Dzień powszedni

Na zawiasach poranku do wieczornej pory,

Otwarty ścieżaj, stoisz, jak wrota obory,

Z której woły robocze pędzą ludzie biedni...

Witaj, pachnący pracą, świeży dniu powszedni!

Już słońce, nad wysokim sufitem ukryte,

Przez szybę, dzwoniąc, ranną składa ci wizytę,

I po nocnej niewiedzy płynnych marzeń sennych

Oddaje władzę dziejom spraw żywych i cennych.

Dzień wysokim pochodem w niebios czapie chmurnej,

Zaprawiony w zawodach, rankiem wszczyna turniej;

Jeszcze cichej melodji szumi przyśpiew długi,

Jeszcze suną po niebie przewlekłe snu smugi,

Gdy dźwigasz się z pościeli i w rozumnym buncie

Bose stopy na twardym dumnie stawiasz gruncie,

Pobudką spieszysz myśli, rozkazem gonitwy,

Przebudzony i czujny, już gotów do bitwy.

Rozpoczęte zapasy. Dzień szczękiem oręża —

Gwarem świata uderza, jeszcze nie zwycięża,

Lecz skrada się i zdarzeń pociskami celnie

Napada cię i zranić próbuje śmiertelnie,

Na wątłe bary wtłacza tęgi wór ciężarów,

Pod stopami otwiera nagle ciemny parów,

I w przepaść próżną spycha, lub z uśmiechem dziecka

Znienacka cię urzeka siła dnia zdradziecka!

Znów deszczem siepie w oczy, albo wiatrem parzy, — —

Jak na morzu burzliwem garstkę marynarzy,

Gdy czoła rozpalone powiew smutku chłodzi,

Bezwylądnie przepędza w obciążonej łodzi, — —

Tak myśl twą w krętych wirach tłumi huk i zamęt

I w szumie piennym cichnie wołanie i lament...

Już pod pełnią słoneczną wypukłe południe

Praży blaskami bitwę, prowadzoną żmudnie,

Gdy kilofem górnika rąbiesz w odłam skalny,

Który stygnie i spada — czas nieodwracalny,

Albo nożem rozcinasz ciężkich godzin gęstwę, —

Ach, ile sił potrzeba, żeby serce męstwem

I dzień uśmiechem nalać, jak winem łez czystych,

I w końcu zamknąć klamrą, niby rymem dystych,

Pod wieczór dobrotliwy, kiedy serce wierzy!...

O, ciche niebo w oczach! ostatnia wieczerzy!...

Przez bandaże obłoków, które zwilża rosa,

Gwiazd gwoździami pokłute, krwią broczą niebiosa,

Dzień w samo słońce ranny stacza się i spada,

Zamroczona wygląda księżyca twarz blada,

Jak popiół drzew spalonych pod ognistą kulą...

Do zmierzchów zapomnienia godziny się tulą...

Zatrzaśnięto drzwi w górze. Już bitwa skończona.

Pokonany przemocą ogromny dzień kona,

Garściami gwiazdy sieje na zemstę swej klęsce,

Szczęśliwą groźbą jutra raduje zwycięzcę,

Który, wzmocniony walką, niepokorne czoło

Stawia dniom, zaplątanym w nieustanne koło.