoje wysiłki z jego usiłowaniami w dochodzeniu prawdy co do Wydrążonej Iglicy, to znaczyło, że obaj posiadali te same środki wiodące do celu, że Lupin nie miał wcale odmiennych danych do powodzenia niż jego przeciwnik. Szanse były te same. Otóż z tymi samymi szansami, z tymi samymi danymi powodzenia, z tymi samymi środkami Lupinowi wystarczyło dziesięć dni.
Jakież były te dane, te środki, te szanse? Wszystko redukowało się bez wątpienia do znajomości broszury, którą Lupin znalazł z pewnością, tak samo jak Massiban, przypadkiem, dzięki której udało mu się odnaleźć w modlitewniku Marii Antoniny niezbędny dokument.
Zatem broszura i dokument to dwie podstawy, na których oparł się Lupin. Na nich zbudował cały gmach. Żadnej innej pomocy. Badanie broszury i dokumentu, to wszystko.
Więc cóż, czyż i on, Beautrelet, nie mógł budować na tym samym gruncie? Po co ta niemożliwa walka? Po co te daremne dochodzenia, po których, był tego pewny, dojdzie, jeśli nawet uda mu się uniknąć zastawionych przed nim zasadzek, do zupełnie błahych wyników?
Jego decyzja była jasna i natychmiastowa, a wykonując ją, miał szczęśliwe przeczucie, że jest na dobrej drodze. Przede wszystkim opuścił bez zbytecznych wyrzutów swego kolegę z Janson de Sailly i zabrawszy swą walizkę, po długich poszukiwaniach ulokował się w małym hotelu w centrum Paryża. Z hotelu nie wychodził całymi dniami. Co najwyżej schodził do wspólnego stołu. Resztę czasu poświęcał rozmyślaniach przy zamkniętych na klucz drzwiach i spuszczonych dokładnie storach.
„Dziesięć dni”, powiedział Lupin. Beautrelet, usilnie starając się zapomnieć wszystko to, co dotąd zrobił, a pamiętać jedynie o broszurze i dokumencie, ambitnie dążył do tego, żeby zmieścić się w tych samych granicach dziesięciu dni. Jednak minął dziesiąty dzień i jedenasty, i dwunasty i nic, ale trzynastego dnia coś zaświtało mu w głowie i bardzo szybko, ze zdumiewającą gwałtownością tych myśli, które rozwijają się w nas jak cudowne rośliny, powstała, rozprzestrzeniła się i umocniła prawda. Wieczorem trzynastego dnia nie znał zapewne ostatecznego rozwiązania zagadki, lecz znał już z wszelką pewnością jedną z metod, która mogła doprowadzić do jego odkrycia, owocną metodę, której bez wątpienia użył także Lupin.
Metoda bardzo prosta i wynikająca z tego jedynego pytania: czy istnieje jakikolwiek związek między wszystkimi historycznymi wydarzeniami, mniej czy bardziej doniosłymi, z którymi broszura wiąże tajemnicę Wydrążonej Iglicy?
Rozmaitość tych wydarzeń czyniła odpowiedź trudną. Ostatecznie po głębokim przestudiowaniu wszystkich zdołał ustalić ich zasadniczy charakter. Wszystkie one bez wyjątku rozegrały się w granicach dawnej Neustrii, która odpowiada mniej więcej dzisiejszej Normandii. Wszyscy bohaterowie fantastycznej przygody są Normanami lub stają się nimi, albo działają w krainie normandzkiej.
Jakaż ekscytująca podróż przez wieki! Jakież wzruszające widowisko stanowią ci wszyscy baronowie, książęta i królowie, pochodzący z tak różnych krajów, a spotykający się w tym zakątku świata!
Beautrelet zaczął na chybił trafił przeglądać historię.
Oto Roll, czyli Rollon, książę normandzki, jest według traktatu Saint-Clair-sur-Epte panem tajemnicy Wydrążonej Iglicy!
Oto Wilhelm Zdobywca, książę normandzki, król angielski, którego sztandar jest przebity na kształt Iglicy!
Oto w Rouen Anglicy palą Joannę d’Arc, panią tajemnicy!
A na samym początku tej przygody, kim jest ten naczelnik Caletów, który okupuje się tajemnicą Wydrążonej Iglicy, jeśli nie naczelnikiem ludu z krainy Caux55, krainy Caux, położonej w samym sercu Normandii?
Hipoteza precyzuje się. Pole się zacieśnia. Rouen, brzegi Sekwany, kraina Caux... zdaje się doprawdy, że wszystkie drogi prowadzą w tę stronę. Jeśli się wspomina bardziej szczegółowo dwu królów francuskich z czasów, kiedy tajemnica utracona przez książąt normandzkich i ich dziedziców, królów angielskich, stała się królewską tajemnicą Francji, to właśnie Henryka IV, który prowadził oblężenie Rouen i zwyciężył w bitwie pod Arques56, u bram Dieppe, a potem Franciszka I, który założył Hawr i wygłosił to znamienne zdanie: „Królowie francuscy piastują tajemnice, które decydują o losach miast!”.
Rouen, Dieppe, Hawr... trzy wierzchołki trójkąta, trzy wielkie miasta na trzech punktach końcowych. A w środku kraina Caux.
Nadchodzi wiek XVII. Ludwik XIV pali książkę, w której nieznajomy wyjawia prawdę. Kapitan de Larbeyrie zdobywa egzemplarz, korzysta z uzyskanej w ten sposób tajemnicy, rabuje pewną ilość klejnotów i, napadnięty na gościńcu przez złodziei, ginie zamordowany. Otóż gdzie się odbył ten napad? W Gaillon! Gaillon, małe miasteczko położone na drodze wiodącej z Hawru, z Rouen i z Dieppe do Paryża.
Rok później Ludwik XIV kupuje posiadłość i buduje zamek Iglicę. Jakie wybiera miejsce? Centrum Francji. W ten sposób wprowadza się w błąd ciekawskich. Nie szukają w Normandii.
Rouen... Dieppe... Hawr... Trójkąt krainy Caux.. Wszystko jest tam... Z jednej strony morze, z drugiej Sekwana, z trzeciej dwie doliny wiodące z Rouen do Dieppe.
W umyśle Beautreleta zajaśniała błyskawica. Ten obszar, ta kraina płaskowyżów ciągnących się od stromych zboczy Sekwany aż do urwisk kanału La Manche, stanowiła prawie zawsze pole działań Arsène’a Lupin.
Od dziesięciu lat obracał się właśnie w tej okolicy, jak gdyby miał swą kryjówkę w samym centrum kraju, z którym wiązała się najściślej legenda o Wydrążonej Iglicy.
Sprawa barona de Cahorn? Nad brzegiem Sekwany, między Rouen a Hawrem.
Sprawa Thibermenila? Na drugim końcu płaskowyżu, między Rouen a Dieppe.
Włamania Gruchela, Montigny, Crasville’a? W środku krainy Caux.
Dokąd zmierzał Lupin, kiedy został napadnięty i związany w przedziale przez Piotra Onfrey? Do Rouen.
Gdzie został wysadzony Sholmes, więzień Lupina? Blisko Hawru.
A obecny dramat gdzie się odegrał? W Ambrumésy na drodze z Hawru do Dieppe.
Rouen, Dieppe, Hawr, zawsze trójkąt krainy Caux.
Otóż kilka lat przedtem Arsène Lupin, właściciel broszury, znając schowek, w którym Maria Antonina ukryła dokument, dobrał się do owego sławnego modlitewnika. Posiadłszy dokument, wyruszył w pole, znalazł i usadowił się tam, w zdobytej krainie.
Beautrelet wyruszył w pole.
Szedł prawdziwie wzruszony, myśląc o tej samej drodze, którą odbył Lupin, o tych samych nadziejach, które musiały go przepełniać, kiedy wybierał się na odkrycie groźnej tajemnicy, które miała mu dać taką potęgę. Czyż jego wysiłki, Beautreleta, odniosą taki sam zwycięski skutek?
Opuścił Rouen rano, pieszo, z węzełkiem na końcu kija na plecach, jak czeladnik wędrujący po Francji.
Poszedł prosto do Duclair, gdzie zjadł obiad. Opuścił tę osadę, trzymał się Sekwany i już się z nią więcej nie rozstawał. Jego instynkt, wzmocniony zresztą licznymi przypuszczeniami, prowadził go stale wzdłuż krętych brzegów pięknej rzeki. Przecież po okradzeniu zamku Cahorn przedmioty z kolekcji przeprawiono przez Sekwanę. Tak samo po okradzeniu kaplicy w Ambrumésy ku Sekwanie wieziono stare rzeźby gotyckie. Już sobie wyobrażał, jak cała flotylla łódek, kursujących regularnie z Rouen du Hawru, przewoziła dzieła sztuki i bogactwa z całej okolicy, żeby je stamtąd dalej wieźć do ziemi miliarderów.
— Ja płonę!... Płonę... — szeptał młody człowiek, drżąc cały od ciosów prawdy, które gwałtownie spadały na niego jeden po drugim.
Niepowodzenie pierwszych dni wcale go nie zniechęcało. Żywił w sobie głęboką, niezniszczalną wiarę w słuszność hipotezy, która go wiodła. Śmiała, zuchwała, mniejsza o to, była godna tropionego wroga. Hipoteza ta była godna dziwnej rzeczywistości noszącej miano Lupin. Wobec tego człowieka czyż można było w ogóle poszukiwać poza obrębem czegoś olbrzymiego, przesadnego, nadludzkiego?
Jumièges, La Mailleraye, Saint-Wandrille, Caudebec, Tancarville, Quillebeuf, miejscowości pełne wspomnień o nim! Ileż to razy musiał kontemplować chwałę ich gotyckich wież lub wspaniałość ich ogromnych ruin!
Ale Hawr, okolice Hawru pociągały Izydora jak światła morskiej latarni.
„Królowie francuscy piastują tajemnice, które często decydują o losach miast”.
Niejasne słowa nagle zajaśniały przed Beautreletem pełnią blasku! Czyż to nie było ścisłym określeniem motywów, które skłoniły Franciszka I do założenia miasta w tym miejscu, a los miasta Havre de Grâce czyż nie był związany z samą tajemnicą Iglicy?
— To to... to to... — powtarzał Beautrelet w upojeniu. — Ta stara zatoka normandzka, jeden z pierwotnych ośrodków, wokół których ukształtowała się narodowość francuska, tę starą zatokę dopełniają te dwie siły, jedna zupełnie jawna, żywa, znana, nowy port, który panuje nad oceanem i otwiera się na świat, a druga niejasna, nieznana i tym bardziej niepokojąca, że niewidoczna i niewyczuwalna. Cała część historii Francji i domu królewskiego tłumaczy się Iglicą, tak samo jak cała historia Lupina. Te same źródła energii i potęgi żywią i odnawiają losy królów i awanturnika.
Z miejscowości do miejscowości, od rzeki do morza Beautrelet myszkował, węsząc, nadstawiając uszu i usiłując wydrzeć nawet naturze i otaczającym go rzeczom ich głębokie znaczenie. Czy to tego pagórka należało zapytać? Czy tego lasu? Domów tej wsi? Czy też pomiędzy nieistotnymi słowami tego wieśniaka znajdzie to słowo-objawiciela?
Pewnego ranka jadł śniadanie w gospodzie pod Honfleur, starożytnym miastem przy ujściu. Naprzeciw niego jadł jeden z tych rudowłosych, ociężałych normandzkich handlarzy koni, którzy włóczą się po okolicznych jarmarkach z batem w ręku i w długiej bluzie. Po chwili Beautrelet odniósł wrażenie, że mężczyzna przypatruje się mu z pewną uwagą, jak gdyby go znał, a przynajmniej starał się poznać.
„Ech — pomyślał — mylę się, nigdy nie widziałem tego handlarza koni i on mnie nigdy nie widział”.
Istotnie, zdawało się, że mężczyzna już się nim nie interesuje. Zapalił fajkę, poprosił o kawę i koniak, palił i pił.
Skończywszy jeść, Beautrelet zapłacił i wstał. Ponieważ w chwili, kiedy miał wychodzić, weszła grupa jakichś ludzi, musiał stać przez kilka sekund przy stole, przy którym siedział handlarz koni. Usłyszał, że ten szepnął do niego:
— Dzień dobry, panie Beautrelet.
Izydor nie wahał się ani chwili. Usiadł obok mężczyzny i rzekł do niego:
— Tak, to ja... A pan, kim pan jest? Jak mnie pan poznał?
— Nietrudno... Chociaż widziałem tylko pański portret w dziennikach. Ale jest pan tak... jak to się mówi po francusku?... tak źle ucharakteryzowany.
Miał bardzo wyraźny cudzoziemski akcent i Beautreletowi zdawało się, kiedy mu się lepiej przyjrzał, że on również ma maskę, która zmienia rysy jego twarzy.
— Kim pan jest? — powtarzał. — Kim pan jest?
Obcy uśmiechnął się.
— Nie poznaje mnie pan?
— Nie. Nigdy pana nie widziałem.
— Ja tak samo. Ale niech sobie pan przypomni... i mój portret także publikowano w dziennikach... i to często... No?...
— Nie wiem.
— Herlock Sholmes.
Spotkanie było dziwne. Było również znamienne. Młody człowiek natychmiast pojął jego doniosłość. Po wymianie komplementów rzekł do Sholmesa:
— Przypuszczam, że pan tu bawi chyba z powodu... niego?
— Tak.
— Więc, więc... sądzi pan, że mamy szanse w tych okolicach...
— Jestem tego pewny.
Radość, której doznał Beautrelet, stwierdzając, że opinia Sholmesa zgadza się z jego własną, nie pozostała niezmącona. Jeśli Anglik dotrze do celu, to zwycięstwo będzie połowiczne, a kto wie, czy nie dotrze przed nim?
— Czy ma pan dowody? Wskazówki?
— Niech się pan nie obawia — roześmiał się Anglik, rozumiejąc jego niepokój — nie wejdę panu w drogę. Pana zajmuje dokument, broszura... rzeczy, które nie budzą we mnie wielkiego zaufania.
— A pana?
— A mnie co innego.
— Czy będę niedyskretny, jeśli?...
— Ależ nie, bynajmniej. Przypomina sobie pan historię z diamentem, historię księcia de Charmerace?
— Tak.
— Pamięta pan Wiktorię, starą mamkę Lupina, tę, której mój przyjaciel Ganimard pozwolił wymknąć się w powozie?
— Tak.
— Odnalazłem ślad Wiktorii. Mieszka w pewnym gospodarstwie w pobliżu drogi krajowej numer dwadzieścia pięć. Droga numer dwadzieścia pięć prowadzi z Hawru do Lille. Przez Wiktorię dojdę łatwo do Lupina.
— To potrwa długo.
— Mniejsza o to! Porzuciłem wszystkie swoje sprawy. Tylko ta jedna się liczy. Między mną a Lupinem toczy się walka... walka na śmierć i życie.
Wypowiedział te słowa z rodzajem dzikości, w której się czuło gniew z powodu doznanych upokorzeń, całą dziką nienawiść do wielkiego przeciwnika, który z niego zakpił tak okrutnie.
— Niech pan idzie — szepnął. — Patrzą na nas... to niebezpieczne... Lecz niech pan sobie zapamięta moje słowa: dzień, w którym ja i Lupin spotkamy się twarzą w twarz, będzie tragiczny.
Beautrelet rozstał się z Sholmesem zupełnie uspokojony: nie było się co martwić, żeby Anglik go uprzedził.
Jaki dodatkowy dowód dało mu to przypadkowe spotkanie z Sholmesem? Droga z Hawru do Lille przechodzi przez Dieppe! To główna droga przybrzeżna przebiegająca przez Caux! Nadmorska droga, która panuje nad urwiskami kanału La Manche! I właśnie w gospodarstwie w pobliżu tej drogi mieszka Wiktoria, to znaczy Lupin, gdyż jedno nie mogło się obejść bez drugiego, pan bez ślepo oddanej służącej!
— Ja płonę!... Płonę! — powtarzał sobie młody człowiek. — Kiedy okoliczności przynoszą mi nową informację, potwierdza moje przypuszczenia. Z jednej strony całkowicie pewne wskazanie na Sekwanę, z drugiej strony na drogę. Obie drogi komunikacyjne łączą się w Hawrze, mieście Franciszka I, mieście tajemnicy. Granice się kurczą. Kraina Caux nie jest wielka, i w dodatku mam do przetrząśnięcia tylko jej zachodnią część.
Z zapałem zabrał się do dzieła. „Nie ma żadnego powodu, żebym nie znalazł tego, co znalazł Lupin” — powtarzał sobie ustawicznie. Zapewne, Lupin musiał mieć jakieś korzystniejsze dane, może głęboką znajomość okolicy, dokładne wiadomości o miejscowych legendach, a przynajmniej jakieś wspomnienia, a on, Beautrelet, nie wiedział niczego i zupełnie nie znał kraju, który odwiedził po raz pierwszy w czasie kradzieży w Ambrumésy, i to w pośpiechu, bez zasiadywania się.
Ale czy to ma znaczenie? Choćby miał na te poszukiwania poświęcić dziesięć lat, doprowadzi je do skutku. Lupin był tu. Widział go. Przeczuwał go. Czekał na niego na zakręcie tej drogi, na skraju tego lasu, na końcu tej wsi. I po każdym rozczarowaniu zacinał się w swoim uporze jeszcze bardziej.
Często kładł się na poboczu drogi i rozpaczliwie zagłębiał w badaniu dokumentu, którego kopię miał zawsze przy sobie, kopię z podstawieniem samogłosek na miejscu cyfr.
Często też zgodnie ze swoim zwyczajem kładł się na brzuchu w trawie i rozmyślał całymi godzinami. Miał czas. Przyszłość należała do niego.
Z godną podziwu cierpliwością wędrował od Sekwany do morza i od morza do Sekwany, posuwając się stopniowo i wracając po swoich śladach, nie opuszczając terenu, dopóki miał teoretyczną szansę, że znajdzie jakąś wskazówkę.
Zbadał, przetrząsnął Montivilliers, Saint-Romain, Octeville, Gonneville i Criquetot.
Pukał wieczorem do wieśniaków i prosił ich o nocleg. Po wieczerzy palili tytoń i gawędzili. Prosił, żeby opowiadali historie, które sobie opowiadają podczas długich wieczorów zimowych. I zawsze to przebiegłe pytanie:
— A Iglica? Legenda o Wydrążonej Iglicy? Nie znacie jej?
— Dalibóg, nie... Nie słyszałem...
— Przypomnijcie sobie dobrze... opowiadania poczciwej babki... coś, gdzie chodzi o Iglicę... Może jakaś zaczarowana Iglica... czy ja zresztą wiem?
Nic. Żadnej legendy, żadnego wspomnienia. I następnego dnia odchodził wesoły.
Pewnego dnia przeszedł przez wznoszącą się nad morzem piękną wieś Saint-Jouin i zszedł w chaotyczne zwały głazów, oderwanych od brzegów. Potem wszedł na płaskowyż i udał się w kierunku doliny Bruneval, przylądka Antifer, w stronę małej zatoki Belle-Plage. Szedł lekko i radośnie, trochę zmęczony, lecz tak uszczęśliwiony życiem, uszczęśliwiony do tego stopnia, że nawet zapomniał o Lupinie i tajemnicy Wydrążonej Iglicy, o Wiktorii i Sholmesie, zajęty jedynie widokiem natury, błękitnym niebem i wielkim szmaragdowym morzem, jaśniejącym w blasku słońca.
Zaintrygowały go biegnące po prostej skarpy, resztki ceglanych murów, wyglądające na pozostałości rzymskiego obozu. Potem zobaczył coś w rodzaju małego zamku, zbudowanego na wzór starożytnego fortu, z popękanymi wieżyczkami, z wysokimi gotyckimi oknami. Stał na postrzępionym, pagórkowatym, skalistym cyplu, prawie oderwanym od brzegów. Wąskiego przejścia broniła zakratowana brama, otoczona żelaznymi poręczami i najeżonymi kolcami.
Beautreletowi nie bez trudu udało się przez nią przedostać. Ponad ostrołukowymi drzwiami z zardzewiałym zamkiem odczytał słowa: „Fort Fréfossé”. Nie próbował tam wejść, skręcił w prawo i po zejściu z niewielkiego zbocza znalazł na ścieżce biegnącej po wąskim grzbiecie, zaopatrzonej w drewnianą barierę. Na samym końcu była mała grota, tworząca jakby wartownię na końcu skały, w której była wydrążona, skały opadającej stromo w morze.
W środku groty można było wygodnie stać. Jej ściany pokrywało mnóstwo napisów. Wybity w skale, prawie kwadratowy otwór wychodził niby okienko w stronę lądu, wprost na fort Fréfossé, którego blanki widniały o jakieś trzydzieści metrów.
Beautrelet zdjął swój tobołek i usiadł. Dzień był ciężki i nużący. Zdrzemnął się na chwilę.
Zbudził go chłodny wiatr.
Przez kilka chwil siedział nieruchomo, roztargniony i wodził błędnie oczyma. Usiłował skupić rozproszone myśli. Miał już wstać, gdy wtem zobaczył zdumionymi oczami...
— Nie... nie... — szeptał. — To sen, halucynacja... Zobaczmy, czy to możliwe.
Ukląkł prędko i pochylił się.
Zobaczył wyraźnie dwie ogromne litery, może na stopę57 każda, wyryte na wypukło w granicie posadzki, z grubsza, lecz wyraźnie, zaokrąglone od starości na krawędziach i zatarte litery: P i F.
P i F! O cudzie! Właśnie dwie duże litery z dokumentu! Ach! Beautrelet nie potrzebował zaglądać do kopii, żeby zobaczyć tę grupę liter w czwartym wierszu, podającym miary i wskazówki! Znał ją doskonale! Były wypisane na zawsze na dnie jego źrenic, odbite na zawsze w jego mózgu!
Wstał, zszedł stromą ścieżką, poszedł wzdłuż starożytnego fortu, przedarł się przez kratę i ruszył szybko w kierunku pasterza, którego trzoda pasła się trochę dalej.
— Ta grota, tam... ta grota...
Wargi mu drżały, szukał słów, których nie mógł znaleźć.
Pasterz patrzył na niego ze zdumieniem.
Beautrelet powtórzył:
— Tak, ta grota, tam... na prawo od fortu... Czy ma jakąś nazwę?...
— Pewnie!... Wszyscy z Etretat nazywają to Pokój Panieński.
— Co? Co mówicie?
— No tak... Pokój Panieński...
Izydor był gotów skoczyć mu do gardła, jakby w tym człowieku kryła się cała prawda i jakby spodziewał się wydrzeć ją z niego za jednym zamachem...
Panieński! Więc dobrze odszyfrował dokument!
Beautrelet chwiał się na nogach, jakby natarł na niego wicher szaleństwa. Wiał wokół niego, przelatywał nad nim niby wiatr lecący od pełnego morza, lecący od lądu, ze wszystkich stron, i smagał go potężnymi uderzeniami prawdy...
Zrozumiał! Objawiło mu się prawdziwe znaczenie dokumentu! Pokój Panieński... Etretat...
„To to... — myślał. — To musi być to... Ale że też sam tego wcześniej nie odgadłem?”
Powiedział cicho do pasterza:
— Dobrze... idź... możesz iść... dziękuję.
Pasterz zagwizdał na psa i odszedł.
Beautrelet przeczekał chwilę i wrócił do fortu. Już go prawie mijał, gdy nagle padł na ziemię, przykucnął za kawałkiem muru i pomyślał, zaciskając pięści:
„Czy ja zwariowałem? A jeśli on mnie widzi? Jeśli jego wspólnicy mnie widzą? Plączę się tu od godziny...”
Nie poruszył się więcej.
Słońce zaszło. Powoli zaczęła zapadać noc, zacierając zarysy przedmiotów.
Wówczas, ostrożnie pełznąc na brzuchu, doczołgał się do jednego z cyplów przylądka, do najdalszej krawędzi urwiska.
Końcami wyciągniętych rąk rozsunął kępy traw i wyjrzał na morze.
Naprzeciw niego, prawie na wysokości brzegu, na pełnym morzu wznosiła się olbrzymia skała, wysoka na ponad osiemdziesiąt metrów, kolosalny obelisk, ustawiony pionowo na dużej granitowej podstawie, widocznej na poziomie wody, zwężający się ku szczytowi niby olbrzymi ząb morskiego potwora. Biały z brudnoszarym odcieniem jak morskie urwiska, straszliwy monolit poprzecinany był poziomymi liniami, po których można było poznać pracę wieków, gromadzących stopniowo jedne na drugich warstwy wapienia i żwiru.
Tu i ówdzie jakaś szczelina, jakieś zagłębienie i zaraz w nich trochę ziemi, trawy i liści.
A wszystko to razem potężne, mocne, straszne, mające wygląd rzeczy niezniszczalnej, wobec której bezsilne były szalone zapędy fal i burz. Wszystko to ustalone, trwałe, ogromne mimo ogromu jeszcze wyższego brzegu, niezmierne mimo bezmiaru przestrzeni, z której wyrastało.
Paznokcie Beautreleta wpiły się w ziemię jak pazury dzikiego zwierza gotującego się do skoku na swą ofiarę. Jego wzrok przenikał przez szorstką powłokę skały, przez jej niejako skórę i wnikał, jak mu się zdawało, w jej cielsko. Dotykał go, wyczuwał je, poznawał i brał w posiadanie, jakby je pochłaniał.
Horyzont zaczerwienił się od wszystkich ogni zaszłego słońca, a podłużne, nieruchome, rozpłomienione chmury tworzyły na niebie wspaniałe krajobrazy, nierzeczywiste laguny, równiny ognia, złociste puszcze, jeziora krwi, całą rozgorzałą a spokojną fantasmagorię.
Lazur nieba pociemniał. Wenus zajaśniała cudownym blaskiem, a potem zaczęły nieśmiało zapalać się gwiazdy.
Beautrelet zamknął nagle oczy i przycisnął założone ręce do czoła. Tam — ach, myślał, że umrze z radości, tak okrutne wzruszenie ścisnęło mu serce — tam, prawie u szczytu Iglicy Etretat, poniżej szczytowego ostrza, wokół którego unosiły się mewy, smużka dymu wymykała się ze szczeliny jakby z niewidzialnego komina, smużka dymu wzbijała się łagodnymi skrętami w spokojne wieczorne powietrze.