Rozmowa
— Proszę cię, powiedz mi wędrowcze szary,
czy w Polsce niebo inne niż w Brazylii,
czy ktoś, kto młodym czuje się jest starym,
czy słońce wszędzie na zachód się chyli?
Proszę cię, powiedz, czy głód też dociera
do will bogaczy i zamków królewskich,
czy tylko z oczu mych smutek spoziera,
że złoto żyje, lecz... w kasach bankierskich?
— Słuchaj młodzieńcze, opowiem ci wszystko,
jam stary pielgrzym, wszystkie drogi życia
dawnom już obszedł, wielkim był i niski,
dużom radości zaznał i goryczy.
Niebo to samo w Niemczech jest i Chile,
tylko że czarne czasem lub niebieskie,
wszędzie te same ptaki i motyle,
te same lasy są i polne ścieżki.
Tylko że człowiek, ten, co świata panem,
ten, co gdzieś królem został lub maklerem,
jemu się zdaje, że to panowanie
jest bardzo małe, że się równa zeru.
A głód dociera do murzyńskich chałup,
do will bogaczy i nędznych lepianek,
gdyż głód ten oznacza: „ja mam zbyt mało,
ja chcę mieć więcej, bo ja jestem panem!”
Dlatego smutny jest świat i łakomy,
dlatego tęskne oczy twe młodzieńcze,
bo każdy myśli, że źle mu jest w domu,
że słońce ciemne, barw mało ma tęcza.
Dlatego razi kogoś w Apeninach,
że czarnych ludzi za dużo się rodzi,
że w Azji czerwień płonie jak malina,
że muzułmanin do meczetu chodzi.
Człowiek z zachodu, wschodu i południa
przeklina jeden drugiego i bije.
Zgody wśród ludzi, zaprzestania kłótni
ty, chociaż jesteś młody — nie dożyjesz! —
Juda verrecke1
Nie idą z nami archanioły,
co nas miały strzec od złego i chorób.
Stąpamy z krwawym mozołem
nagimi stopami po kamiennych drogach diaspory.
Biją nas szatany:
za to, że ich nigdy nie bito,
za to, że nam Bóg już nie zsyła manny
tylko jeść musimy — jak inni — ziemniaki i żyto.
Uciekamy. Rodzimy się w drodze. Umieramy.
Rozmnażamy się w drodze. Uciekamy.
Każdy dzień budzi nową trwogę.
Każda noc rodzi nową trwogę.
Dźwiękiem naszych stóp szerzymy lęk.
Lękiem naszych ust dusimy dźwięk.
Nie wolno nam uczyć się, nie wolno patrzeć,
nie wolno żebrać, nie wolno być bogatym,
nie wolno pisać, nie wolno oddychać,
nie wolno myśleć. — Wolno tylko zdychać.
— Hej! Zdychaj Żydzie!
Hep! Hep! Precz! Dokąd idziesz?
Każdy twój krok — to nędza,
śmiercią tchną twoje kroki.
Idź precz! A zostaw pieniądze,
przeklęty Shylocku2! —
Każdy dzień budzi zgrozę.
Każda noc budzi zgrozę.
Każdy dzień — może być ostatni.
Żaden uścisk nie może być bratni.
Czołgamy się. Próbujemy resztkami powietrza oddychać
jak normalni ludzie. Nie chcemy zdychać.
I dlatego gonią nas. I wbijają nóż. A my umieramy.
Nóż tkwi nie w piersi. W plecach. Bo my uciekamy...