SCENA III

Pani Jourdain, Pan Jourdain, Michasia, Dwaj lokaje

PANI JOURDAIN

Ho, ho, to znowu coś nowego! Cóż to ma być, mężu, ta cała parada? Czy ty kpisz sobie z ludzi, żeby się tak wysztafirować? Masz ochotę, aby wszyscy sobie na tobie jęzory ostrzyli?

PAN JOURDAIN

Tylko błazny i błaźnice mogą sobie na mnie ostrzyć języki, moja żono.

PANI JOURDAIN

Doprawdy! Myślisz może, że czekali z tym do tej pory — od dawna już cały świat sobie pokpiwa z twoich fanaberyj.

PAN JOURDAIN

I któż to jest ten cały świat, jeśli łaska?

PANI JOURDAIN

Ten cały świat to świat, który zna się na rzeczy i więcej ma w głowie oleju od ciebie. Co do mnie, już te szlacheckie bziki kością w gardle mi stają. Własnego domu, doprawdy, poznać nie mogę. Myślałby kto, że tu co dnia tłusty wtorek: od białego rana, żeby czasu nie tracić, słychać tylko harmider grajków i śpiewaków rozdzierających uszy całemu sąsiedztwu.

MICHASIA

Dobrze nasza pani mówi. Ani sposób domu oporządzić jak się należy przy tej zbieraninie, która wiesza się tu koło pana. Buty mają takie, jak gdyby zbierali nimi błoto po wszystkich przedmieściach, aby je tutaj przynosić; biedna Franusia ostatni dech z siebie wypiera na szorowanie podłogi, którą pańscy śliczni bakałarze zapaskudzają codziennie na nowo.

PAN JOURDAIN

Ejże! Panna Michasia jak na wiejską dziewuchę ma dzióbek strasznie prześcipny!

PANI JOURDAIN

Michasia ma słuszność; to pewna, że rozsądniejsza jest od ciebie. Chciałabym bardzo wiedzieć, na co tobie w twoim wieku nauczyciel tańca?

MICHASIA

I tamten wielki drab od fechtów, który tupie nogami, aż dom się trzęsie, i obcasami wydziera w salonie deski z podłogi?

PAN JOURDAIN

Cicho, baby!

PANI JOURDAIN

Czy masz zamiar brać się do tańca wówczas, kiedy już nogi nie będą cię chciały nosić?

MICHASIA

Czy pan ma ochotę gardło komuś poderżnąć?

PAN JOURDAIN

Cicho siedźcie, powiadam! Nie macie o niczym pojęcia i nie wiecie, co to wszystko robi z człowieka.

PANI JOURDAIN

Ot, wolałbyś pomyśleć, żeby wydać za mąż córkę — ma już lata po temu, aby o niej postanowić.

PAN JOURDAIN

Pomyślę wówczas, kiedy się nastręczy stosowna partia, ale chcę również myśleć o tym, aby się nauczyć pięknych i pożytecznych rzeczy.

MICHASIA

Słyszałam dziś, proszę pani, że pan jeszcze przyjął na omastę profesora filozofii.

PAN JOURDAIN

Owszem, przyjąłem. Chcę zaostrzyć bystrość swego dowcipu, aby móc rozprawiać o wszystkim w dystyngowanym towarzystwie.

PANI JOURDAIN

Zapiszesz się może jeszcze do szkoły i dasz się ćwiczyć rózgą na stare lata?

PAN JOURDAIN

Czemu nie? Dałby Bóg, abym mógł dostać rózgi tu, przy wszystkich, a w zamian umiał to, czego uczą w szkole.

MICHASIA

Na dużo by się to panu zdało!

PAN JOURDAIN

Z pewnością.

PANI JOURDAIN

Wszystko to bardzo potrzebne do prowadzenia domu!

PAN JOURDAIN

Oczywiście. Mówicie jak dwie sroki — wstyd mi waszej ciemnoty, do pani Jourdain Powiedz mi, czy ty wiesz bodaj, co ty mówisz w tej chwili?

PANI JOURDAIN

Owszem. Wiem, że mówię to, co się należy i że czas byłby ci wreszcie nabrać trochę rozumu.

PAN JOURDAIN

Nie o tym teraz mowa. Pytam się, co to są te słowa, które wygłaszasz?

PANI JOURDAIN

Słowa z sensem, którego brakuje twoim postępkom.

PAN JOURDAIN

Mówię ci, nie o tym mowa. Pytam się: to, co ja mówię do ciebie, to, co ci powiadam w tej chwili, co to jest?

PANI JOURDAIN

Brednie.

PAN JOURDAIN

Ech, nie, nie o to chodzi. To, co mówimy oboje, sposób wyrażania się, którego właśnie używamy?

PANI JOURDAIN

No?

PAN JOURDAIN

Jakże się to nazywa?

PANI JOURDAIN

Jak się komu podoba.

PAN JOURDAIN

To proza, ciemna kobieto!

PANI JOURDAIN

Proza?

PAN JOURDAIN

Tak, proza. Wszystko, co jest prozą, nie jest wierszem; co nie jest wierszem, jest prozą. O, widzisz, co to znaczy kształcić się! do Michasi A ty, wiesz ty bodaj, co trzeba zrobić, aby powiedzieć: U?

MICHASIA

Co znowu?

PAN JOURDAIN

A tak. Co robisz, kiedy wymawiasz: U?

MICHASIA

Hę?

PAN JOURDAIN

No, spróbuj! Powiedz no: U.

MICHASIA

No i cóż: U.

PAN JOURDAIN

I cóż robisz?

MICHASIA

Mówię: U.

PAN JOURDAIN

Tak, ale kiedy mówisz: U, co wtedy robisz?

MICHASIA

Robię, co pan każe.

PAN JOURDAIN

Och, skaranie boskie mieć do czynienia z takim bydłem! Wydłużasz wargi ku przodowi i przybliżasz szczękę górną do szczęki dolnej: U. Widzisz? O, jakbym się pokrzywiał: U.

MICHASIA

A to mi cuda!

PANI JOURDAIN

To dopiero coś mądrego!

PAN JOURDAIN

To jeszcze nic! Gdybyście dopiero widziały O i DA, DA i FA, FA!

PANI JOURDAIN

Co mają znaczyć te wszystkie michałki2?

MICHASIA

Na cóż to niby skutkuje?

PAN JOURDAIN

Wściekam się, kiedy widzę taką babską ciemnotę!

PANI JOURDAIN

Ech! Powinien byś wyprawić stąd na złamanie karku tych drabów razem z ich facecjami3.

MICHASIA

A zwłaszcza tego dryblasa z długim rożnem, który mi rozpędza kurz po całym mieszkaniu.

PAN JOURDAIN

Ejże! Mój fechmistrz tak ci się nie podoba? Zaraz cię przekonam, jakaś głupia, każe podać florety i wciska jeden w rękę Michasi Masz tu: metoda doświadczalna, linia ciała. Kiedy się chce dać kwartę, wystarczy zrobić tak, a kiedy tercję, tak. Oto sposób, aby nigdy nie być zabitym. Czy to nie jest przyjemnie być tak pewnym swojej skóry, kiedy się człowiek ma pojedynkować? Dalej, próbuj nacierać na mnie, tak dla przekonania się!

MICHASIA

No, cóż wielkiego? daje mu kilka pchnięć

PAN JOURDAIN

Zaraz! Hola! Ho! Powoli, błaźnico!

MICHASIA

Kazał pan nacierać.

PAN JOURDAIN

Tak, ale ty walisz tercję, zanim spróbowałaś kwartę, i nie czekasz, aż sparuję!

PANI JOURDAIN

Ty masz bzika, mężu, z tymi wszystkimi fanaberiami, które cię obsiadły od czasu, jak zacząłeś pchać się między szlachtę.

PAN JOURDAIN

Starając się obracać między szlachtą, daję tylko dowód rozumu: pewno, że to więcej warte, niż gnić wśród mieszczuchów.

PANI JOURDAIN

Także coś! Ładne będziesz miał zyski ze swoich szlacheckich znajomości, dobrze wyjdziesz na pięknym hrabiczu, w którymś się tak zacietrzewił.

PAN JOURDAIN

Cicho, babo, pilnuj swojej gęby! Sama nie wiesz chyba, o kim mówisz. To osoba większego znaczenia, niż sobie możesz wyobrazić, figura, którą cenią na dworze! Toć on rozmawia z samym królem, ot, tak, jak ja tu z tobą. Czy to nie jest prawdziwy zaszczyt, gdy wszyscy widzą, że tak dostojna osoba zachodzi po mnie raz po raz, nazywa mnie drogim przyjacielem i postępuje tak, jak gdybyśmy byli sobie równi? Nie masz pojęcia, jaki on łaskaw na mnie: w oczach całego świata obsypuje mnie uprzejmościami — nieraz jestem wprost zawstydzony.

PANI JOURDAIN

Tak, łaskaw, łaskaw i przychlebiań ci nie skąpi, ale za to wszystko pożycza od ciebie pieniędzy.

PAN JOURDAIN

A choćby! Czyż to nie zaszczyt dla mnie pożyczać pieniędzy człowiekowi o takim stanowisku? Czy mogę nie uczynić tego z radością dla wielkiego pana, który mnie nazywa swoim przyjacielem?

PANI JOURDAIN

A on, ten wielki pan, cóż on niby robi dla ciebie?

PAN JOURDAIN

Phi! Rzeczy, którymi by się każdy zdumiał, gdyby były znane światu.

PANI JOURDAIN

Cóż takiego?

PAN JOURDAIN

Basta! Nie mogę powiedzieć więcej. Zresztą, cóż? Pożyczyłem mu pieniędzy, prawda, ale odda mi wszystko z pewnością i to bardzo niedługo.

PANI JOURDAIN

Pewnie. Możesz na to czekać.

PAN JOURDAIN

Rozumie się. Sam powiedział.

PANI JOURDAIN

Tak, tak — i nie omieszka raczyć nie dotrzymać.

PAN JOURDAIN

Dał mi szlacheckie słowo.

PANI JOURDAIN

Brednie!

PAN JOURDAIN

Ech! Ale z ciebie uparta baba, co się zowie. Powiadam ci: dotrzyma słowa — jestem tego pewny.

PANI JOURDAIN

A ja jestem pewna, że nie i że te wszystkie czułości są tylko na to, aby cię wystrychnąć na dudka.

PAN JOURDAIN

Cicho! Oto idzie.

PANI JOURDAIN

Tego nam właśnie było potrzeba. Może znowu przychodzi coś wyłudzić; kiedy go widzę, doprawdy flaki mnie bolą.

PAN JOURDAIN

Cicho siedź, mówię!