SCENA I

Joyzella, potem Lanceor.

JOYZELLA

wchodząc

To ogród nieodwiedzany przez nikogo. Słońce tu nie dochodzi, biedne dzikie kwiaty, które niszczy się dlatego, że nie są piękne, oczekują tu rychłej śmierci, a ptaki milczą... Oto fiołek pozbawiony już zapachu, złoty jaskier, drżący i smutny!... i mak, którego płatki wciąż opadają... Oto skabioza1 spragniona odrobiny wody, jadowity ostromlecz, co ukrywa swe zielone liście, dzwonek błękitny, co porusza milcząco swe kwiaty bezużyteczne. Poznaję was wszystkie, pokorne i wzgardzone, tak dobre i tak brzydkie... Mogłybyście być piękne; mało co brak do tego: promienia szczęścia, chwili łaski, uśmiechu nieco śmielszego, aby tu ściągnąć pszczoły... Ale żadne was oko nie widzi, żadna ręka was nie zrywa... Jakże tu wszystko zmartwiało! Trawa opuszczona i sucha, liście chore, stare drzewa zamierają, a wiosna sama i zorza poranna lękają się zarazić żałością tej samotni...

Lanceor ukazuje się za drzwiami.

LANCEOR

Joyzello!

JOYZELLA

odwraca się nagle

Lanceorze!

LANCEOR

Joyzello!

JOYZELLA

Uchodź, uchodź! Strzeż się! Gdyby cię ujrzał, zginąłeś.

LANCEOR

Nie zobaczy nas. Jest daleko stąd.

JOYZELLA

Gdzie?

LANCEOR

Widziałem go, wychodził. Śledziłem jego odejście ze szczytu tej wieży, gdzie siedzę zamknięty jako więzień. Jest na krańcu wyspy koło sinego lasu, który zamyka widnokrąg.

JOYZELLA

Ale może powrócić albo mu ktoś o tym powie. Uchodź, uchodź, mówię ci. Idzie o twoje życie.

LANCEOR

Pałac jest pusty. Przebiegłem sale, ogrody, podwórce, długie szeregi bukszpanów, schody marmurowe.

JOYZELLA

Uchodź... To tylko zasadzka... Sprzysiągł się na twoje życie. Wiem o tym, powiedział mi... Podejrzewa, że cię kocham. Szuka tylko pozoru, aby wykonać swój zamiar. Uchodź... To już za wiele...

LANCEOR

Nie.

JOYZELLA

Jeżeli ty nie chcesz, to ja odejdę.

LANCEOR

Jeżeli odejdziesz, Joyzello, to ja pozostanę tu przy bramie, póki go noc nie sprowadzi do domu... Znajdzie mnie tu na zakazanym progu... Przestąpiłem granicę mi wyznaczoną, a więc byłem nieposłuszny, i chcę, aby to widział, i chcę, aby to wiedział...

JOYZELLA

Lanceorze, miej litość! Błagam cię, Lanceorze!... Całe nasze szczęście kładziesz na szalę przypadku... Nie myśl tylko o sobie... Pójdę, dokąd zechcesz, abyś tylko opuścił tę kratę. Zobaczymy się gdzie indziej, później, innego dnia... Potrzeba nam czasu, potrzeba ostrożności, przygotowań... Patrz, ręce wyciągam do ciebie... Mów, co mam uczynić... Co mam ci obiecać?

LANCEOR

Otwórz furtę.

JOYZELLA

Nie, nie, nie mogę!

LANCEOR

Otwórz, otwórz, Joyzello, jeżeli chcesz, bym żył.

JOYZELLA

Dlaczego chcesz, bym otworzyła?

LANCEOR

Chcę cię widzieć z bliska, chcę dotknąć twoich rąk, których nie dotknąłem, patrzeć na ciebie jeszcze, jak patrzałem wtedy pierwszego dnia... Otwórz albo się zgubię sam... Nie odejdę...

JOYZELLA

Czy odejdziesz, kiedy?...

LANCEOR

Zapowiadam ci, Joyzello... kiedy tylko otworzysz, zanimby jaskółka, zanimby myśl miała czas dolecieć z miejsca, gdzie on jest, zanimby ta myśl zapragnęła ująć mą rękę, która dotknie twojej... Błagam cię, Joyzello, to zbyt okrutne... Stoję u tej furty jak ślepy żebrak... Widzę tylko twój cień poprzez liście. Te kraty są ohydne, bo mi twoją twarz zakrywają... Jedno spojrzenie, Joyzello, bym cię ujrzał całą, a potem odejdę jak złodziej z wielkim skarbem, co strumieniami leje się poza nim. Nikt nie będzie wiedział — i będziemy szczęśliwi.

JOYZELLA

Lanceorze, to straszne... Nie drżałam nigdy, ale dziś drżę... Może ja drżę o życie — i może już nie o swoje własne.... Cóż to za światło, co nagle zabłysło?... Ono nas zdradza...

LANCEOR

Ależ nie, to słońce wschodzące za murem. To niewinne słońce, dobre słońce majowe, schodzi do nas, by nas rozweselić... Otwórz więc, otwórz szybko, każda chwila mijająca dodaje niebezpieczeństwa do niebezpieczeństw, których się lękasz... Jeden gest, Joyzello, jeden ruch twojej dłoni, a otwierasz mi naprawdę wrota życia!

Joyzella obraca klucz; furta się otwiera; Lanceor przestępuje próg.

LANCEOR

chwytając Joyzellę w ramiona

Joyzello!

JOYZELLA

Oto jestem.

LANCEOR

Oto mam twoje ręce i oczy, twoje włosy i usta w tym samym pocałunku i w tej samej chwili, wszystkie dary miłości, których nigdy nie miałem i całą jej obecność... Ramiona moje są tak zdumione, że nie mogą unieść tych skarbów, a moje życie całe ich nie ogarnie. Nie odwracaj twarzy, nie oddalaj ust, Joyzello!

JOYZELLA

To nie po to, by uciec od ciebie, lecz by się lepiej przybliżyć.

LANCEOR

Nie odwracaj głowy; nie wydzieraj mi cienia twych rzęs, światła twych oczu; nie godziny, minuta każda grozi temu szczęściu.

JOYZELLA

Szukałam twego uśmiechu...

LANCEOR

A twój uśmiech go spotyka w pierwszym pocałunku, który łączy nasze usta, aby złączyć nasze przeznaczenia... Zdaje mi się dzisiaj, że cię zawsze widziałem i że cię zawsze całowałem... i że powtarzam w rzeczywistości, u progu raju, to, co czyniłem na ziemi, gdym twój cień obejmował...

JOYZELLA

Całowałam cię w nocy, gdym całowała swe marzenia.

LANCEOR

Nie miałem wątpliwości...

JOYZELLA

Nie znałam trwogi...

LANCEOR

I wszystko mi jest dane...

JOYZELLA

I wszystko mnie uszczęśliwia...

LANCEOR

Jak twe oczy są głębokie i pełne ufności!...

JOYZELLA

A twoje oczy jak czyste i pełne pewności!...

LANCEOR

Jakże rozpoznaję te oczy!...

JOYZELLA

Jakże je odnajduję!...

LANCEOR

Twoje ręce spoczywają na mych ramionach tak samo, jak kiedy czekałem na nie, nie śmiejąc się obudzić...

JOYZELLA

A twoje ramię na mej szyi dawne swe miejsce znów zajmuje...

LANCEOR

Tak właśnie niegdyś źrenice twoje zamykały się na tchnienie miłości...

JOYZELLA

Tak właśnie łzy ci błyskały w oczach, gdyś je otwierał...

LANCEOR

Gdy szczęście jest tak wielkie...

JOYZELLA

Nieszczęście nie przychodzi, póki go miłość trzyma na uwięzi...

LANCEOR

Kochasz mnie?

JOYZELLA

Kocham!

LANCEOR

O, jakżeś mi powiedziała „kocham”! Do samej głębi mego serca, do samej głębi mych myśli, do samej głębi mej duszy... Może ja o tym wiedziałem, ale trzeba to było powiedzieć... I same nasze pocałunki niczym były bez tego słowa. Teraz dość. To słowo żywić będzie moje życie. Wszystka nienawiść świata nie byłaby w stanie go zmazać, a trzydzieści lat nieszczęść nie mogłoby go wyczerpać... W światłości jestem, a wiosna mnie przytłacza. Spoglądam na niebo, a ogród się budzi... Słyszysz ptaki, od których śpiewu rozdzwoniły się drzewa i powtarzają twój uśmiech i twe czarodziejskie „kocham”?... I patrz, jak złote promienie słońca pieszczą twe włosy, niby diamenty igrające wśród płomieni, a tysiące kwiatów chyli się ku nam, by w naszych oczach schwycić na gorącym uczynku tajemnicę miłości, której nie znały.

JOYZELLA

otwierając oczy

Ach, były tu tylko biedne kwiatki półumarłe...

Patrzy dokoła siebie zdumiona, gdyż od chwili wejścia Lanceora, choć nie baczyli na to, ponury ogród powoli a magicznie się przemienił. Dzikie rośliny, nikczemne zioła, co zatruwały jego powietrze, urosły ogromnie, i każda, podług swego rodzaju, rozwinęła cudownie swoje kwiaty wybujałe. Lichy powój stał się potężną lianą, której przedziwne kielichy girlandami otoczyły drzewa, zginając się pod ciężarem tysiąca dojrzałych owoców i zaludnione gromadą cudnych ptaków. Biała mokrzyca2 jest teraz wielkim krzakiem gorąco i łagodnie zielonej barwy, a na nim błyszczą kwiaty większe niż lilie. Blada skabioza wydłużyła swe łodygi, na których rozrosły się kity podobne teraz do słoneczników ślazowych. Motyle krążą po powietrzu, pszczoły brzęczą, ptaki śpiewają, owoce kołyszą się i opadają, światło rozlewa się dokoła. Perspektywa ogrodu rozszerzyła się w nieskończoność: i widać na prawo cysternę marmurową, na pół ukrytą za żywopłotem różowych laurów i heliotropów3, wyciętych w arkady.

LANCEOR

Są tu już tylko kwiaty życia. Patrz!... One schodzą ku nam, rozsypują się koło nas. Błyszczą na gałęziach, zginają drzewa, plączą nasze kroki, cisną się nawzajem, duszą się, pękają w całym ogromie jedne w drugich, zasłaniają liście, rozlśniewają trawę... Nie znam żadnego z tych kwiatów, a wiosna jest w upojeniu... Nigdy nie widziałem roślinności tak bezładnej, tak świetnie wybujałej...

JOYZELLA

Gdzież jesteśmy?

LANCEOR

Jesteśmy w ogrodzie, którego nie chciałaś otworzyć memu szczęściu.

JOYZELLA

Cóżeśmy uczynili?

LANCEOR

Dałem pocałunek, który się daje raz tylko jeden w życiu... A ty wyrzekłaś słowo, którego się nigdy nie powtarza.

JOYZELLA

omdlewając

Lanceorze, jestem szalona albo umrzemy oboje.

LANCEOR

podtrzymując ją

Joyzello, ty bledniesz, a twoje drogie ramiona cisną mnie, jakbyś była w trwodze, że ukryty wróg...

JOYZELLA

Więc tyś nie widział?

LANCEOR

Co?

JOYZELLA

Jesteśmy w zasadzce, a te kwiaty nas zdradziły. Ptaki milczały, drzewa były martwe, były tu jedynie złe zioła, których nikt nie zrywał. Poznaję je wszystkie, znam ich nazwy, przypomina mi się jeszcze ich dawna nędza... Oto jaskier upadający pod ciężarem złotych kręgów, oto biedna mokrzyca zmieniona w olbrzymi krzak lilii, wielkie skabiozy, które ocieniają nas swymi liśćmi, a te purpurowe dzwony, co ponad mur się wznoszą, aby całemu światu zdradzić, żeśmy się widzieli, to naparstnica, która biednie rosła w cieniu. Rzekłbyś, niebo rozsypało kwiaty. Nie patrz na nie: one tu są dla naszej zguby. Ach, teraz za późno rozważam, a powinnam była rozumieć... Szeptał niewyraźne groźby... Tak, tak, wiedziałam, że on ma do dyspozycji uroki. Mówiono mi o tym, ale nie wierzyłam. Teraz nadeszła jego godzina. Dobrze! Za późno, ale zobaczymy, że miłość umie też...

Słychać odgłos rogu.

LANCEOR

Słuchaj.

JOYZELLA

To tętent koni i róg strażniczy... On powraca... Uchodź!

LANCEOR

Ale ty?...

JOYZELLA

Ależ ja się nie lękam niczego, oprócz jego ohydnej miłości... Uchodź!

LANCEOR

Zostanę przy tobie, a gdyby jego przemoc...

JOYZELLA

Zgubisz nas oboje... Uchodź!... Ukryj się tam, za ostromlecze4... Cokolwiek powie, cokolwiek uczyni, nie zdradzaj się. Nie lękaj się o mnie, potrafię się obronić... Uchodź... On już idzie... Uchodź... Słyszę jego głos.

Lanceor się ukrywa za gęstwiną wysokich ostromleczów. Furta się otwiera i Merlin wchodzi do ogrodu.