VII
Pomoc Franciszka była bardzo na rękę Hulatyńskiemu, tym więcej, że zaszły w tym czasie wypadki, które mu nie pozwoliły przez parę tygodni zajmować się wcale Anatolem, ani Julią i jej mężem, bo miał u siebie w domu dosyć kłopotu i zajęcia — a to z powodu śmierci Tomaszowej.
Raz wieszając bieliznę na strychu, poślizgnęła się na belce i spadła z dość wysoka. Zrazu zdawało się, że to nic, bo oprócz silnego stłuczenia, nie było żadnych widocznych znaków, ale po kilku dniach zaczęła stękać, narzekać na jakieś bóle w krzyżach, pokładać się, a w końcu rozchorowała się na dobre. Kumoszki jej utrzymywały, że sobie coś odbiła w wnętrznościach, i leczyły ją smarowaniami, ziołami i okładami. Nic to nie pomogło; chora sama wiedziała, że z nią coraz gorzej i poprosiła o księdza.
Dzieci poleciła opiece Hulatyńskiego, na jego też ręce złożyła posag dla Maryni i resztę zaoszczędzonych pieniędzy. Oddawała mu ciężko zapracowany grosz z wiarą, że dzieciom krzywdy nie zrobi, że będzie ojcem dla sierot.
Hulatyński nie mógł jej tego odmówić i przyjął opiekę nad dziećmi.
Ale łatwiej było przyrzec niż spełnić. Zakłopotał się niemało, gdy mu przyszło zająć się dziećmi i całym gospodarstwem. Z gospodarstwem poradził sobie jeszcze jako tako, bo przyjął do służby starą kucharkę, która jeść gotowała i domem zarządzała. Ale gorzej szło mu z dziećmi, a właściwie z Marynią, bo Kazik dawał sobie już radę i niewiele potrzebował opieki. Inna rzecz była z małą dziewczyną, która potrzebowała staranniejszego pielęgnowania, o czym nie miał najmniejszego pojęcia, a kucharka także nic nie wiele rozumiała się na tym. Trzeba było w lepsze, stosowniejsze miejsce oddać dziewczynę.
Radzono mu, żeby ją oddał do freblowskiej szkoły33, którą na tej samej ulicy miała jakaś pani czy panna — utrzymująca zarazem kilka dziewczątek na stancji34 i wikcie35.
Hulatyński niezwłocznie poszedł pomówić z tą panią, czyby się nie dało umieścić u niej Maryni, i zgodzić się o cenę w razie, gdyby mu się tam spodobało.
Freblowska szkółka mieściła się o kilka domów od jego pomieszkania, w parterowym budyneczku za sztachetkami w ogródku.
Właścicielki samej nie zastał w domu, ale służąca, która mu furtkę otworzyła, oświadczyła, że wróci za chwilkę z miasta, i poprosiła go do saloniku, którego umeblowanie nader skromne świadczyło o nieświetnym położeniu majątkowym.
Hulatyński, czekając dość długo powrotu pani domu, miał czas rozejrzeć się w mieszkaniu. Zauważył stary klawikordzik, wytarty z politury od starości i ciągłego używania, czarną ceratową kanapkę, duży głęboki fotel przy oknie zaciemnionym fuksjami i geranium, wreszcie stolik nakryty serwetką szydełkowej roboty.
Obejrzawszy te sprzęty, podniósł oczy wyżej i dla skrócenia czasu począł przypatrywać się zegarowi na ścianie, oleodrukom i sztychom.
Naraz zajęła uwagę jego fotografia wisząca nad komodą. Zajęła go do tego stopnia, że nie dowierzając oczom, wstał i poszedł bliżej, aby się lepiej przypatrzyć.
Tak — w istocie to nie było żadne złudzenie. Fotografiia wystawiała jego samego w dawnych czasach, może o dziesięć lat wstecz, a chociaż spłowiała już była od słońca i starości, jednak stosunkowo kosztowne ramy, w jakie była oprawna, oraz honorowe miejsce, na jakim ją zawieszono, wskazywały, że była tu ona w wielkim poszanowaniu, że sobie ją ceniono bardzo.
To go zaciekawiło.
— Skąd — spytał samego siebie — ta fotografia mogła się znaleźć tutaj?
— To nasz dobry znajomy, pan Hulatyński — odezwał się za nim jakiś głos pod oknem.
Hulatyński obrócił się żywo w tę stronę i zobaczył, czego w pierwszej chwili nie spostrzegł, że duży fotel nie był próżny, że siedziała w nim nieruchoma i żółta jak mumia, jakaś skruszona, pomarszczona staruszka.
Obecność jej zmieszała mocno Hulatyńskiego, nie przypuszczał bowiem, że ktoś jest w pokoju, nie zachowywał zwykłych środków ostrożności, był więcej sobą. Bał się więc, czy staruszka nie zauważyła tego. Ale ona zajęta widać własnymi myślami, nie dostrzegła wcale różnicy zachodzącej między zachowaniem się gościa, a jego ubiorem, i mówiła dalej zadowolona, że się może wygadać i pochwalić przed obcymi.
— Tak, tak — mówiła — tę fotografią on sam nam ofiarował. Jest jego własnoręczny podpis na drugiej stronie, zobacz pan.
Hulatyński ze zdumieniem spojrzał na staruszkę. A więc ta fotografia nie przypadkiem dostała się do tego domu, sam ją dał z podpisem, więc musiał znać dobrze tę kobietę i ona jego. Szukał w pamięci, ale nie mógł sobie przypomnieć, czy widział kiedy w życiu tę staruszkę.
Inaczej sobie zapewne wytłumaczyła jego badawcze spojrzenie, bo rzekła:
— Pana to dziwi, że taki pan bywał u nas. Ho, ho! Nie tacy bywali. Hrabiowie, książęta starali się o moje względy.
To, co mówiła, tak nie licowało z jej ubóstwem, że Hulatyński wziął ją za osobę dotkniętą chorobą umysłową, i nie przywiązał wcale wagi do jej paplaniny. Obojętnie przysłuchiwał się temu, co mówiła.
— Tak, tak — ciągnęła dalej — miałam ja piękne chwile w życiu, ale bo też nie byłam taka jak dzisiaj. Gdybyś mnie pan był znał przed dziesięciu laty! Gazety rozpisywały się wtedy o mnie. Nieszczęście chciało, że mnie zawiało na scenie. Przeciągi były okropne, ja zgrzana wyszłam z gorącej garderoby, połamało mnie, sparaliżowało, i z pięknej kobiety zostałam kaleką na wieczne czasy.
Łzy zaświeciły w jej oczach i stoczyły się sznurkiem po pergaminowej twarzy. Próbowała je otrzeć chustką i podnosiła ręce kościste do góry, ale te wnet opadły bezwładnie na dół.
— Tak, tak, panie, nikt by teraz nie poznał pięknej Natalii Śniateckiej.
Hulatyński pamiętał to nazwisko, znał dobrze Śniatecką. Ależ...
Spojrzał z niedowierzeniem na staruszkę. Więc ta połamana, zwiędła kobieta miałaby być ową Śniatecką, za którą uganiała się młodzież kilkanaście lat temu? — oczom własnym nie wierzył, widząc ją tak strasznie zmienioną.
Była to aktorka dosyć miernych zdolności, ale była nadzwyczaj piękna i dlatego miała wielkie powodzenie. Panowie z arystokracji zaszczycali ją swoimi względami i bywali u niej. Hulatyński także tam chodził dla zabicia czasu i przyjemnego spędzenia wieczoru, bo bawiono się u niej doskonale.
Przypomniał sobie teraz, że miała przy sobie kuzynkę, której na imię było Olimpka, a która mu bardzo w oko wpadła i zajmowała go dość długo. Było to dziewczątko bardzo jeszcze młode, dziecko prawie, które dopiero wchodziło w panieńskie latka i w dłuższe sukienki — trochę jeszcze niezgrabne, trwożliwe, nieśmiałe, ale miało urok niewinności, który Hulatyńskiego pociągał.
Odgrzebując pamięcią te wspomnienia, przypomniał sobie pierwsze chwile poznania tej panienki. Było to podczas jakiegoś bankietu u Śniateckiej. Po wieczerzy i szampanie, który go trochę odurzył, zmęczony towarzystwem, hałaśliwą wesołością, gdy mu ból głowy dokuczać zaczął, usunął się cichaczem do drugiego pokoju i tam położył się na sofie, aby wypocząć nieco. Leżąc tak jakiś czas spokojnie, nieruchomo, zauważył jakiś głos jednostajny, przytłumiony, jakby ustawiczne brzęczenie, oraz wąski pasek światła padający przez dziurkę od klucza do przyćmionego pokoju, w którym się znajdował.
Zaciekawiony, co to za głos jednostajny, jak brzęczenie muchy, wstał i zbliżył się na palcach do drzwi, i przyłożywszy oko do dziurki od klucza, zobaczył na tle białej ściany, oświetlonej kuchenną lampką, profil młodej panienki.
Mogła mieć najwyżej lat szesnaście, twarzyczkę miała miluchną, zarumieniona w tej chwili zapałem, z jakim oddawała się nauce, oczy czarne, nad czołem gęsta grzywka, którą powichrzyła nieco rękoma, mając na nich opartą główkę. Uczyła się tak zapamiętale, że cała jej uwaga skupiła się w książce, na którą co chwila spuszczała oczy i podnosiła je znowu do góry, ruszała przy tym wargami, jakby opowiadała sufitowi to, co w książce wyczytała.
Hulatyński przypatrywał się jej z wielkim zajęciem. To dziewczątko młode, otoczone jakąś świetlaną aureolą niewinności i pracy, dziwny kontrast stanowiło z hulaszczym towarzystwem w salonie, skąd dochodziły go rozpasane śmiechy i wyuzdana wesołość.
Nie poprzestał jednak na roli obserwatora. Przyzwyczajony iść zawsze za pierwszym popędem, wszedł bez ceremonii do następnego pokoju.
Była to właściwie kuchnia. Kucharka nierozebrana drzymała na stołku, oparłszy głowę na kolorowej pierzynie, kot bury zwinąwszy łapy pod sobie drzemał także na poręczy łóżka. Za wejściem Hulatyńskiego otworzył oczy, popatrzył na wchodzącego i znowu je zamknął.
Drobne te szczegóły utkwiły mu w pamięci, poruszone powstawały w myślach jeden po drugim i uprzytomniły mu ową chwilę i pierwsze wrażenia.
Pamiętał dobrze, że panienka zajęta nauką, mając przy tym uszka przyciśnięte rękoma, nie słyszała jego wejścia. Dopiero, gdy stanął tuż przy niej, zerwała się przestraszona i spojrzała na niego tak trwożnie i niespokojnie, a zarazem błagalnie, broniąc się tym spojrzeniem od jego napaści, że Hulatyńskiego spojrzenie to onieśmieliło, i chcąc usprawiedliwić swoje wejście, poprosił ją o szklankę wody.
Podała mu ją ze skwapliwością, jakby chciała go się pozbyć co prędzej.
Hulatyński jednak nie myślał wcale odchodzić. Pił długo, a przynajmiej udawał, że pije, a oczyma tymczasem pożerał panienkę, która stała przed nim ze spuszczonymi oczkami, zakłopotana, niewiedząca, co robić ze sobą. Przypatrywał się z lubością jej gęstym warkoczom związanym z tyłu w pół aksamitną wstążeczką, jej długim rzęsom, których cień padał do połowy twarzy płonącej wstydliwym rumieńcem, i choć widział, że niecierpliwie wykręcała sobie paluszki i przestępowała z nogi na nogę, czekając, aż sobie pójdzie, nie myślał wcale odchodzić.
Aby mieć jednak powód przedłużenia tu swojej bytności, wziął książkę leżącą na stole, obejrzał ją i spytał, czego się uczy.
Wyrecytowała mu odpowiedź pospiesznie jak lekcję, że się uczy geografii, że ma się jeszcze uczyć religii i niemieckiego, że teraz mają się w ogóle bardzo wiele uczyć, bo egzaminy wkrótce nastąpią. Z dalszej rozmowy dowiedział się, że jest sierotą, że ciocia Natalia wzięła ją do siebie po śmierci matki, że chodzi do seminarium i kształci się na nauczycielkę.
Hulatyński, obracając się wśród kobiet światowych albo też dam z półświatka, nie miał nigdy sposobności obcowania z tego rodzaju podlotkami, nieowianymi jeszcze atmosferą zepsucia. Nic też dziwnego, że młode dziewczątko zrobiło na nim niezwykłe wrażenie i zajął się nim bardzo.
Zaraz na drugi dzień oświadczył Natalii, żeby Olimpkę kształciła i wychowała jego kosztem. Kazał jej posprawiać sukienki, książki, kapelusze i rościągał nad nią jakby rodzicielską opiekę. Bywał teraz także częstym gościem w domu Natalii, a zawsze w takiej porze, aby mógł zastać Olimpkę, więc zwykle w porze obiadowej, bo wtedy żadnych gości nie było. Dla Olimpki słuchał pobłażliwie pustej gadaniny Natalii, która go bawić usiłowała, a raczej udawał, że słucha, a oczyma tymczasem pożerał młodziutką pensjonarkę.
Wydawała mu się prześliczna, pełna wdzięku; nawet szczupłość jej i nierozwinięte jeszcze kształty, nieśmiałe i niezgrabne ruchy miały w jego oczach niesłychany urok pączka nierozkwitłego jeszcze. Gniewało go to tylko, że była taka dzika, że unikała jego spojrzeń i trzymała się z dala od niego. Siedziała zawsze z oczyma utkwionymi w talerz, nie mówiąc nic i odpowiadając krótko na jego pytania. Gniewało go to, ale zarazem pociągało jeszcze bardziej do niej.
Tak mało przyzwyczajony był do uporu ze strony kobiet, że przeszkoda, którą znalazł na drodze, była dla niego miłą niespodzianką. Zdobyć sobie serduszko tak niedostępne — to był dla niego rodzaj sportu, wyścig z przeszkodami. Żadna ofiara zrobiona w tym celu nie wydawała mu się za wielką, wysilał też wyobraźnię na sprawianie jej ciągłych niespodzianek, obsypywał ją i Natalię — bo nie wypadało i tej pomijać, tym bardziej szło mu o to, aby ją sobie pozyskać — więc obsypywał obie prezentami, bukietami, cukrami, woził je na spacer, a wszystko dla pozyskania sobie życzliwości „kopciuszka”, jak Natalia przezywała żartobliwie swoją siostrzenicę. Największą dla niego rozkoszą było widzieć ją zadowoloną, uśmiechniętą. Na każdym kroku dawał jej dowody swojej pamięci i troskliwości o nią — tak że aż Natalia poczęła zasępiać się na to.
— Ależ na miłość boską! — powiedziała mu pewnego razu, gdy wysadzając Olimpkę z powozu, jej zapomniał zupełnie podać rękę. — Zaniedbujesz mnie pan formalnie dla tej smarkatej. Gdybyśmy tak obie wpadły w wodę, to jestem pewna, żebyś mi najspokojniej pozwolił się topić, bylebyś Olimpkę mógł wyratować.
Mówiła to śmiejąc się — na pół żartem, w którym jednak było trochę prawdy i urazy.
Niepodobna było, żeby takie oznaki przywiązania, zajęcia się, nie zawróciły główki młodej panience. Poznać to można było po spojrzeniach pełnych wdzięczności, jakimi oblewała go, dziękując za wyświadczane grzeczności, po rumieńcach, jakie występowały jej na twarz, gdy przychodził lub gdy z nią rozmawiał.
Wytrawne w tym względzie oko Hulatyńskiego prędko odgadło przemianę, jaka po kilku tygodniach zaszła w jej postępowaniu i całym zachowaniu się względem niego. Doszło do tego, że mu nawet dość wyraźnie powiedziała, mimo wrodzonej nieśmiałości.
Było to za miastem, w polu, dokąd we troje wyjechali na spacer. Natalii zachciało się szukać szczęścia w koniczynie. Olimpka poszła za jej przykładem i z pochyloną główką chodząc tu i tam, upatrywała pilnie czterolistnej koniczyny. Hulatyński tymczasem położył się w cieniu drzewa na trawie i palił cygaro.
Po niejakim czasie Olimpka zbliżyła się do niego i płonąc cała, jak to było jej zwyczajem, podała mu z nieśmiałością czterolistną koniczynę.
— Weź pan to — rzekła — i noś przy sobie, bo to szczęście przynosi.
— A dlaczegóż panna Olimpcia nie bierze tego dla siebie? — spytał, topiąc w niej spojrzenie pełne wdzięczności za pamięć o nim.
— Bo... bo ja wolę, żeby byli szczęśliwi ci, których... — i nieśmiała dokończyć.
— Których co?
— Których lubię.
— Więc panna Olimpcia mnie lubi? — spytał biorąc ją za rękę.
— Alboż pan tego nie widzisz? — odrzekła mu z dziecinną szczerością, która go ucieszyła stokroć więcej niż najgorętsze wyznania innych kobiet.
— Skoro tak — rzekł — to muszę zachować ten talizman szczęścia.
Wziął w rękę medalonik złoty, który wisiał u łańcuszka od zegarka, z cyfrą jego, ułożoną z diamencików, otworzył go i włożył weń listek.
Olimpka z zajęciem przypatrywała się medalionowi, cyfrze, a potem jak wkładał listek.
— A co tam jest więcej? — spytała.
— Włosy mojej nieboszczki matki.
Nastała chwila milczenia, chwila dziwnie uroczysta, która Hulatyńskiemu utkwiła w pamięci.
Olimpka była tak wzruszona w tej chwili, że nic mówić nie mogła, ale oczy jej mówiły za nią i dziękowały mu za ten zaszczyt, że listek z jej ręki umieścił obok pamiątki po matce. Aż spoważniała z tego zaszczytu.
Medalion ten do dziś dnia wisiał u niego przy zegarku, tylko że schowany przed ludźmi. Czy w nim znajdowała się czterolistna koniczyna? — Prawdopodobnie! Ale pewny tego nie był, bo od tego czasu nie zaglądał do medalionu i zapomniał zupełnie o tej pamiątce, gdy tę, co mu ją dała, stracił z oczu i z myśli.
Mała na pozór okoliczność przerwała tę piękną sielankę. Czuł jakiś nieokreślony szacunek dla młodego dziewczęcia: on, który przywykł kobiety traktować sobie dość lekko, dla niej był zupełnie inny, nie wyrwał się przy niej nigdy z żadnym dwuznacznikiem, z żadnym śmielszym słowem, a gdy Natalia pozwoliła sobie czasem przy niej na coś podobnego, karcił ją surowym wzrokiem za to i parę razy ostro jej to potem wymówił.
Ale gdy raz znalazł się przypadkiem sam na sam z Olimpką, przyszła i na niego chwila zapomnienia, pochwycił ją w objęcia i gorący pocałunek wycisnął na jej nieskalanych ustach. Nie odtrąciła go, nie broniła się, tylko przymknęła oczy i zbladła straszliwie. Dopiero po chwili wybuchnęła serdecznym płaczem.
— Olimpko, co ci jest? Dlaczego płaczesz?
I, przytuliwszy ją do siebie, chciał znowu pocałować.
— Niech pan tego nie robi — odezwała się błagalnie — bo mi to wielką przykrość sprawia.
— Przykrość? Dlaczego?
— Bo to grzech.
— Grzech całować? Jeżeli się kogo kocha, jak ja ciebie, to go się całuje.
— Ale po ślubie.
Przypomnienie ślubu oblało go jak zimną wodą. Obudziło się w nim podejrzenie, że może całe postępowanie Olimpki obliczone było na to, aby go złapać na męża. Nie posądzał, żeby ona sama z siebie to robiła. Ale mogła być narzędziem w ręku Natalii i odgrywała rolę, jaką jej kazano.
Przypomniał sobie, że Natalia raz, widząc jego nadskakiwania Olimpce, pogroziła mu palcem i rzekła na boku:
— No, no, nie bałamuć mi dziewczyny. Ożenić się z nią pewnie nie zechcesz, a na miłostki ja nie pozwolę.
Słowa te wyglądały bardzo na śledztwo, na wybadanie jego intencji. To ostudziło bardzo jego zapały. Przeląkł się, iż rzeczy dalej zaszły, niż sobie życzył, i postanowił wycofać się, a najskuteczniejszym środkiem było przestać bywać u Natalii.
Kosztowało go to z początku dużo. Tak przywykł do bywania tam, do poufnej pogawędki, że obejsć się bez tego nie mógł i siłą musiał powstrzymywać się, aby tam nie pójść. Dla radykalniejszego wyleczenia się z tej, jak ją potem nazywał, słabości, wyjechał na czas jakiś za granicę, rzucił się w wir zabaw, szalał, ucztował, grał, pił i słabość przeszła, tak że gdy wrócił, był już zupełnie wyleczony.
Do kuracji przyczyniła się niemało nieobecność Natalii, która przez ten czas wyjechała była gdzieś na prowincję do wędrownej trupy. W parę lat wyszumiała mu zupełnie z głowy owa chwilowa skłonność, nowe wrażenia zatarły ją w pamięci.
Trzebaż zdarzenia, że teraz, po latach dziesięciu, schodzi się znowu z tymi kobietami, w zupełnie odmiennych warunkach. Dawne wspomnienia i uczucia ożyły w nim na widok tej fotografii, którą one z taką czcią przechowywały. A więc nie zapomniała o nim, gdy on nie myślał nawet o niej.
Z dalszej rozmowy ze staruszką dowiedział się, że Olimpka jest jeszcze panną, bo nie chciała wyjść za mąż, choć jej się wcale niezłe partie trafiały — raz jakiś urzędnik z kolei, drugi raz profesor i inni.
— Nabiła sobie dziewczyna głowę kim innym — mówiła staruszka — i ani rusz jej wyperswadować.
Hulatyński, słysząc to, doznawał wyrzutów sumienia. Czuł się upokorzony tą miłością, na którą nie zasłużył. Ale też on nie miał wyobrażenia, że istnieją podobne kobiety na świecie, które kochają bez nadziei, że im zapłacą za tę miłość obrączką ślubną. Teraz taka miłość wydawała mu się świętością, przed którą kornie uchylił głowę.
Ogarnęło go uczucie lęku, a zarazem niewysłowione pragnienie zobaczenia Olimpki i gdy usłyszał kroki idącej po schodach, serce mu bić zaczęło ze wzruszenia i nogi w kolanach się ugieły, że usiąść musiał.
Weszła.
Hulatyński poznał ją od razu, tak się mało zmieniła. Przybyło jej tylko powagi i surowości.
Już to nie była owa trwożliwa, nieśmiała dziewczynka — ale kobieta, którą walka z życiem okryła powagą i nadała pewność i hart prawie męski. Twarz jej, bledsza niż dawniej, wypiękniała jeszcze więcej wyrazem cierpienia i jakiejś szlachetnej dumy.
Hulatyński stał przed nią jak żak, zakłopotany i nieśmiały.
Wskazała mu krzesło i rozpoczęła z nim rozmowę o interesie, dla którego tu przyszedł.
Układał się z nią o Marynię i mówili nawet dość długo ze sobą, ale co mówił, jak długo, kiedy się pożegnał z nią, jak się znalazł potem na schodach, na ulicy — tego nie wiedział. Robił to wszystko jakby lunatyk we śnie, bo nie mógł jeszcze wyjść z zaczarowanego koła podziwu, w jaki go wprawił widok osoby tak dobrze znajomej, tak sympatycznej dla niego i wiadomość, że ta osoba przez tyle lat zachowała dla niego niezmienne uczucie. Zdawało mu się to wszystko jakimś snem rozkosznym, z którego budziły go kiedy niekiedy potrącania przechodzących. Właściwie on to rozbijał się o ludzi i potrącał ich jak pijany, ale nie wiedział o tym. Jemu się zdawało, że to oni tak niezręcznie mijają go i dziwił się, dlaczego za to obrzucali go jeszcze surowym spojrzeniem i coś mruczeli pod nosem. Dziwił się, czemu ci ludzie tacy niegrzeczni.
Dopiero w domu oprzytomniał trochę, gdy Marynia spytała go, czy zastał panią profesorową.
Spojrzał na nią jak człowiek ze snu przebudzony i wtedy dopiero spostrzegł, że w ręku ściskał jakiś papier.
Rozwinął, wyprostował na ręce i przeczytał. Było to pokwitowanie z odbioru zadatku złożonego za Marynię. Na kwicie było wypisane: Olimpia Śniatecka.
A więc to nie był sen. Więc on rzeczywiście widział Olimpkę! I myślał dalej, jak dużo musiał przebyć kłopotów, aby się dowiedział, że od tylu lat jest kochany miłością wielką, o jakiej nie miał wyobrażenia, aby się zeszedł z tą, która go tyle kochała.
Wiedział, że niewart tej miłości, że w obecnych warunkach ani mógł marzyć w utrwaleniu tej miłości małżeństwem, bo nie przypuszczał, żeby Olimpka jakkolwiek kochała się w nim, jako w Hulatyńskim, zechciała iść za niego, gdy został prostym dorożkarzem. Ale cieszyło go, iż wie, że jest ktoś na tym świecie, co myśli o nim, że tę osobę będzie widywał i to dość często, odwiedzając Marynię. Cieszyło go, że Marynia właśnie ją będzie miała za opiekunkę i nauczycielkę, a on będzie czuwał i nad jedną, i nad drugą, i może przyda im się na co. Dziękował Bogu, że go uchował od samobójczej śmierci.
Życie nabrało w jego oczach niezwykłego uroku, gdy patrzył na nie teraz przez pryzmat miłości. Przebudzone serce rzucało na cały świat słoneczne blaski. Był tak szczęśliwy w tej chwili, że wziął małą Marynię na ręce i zaczął ją całować z radości.