SCENA DRUGA

Klitander wchodzi po cichu i słucha niepostrzeżony, Armanda, Filaminta.

ARMANDA

Nigdy bym na twym miejscu nie ścierpiała, matko,

By on się miał ożenić z tą małą dzierlatką.

Mniemam, że to nikomu w głowie nie postoi,

Iż, mówiąc to, chcę bronić własnej sprawy mojej

I że nikczemna zdrada z tego pana strony,

By cień żalu w mej duszy zostawia tajony.

Przeciwko takim ciosom umie serce moje

We filozofii znaleźć potężną ostoję;

Z jej wyżyn drobiazg taki oczom naszym znika;

Lecz nie zniosę, gdy matkę moją ktoś dotyka.

Honor twój nie pozwala uznać jego chęci;

Takiej odrazy nie da się zatrzeć w pamięci.

W rozmowach ze mną nigdy, niech mi matka wierzy,

O tobie nie wyrażał się tak jak należy.

FILAMINTA

Błazen!

ARMANDA

Gdy imię twoje świat poważa cały,

Dotąd praw nie zyskałaś do jego pochwały.

FILAMINTA

Brutal!

ARMANDA

Gdym mu czytała wiersz twój, myślisz może,

Że on dostrzegł zalety w jakim twym utworze?

FILAMINTA

Zuchwalec!

ARMANDA

O to kłótnie z nim staczałam wiecznie;

I nie zgadłabyś nigdy, jak on niedorzecznie...

KLITANDER

do Armandy

Za pozwoleniem, pani. Może by się zdało

Łagodniej i uczciwiej rzecz rozważyć całą.

Cóż złego ci zrobiłem? Za cóż na mą głowę

Tysiącznymi pociski61 zwracasz swą wymowę,

Czemuż mnie pragniesz zgubić i wszystkie sposoby

Są ci dobre, by wzbudzić wstręt do mej osoby?

Powiedz, mów, skąd pochodzi ten twój gniew straszliwy?

Poddaję się pod matki wyrok sprawiedliwy.

ARMANDA

Gdyby w istocie nawet gniew był mą pobudką

I ten zarzut odeprzeć mogłabym dość krótko.

Wartyś tego: kto miłość raz uczuł namiętną,

Tak silne wyryć winna w sercu jego piętno,

Że wolej mu jest62 mienie i życie postradać,

Niźli nowym uczuciem kłam pierwszemu zadać.

Hańbą jest dziś to deptać, co się czciło wczora,

I nad serce niewierne ja nie znam potwora.

KLITANDER

Lecz czyliż niewiernością nazywać przystoi

To, co jeno jest skutkiem własnej dumy twojej?

Niechęć twoja to owej zmienności przyczyna

I, jeślim cię obraził, jej tylko to wina.

Me serce ujarzmiły zrazu twoje wdzięki:

Dwa lata trwało wiernie wśród miłosnej męki

I nie było służb, starań, poświęceń w tej mierze,

Których bym najskwapliwiej nie niósł ci w ofierze.

Lecz daremnie me serce tkliwym ogniem pała,

Tyś na chęci me słodkie nieczułą została.

Czym ty wzgardziłaś, w darze wreszcie niosę innej:

Powiedz zatem: ty, pani, czy jam tutaj winny?

Czym ja chciał zmiany, czyś mnie sama ku niej pchała?

Czym ja ciebie porzucił, czyś ty mnie wygnała?

ARMANDA

Więc to u pana wzgardę dla twych chęci znaczy,

Że chciałam je wyzwolić z skorupy prostaczej,

Że pragnęłam wydobyć z niej te ognie czyste,

W których miłości leżą uroki wieczyste?

Więc nigdy dla mnie odczuć pan nie byłbyś zdolny

Skłonności, od pożądań zmysłów twoich wolnej:

I nie pojmujesz zgoła nieziemskich słodyczy

Związku serc, w którym ciała głos za nic się liczy?

Umiesz kochać jedynie tą miłością grubą,

Której materii spójnia przynętą i chlubą,

I, by wzmocnić twój zapał, w wytrwaniu zbyt krótki,

Potrzebne aż małżeństwo, ach, i jego skutki!

To szczególna, w istocie, miłość! Jakże mało

Takie uczucie duchom szlachetnym przystało!

Ich dążeniom są obce zmysłowe porywy!

Serca jedynie spaja ich płomień tak żywy.

Jak rzecz niegodną siebie rzuca wszystko inne

Ten, w czyim sercu płoną te żary niewinne;

Pierś jego tylko czyste wydaje westchnienia

I nie wie, co to żądzy są plugawe drżenia.

Żadna myśl sprośna szczytnym tym związkom nie przeczy,

Kocha się dla kochania, nie dla innych rzeczy;

Duchy jeno przenika miłosne zarzewie

I człowiek, że ma ciało, nawet o tym nie wie.

KLITANDER

Co do mnie, pani, wyznać ci otwarcie muszę,

Że, daruj, ale równie ciało mam, jak duszę,

I obojgu na równi snadź63 jestem podległy:

W tych subtelnych odcieniach nie jestem dość biegły,

Niebo mi odmówiło filozofii takiej,

Stąd ciało z duszą u mnie trzyma krok jednaki.

Nie ma nic piękniejszego, jak pani powiada,

Nad związki te, którymi duch jedynie włada,

Nad te serc obcowania, myśli splot najtkliwszy,

Których nie mąci zmysłów żaden podmuch żywszy;

Lecz dla mnie te finezje to zbyt ciężka próba:

Jak mnie winisz, natura ma nieco jest gruba:

Przyznaję, że gdy kocham, to już całym sobą

I chcę, by mnie też całą kochano osobą.

Sądzę, że nikt mi uczuć tych bardzo nie zgani;

I, choć nie chcę obrażać chlubnych dążeń pani,

Widzę, że ludzkość sprzyja wielce mej metodzie

I że małżeństwo dotąd jest ogromnie w modzie;

Owszem, za tak szlachetną rzecz je świat uważa,

Iż, kiedym chciał prowadzić panią do ołtarza,

Nie sądziłem, iż chęć ta sama w sobie mieści

Powód jakiejś obrazy dla duszy niewieściej.

ARMANDA

Dobrze więc, dobrze; skoro, mimo wszystkie względy,

Koniecznie chcesz nasycić swe niskie popędy;

Skoro na to, by trwale zawładnąć twym duchem,

Trzeba się związać z tobą cielesnym łańcuchem,

Jeśli matka rozkaże, będę już skazana,

By to... o co ci chodzi, uczynić dla pana.

KLITANDER

Już nie pora; dziś innej me pragnienia święcę;

I byłbym podłym, gdybym to serce dziewczęce

Zawiódł taką odmianą, zdeptał duszę młodą,

Której dobroć w twej wzgardzie była mi osłodą.

FILAMINTA

Czyż się panu w istocie o mej zgodzie marzy,

Gdy Henrykę zamierzasz powieść do ołtarzy?

I czyś w swym zaślepieniu nie słyszał ni słowa,

Że inna partia dla niej jest tak jak gotowa?

KLITANDER

Ech, pani, zechciej wybór swój rozpatrzyć z bliska

I racz mi choć oszczędzić tego pośmiewiska,

Abym palcami miał być wytykany wszędzie,

Żem z panem Trysotynem w jednym stawał rzędzie!

Słabość do gryzipiórków, co twoją chorobą,

Mogłaż mnie skarać lichszą rywala osobą?

Dosyć mamy pismaków, którym dziś dokoła

Zły smak epoki naszej w wieńce stroi czoła;

Lecz Trysotyn nikogo w błąd już nie wprowadzi

I, co wart jest, to wszyscy przyznają mu radzi.

Wszędzie wiedzą, prócz w domu tym, czym on w istocie,

I wyznaję, żem nieraz dziwił się ochocie,

Z jaką pani pod niebo wynosisz bez mała

Brednie, do których byś się sama nie przyznała.

FILAMINTA

Jeżeli o nim zgoła inaczej pan trzyma,

To, że innymi patrzysz niźli my oczyma.