SCENA II

Joyzella, Lanceor.

JOYZELLA

zdziwiona, zatrzymuje się przed Lanceorem

Czego szukasz?

LANCEOR

Nie wiem, gdzie jestem. Szukam schronienia. Któż ty jesteś?

JOYZELLA

Nazywam się Joyzella.

LANCEOR

Joyzella... Powtarzam twe imię... Ono pieści jak poszmer skrzydeł, jak tchnienie kwiatu, jak oddech wesela, jak promień światła... Maluje ciebie całą, śpiewa w sercu, opromienia usta...

JOYZELLA

A ty kto jesteś?

LANCEOR

Już sam nie wiem, kto jestem... Przed paru dniami nazywałem się Lanceor, wiedziałem, gdzie jestem, i znałem samego siebie... Dziś szukam siebie, wnikam w siebie, dokoła siebie, ale wciąż błądzę we mgle wśród widziadeł...

JOYZELLA

Co za mgły? Co za widziadła?... Od kiedy jesteś na tej wyspie?

LANCEOR

Od wczoraj.

JOYZELLA

To dziwne, nic mi o tym nie mówiono.

LANCEOR

Nikt mnie nie widział... Zrozpaczony, błądziłem po wybrzeżu...

JOYZELLA

Ach, dlaczego?

LANCEOR

Byłem daleko stąd, daleko od mego starego ojca, gdy nagłym listem zawiadomiono mnie, że mój rodzic umiera... Wyjeżdżam natychmiast... Płyniemy długo. Potem w pierwszej przystani, gdzie się okręt zatrzymuje, nowy list mi donosi, że już jest za późno, że ojciec mój już nie żyje. Płynę dalej, aby przynajmniej oczy mu zamknąć i spełnić jego ostatnią wolę...

JOYZELLA

Dlaczegóż więc tu jesteś?

LANCEOR

Dlaczego, nie wiem, i jak, nie wiem... Morze było tak jasne, niebo tak czyste... Widać było tylko wodę drzemiącą w lazurze... Naraz, bez żadnego powodu, wielkie błękitne piany rozwichrzyły fale... Wschodziły niby opary mgliste, czepiając się rąk, masztów, twarzy... Potem zahuczał wiatr, a ślepy okręt, popychany strasznym wirem, znalazł się wieczorem w nieznanej przystani tej nieoczekiwanej wyspy... Smutny i zrozpaczony schodzę tu na wybrzeże; usnąłem w grocie zwróconej ku morzu, a gdym się obudził, tumany opadły; spoglądam: okręt jak białe skrzydło znika na widnokręgu fal!

JOYZELLA

Cóż się stało?

LANCEOR

Nie wiem... Chciałem płynąć za nim, ale nie znalazłem łodzi w przystani... Muszę więc czekać zjawienia się innego okrętu.

JOYZELLA

To szczególne. To tak jak ja...

LANCEOR

Jak ty?

JOYZELLA

Tak, i mnie tak samo gęsta mgła zaciągnęła na tę wyspę... Ale mój okręt się rozbił...

LANCEOR

Kiedy i jak? Skąd tu przybyłaś, Joyzello?

JOYZELLA

Przybyłam z innej wyspy.

LANCEOR

Dokąd płynęłaś?

JOYZELLA

Tam, gdzie ktoś mnie oczekiwał.

LANCEOR

Kto?

JOYZELLA

Ten, który sądził, że mam być jego wybranką.

LANCEOR

Byłaś zaręczona?

JOYZELLA

Tak.

LANCEOR

Kochasz go?

JOYZELLA

Nie.

LANCEOR

A więc?

JOYZELLA

Matka życzyła sobie.

LANCEOR

Chciałaś być jej posłuszna?

JOYZELLA

Nie.

LANCEOR

To dobrze... To mi się podoba... I mnie też ojciec mój w chwili śmierci nakazał wybrać tę, którą on wybrał... Miał, jak się zdaje, swoje powody, bardzo poważne. A ponieważ on sobie życzył, a nie ma go już na ziemi, muszę mu być posłuszny.

JOYZELLA

Dlaczego?

LANCEOR

Nie wolno się sprzeciwiać nakazom umarłych.

JOYZELLA

Dlaczego?

LANCEOR

One są niezmienne. Trzeba mieć litość, trzeba je szanować.

JOYZELLA

Nie.

LANCEOR

Ty byś nie słuchała?

JOYZELLA

Nie.

LANCEOR

Joyzello, to okropne!

JOYZELLA

Umarli są okropni, gdy wymagają, abyśmy kochali tych, których nie kochamy...

LANCEOR

Joyzello, ja się lękam ciebie.

JOYZELLA

Powiedziałam. Cóż powiedziałam? Może jestem zbyt porywcza?

LANCEOR

Joyzello, oczy twoje łzawią na wspomnienie umarłych i kłamią twoim słowom.

JOYZELLA

Nie, to nie z tej przyczyny... Może byłam zbyt surowa... A jednak oni nie mają słuszności...

LANCEOR

Nie mówmy już o umarłych... Nie powiedziałaś mi jeszcze, jak się rozbił twój okręt.

JOYZELLA

Gęsta mgła nas sprowadziła na manowce. Mgła tak gęsta, że zapełniała ręce jakby białym pierzem... Sternik się omylił, zgubił drogę. Sądził, że widzi latarnię... Okręt uderzył o podwodne skały... Ale nikt nie zginął... Fale mnie uniosły; a potem widziałam dokoła wodę błękitną, jakbym się zsuwała w głąb jakiegoś dusznego nieba... Zsuwałam się wciąż... Potem ktoś mnie pochwycił za rękę i straciłam przytomność...

LANCEOR

Któż cię pochwycił?

JOYZELLA

Pan tej wyspy.

LANCEOR

Kto to jest ten pan?

JOYZELLA

Starzec jakiś, który błądził jak cień niespokojny po tym marmurowym pałacu.

LANCEOR

O, gdybym tam był!

JOYZELLA

Cóż byś uczynił?

LANCEOR

Uratowałbym cię.

JOYZELLA

Czyż nie jestem uratowana?

LANCEOR

To co innego. Nie cierpiałabyś i nic by cię nie dotknęło. Poniósłbym cię po grzbiecie fal... Ach, nie wiem, nie wiem, jak by to było!... Niósłbym cię jak czarę pełną drogocennych pereł, z których żadnej cień nie powinien musnąć, jak cudny kwiat jutrzni, w którym boimy się zakołysać kroplę rosy... Gdy myślę o niebezpieczeństwach, na jakie byłaś narażona, ty, tak piękna, tak wiotka, wśród wzburzonych fal i surowych urwisk, w ramionach tego starca... To, co uczynił, jest piękne; uczynił rzecz niemożliwą... Ale to nie dość... Jak w końcu dotarłaś do brzegu?

JOYZELLA

Po przebudzeniu leżałam na piasku... Starzec był przy mnie. Potem kazał mnie zanieść do pałacu.

LANCEOR

Czy on jest królem tej wyspy?

JOYZELLA

Wyspa jest prawie bezludna, nie widać na niej nikogo prócz kilku sług, którzy błądzą w milczeniu. Za poddanych miałby on tylko drzewa, kwiaty i szczęśliwe ptaki, których ta wyspa zdaje się pełna...

LANCEOR

To, co uczynił, było dobre.

JOYZELLA

Jest on dobry i ludzki; przyjął mnie jakby ojciec rodzony... A jednak go nie lubię...

LANCEOR

Dlaczego?

JOYZELLA

Zdaje mi się, że on mnie kocha.

LANCEOR

Jak to? Czyżby śmiał?... Nie, to niepodobna!... Albo wiek nie jest ciężarem, jakim być powinien, a rozum od nas uchodzi, gdy śmierć się zbliża...

JOYZELLA

A jednak ja się boję. Dał mi to do zrozumienia. Jest osobliwy i smutny. Podobno daleko stąd ma syna, który może i zginął... Myśli o nim ciągle... Gdy przypuszcza, że go zobaczy, twarz jego się rozjaśnia... on... Oto on...

Wchodzi Merlin.