List CXVI. Usbek do tegoż.

Mówiliśmy o krajach mahometańskich i szukaliśmy przyczyny, czemu są mniej zaludnione, niż niegdyś kraje podległe Rzymianom. Zbadajmyż, co spowodowało ten sam objaw u chrześcijan.

Rozwód dozwolony był w religii pogańskiej, wzbroniony u chrześcijan. Ta odmiana, na pozór tak mało ważna, sprowadziła stopniowo straszliwe skutki, ba, takie że ledwie można im uwierzyć.

Odjęto nie tylko słodycz małżeństwu, ale ugodzono w jego cele; chcąc zacieśnić jego węzły, rozluźniono je; zamiast, jak zamierzono, zespolić serca, rozdzielono je na zawsze.

W wolny wybór, w którym serce powinno mieć przemożny udział, wprowadzono skrępowanie, przymus, igraszkę losu. Nie liczono za nic wstrętów, kaprysów i niezgodności usposobień; chciano ustalić serce: to, co jest najbardziej odmiennego i niestałego w naturze. Związano, bez powrotu i bez nadziei, ludzi przygniecionych wzajem sobą i prawie zawsze źle dobranych; uczyniono jak ci tyrani, którzy wiązali ludzi żywych z martwymi ciałami.

Nic nie przyczyniało się więcej do wzajemnego przywiązania, jak możność rozwodu. Mąż i żona skłonni byli znosić cierpliwie domowe utrapienia, wiedząc, iż w ich mocy jest położyć im koniec. Często dzierżyli w dłoni tę możność całe życie, nie czyniąc z niej użytku, jedynie dzięki świadomości, że mogliby to uczynić.

Nie tak u chrześcijan. Obecne utrapienia przejmują ich tym większą rozpaczą o przyszłość. W przykrościach małżeństwa wciąż mają przed oczami jedynie ich ciągłość i, aby tak rzec, ich wieczność. Stąd wstręty, niezgody, niechęci: wszystko z uszczerbkiem potomności. Ledwie dwoje osób spędzi trzy lata w małżeństwie, a już główna jego istota idzie w zaniedbanie: następuje trzydzieści lat chłodu. Tworzą się rozwody domowe, równie ścisłe, a może zgubniejsze, niż gdyby były publiczne; każde żyje na swoją rękę, ze szkodą przyszłych pokoleń. Niebawem mężczyzna, zmierżony wiecznie tą samą kobietą, rzuca się w objęcia dziewek: mnożą się miłostki haniebne i wrogie społeczności, które, nie spełniając celu małżeństwa, dają co najwyżej jego rozkosze. Jeżeli wśród dwojga związanych z sobą osób znajdzie się jedna niezdatna do celów przyrody i utrwalenia gatunku bądź z natury, bądź z wieku, grzebie, wraz z sobą, drugą połowę i czyni ją równie bezużyteczną, jak jest sama.

Nie trzeba się tedy dziwić, kiedy widzimy u chrześcijan, że tak wiele małżeństw wydaje tak małą liczbę obywateli. Rozwód nie istnieje; małżeństwo źle dobrane jest klęską; kobiety nie przechodzą, jak u Rzymian, kolejno przez ręce wielu mężów, którzy, jakby mimochodem, dobywają z nich możliwie najwięcej pożytku.

Śmiem powiedzieć: gdyby w rzeczpospolitej takiej jak lakońska, gdzie obywateli krępowały na każdym kroku osobliwe i subtelne prawa i gdzie istniała jedna tylko rodzina, to jest Rzeczpospolita, gdyby, powiadam, postanowiono, że mężowie mają zmieniać żony co rok, byłby się stąd począł naród niezliczony.

Dość trudno jest wyjaśnić pobudki, jakie skłoniły chrześcijan do niesienia rozwodu. U wszystkich narodów na świecie, małżeństwo jest to umowa, sposobna dla wszelkich warunków prócz tych, które mogłyby osłabić samą jego istotę; ale chrześcijanie patrzą na rzeczy inaczej, toteż bardzo im trudno określić sens małżeństwa. Nie budują go na rozkoszy; przeciwnie, jak ci już wspomniałem, pragną wypędzić ją zeń, ile tylko mogą; jest to u nich obraz, przenośnia, coś tajemniczego, czego nie rozumiem.

Paryż, 1787 dnia księżyca Chahban, 1719.