SCENA PIERWSZA
LECHICKI — SŁUŻĄCY — po chwili LOKAJ — potem BRONIA
SŁUŻĄCY
trzyma koniec pasa, około którego Lechicki się okręca, aż dochodzi do lustra
Znowu źle! Teraz węzeł wypadł z tyłu.
LECHICKI
zniecierpliwiony
Cóż u licha z tym węzłem?... To z boku, to z tyłu... a nie tu, gdzie trzeba!... Przecież powinieneś to umieć.
SŁUŻĄCY
A skąd, proszę pana? Dawniej panowie nigdy się po takiemu nie przebierali.
LECHICKI
jw.
No, to cóż zrobimy?
SŁUŻĄCY
Może by Mośka zawołać, on to umie, bo zawsze w pasie chodzi.
LECHICKI
Głupiś!... Trzymaj! Okręca się znowu. No, niech będzie!... Teraz jako tako. Wiąż!
LOKAJ
w kamaszach, w liberii bogatej, wychodzi z prawej i idzie na lewo, niosąc bukiety w wazonach
LECHICKI
do lokaja
Pan Juliusz już gotów?
LOKAJ
Kończy się ubierać, proszę pana.
LECHICKI
A banderie wyjechały już naprzeciw księcia?
LOKAJ
Właśnie ich tam pan Bajkowski szykuje za stodołami.
Wychodzi.
SŁUŻĄCY
wiążąc pas
Będzie bieda z tymi muzykantami, proszę pana.
LECHICKI
No, dlaczego?
SŁUŻĄCY
Zwyczajnie, jak Żydy — do konia to niewłożone, więc mają strasznego boja. Ja myślę, że oni nie dosiedzą na tych koniach.
BRONIA
w negliżowej sukience i fartuszku, wchodzi z lewej, zarumieniona od gorąca w kuchni
Mój ojczulku, niech też ojciec idzie do tych kucharzy i zburczy ich porządnie, bo ja sobie już z nimi rady dać nie mogę... Takie to butne, nieusłuchane, że okropność!
LECHICKI
Ale bo widzisz, moja kochana, to nie tacy zwyczajni, odpustowi kucharze, co ich można traktować byle jak... To artyści w swoim rodzaju. Kosztowało to niemało trudu i pieniędzy, żeby ich sprowadzić ze Lwowa na tych kilka dni.
BRONIA
Toteż zbytkują i wydziwiają, że strach!... To im złe, to niedobre; ten woła cukru, tamten madery, a masła to mi już cały zapas wyszafowali.
LECHICKI
No, to darmo, moja kochana — jak trzeba, to trzeba. Cóż ja na to poradzę? Skoro Julek tak zadysponował...
BRONIA
Ach, ten Julek! Żeby ojciec wiedział, co on nie nasprowadzał różnych rzeczy z miasta — całą furę tego: jakieś morskie ryby, marynaty, delikatesy, dziwolągi jakieś — ja tego wszystkiego, jak żyję, nie widziałam... A co win, szampanów, koniaków!... Co to wszystko musiało kosztować!
LECHICKI
z tonu głosu widać, że sam także niezadowolony z tych wydatków
Ha, darmo — cóż robić?... Taki pan, widzisz, ma wybredne gusta. Nie można go przecież przyjąć byle czym.
BRONIA
Mój Boże, czy też to nie grzech, dla jednego człowieka, co nas ani ziębi, ani grzeje, robić tyle zachodów i przewracać cały dom do góry nogami?
LECHICKI
No, no... A ty byś lepiej poszła ubrać się, bo księcia co tylko nie widać.
BRONIA
O! Niech się tatuńcio nie boi, już ja będę na czas... Wdzieję tylko białą sukienkę, wplotę jaką wstążkę do włosów i cała parada, bo babunia powiada, że dla młodej panienki to wystarczy.
Spojrzawszy w okno, zaczyna się śmiać.
LECHICKI
Z czego się śmiejesz?
BRONIA
Ach, jak to komicznie wygląda!
LECHICKI
Co takiego?
Idzie ku oknu.
BRONIA
Ci Żydzi za krakowiaków poprzebierani... ha, ha, ha!
LECHICKI
zirytowany
No, cóż tak śmiesznego?... Skoro nie można było dostać innej muzyki.
BRONIA
Ależ to można umrzeć ze śmiechu! A jak zabawnie trzęsą się na tych koniach! Muszę się temu z bliska przypatrzeć!...
Wybiega środkiem.
LECHICKI
patrząc w okno, kwaśny, niezadowolony
Ma rację... To okropnie Purim47 przypomina.