Rozdział VIII. Dalszy ciąg tegoż przedmiotu.
Pojęcie o znacznym przywłaszczeniu sobie ziem rzymskich przez barbarzyńców daje fakt stwierdzony w prawach Wizygotów i Burgundów, że dwa te narody posiadły dwie trzecie ziemi: ale te dwie trzecie wzięto jedynie w pewnych okolicach, które im wyznaczono.
Gondebald powiada w prawie Burgundów, że jego lud, osiedlając się, otrzymał dwie trzecie ziemi; i powiedziane jest, w drugim dodatku do tego prawa, że nie da się więcej niż połowę tym, którzy przybędą później. Nie wszystkie tedy ziemie były zrazu podzielone między Rzymian a Burgundów.
W tekście tych dwóch zarządzeń znajdujemy te same wyrażenia; tłumaczą się tedy jedne i drugie. Że zaś nie można rozumieć drugiego jako ogólnego podziału ziem, nie można tak samo dać tego znaczenia pierwszemu.
Frankowie postępowali z tym samym umiarkowaniem, co Burgundowie; nie ograbili Rzymian w całym zakresie swoich zdobyczy. Co byliby poczęli z tylą ziemi? Wzięli to, co im odpowiadało, a zostawili resztę.
Rozdział IX. Należyte zastosowanie prawa Burgundów i prawa Wizygotów o podziale ziemi.
Trzeba zważyć, że podziałów tych nie dokonano w duchu gwałtu, ale w zamiarze wspomożenia wzajemnych potrzeb obu narodów, mających zamieszkiwać jeden kraj.
Prawo Burgundów żąda, aby każdy Burgund był przyjęły jako gość u Rzymianina. Było to zgodne z obyczajami Germanów, którzy, zdaniem Tacyta, byli ludem najgościnniejszym na ziemi.
Prawo chce, aby Burgund miał dwie trzecie ziemi i trzecią część niewolników. Zgodne w tym było z duchem dwóch narodów i zgodne ze sposobem, w jaki zaopatrywali się w żywność. Burgund, który pasł stada, potrzebował wiele ziemi, a mało niewolników; wielka zaś praca nad uprawą roli wymagała, aby Rzymianin miał mniej ziemi, a więcej niewolników. Lasy były podzielone do połowy, gdyż potrzeby w tej mierze były jednakie.
Widzimy w kodeksie Burgundów, że każdy barbarzyńca pomieszczony był u jakiegoś Rzymianina. Podział zatem nie był powszechny; jedynie liczba Rzymian, którzy odstępowali części, równa była liczbie Burgundów, którzy je otrzymali. Rzymianin ucierpiał, o ile możności, jak najmniej. Burgund, wojownik, myśliwy i pasterz, nie gardził odłogami; Rzymianin zatrzymał ziemie najsposobniejsze do uprawy; stada Burgundów użyźniały pole Rzymianina.
Rozdział X. O poddaństwie.
Powiedziane jest w prawie Burgundów, że kiedy te ludy osiedliły się w Galii, otrzymały dwie trzecie ziemi i trzecią część niewolników. Niewolnictwo gruntowe istniało tedy w owej części Galii przed wejściem Burgundów.
Prawo burgundzkie, stanowiąc o dwóch narodach, rozróżnia wyraźnie w jednym i w drugim szlachtę, wolnych i poddanych. Niewola nie była tedy rzeczą właściwą Rzymianom, ani wolność i szlachectwo rzeczą właściwą barbarzyńcom.
To samo prawo powiada, że jeżeli wyzwoleniec burgundzki nie dał pewnej sumy swemu panu ani nie otrzymał trzeciej części od Rzymianina, wciąż ma być uważany jako przynależny do familii swego pana, Rzymianin właściciel był tedy wolny, bo nie należał do familii drugiego; był wolny, bo jego trzecia część była znakiem wolności.
Wystarczy otworzyć prawa salickie i rypuarskie, aby się przekonać, że Rzymianie tak samo nie żyli w niewoli u Franków, jak u innych zdobywców Galii.
Hrabia de Boulainvilliers chybił w głównym punkcie swego systemu; nie dowiódł, że Frankowie uczynili ogólną ustawę, która pogrążyła Rzymian w niejakiej niewoli.
Ponieważ dzieło jego pisane jest bez żadnej sztuki i ponieważ mówi w nim z ową prostotą, szczerością i prostodusznością dawnej szlachty, z której wyszedł, każdy może osądzić i piękne rzeczy, które mówi, i błędy, w jakie popada. Toteż nie będę ich rozbierał. Powiem tylko, że miał więcej dowcipu380 niż bystrości; więcej bystrości niż wiedzy; ale ta wiedza nie jest godna wzgardy, ponieważ o naszych dziejach i naszych prawach wiedział bardzo dobrze główne rzeczy.
Hrabia de Boulainvilliers i ksiądz Dubos stworzyli każdy swój system, z których jeden wydaje się sprzysiężeniem przeciw trzeciemu stanowi, a drugi sprzysiężeniem przeciw szlachcie. Kiedy Słońce kazało Faetonowi prowadzić swój wóz, rzekło: „Jeśli wzniesiesz się zbyt wysoko, spalisz siedzibę niebieską; jeśli opadniesz zbyt nisko, obrócisz ziemię w popiół. Nie jedź zanadto na prawo, wpadłbyś w konstelację Węża; nie jedź zanadto na lewo, wpadłbyś w konstelację Ołtarza; trzymaj się między nimi dwiema”.
Rozdział XI. Dalszy ciąg tegoż przedmiotu.
Co dało pojęcie o powszechnym urządzeniu w epoce podboju, to to, że widziało się we Francji w początkach trzeciej dynastii ogromną liczbę poddaństw; że zaś nie spostrzeżono ustawicznego wzrostu tych poddaństw, wyrojono sobie w zamierzchłych czasach powszechne prawo, które nigdy nie istniało.
W początkach pierwszej dynastii widzimy niezliczoną mnogość ludzi wolnych, czy to wśród Franków, czy wśród Rzymian; ale liczba niewolnych wzrosła tak bardzo, że z początkiem trzeciej dynastii wszyscy rolnicy i prawie wszyscy mieszkańcy miast byli niewolni381. Gdy w początkach pierwszej dynastii miasta miały prawie ten sam zarząd, co u Rzymian, stan mieszczański, senat, trybunały, z początkiem trzeciej dynastii widzimy prawie tylko pana i poddanych.
Kiedy Frankowie, Burgundowie i Goci czynili najazdy, brali złoto, srebro, sprzęty, odzież, mężów, niewiasty, chłopców, ile tylko wojsko mogło zabrać: wszystko skupiało się razem i wojsko dzieliło się tym. Cała historia świadczy, że po pierwszym osiedleniu, to znaczy po pierwszych spustoszeniach, ugodzili się z mieszkańcami za okup i zostawili im wszystkie ich prawa polityczne i cywilne. Było to ówczesne prawo narodów; zabierało się wszystko w wojnie, przyzwalało się wszystko w pokoju. Gdyby tak nie było, w jaki sposób znaleźlibyśmy w prawach salickich i burgundzkich tyle rozporządzeń sprzecznych z powszechną niewolą ludzi?
Ale czego nie dokonał podbój, tego dokonało toż samo prawo narodów, które przetrwało po podboju. Opór, bunt, zdobywanie miast, pociągnęły za sobą niewolę mieszkańców. I ponieważ poza wojnami, jakie rozmaite narody zdobywcze toczyły między sobą, zachodziła u Franków ta okoliczność, że rozmaite podziały monarchii rodziły bez ustanku wojny domowe między braćmi lub krewniakami — walki, w których to prawo narodów było stale praktykowane — niewola stała się powszechniejsza we Francji niż w innych krajach: i to jest, jak sądzę, jedna z przyczyn różnicy między naszymi prawami francuskimi a prawami Włoch i Hiszpanii, co się tyczy praw pańskich.
Podbój był tylko sprawą chwili, prawo zaś narodów, jakie przy nim stosowano, dało początek niewoli. Praktyka tego samego prawa narodów przez szereg wieków sprawiła, że niewola wzrosła nadzwyczajnie.
Teuderyk, sądząc, że ludy Owernii nie są mu wierne, rzekł do swoich Franków: „Idźcie za mną, zaprowadzę was do kraju, gdzie znajdziecie złoto, srebro, jeńców, odzież, stada w obfitości; i przeniesiecie stamtąd wszystkich ludzi do swego kraju.”
Po pokoju, jaki stanął między Gontranem i Chilperykiem, ci, którzy oblegali Bourges, otrzymawszy rozkaz powrotu, wzięli z sobą tyle łupu, że ogołocili kraj prawie zupełnie z ludzi i trzód.
Teodoryk, król włoski, w którego duchu i polityce było zawsze odróżnić się od innych barbarzyńskich królów, posyłając swoją armię do Galii, pisze do jej wodza; „Chcę, aby się trzymano praw rzymskich i abyś zbiegłych niewolników oddał ich panom: obrońca wolności nie powinien popierać porzucenia niewoli. Niech inni królowie podobają sobie w łupiestwie i niszczeniu zdobytych miast: my chcemy zwyciężać tak, aby nasi poddani skarżyli się, że zbyt późno popadli w niewolę”. Jasne jest, że chciał zohydzić królów frankońskich i burgundzkich i że czynił aluzję do ich prawa narodów.
Prawo to przetrwało za drugiej dynastii. Wojsko Pepina, wkroczywszy do Akwitanii. wróciło do Francji obładowane nieskończoną mnogością łupu i niewolników, powiadają kroniki miasta Metzu.
Mógłbym na to przywieść dowodów bez liku. Że zaś na widok tych niedoli litość zbudziła się w sercach; że niektórzy święci biskupi, widząc jeńców związanych parami, wzięli pieniądze kościelne i sprzedali nawet święte naczynia, aby odkupić ich, ile mogli; że świątobliwi zakonnicy poświęcili się temu, przeto w żywotach świętych znajdzie się najwięcej światła w tej materii382. Mimo iż można zarzucić tym autorom, że byli niekiedy dość łatwowierni w rzeczach, które Bóg z pewnością uczynił, o ile były w sferze jego zamiarów, mimo to można z nich zaczerpnąć wiele światła co do zwyczajów i obyczajów owego czasu.
Kiedy rzucić okiem na pomniki naszej historii i naszych praw, zda się wszystko jak gdyby jedno morze, i nie widać nawet brzegów tego morza. Wszystkie owe pisma, suche, zimne, bezbarwne i twarde, trzeba przeczytać, trzeba pochłonąć, jak, wedle bajki, Saturn pożerał kamienie.
Niezliczona mnogość ziemi, którą uprawiali ludzie wolni, zmieniała się na dobra martwej ręki383. Kiedy kraj znalazł się ogołocony z wolnych mieszkańców, ci, którzy mieli wielu niewolników, wzięli lub kazali sobie odstąpić wielkie obszary i budowali na nich wioski, jak to widzimy z różnych aktów. Z drugiej strony, ludzie wolni, którzy uprawiali rzemiosła, stali się niewolnikami, którzy je musieli wykonywać; poddaństwo wróciło rzemiosłom i roli to, co im odjęto.
Było rzeczą przyjętą, że właściciele ziem oddawali je kościołom, aby je brać z powrotem w dzierżawę, sądząc, iż swoim poddaństwem uczestniczą w świętości kościołów.
Rozdział XII. Iż ziemie wydzielone barbarzyńcom nie płaciły podatków.
Ludy proste, biedne, wolne, wojenne, pasterskie, które żyły bez przemysłu, przywiązane do swoich ziem jedynie chatami z sitowia, szły za swymi wodzami, aby zdobyć łup, a nie, aby płacić lub ściągać podatki. Sztuka wyciskania podatków zawsze rodziła się dopiero z czasem, kiedy ludzie zaczęli kosztować błogosławieństwa innych sztuk.
Czasowy podatek dzbanka wina od morgi — jedna z dokuczliwości Chilperyka i Fredegundy — dotyczył jedynie Rzymian. W istocie, to nie Frankowie podarli pergaminy tych danin, ale duchowni, którzy w owym czasie wszyscy byli Rzymianami384. Podatek ten trapił zwłaszcza mieszkańców miast: otóż prawie wszystkie miasta były zamieszkałe przez Rzymian.
Grzegorz z Tours powiada, że pewien sędzia zmuszony był po śmierci Chilperyka schronić się do kościoła, za to, iż za panowania tego władcy zniewolił do podatków Franków, którzy za Childeberta byli wolni; Multos de Francis, qui, tempore Childeberti regis, ingenui fuerant, publico tributo subegit. Frankowie, którzy nie byli niewolnikami, nie płacili tedy wcale podatków.
Nie ma gramatyka, który by nie pobladł, widząc, jak ten ustęp wytłumaczył ksiądz Dubos. Nadmienia on, iż w owym czasie wyzwoleńców nazywano również wolnymi. Za czym tłumaczy łacińskie słowo ingenui tymi słowy: wolni od podatków; wyrażenie, którym można się posłużyć w języku francuskim, jak się powiada: wolni od trosk, wolni od kłopotów: ale w języku łacińskim ingenui a tributis, libertini a tributis, manumissi tributorum, byłyby czymś potwornym.
Partenius, powiada Grzegorz z Tours, omal nie poniósł śmierci z ręki Franków za to, że im nałożył podatki. Ksiądz Dubos, zaskoczony tym ustępem, przyjmuje po prostu to, co jest rzeczą sporną; to było, powiada, przeciążenie.
Widzimy w prawie Wizygotów, iż kiedy barbarzyńca zajmował grunt Rzymianina, sędzia nakazywał mu go sprzedać, iżby ten grunt nadal obciążony był podatkiem; barbarzyńcy nie płacili tedy podatku od ziemi.
Ksiądz Dubos, który potrzebował, aby Wizygoci płacili podatki385 porzuca dosłowny sens i ducha prawa i roi sobie, jedynie dlatego, że sobie to wyroił, że pomiędzy osiedleniem Gotów a tą ustawą zaszło pomnożenie podatków, tyczące tylko Rzymian. Ale jedynie Ojcu Hardouin wolno sprawować nad faktami tak samowolną władzę.
Ksiądz Dubos szuka w kodeksie Justyniana prawa, aby dowieść, że beneficja wojskowe u Rzymian podlegały podatkom: z czego wnioskuje, że tak samo było z lennem i beneficjami u Franków. Ale mniemanie, że nasze lenna czerpią początek z tego urządzenia Rzymian, jest dziś odrzucone; znajdowało ono wiarę jedynie w czasie, kiedy znano historię rzymską, a bardzo mało naszą, i kiedy nasze starożytne dokumenty były zagrzebane w pyle. Ksiądz Dubos źle czyni, że cytuje Kasjodora i że posługuje się tym, co się działo w Italii i w części Galii podległej Teodorykowi, aby nas pouczyć, co było w użyciu u Franków; to są rzeczy, których nie trzeba mieszać. Pokażę kiedyś w osobnym dziele, że plan monarchii Ostrogotów był zupełnie różny od planu wszystkich monarchii stworzonych w owych czasach przez inne barbarzyńskie ludy; i że nie tylko nie można powiedzieć, że coś było w zwyczaju u Franków dlatego, że było u Ostrogotów, ale przeciwnie, mamy słuszną przyczynę sądzić, że coś, co się praktykowało u Ostrogotów, nie praktykowało się u Franków.
Dla tych ludzi, których myśl buja w rozległej erudycji, najtrudniej jest czerpać swoje dowody tam, gdzie one nie są obce przedmiotowi, i znaleźć, jak mówią astronomowie, miejsce słońca.
Ksiądz Dubos nadużywa kapitularzy, jak i historii, jak i praw ludów barbarzyńskich. Kiedy chce dowieść, że Frankowie płacili daniny, stosuje do ludzi wolnych to, co można rozumieć jedynie o niewolnikach; kiedy chce mówić o ich milicji, stosuje do niewolników to, co mogło tyczyć jedynie ludzi wolnych.
Rozdział XIII. Jakie były ciężary Rzymian i Galów w monarchii Franków.
Mógłbym rozpatrzyć, czy zwyciężeni Rzymianie i Galowie nadal płacili podatki, którym podlegali za Cesarzy. Ale, aby iść szybciej, zadowolę się powiedzeniem, że o ile płacili je zrazu, później byli rychło od nich wolni, i że podatki te zmieniły się na służbę wojskową; i przyznaję, że nie bardzo rozumiem, w jaki sposób Frankowie byliby zrazu takimi zwolennikami szruby podatkowej, a nagle tak bardzo nabrali do nich wstrętu.
Kapitularz Ludwika Pobożnego tłumaczy nam bardzo dobrze stan, w jakim znajdowali się ludzie wolni w monarchii Franków. Kilka hord Gotów lub Iberów, uchodząc przed uciskiem Maurów, znalazło schronienie w ziemiach Ludwika. Układ, jaki z nimi zawarto, mówi, iż tak jak inni ludzie wolni, pójdą do wojska za swoim hrabią; że w pochodzie będą sprawowali straż i patrole pod rozkazami tegoż hrabiego; i że dostarczą koni i wozów na podwody komisarzom386 i ambasadorom królewskim, którzy będą jechali z dworu albo do dworu; poza tym nie będzie ich można zmuszać do innego podatku i będzie się ich traktowało jak innych ludzi wolnych.
Nie można mówić, aby to były nowe zwyczaje wprowadzone w początkach drugiej dynastii; to musi należeć co najmniej do środka lub do końca pierwszej. Kapitularz z r. 864 mówi wyraźnie, że było starym obyczajem, aby ludzie wolni pełnili służbę wojskową i prócz tego płacili konie i podwody387, o których była mowa wyżej; ciężary, które im były właściwe, i od których posiadacze lenna byli wolni, jak tego dowiodę później.
To nie wszystko: była ustawa, która niemal zabraniała okładać tych wolnych ludzi podatkami. Ten, kto miał cztery łany, zawsze był obowiązany iść na wojnę; ów, który miał tylko trzy, połączony był z wolnym człowiekiem, który miał tylko jeden; ten wypłacał mu czwartą część kosztów i zostawał w domu. Łączyło się tak samo dwóch ludzi wolnych, którzy mieli każdy po dwa łany; ten, który szedł w pole, otrzymywał połowę kosztów od tego, który zostawał w domu.
Więcej jeszcze; mamy niezliczoną mnogość aktów, w których przyznaje się przywileje lenne majątkom lub obszarom ludzi wolnych, o czym będę mówił obszernie w dalszym ciągu. Wyłącza się te ziemie od wszystkich ciężarów, jakie im nakładali hrabiowie i inni urzędnicy królewscy; że zaś wylicza się kolejno wszystkie ciężary, przy czym nie ma mowy o podatkach, jasne jest, że ich nie ściągano.
Łatwo mogło być, że system podatków rzymskich upadł sam przez się w monarchii Franków; była to sztuka bardzo zawiła, która nie wchodziła ani w pojęcia, ani w intencje tych prostych ludzi. Gdyby Tatarzy zaleli dziś Europę, dużo byłoby kłopotu z tym, aby im wytłumaczyć, co to jest nasz finansista.
Niepewny autor Żywota Ludwika Pobożnego, mówiąc o hrabiach i innych urzędnikach narodu Franków, których Karol Wielki ustanowił w Akwitanii, powiada, iż oddał im straż graniczną, władzę wojskową oraz rząd dóbr należących do korony. To wskazuje stan dochodów monarchy z drugiej dynastii. Monarcha zachował sobie ziemie, które uprawiał przez swoich niewolników. Ale daniny periodyczne, pogłówne i inne podatki wybierane za czasu cesarzów od osoby lub majątków ludzi wolnych zmieniono w obowiązek strzeżenia granic lub chadzania na wojnę.
Czytamy w tej samej historii, że kiedy Ludwik Pobożny odwiedził swego ojca w Niemczech, monarcha ów spytał go, w jaki sposób, będąc królem, może być tak ubogi: na co Ludwik odpowiedział, że królem jest tylko z nazwy i że panowie dzierżą prawie wszystkie jego dziedziny, tak iż Karol Wielki, obawiając się, aby ów młody władca nie stracił ich przywiązania, gdyby odebrał sam to, co tak niebacznie rozdał, posiał komisarzy, aby przywrócili dawny stan rzeczy.
Pisząc do Ludwika, brata Karola Łysego, biskupi powiadali mu: „Dbaj W. M. o swoje ziemie; iżbyś nie był zmuszony podróżować bez ustanku po domach duchownych i męczyć ich poddanych podwodami. Czyń W. M. tak, powiadali jeszcze, abyś miał z czego żyć i przyjmować poselstwa”. Jasne jest, że dochody królów opierały się wówczas na ich dobrach388.
Rozdział XIV. O tym co nazywano census.
Kiedy barbarzyńcy opuścili swój kraj, zapragnęli zebrać na piśmie swoje zwyczaje; ale ponieważ trudno było pisać słowa germańskie rzymskimi literami, dano te prawa po łacinie.
W zamęcie podboju i jego postępów większość rzeczy zmieniła naturę; trzeba było, dla wyrażenia ich, posługiwać się starymi słowami łacińskimi, które najwięcej miały związku z nowymi obyczajami. Tak więc, wszystko to co mogło przypominać dawny czynsz Rzymian, nazwano census, tributum; kiedy zaś rzecz nie miała już z tym żadnego związku, wyrażano, jak się dało, słowa germańskie łacińskimi literami; tak utworzono słowo fredum, o którym będę wiele mówił w następnych rozdziałach.
To, że słów census i tributum użyto tak w dowolny sposób, wprowadziło pewną niejasność w znaczenie, jakie te słowa miały za pierwszej i drugiej dynastii; i nowocześni autorzy, którzy mieli własne systemy389, znalazłszy te słowa w ówczesnych pismach, osądzali, że to, co nazywano census, to był właśnie czynsz Rzymian; i wyciągnęli stąd ten wniosek, że nasi królowie z dwóch pierwszych dynastii zajęli miejsce cesarzy rzymskich i nic nie zmienili w ich rządzie390. Że zaś niektóre opłaty ściągane za drugiej dynastii przeobraziły się przez niejakie przypadki i przez pewne zmiany w inne, wywnioskowali stąd, że te opłaty to był czynsz rzymski, że zaś, od czasu nowoczesnych urządzeń, widzieli, że dobra korony są zgoła niezbywalne, orzekli, że te opłaty wyobrażające czynsz Rzymian i nie stanowiące części tych dóbr były prostą uzurpacją. Pomijam inne następstwa.
Przenosić w odległe wieki wszystkie pojęcia wieku, w którym się żyje, to najpłodniejsze źródło błędów. Tym, którzy chcieliby zbliżyć do nas wszystkie dawne wieki, powiem to, co kapłani egipscy powiedzieli Solonowi: „O Ateńczycy, jesteście jeno dziećmi!”
Rozdział XV. Iż to, co nazywano census, ściągano jedynie z poddanych, a nie z ludzi wolnych.
Król, duchowieństwo i panowie ściągali podatki regularne z poddanych w swoich dobrach. Dowodzę tego, co się tyczy króla, kapitularzem de Villis; co się tyczy duchownych, kodeksami praw barbarzyńców; co się tyczy panów, postanowieniami, jakie Karol Wielki wydał w tej mierze.
Te podatki nazywane były census: były to opłaty gospodarcze, a nie skarbowe; należności wyłącznie prywatne, a nie ciężary publiczne.
Powiadam, iż to, co nazywano census, był to podatek ściągany z poddanych. Dowodzę tego pewną formułą Markulfa, zawierającą pozwolenie królewskie zostania klerykiem, byleby się było wolnym i byleby się nie było wpisanym w rejestr census. Dowodzę tego jeszcze zleceniem, jakie Karol Wielki dał pewnemu hrabiemu, posyłając go w kraje saskie; zawiera ono wyzwolenie Sasów z przyczyny, iż przyjęli chrześcijaństwo, jest to pierwszy dekret wyzwolenia. Ten monarcha przywraca im pierwotną wolność cywilną i uwalnia od płacenia czynszu. Było to więc jednoznaczne: być poddanym i płacić czynsz, być wolnym i nie płacić go.
Mocą uniwersału tego samego monarchy na korzyść przyjętych do monarchii Hiszpanów zabroniono hrabiom wymagać od nich jakiegokolwiek czynszu i odbierać im ziemie. Wiadomo, że cudzoziemców przybywających do Francji traktowano jak poddanych. Karol Wielki, chcąc, aby ich uważano za ludzi wolnych, skoro chciał, aby posiadali na własność ziemie, zabraniał wymagać od nich czynszu.
Kapitularz Karola Łysego, wydany na rzecz tychże Hiszpanów, żąda, aby ich traktowano tak, jak innych Franków, i zabrania wymagać od nich czynszu; ludzie wolni nie płacili tedy danin.
Artykuł 30-ty edyktu pistyjskiego usuwa nadużycie, polegające na tym, że wielu kolonistów królewskich lub kościelnych sprzedawało ziemie przynależne do ich łanów duchownym albo ludziom swego stanu, zachowując sobie jedynie małą cząstkę, tak iż nie można było z nich już ściągać czynszu. Nakazano przywrócić rzeczy do pierwotnego stanu; czynsz był tedy podatkiem niewolników.
Wynika stąd jeszcze, że nie było powszechnego czynszu w monarchii; wynika to jasno z wielkiej mnogości tekstów. Co bowiem znaczyłby ten kapitularz:. „Chcemy, by żądano czynszu królewskiego we wszystkich miejscach, gdzie go niegdyś prawnie wybierano”? Co by znaczył ten, w którym Karol Wielki nakazuje swoim prowincjonalnym komisarzom poszukiwać dokładnie wszystkich czynszów jakie dawniej płacono w dziedzinie królewskiej; i ten, gdzie król rozrządza czynszami płaconymi przez tych, od których się ich żąda? Jak wykładać ten inny kapitularz, gdzie czytamy; „Jeżeli ktoś nabył grunt obciążony, z którego przywykliśmy wybierać czynsz”? I ten inny wreszcie, gdzie Karol Łysy mówi o ziemiach czynszowych, z których czynsz od niepamiętnych czasów należał się królowi?
Zważcie, że są niejakie teksty, które wydają się zrazu sprzeczne z tym co rzekłem, a które wszakże potwierdzają to. Widzieliśmy wyżej, że ludzie wolni w monarchii byli obowiązani dostarczyć jedynie podwód. Kapitularz, który właśnie przytoczyłem, nazywa to census i przeciwstawia to czynszowi, który płacili poddani.
Co więcej, edykt pistyjski mówi o owych ludziach wolnych, którzy musieli płacić czynsz królewski od głowy i od chaty, i którzy sprzedali się w czasie głodu. Król chce, aby ich odkupiono: jako że ci, którzy byli wyzwoleni patentem królewskim391, nie nabywali zazwyczaj pełnej i całkowitej wolności, ale płacili census in capite; i o tym to rodzaju ludzi jest tutaj mowa.
Trzeba tedy wyzbyć się myśli o ogólnym i powszechnym czynszu, pochodzącym z urządzeń Rzymian, z którego prawa pańskie również jakoby pochodzą mocą uzurpacji. To co nazywano czynszem w monarchii francuskiej, niezależnie od sposobu, w jaki nadużyto tego słowa, była to osobliwa opłata ściągana z poddanych przez panów.
Błagam czytelnika, aby mi darował śmiertelną nudę, o jaką musi go przyprawić tyle cytatów; byłbym zwięźlejszy, gdybym nie znajdował wciąż przed sobą książki o Powstaniu monarchii francuskiej w Galii księdza Dubos. Nic bardziej nie tamuje postępu wiedzy, niż zła książka sławnego autora, ponieważ nim się pouczy, musi się zacząć od prostowania błędów.
Rozdział XVI. O lennikach czyli wasalach.
Mówiłem o owych ochotnikach, którzy u Germanów towarzyszyli książętom w ich wyprawach. Ten sam zwyczaj zachował się po podboju. Tacyt określa ich mianem towarzyszy: prawo salickie mianem ludzi, którzy są na wierze królewskiej; formuły Markulfa mianem antrustionów królewskich; nasi pierwsi historycy mianem lenników, wiernych; późniejsi zaś mianem wasali i panów.
Znajdujemy w prawach salickich i rypuarskich niezliczoną ilość zarządzeń dla Franków, a kilka tylko dla antrustionów. Zarządzenia co do tych antrustionów różne są od zarządzeń odnoszących się do innych Franków; stanowi się tam wszędzie o dobrach Franków, a nic się nie mówi o dobrach antrustionów; co pochodzi stąd, że o dobrach ich stanowiło raczej prawo polityczne niż prawo cywilne i że były one udziałem wojska, a nie ojcowizną rodową.
Dobra przeznaczone dla lenników nazywano: dobra skarbowe, beneficja, honory, lenno, wedle rozmaitych autorów i rozmaitych czasów.
Nie można wątpdć, że zrazu lenna były odwołalne. Widzimy u Grzegorza z Tours, że odebrano Sunegizylowi i Gallomanowi wszystko, co mieli od skarbu, i zostawiono im tylko to, co mieli na własność. Gontran, wynosząc na tron swego bratanka Childeberta, miał z nim tajemną naradę i wskazał mu tych, którym powinien dać lenno, i tych, którym winien je odebrać. W formule Markulfa król daje na zamianę nie tylko te beneficja, którymi jego skarb rozrządzał, ale także i te, które dzierżył kto inny. Prawo Longobardów przeciwstawia nadania własności. Historycy, formuły, kodeksy rozmaitych barbarzyńskich ludów, wszystkie pomniki, jakie nam zostały, jednobrzmiące są w tej mierze. Wreszcie ci, co pisali Księgę lenności, powiadają nam, że zrazu panowie mogli je odbierać do woli, potem zapewniali je na rok, a w końcu dawali je na życie.
Rozdział XVII. O służbie wojskowej ludzi wolnych.
Dwojakiej rodzaju ludzie byli obowiązani do służby wojskowej: lennicy-wasale lub manowie zobowiązani do niej z tytułu swego lenna; i ludzie wolni, Frankowie, Rzymianie i Gallowie, którzy służyli pod hrabią i którymi dowodził hrabia oraz jego oficerowie.
Wolnymi ludźmi nazywano tych, którzy z jednej strony nie mieli nadań (beneficjów) ani lenna, z drugiej zaś nie podlegali niewoli gruntowej; ziemie, które posiadali, były tym, co nazywano ziemie wolne (alodialne).
Hrabiowie zbierali ludzi wolnych i prowadzili ich na wojnę; mieli pod sobą oficerów, których nazywano namiestnikami; że zaś wszyscy ludzie wolni podzieleni byli na seciny tworzące to, co nazywano burg (bourg), hrabiowie mieli jeszcze pod sobą oficerów, których nazywano setnikami. Ci prowadzili wolnych ludzi z burgu, czyli swoje seciny, na wojnę.
Ten podział na setki późniejszy jest niż osiedlenie Franków w Galii. Uczynili go Lotar i Childebert, aby zmusić każdy powiat do odpowiadania za kradzieże, jakie by tam popełniono: widzimy to w dekretach owych władców. Podobne urządzenia widzi się jeszcze dziś w Anglii.
Tak jak hrabiowie prowadzili ludzi wolnych na wojnę, tak i lennicy prowadzili na nią swoich wasalów lub manów, a biskupi, opaci lub ich namiestnicy prowadzili swoich.
Biskupi byli w dosyć wielkim kłopocie: sami nie widzieli jasno, co im należy czynić. Prosili Karola Wielkiego, aby nie musieli chodzić na wojnę: kiedy to uzyskali, skarżyli się, że ich pozbawiono publicznego poważania: i ten monarcha zmuszony był usprawiedliwić swoje w tej mierze zamysły. Bądź jak bądź, w czasach, gdy nie chodzili już na wojnę, nie widzę, aby ich wasalów prowadzili w pole hrabiowie; widzimy przeciwnie, że królowie lub biskupi wybierali jednego z hołdowników, aby owych prowadził.
W kapitularzu Ludwika Pobożnego, król rozróżnia trzy rodzaje wasalów: królewskich, biskupich, hrabskich. Wasalów lennika lub pana prowadził na wojnę hrabia chyba wówczas, gdy jakiś urząd domu królewskiego nie pozwalał temu lennikowi poprowadzić ich osobiście.
Ale kto prowadził lenników na wojnę? Nie ma wątpienia, że król, który był zawsze na czele swoich wiernych. Dlatego to w kapitularzach widzimy zawsze rozróżnienie między wasalami króla a biskupów. Nasi królowie, odważni, dumni i wielkoduszni, nie byli w wojsku po to, aby stawać na czele tej milicji kościelnej; nie tych ludzi wybierali, aby z nimi zwyciężyć lub zginąć.
Ale ci lennicy prowadzili tak samo swoich wasalów i manów; widać to dobrze z owego kapitularza, gdzie Karol Wielki nakazuje, aby każdy człowiek wolny, który będzie miał cztery łany, czy to na własność, czy jako czyjeś nadanie, szedł na nieprzyjaciela lub towarzyszył swemu panu. Jasne jest, że Karol Wielki chce rzec, aby ten, który ma tylko własną ziemię, wstępował do milicji hrabiego, mający zaś nadanie od pana, aby szedł z panem.
Mimo to, ksiądz Dubos utrzymuje, że kiedy mowa jest w Kapitularzach o ludziach zawisłych od osobnego pana, chodzi tylko o poddanych: i opiera się na prawie Wizygotów i na praktyce tego ludu. Lepiej byłoby się oprzeć na samych Kapitularzach. Ten, który właśnie przytoczyłem, powiada wręcz coś przeciwnego. Traktat miedzy Karolem Łysym a jego braćmi toż samo mówi o ludziach wolnych, którzy mogą wybrać do woli pana albo króla; i to rozporządzenie zgodne jest z wieloma innymi.
Można tedy rzec, że były trzy rodzaje milicji: milicja lenników, czyli wiernych króla, którzy znowuż mieli pod sobą innych wiernych; milicja biskupów lub innych duchownych i ich wasalów; wreszcie milicja hrabiego, który wiódł ludzi wolnych.
Nie powiadam, aby wasale nie mogli podlegać hrabiemu, tak jak ci, którzy mają zwierzchność poszczególną, zależą od tego, kto ma zwierzchność bardziej generalną.
Widzimy nawet, że hrabia i posłowie królewscy mogli im nałożyć ban, to znaczy grzywnę, kiedy nie wypełnili zobowiązań swojej lenności.
Tak samo jeżeli wasale króla dopuszczali się łupiestwa, podlegali karze hrabiego, o ile nie woleli raczej poddać się karze króla.
Rozdział XVIII. O dwojakiej służbie.
Było podstawową zasadą monarchii, iż ci, którzy znajdowali się pod czyjąś władzą wojskową, byli również pod jego jurysdykcją cywilną; toteż kapitularz Ludwika Pobożnego z r. 815 łączy w jednych ręku władzę wojskową hrabiego oraz jego jurysdykcję cywilną nad wolnymi ludźmi; toteż sądy hrabiego, wiodącego na wojnę ludzi wolnych, nazywano sądami ludzi wolnych; z czego wynikła z pewnością ta zasada, że jedynie na sądzie hrabiego, a nie jego oficerów, można było sądzić sprawy tyczące wolności. Toteż hrabia nie prowadził na wojnę wasalów biskupich ani opackich, ponieważ nie byli pod jego jurysdykcją cywilną; nie prowadził też na nią manów swoich lenników; toteż glossa praw angielskich powiada nam, iż ci, których Sasi nazywali coples, nazywali się u Normanów hrabiowie, towarzysze (comtes, compagnons), ponieważ dzielili z królem grzywny sądowe: toteż widzimy we wszystkich czasach, iż obowiązkiem wszelkiego wasala wobec swego pana było nosić broń i sądzić równych sobie w jego sądzie.
Jedną z przyczyn, która tak wiązała owo prawo sądu z prawem prowadzenia na wojnę, było to, iż ten, który wiódł na wojnę, ściągał zarazem opłaty skarbowe, polegające na podwodach należnych od ludzi wolnych i w ogóle na niejakich zyskach sądowych, o których powiem później.
Panowie mieli prawo sądzenia w swoim lennie, mocą tej samej zasady, która dawała hrabiom prawo sądzenia w swoim hrabstwie; aby to dobrze wyrazić, w rozmaitych czasach hrabstwa ulegały tym samym zmianom co lenna: jedne i drugie wynikały z tego samego planu i tej samej myśli. Jednym słowem, hrabiowie w swoich hrabstwach byli lennikami; lennicy w swoich dobrach byli hrabiami.
Fałszywe to było mniemanie uważać hrabiów za urzędników sądowych, a diuków (ducs) za urzędników wojskowych. Jedni i drudzy byli po równi urzędnikami wojskowymi i cywilnymi: cała różnica była w tym, że diuk miał pod sobą kilku hrabiów, mimo iż byli hrabiowie, którzy nie mieli nad sobą diuka, jak nas poucza Fredegaire.
Pomyśli kto może, że ówczesny rząd Franków był bardzo twardy, skoro ci sami urzędnicy mieli równocześnie nad poddanymi władzę wojskową i cywilną, a nawet władzę skarbową: rzecz, jak rzekłem w poprzednich księgach, jest jednym ze znamion despotyzmu.
Ale nie trzeba myśleć, że hrabiowie sądzili sami i wydawali sprawiedliwość tak, jak baszowie wydają ją w Turcji: zbierali dla sądzenia spraw rodzaj sądów czyli roków, gdzie zwoływali znaczniejszych obywateli.
Aby można było zrozumieć to, co w formułach praw barbarzyńców i w kapitularzach dotyczy sądów, powiem, że funkcje hrabiego, namiestnika (gravion) i setnika były jednakie; że sędziowie, radni (rathimburges) i ławnicy były to, pod rozmaitymi nazwami, te same osoby. Byli to pomocnicy hrabiego, i zazwyczaj miał ich siedmiu: że zaś potrzebował nie mniej niż dwunastu osób, aby sądzić, dopełniał liczby znaczniejszymi obywatelami.
Ale ktokolwiek miał prawo sądu, król, hrabia, namiestnik, setnik, panowie, duchowni, nie sądzili nigdy sami: i ten zwyczaj, który czerpał początek w lasach Germanii, zachował się jeszcze, kiedy lenna, przybrały nową postać.
Co do władzy skarbowej, była ona taka, że hrabia niełatwo mógł jej nadużyć. Prawa władcy w stosunku do ludzi wolnych były tak proste, że polegały, jak rzekłem, tylko na podwodach żądanych w pewnych potrzebach publicznych; co zaś do spraw sądowych, istniały ustawy, które zapobiegały nadużyciom.
Rozdział XIX. O okupach u barbarzyńskich ludów.
Ponieważ niepodobna zapuszczać się w nasze prawo polityczne, o ile się nie zna doskonale praw i obyczajów ludów germańskich, zatrzymam się na chwilę, aby rozważyć te prawa i obyczaje.
Okazuje się z Tacyta, że Germanie znali jedynie dwie główne zbrodnie: wieszali zdrajców i topili tchórzy; były to u nich jedyne zbrodnie publiczne. Kiedy człowiek jakiś wyrządził krzywdę drugiemu, krewni osoby obrażonej lub poszkodowanej wszczynali spór; a nienawiść uśmierzała się zadośćuczynieniem. To zadośćuczynienie przypadało temu, który był obrażony, o ile mógł je przyjąć: takoż krewnym, jeżeli zniewaga lub krzywda była im wspólna; lub też, jeżeli wskutek śmierci obrażonego lub poszkodowanego zadośćuczynienie przypadało im.
Wedle tego, co mówi Tacyt, te zadośćuczynienia dokonywały się mocą wzajemnego układu między stronami: dlatego w kodeksach ludów barbarzyńskich zadośćuczynienia te nazywały się pojednaniem (composition).
Jedynie, widzę, prawo Fryzów zostawiło lud w tym położeniu, iż każdy wrogi ród był, aby tak rzec, w stanie natury, i, nie powstrzymywany żadnym politycznym ani cywilnym prawem, mógł wedle upodobania wykonywać zemstę, póki nie uczynił sobie zadość. I to prawo złagodzono; postanowiono, że ten, którego życia żądają, będzie miał pokój w swoim domu, że będzie go miał, idąc i wracając z kościoła oraz z miejsca, gdzie odbywały się sądy.
Kompilatorzy praw salickich przytaczają dawny obyczaj Franków, mocą którego ten, który wygrzebał trupa, aby go obedrzeć, wygnany był ze społeczności ludzkiej, póki krewni nie zgodzą się, aby do niej wrócił; że zaś przed tym czasem zabronione było komukolwiek, nawet własnej żonie, dać mu chleba i przyjąć go w domu, taki człowiek był w stosunku do drugich i inni w stosunku do niego w stanie natury, póki ten stan nie ustał wskutek pojednania.
Poza tym widzimy, iż mędrcy rozmaitych barbarzyńskich narodów starali się zrobić sami z siebie to, czego byłoby zbyt długo i zbyt niebezpiecznie oczekiwać od wzajemnego porozumienia stron. Starali się ustanowić sprawiedliwą cenę okupu, przypadającego temu, komu wyrządzono jakąś krzywdę lub zniewagę. Wszystkie te barbarzyńskie prawa mają w tej mierze cudowną ścisłość; rozróżnia się tam bystro przypadki, waży się okoliczności, prawo stawia się w miejscu obrażonego i żąda dlań zadośćuczynienia, jakiego by w chwili spokojnego zastanowienia sam zażądał.
Dzięki stworzeniu tych praw ludy germańskie wyszły ze stanu natury, w którym widocznie tkwiły jeszcze za czasu Tacyta.
Rotarys oświadczył w prawie Longobardów, że podwyższył okupy przyjęte dawnym obyczajem za rany, iżby, z zadowoleniem ranionego, nieprzyjaźń mogła ustać. W istocie, skoro Longobardowie, naród ubogi, wzbogacił się podbojem Italii, dawne okupy stały się śmieszne i nie sprowadzały pojednania. Nie wątpię, że ten wzgląd skłonił wodzów innych zdobywczych narodów do sporządzenia rozmaitych kodeksów, które mamy dzisiaj.
Główny okup to był ten, który morderca miał zapłacić rodzinie zabitego. Różnice stanu stwarzały różnicę w wysokości okupu: i tak, w prawie Anglików, okup wynosił sześćset groszy za śmierć szlachcica (adalinga), dwieście za śmierć człowieka wolnego, trzydzieści za niewolnika. Wysokość okupu naznaczonego za głowę człowieka stanowiła tedy jeden z jego ważnych przywilejów; poza bowiem szacunkiem, jaki okazywała osobie, zapewniała mu, u tych gwałtownych narodów, większe bezpieczeństwo.
Prawo bawarskie daje nam to bardzo dobrze uczuć; wyszczególnia nazwiska rodów bawarskich, które otrzymywały podwójny okup, ponieważ to były pierwsze po Agilolfingach. Agilolfingowie należeli do rodu książęcego, i z nich wybierało się klęcia; mieli prawo do poczwórnego okupu. Okup za księcia przewyższał o trzecią część ten, jaki ustanowiono za Agilolfingów. „Ponieważ jest księciem, powiada prawo, oddaje mu się większą cześć niż jego krewnym.”
Wszystkie te okupy określone były sumą pieniężną. Ponieważ jednak te ludy, zwłaszcza przez czas, który były w Germanii, nie miały prawie pieniędzy, można było dawać bydło, zboże, sprzęty, broń, psy, ptaki myśliwskie, ziemię, etc.392. Często nawet prawo oznaczało wartość tych rzeczy; co tłumaczy, w jaki sposób, przy takim niedostatku pieniędzy, tyle było u nich kar pieniężnych.
Prawa te starały się tedy oznaczyć ściśle różnicę przewiny, zniewagi, zbrodni, iżby każdy wiedział ściśle, do jakiego stopnia jest pokrzywdzony lub obrażony; iżby znał dokładnie wynagrodzenie, jakie mu się należy, a zwłaszcza, że nie należy mu się więcej.
Z tego punktu widzenia jasne jest, iż ten, który się mścił mimo otrzymania okupu, dopuszczał się zbrodni. Zbrodnia ta mieściła obrazę zarówno publiczną, jak prywatną: była to wzgarda samych praw. Toteż prawodawcy nie omieszkali karać tej zbrodni.
Była inna zbrodnia, którą zwłaszcza uważano za niebezpieczną, kiedy te ludy zatraciły w cywilnym rządzie nieco swego ducha swobody393 i kiedy królowie starali się wprowadzić w państwie lepszy porządek; tą zbrodnią było nie chcieć dać lub nie chcieć przyjąć zadośćuczynienia. Widzimy w rozmaitych kodeksach barbarzyńców, że prawodawcy zobowiązywali do tego. W rzeczy samej, ten, który odmawiał przyjęcia zadośćuczynienia, chciał zachować swoje prawo do zemsty; ten, który nie chciał go dać, zostawiał obrażonemu jego prawo do zemsty: i to właśnie mądrzy ludzie poprawili w ustawach Germanów, które zachęcały do ugody, ale nie zmuszały do niej.
Mówiłem właśnie o punkcie prawa salickiego, w którym prawodawca zostawiał do woli obrażonego przyjąć albo nie przyjąć zadośćuczynienia; to owa ustawa, wzbraniająca temu, co obdarł trupa, towarzystwa ludzi, dopóki krewni, przyjmując zadośćuczynienie, nie poproszą, aby mógł żyć między ludźmi. Cześć dla rzeczy świętych sprawiła, iż ci, którzy układali prawa salickie, nie tknęli dawnego zwyczaju.
Niesprawiedliwie byłoby przyznawać okup krewnym złodzieja zabitego przy kradzieży, lub krewnym żony, którą się wypędziło za zbrodnię cudzołóstwa. Prawo Bawarów nie przyznawało wcale okupu w podobnych wypadkach i karało krewnych, którzy szukali pomsty.
Nierzadko znajdzie się w kodeksach barbarzyńców okupy za uczynki mimowolne. Prawo Longobardów jest prawie zawsze rozsądne; żądało, aby w tych wypadkach układać się wedle hojności winnego i aby krewni nie mogli już dochodzić pomsty.
Lotar II wydał bardzo mądrą ustawę; zabronił okradzionemu przyjmować okupu potajemnie i bez zarządzenia sędziego. Zaraz wskażemy pobudkę tego prawa.
Rozdział XX. O tym, co nazwano później jurysdykcją pańską.
Oprócz okupu, jaki trzeba było płacić krewnym za morderstwa, krzywdy i zniewagi, trzeba było jeszcze płacić pewną grzywnę, którą kodeksy barbarzyńców nazywają fredum394. Będę o niej mówił obszernie: aby zaś dać o niej pojęcie, powiem, że to jest wynagrodzenie za ochronę udzieloną przeciw prawu pomsty. Jeszcze dzisiaj w języku szwedzkim fred znaczy pokój.
U tych gwałtownych narodów, oddać sprawiedliwość znaczyło nie co innego, jak tylko udzielić temu, kto się dopuścił zniewagi, ochrony przeciw zemście pokrzywdzonego i zmusić tego ostatniego, aby przyjął należne mu zadośćuczynienie: tak iż u Germanów, odmiennie niż u wszystkich innych narodów, sprawiedliwość miała na celu chronić zbrodniarza przeciw temu, którego obraził.
Kodeksy barbarzyńców podają nam wypadki, w których należało wymagać owego fredum. W wypadkach, w których krewni nie mogli się mścić, nie było fredum; w istocie tam, gdzie nie było zemsty, nie mogło być opłaty za ochronę przed zemstą. I stąd w prawie Longobardów, jeśli ktoś zabił przypadkiem człowieka wolnego, płacił wartość nieboszczyka, bez fredum; ponieważ, skoro go zabił mimo woli, nie był to wypadek, w którym krewni mieliby prawo zemsty. Tak, w prawie rupuarskim, kiedy człowieka zabił kawał drzewa albo sprzęt zrobiony ręką ludzką, sprzęt albo drzewo uznawano za winne, i krewni brali je dla swego użytku, bez prawa do fredum.
Również kiedy bydlę zabiło człowieka, toż samo prawo naznaczało okup bez fredum, ponieważ krewni zmarłego nie byli obrażeni.
Wreszcie, wedle prawa salickiego, dziecko, które popełniło jakiś występek przed dwunastym rokiem życia, płaciło okup bez fredum; nie mogąc jeszcze nosić broni, nie było objęte przypadkiem, w którym strona poszkodowana lub jej krewni mogliby żądać pomsty.
Fredum płacił winowajca; za spokój i bezpieczeństwo, które postradał wskutek popełnionego wybryku, a które mógł odzyskać przez ochronę prawa; natomiast dziecko nie traciło tego bezpieczeństwa; nie było mężczyzną i nie mogło być wygnane ze społeczności ludzi.
Owo fredum była to opłata miejscowa dla tego, kto sądził w danym kraju. Prawo rypuarskie broniło wszakże ściągać jej samemu; żądało, aby strona, która wygrała sprawę, pobrała fredum i zaniosła skarbowi, iżby pokój, powiada prawo, był wieczny między Rypuarczykami.
Wysokość fredum zależna była od wielkości ochrony; i tak fredum za opiekę króla było większe niż to, które płacono za opiekę hrabiego i innych sędziów.
Widzę już rodzącą się jurysdykcję panów. Lenna obejmowały wielkie przestrzenie, jak się to okazuje z licznych dokumentów. Dowiodłem już, że królowie nie pobierali nic z będących działem Franków; tym bardziej nie mogli sobie zachować praw na lennach. Ci, którzy je otrzymali, mieli pod tym względem najpełniejsze używanie; czerpali z nich wszystkie owoce i wszystkie korzyści; że zaś jedną z najznaczniejszych były opłaty sądowe (freda), które się otrzymywało mocą obyczaju Franków, wynikało stąd, iż ten, kto miał lenno, miał i wymiar sprawiedliwości, który wyrażał się jedynie w okupach dla krewnych i zyskach dla pana. Był on nie czym innym, jak tylko prawem nakładania określonych okupów i prawem wymagania określonych grzywien.
Widzimy z formuł zawierających potwierdzenie lub przelanie na wieczność lenna na rzecz lennika lub wiernego, lub też z przywilejów lennych na rzecz kościołów, iż lenna miały to prawo. Okazuje się to również z niezliczonej mnogości przywilejów zabraniających sędziom lub komisarzom królewskim wkraczać na jakieś terytorium dla wykonywania tam jakiego bądź aktu sprawiedliwości i domagać się jakiejkolwiek taksy sądowej. Z chwilą gdy sędziowie królewscy nie mogli niczego żądać w danym okręgu, nie wchodzili doń: i ci, którym pozostał ten okręg, pełnili tam czynności, które owi pełnili wprzódy.
Zabroniono sędziom królewskim zmuszać strony do dawania kaucji, iż stawią się przed nimi: rzeczą więc tego, który otrzymał ziemię, było wymagać jej. Powiedziane jest, iż wysłańcy królewscy nie będą już mogli żądać mieszkania; w istocie, nie mieli tam już nic do roboty.
Wymiar sprawiedliwości był tedy w dawnych i w nowych lennach prawem złączonym z samym lennem, prawem zyskownym, które stanowiło jego część. Dlatego też, we wszystkich czasach patrzono na nie w ten sposób; z czego urodziła się ta zasada, że sądy są we Francji patrymonialne.
Niektórzy mniemali, że sądy czerpały swój początek w wyzwoleniach, jakimi królowie lub panowie darzyli swoich poddanych. Ale narody germańskie i te, które z nich wyszły, nie są jedyne, które wyzwalały niewolników, a one jedynie ustanowiły sądy patrymonialne. Zresztą, formuły Markulfa ukazują nam ludzi wolnych, zawisłych od owych sądów w pierwszych czasach: poddani podlegali tedy tej jurysdykcji, ponieważ znajdowali się na jej terytorium; i nie dawały początku lenna, ponieważ były objęte lennem.
Inni obrali krótszą drogę: „panowie przywłaszczyli sobie prawo sądu”, rzekli, i koniec, Ale czyż na ziemi jedynie ludy pochodzące od Germanów przywłaszczyły sobie prawa monarsze? Historia opowiada nam do syta, jak inne ludy czyniły zamachy na swoich monarchów, ale nie widzimy, aby się z tego zrodziło to, co nazywamy jurysdykcją pańską. Tak więc w samym gruncie zwyczajów i obyczajów Germanów trzeba szukać tego początku.
Proszę zbadać u Loyseau, w jaki sposób przypuszcza on, iż panowie postąpili sobie, aby stworzyć i przywłaszczyć sobie swoje rozmaite prawa sądowe. Musieliby to być ludzie najchytrzejsi w świecie i musieliby kraść nie tak, jak łupią wojownicy, lecz tak, jak sędziowie wiejscy i patronowie okradają się między sobą. Trzeba by rzec, że ci wojownicy we wszystkich poszczególnych prowincjach królestwa i w tylu królestwach stworzyli powszechny system polityki. Loyseau każe im rozumować tak, jak on sam rozumował w swoim gabinecie.
Powiem jeszcze: jeżeli prawo sądu nie było połączone z lennem, czemu widzimy wszędzie, że powinnością lennika było służyć królowi lub panu i w ich sądach, i w ich wojnach?
Rozdział XXI. O jurysdykcji terytorialnej kościołów.
Kościoły nabyły dobra bardzo znaczne. Widzimy, iż królowie nadali im wielkie prawa skarbowe, to znaczy wielkie lenna: i widzimy zaraz sądy ustanowione w dobrach tych kościołów. Skąd wziąłby początek tak niezwykły przywilej? Był on w naturze danej rzeczy; dobra duchowne miały ten przywilej, ponieważ im go nie odebrano. Dawano dobra kościołowi i zostawiono im przywileje, jakie miałyby, gdyby je dano lennikowi; toteż podlegały one służbie, jaką państwo byłoby z nich miało, gdyby je dano człowiekowi świeckiemu, jakeśmy to już widzieli.
Kościoły miały tedy prawo nakazywania okupów na swoim terytorium i żądania od nich fredum; że zaś prawo to łączyło się nieodzownie z prawem wzbraniającym urzędnikom królewskim wstępu na terytorium dla wymagania owych freda i wykonywania wszelkich czynności sądowych, przysługujące duchownym prawo sprawowania sądów na swoim terytorium nazywało się immunitetem w stylu formuł, przywilejów i kapitularzy.
Prawo rypuarskie wzbrania wyzwoleńcom kościelnym odprawiać zgromadzeń sprawujących sądy gdzie indziej, niż w kościele, który ich wyzwolił. Kościoły miały tedy prawo sądu, nawet nad ludźmi wolnymi, i odbywały swoje roki od pierwszych czasów monarchii.
Znajduję w Żywotach świętych, że Klodwig dał pewnej świątobliwej osobistości władzę na obszarze sześciu mil i nakazał, aby był wolny od wszelkiej jurysdykcji. Sądzę, że to fałsz, ale fałsz bardzo dawny, treść żywota i kłamstwa wyrażają obyczaje i prawa epoki, a właśnie tych obyczajów i praw tutaj szukamy.
Lotar II nakazał biskupom lub możnym, którzy posiadali ziemie w odległych stronach, aby wybrali na miejscu ludzi mających czynić sprawiedliwość i pobierać od niej dochody.
Ten sam władca rozgranicza kompetencję między sędziami kościelnymi a swymi urzędnikami. Kapitularz Karola Wielkiego z r. 802 przepisuje biskupom i opatom właściwości, jakie winni mieć ich urzędnicy sądowi. Inny kapitularz tegoż monarchy zabrania urzędnikom królewskim wykonywać jakiejkolwiek jurysdykcji nad tymi, którzy uprawiają ziemie kościelne, chyba że przybrali ten charakter nieprawnie, aby się uchylić od ciężarów publicznych. Biskupi zebrani w Reims oświadczyli, że wasale kościelni są nietykalni. Kapitularz Karola Wielkiego z r. 806 żąda, aby kościoły miały prawo sądu karnego i cywilnego nad wszystkimi, którzy mieszkają na ich terytoriach. Wreszcie kapitularz Karola Łysego rozróżnia jurysdykcje króla, panów i kościołów; i nie powiem już o tym więcej.
Rozdział XXII. Iż sądy ustanowiono przed końcem drugiej dynastii.
Rzekli niektórzy, że to w czasie zamętu drugiej dynastii wasale przywłaszczyli sobie prawo sądu w swoich dobrach: milej było postawić ogólne twierdzenie, niż je rozważyć: łatwiej było powiedzieć, że wasale nie posiadali, niż zbadać, jak posiadali. Ale sądy nie zawdzięczają swego początku uzurpacji; pochodzą z pierwotnego ustanowienia, a nie z jego skażenia.
„Ten, kto zabije wolnego człowieka, powiedziane jest w prawie Bawarów, zapłaci okup jego krewnym, o ile istnieją; a jeżeli ich nie ma, zapłaci okup diukowi lub temu, komu się oddał na życie”. Wiadomo, co znaczyło oddać się za beneficjum.
„Ten, któremu porwano niewolnika, powiada prawo Alamanów, pójdzie do klęcia, któremu podlega wydzierca, aby uzyskać odeń okup”.
„Jeżeli setnik (powiedziane jest w dekrecie Childeberta) znajdzie złodzieja w innej secinie niż własnej, lub też w granicach naszych wiernych, i jeśli go nie wypędzi, będzie stawał za złodzieja albo się oczyści przysięgą”. Była tedy różnica między terytorium setników a wiernych.
Ten dekret Childeberta tłumaczy ustawę Lotara z tego samego roku, która, wydana w tym samym wypadku i tycząca tego samego faktu, różni się jedynie wyrażeniami; ustawa nazywa in truste to, co dekret nazywa in terminis fidelium nostrorum. Pp. Bignon i du Cange, którzy sądzili, że in truste oznacza dziedzinę innego króla, niedobrze trafili.
W ustawie Pepina, króla Italii, wydanej tak dla Franków, jak dla Longobardów, władca ów, nałożywszy kary hrabiom i innym urzędnikom królewskimi, którzy by się dopuścili nadużyć w wykonywaniu sprawiedliwości lub też ociągali się z jej wymierzeniem, nakazuje, iż jeżeli zdarzy się, aby Frank lub Longobard mający lenno nie chcieli czynić sprawiedliwości, sędzia tego okręgu ma go zawiesić w używaniu lenna; i w tym przeciągu czasu, sędzia sam albo jego poseł będą wymierzać sprawiedliwość.
Kapitularz Karola Wielkiego dowodzi, że królowie nie wszędzie pobierali freda. Inny, tegoż monarchy, przypomina kilka artykułów prawa salickiego, burgundzkiego i rzymskiego, aby każdy jego wierny czynił sprawiedliwość, stosując się do nich. Inny, tego samego monarchy, ukazuje nam ustawy feudalne i dwór feudalny już ukształtowane. Inny, Ludwika Pobożnego, żąda, kiedy posiadacz lenna nie wymierza sprawiedliwości lub też przeszkadza ją wymierzać, aby strony żyły w jego domu na jego koszt, aż sprawiedliwość będzie uczyniona. Przytoczę jeszcze dwie ustawy Karola Łysego: jedną z r. 861, gdzie widzimy ustanowione poszczególne jurysdykcje, sędziów i podwładnych im urzędników; drugą z r. 864, gdzie odróżnia swoje własne dziedziny od dziedzin prywatnych osób.
Nie posiadamy pierwotnych nadań lenności, ponieważ ustanowiono je wraz z podziałem, którego, jak wiadomo, dokonali między sobą zwycięzcy. Nie można tedy dowieść za pomocą pierwotnych umów, iż prawo sądu było w początkach przywiązane do lenna. Ale jeżeli w formułach potwierdzenia lub też przelania na wieczność tych lenności widzimy, jako się rzekło, iż sądy były tam ustanowione, musiało snadź to prawo sądownicze być w samej istocie lenna, jednym z jego głównych przywilejów.
Większą mamy ilość dokumentów stanowiących patrymonialne sądy kościołów na ich gruntach, niż dokumentów na dowiedzenie ich istnienia w związku z nadaniami lub lennami lenników czy wiernych; a to z dwóch przyczyn. Pierwsza, iż większość dokumentów, jakie nam zostały, przechowali lub zebrali mnisi dla pożytku swoich klasztorów. Druga, że skoro spuścizna kościelna tworzyła się w drodze poszczególnych ustępów i niejakiego odstąpienia od ustalonego porządku, trzeba było na to przywilejów; przeciwnie, nadania udzielone lennikom były następstwem ustroju politycznego: nie było tedy potrzeba na to mieć, a tym mniej przechowywać osobnego pergaminu. Często nawet królowie przestawali na dokonaniu prostego nadania berłem, jak to widzimy z żywota św. Maura.
Ale trzecia formuła Markulfa dowodzi wyraźnie, iż przywilej immunitetu, a tym samym sprawiedliwości, był wspólny duchownym i świeckim, skoro obowiązuje jednych i drugich. Tak samo jest z ustawą Lotara II.
Rozdział XXIII. Ogólna myśl książki O powstaniu monarchii francuskiej w Galii, przez księdza Dubos.
Trzeba, abym przed ukończeniem tej księgi rozważył nieco dzieło księdza Dubos, ponieważ moje poglądy są w ustawicznej sprzeczności z jego poglądami; o ile tedy on znalazł prawdę, ja jej nie znalazłem.
Dzieło to zwiodło wielu ludzi, ponieważ jest pisane z wielką sztuką; ponieważ autor przyjmuje wciąż za pewnik to, co stanowi zagadnienie; ponieważ im bardziej brak mu dowodów, tym bardziej mnoży prawdopodobieństwa; ponieważ stawia jako zasadę bezlik przypuszczeń, z których wyciąga jako wnioski nowe przypuszczenia. Czytelnik zapomina, że wątpił i zaczyna wierzyć. Że zaś bezdenna erudycja pomieszczona jest nie w systemie, ale obok systemu, umysł rozprasza się w pobocznych rzeczach i traci z oczu główną. Zresztą, tyle dociekań nie pozwala przypuszczać, że ktoś nic nie znalazł; długość podróży każe mniemać, że się w końcu przybyło.
Ale kiedy się z bliska przyjrzeć, widzimy olbrzymiego kolosa na glinianych nogach; i to dlatego, że nogi są gliniane, kolos jest olbrzymi. Gdyby system księdza Dubos miał dobre podstawy, nie trzeba by mu było pisać trzech śmiertelnych tomów, aby go dowieść: byłby znalazł wszystko w swoim przedmiocie. Nie szukając na wszystkie strony tego, co było odeń bardzo dalekie, sam rozsądek zająłby się pomieszczeniem tej prawdy w łańcuchu innych prawd. Historia i prawa nasze byłyby mu powiedziały: „Nie zadawaj sobie tyle trudu, my damy a świadectwo”.
Rozdział XXIV. Dalszy ciąg tegoż przedmiotu. Uwagi nad podstawą systemu.
Ksiądz Dubos chce oddalić wszelką myśl o tym, aby Frankowie weszli do Galii jako zdobywcy: wedle niego, nasi królowie, wezwani przez ludy, zajęli jedynie miejsce cesarzy rzymskich i objęli ich prawa.
Urojenie to nie może się odnosić do czasu, gdy Klodwig, wchodząc do Galii, pustoszył i zdobywał miasta, nie może się również odnosić do czasu, gdy pobił Syagriusza, wodza rzymskiego, i zdobył kraj, który ów dzierżył: może się tedy odnosić jeno do czasu, gdy Klodwig, stawszy się panem większej części Galii siłą, byłby powołany wyborem i miłością ludów do panowania nad resztą kraju. I nie wystarczy, aby Klodwiga przyjęto, trzeba, aby go powołano; trzeba, aby ksiądz Dubos dowiódł, iż ludy wolały żyć pod panowaniem Klodwiga, niż pod panowaniem Rzymian, lub pod swymi własnymi prawami. Otóż, w tej części Galii, która nie była jeszcze zalana przez barbarzyńców, Rzymianie byli, wedle księdza Dubos, dwojakiego rodzaju; jedni należeli do związku armoryckiego i wypędzili urzędników cesarskich, aby się bronić sami przeciw barbarzyńcom i rządzić się własnymi prawami; drudzy byli posłuszni urzędnikom rzymskim. Otóż, czy ksiądz Dubos dowodzi że owi Rzymianie jeszcze podlegający cesarstwu wezwali Klodwiga? Wcale nie. Czy dowodzi, że republika armorycka wezwała Klodwiga, a nawet zawarła z nim jakoweś traktaty? Również nie. Nie tylko nie może nam powiedzieć, jaki był los tej republiki, ale nie może nam nawet donieść jej istnienia: i mimo że opisuje ją od czasu Honoriusza aż do podboju Klodwiga, mimo że wiąże z cudowną sztuką wszystkie wydarzenia z owych czasów, jest ona wciąż niewidzialna u autorów. Jest bowiem wielka różnica jnaędzy dowiedzeniem z ustępu Zosima, że za panowania Honoriusza kraina armorycka oraz inne prowincje Galii zbuntowały się i utworzyły rodzaj republiki, a dowiedzeniem, że mimo różnych uspokojeń Galii, Armorykowie tworzyli wciąż oddzielną republikę, która przetrwała aż do podboju Klodwiga. Jednakże potrzebowałby, dla ustalenia swoich teorii, dowodów bardzo mocnych i bardzo ścisłych. Kiedy bowiem widzimy zdobywcę wkraczającego do państwa i ujarzmiającego wielką jego część siłą i gwałtem, i kiedy widzimy w jakiś czas potem cały kraj ujarzmiony, a historia nie powiada, jak się to stało, mamy słuszną przyczynę mniemać, iż rzecz skończyła się tak, jak się zaczęła.
Skoro ten punkt jest chybiony, ujrzymy snadno, jak cała teoria księdza Dubos wali się od podstaw do szczytu: i za każdym razem, kiedy autor jej wyciągnie jakiś wniosek z tej zasady, że Galów nie podbili Frankowie, ale że Franków wezwali Rzymianie, zawsze będzie można mu zaprzeczyć.
Ksiądz Dubos dowodzi swojej zasady rzymskimi godnościami, które piastował Klodwig; utrzymuje, że Klodwig wziął po Childeryku, swoim ojcu, urząd wodza. Ale te dwie godności to czysty jego wymysł. List św. Remiego do Klodwiga, na którym się opiera, jest jedynie powinszowaniem jego wstąpienia na tron. Kiedy przedmiot jakiegoś pisma jest wiadomy, czemu dawać mu inny, niewiadomy?
Klodwiga, pod koniec jego panowania, mianował konsulem cesarz Anastazy; ale jakież prawa mogła mu dać władza jedynie roczna? Jest prawdopodobieństwo, powiada ksiądz Dubos, że w tym samym dyplomie cesarz Anastazy zrobił Klodwiga prokonsulem. A ja powiem, że jest prawdopodobieństwo, że nie zrobił. Co do faktu nieopartego na niczym, powaga tego, który faktowi przeczy, równa jest powadze tego, który fakt podaje. Mam nawet racje po temu. Grzegorz z Tours, który mówi o konsulacie, nie mówi nic o prokonsulacie. Ten prokonsulat trwałby zresztą zaledwie pół roku. Klodwig umarł w półtora roku po mianowaniu go konsulem; niepodobna zaś czynić z prokonsulatu godności dziedzicznej. Wreszcie, kiedy mu nadano konsulat, a jeżeli kto chce i prokonsulat, był już panem monarchii i wszystkie jego prawa były ugruntowane.
Drugi dowód przytoczony przez księdza Dubos to cesja, mocą której cesarz Justynian ustąpił dzieciom i wnukom Klodwiga wszystkich praw cesarstwa do Galii. Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia o tej cesji. Można osądzić wagę, jaką królowie Franków do niej przykładali, ze sposobu, w jaki dopełnili jej warunków. Zresztą, królowie Franków byli panami Galii; władali w niej spokojnie; Justynian nie posiadał tam ani piędzi ziemi; cesarstwo zachodnie było zniweczone od dawna, cesarz wschodni miał prawo do Galii jedynie jako przedstawiciel cesarza Zachodu; było to prawo do praw. Monarchia Franków już istniała; ustrój był ustanowiony; wzajemne prawa osób i rozmaitych narodów, które żyły w monarchii, były ustalone; prawa każdego narodu były wydane, a nawet ułożone na piśmie. Co znaczyła ta obca cesja wobec już istniejącego państwa?
Czego chce dowieść ksiądz Dubos deklamacjami wszystkich owych biskupów, którzy w nieładzie, zamęcie, w zupełnym upadku państwa, wśród spustoszeń podboju starali się schlebiać zwycięzcy? Co wyraża pochlebstwo prócz słabości tego, który musi schlebiać? Czego dowodzi retoryka i poezja, prócz biegłości w tych sztukach? Któż nie zdziwiłby się, słysząc Grzegorza z Tours, który, powiedziawszy o morderstwach Klodwiga, powiada, że wszalako Bóg tłumił co dzień jego nieprzyjaciół, ponieważ Klodwig chadzał jego drogami? Kto może wątpić, że duchowieństwo było bardzo rade z nawrócenia Klodwiga i że nawet wyciągnęło zeń wielkie korzyści? Ale kto może wątpić zarazem, że ludy wycierpiały wszystkie niedole podboju i że rząd rzymski ustąpił rządowi germańskiemu? Frankowie nie chcieli, i nawet nie mogli wszystkiego zmienić; i nawet mało który zwycięzca miał to szaleństwo. Ale iżby wszystkie wnioski księdza Dubos były prawdziwe, trzeba by, aby nie tylko nic nie zmienili u Rzymian, ale jeszcze aby się zmienili sami.
Podjąłbym się łatwo, trzymając się metody księdza Dubos, dowieść tak samo, że Grecy nie podbili Persji. Najpierw powiedziałbym o traktatach, jakie niektóre ich miasta zawarły z Persami; powiedziałbym o Grekach, którzy byli na żołdzie Persów, jak Frankowie byli na żołdzie Rzymian. To że Aleksander wszedł do kraju Persów, że obległ, zdobył i zniszczył miasto Tyr, to była prywatna sprawa, jak sprawa Syagriusza. Ale patrzcie, jak kapłan żydowski wychodzi naprzeciw niego; posłuchajcie wyroczni Jowisza Amońskiego; przypomnijcie sobie, jak go przepowiedziano w Gordium; patrzcie, jak wszystkie miasta biegną, aby tak rzec, naprzeciw niego; jak satrapi i możni napływają tłumem. Ubiera się modą Persów; to jest szata konsularna Klodwiga. Czy Dariusz nie ofiarował mu połowy królestwa? Czy Dariusza nie zamordowano jako tyrana? Czy matka i żona Dariusza nie opłakują śmierci Aleksandra? Czy Kwintus Kurcjusz, Arian, Plutarch byli współczesnymi Aleksandra? Czy druk nie dał nam światła, którego brakowało owym autorom? Oto historia Powstania monarchii francuskiej w Galii.
Rozdział XXV. O szlachcie francuskiej.
Ksiądz Dubos twierdzi, że w pierwszych czasach naszej monarchii był tylko jeden stan obywateli u Franków. Twierdzenie to, zelżywe dla krwi naszych pierwszych rodów, byłoby nie mniej zelżywe dla trzech wielkich domów, które kolejno królowały nad nami. Początek ich wielkości nie gubiłby się w tedy w zapomnieniu, w mrokach czasu? Historia oświetlałaby wieki, w których były one pospolitymi rodzinami; aby Chilperyk, Pepin i Hugo Kapet byli szlachtą, trzebaż szukać ich pochodzenia u Rzymian i Sasów, to znaczy u narodów podbitych?
Ksiądz Dubos opiera swoje mniemanie na prawie salickim. Jasne jest (powiada) z tego prawa, że nie było dwóch stanów obywateli u Franków. Dawało ono dwieście groszy okupu za śmierć jakiegokolwiek Franka; rozróżniało natomiast u Rzymian dworzanina królewskiego, za którego śmierć dawało trzysta groszy okupu, Rzymianina-właściciela, któremu dawało sto groszy i Rzymianina poddanego, któremu dawało tylko czterdzieści pięć groszy. Że zaś różnica okupów stanowiła główne rozróżnienie, wnosi stąd, iż u Franków istniał tylko jeden stan obywateli, u Rzymian zaś było ich trzy.
Zdumiewające jest, iż własny błąd nie otworzył mu oczu. W istocie, byłoby nadzwyczajne, aby szlachta rzymska żyjąca pod panowaniem Franków otrzymywała wyższy okup i była tam czymś znaczniejszym niż najznamienitsi z Franków i ich najwięksi wodzowie. Cóż za podobieństwo, aby lud zwycięski miał tak mało szacunku dla samego siebie, a miał go tak wiele dla ludu podbitego? Co więcej, ksiądz Dubos przytacza prawa innych barbarzyńskich narodów, które dowodzą, że istniały wśród nich różne stany obywateli. Byłoby nadzwyczajne, aby tego powszechnego prawidła zbywało właśnie u Franków. To powinno mu było dać do myślenia, że źle rozumie lub też źle stosuje brzmienie prawa salickiego; co mu się w istocie trafiło.
Widzimy, otwierając tę ustawę, że okup za śmierć antrustiona, to znaczy wiernego lub wasala królewskiego wynosił sześćset groszy, za śmierć zaś Rzymianina dworzanina królewskiego jedynie trzysta groszy. Widzimy tam, że okup za śmierć prostego Franka wynosił dwieście groszy, a za śmierć Rzymianina zwyczajnego stanu tylko sto groszy. Płacono jeszcze za śmierć Rzymianina czynszownika, rodzaj niewolnika lub wyzwoleńca, okup czterdziestu pięciu groszy; ale nie będę o tym mówił, tak samo jak o okupie za śmierć niewolnika Franka lub też wyzwoleńca Franka: nie mówimy tutaj o tym trzecim stanie.
Co czyni ksiądz Dubos? Pomija milczeniem pierwszy stan u Franków, to znaczy paragraf tyczący antrustionów; następnie, porównując zwykłego Franka, za którego śmierć płaciło się dwieście groszy okupu, z tym, co nazywa trzema stanami Rzymian, za których śmierć płaciło się rozmaite okupy, znajduje, że był tylko jeden stan obywateli u Franków, a że było ich trzy u Rzymian.
Tak jak, wedle niego, był tylko jeden stan u Franków, słuszne byłoby, aby był także jeden stan u Burgundów, skoro ich królestwo tworzyło jedną z głównych części naszej monarchii. Ale istnieją w ich kodeksach trzy rodzaje okupów: jeden za szlachcica burgundzkiego lub rzymskiego, drugi za Rzymianina lub Burgunda średniego stanu; trzeci za tych, którzy należeli do niższego stanu w obu narodach. Ksiądz Dubos nie przytoczył tego prawa.
Osobliwie jest patrzeć, jak on się wymyka ustępom, które naciskają go ze wszystkich stron. Mówić mu o magnatach, o panach, o szlachcie? To są, powiada, jedynie proste wyróżnienia, a nie różnice stanu; to są sprawy grzeczności, a nie prawne przywileje. Lub też (powiada) ludzie, o których mowa, należeli do rady królewskiej: mogli to być nawet Rzymianie; ale zawsze był tylko jeden stan obywateli u Franków. Z drugiej strony, o ile jest mowa o jakimś Franku pośledniego stanu, to są niewolnicy; i w ten sposób wykłada dekret Childeberta. Trzeba mi się zatrzymać przy tym dekrecie. Ksiądz Dubos wsławił go, ponieważ posłużył się nim, aby dowieść dwóch rzeczy: jedna, że wszystkie okupy znajdujące się w prawach barbarzyńców były to jedynie odszkodowania cywilne przydane do kar cielesnych; co obala z gruntu wszystkie stare dokumenty: druga, że wszyscy ludzie wolni byli sądzeni bezpośrednio i wprost przez króla, czemu sprzeciwia się niezliczona ilość ustępów i powag, z których znamy porządek sądowy owych czasów.
Powiedziane jest w tym dekrecie, wydanym na zebraniu narodowym, że jeżeli sędzia zdybie znanego złodzieja, każe go związać, aby go posłać przed króla, jeżeli to jest Frank (Francus); ale jeżeli to jest osoba pośledniejsza (debilior persona), ma być powieszony na miejscu. Wedle księdza Dubos, Francus jest to człowiek wolny, debilior persona niewolnik. Nie wchodzę na razie w to, co może tu oznaczać słowo Francus; zacznę od rozważania, co można rozumieć pod tymi słowami pośledniejsza osoba. Powiadam, iż, w jakimkolwiek języku w świecie, wszelki comparativus przypuszcza nieodzownie trzy terminy, największy, mniejszy i najmniejszy. Gdyby tu była mowa jedynie o ludziach wolnych i niewolnikach, powiedziano by niewolnik, a nie człowiek mniejszej wagi. Toteż debilior persona nie oznacza tu niewolnika, ale osobę, poniżej której musi być niewolnik. To przypuściwszy, Francus nie będzie znaczył człowiek wolny, ale człowiek możny; i Francus jest tu wzięty w tym znaczeniu, ponieważ wśród Franków znajdowali się zawsze ci, którzy mieli w kraju większą siłę i których trudniej było sędziemu lub hrabiemu ukarać. Ten wykład zgadza się z mnogością kapitularzy podających wypadki, w których zbrodniarzy wolno odesłać przed króla, a w których nie.
Czytamy w żywocie Ludwika Pobożnego, spisanym przez Tegana, że biskupi byli głównymi sprawcami upokorzenia tego cesarza, zwłaszcza ci, którzy byli z niewolnych i ci którzy zrodzili się między barbarzyńcami. I tak, Tegan uderza na Hebona, którego ten monarcha wydobył z niewoli i uczynił arcybiskupem Reims. „Jaką nagrodę cesarz otrzymał za tyle dobrodziejstw! Uczynił cię wolnym, a nie szlachcicem; nie mógł cię zrobić szlachcicem, skoro ci dał wolność”.
To przemówienie, dowodzące tak stanowczo istnienia dwóch stanów, nic kłopoce księdza Dubos. Odpowiada tak: „Ustęp ten nie znaczy, aby Ludwik Pobożny nie mógł był wynieść Hebona do rzędu szlachty. Hebon, jako arcybiskup Reims, należałby do pierwszego stanu, wyższego niż szlachecki”. Zostawiam czylelnikowi rozstrzynięcie, czy ten ustąp nie znaczy tego; zostawiam mu sąd, czy jest tu mowa o pierwszeństwie kleru nad szlachtą. „Ten ustęp dowodzi tylko, powiada ksiądz Dubos, że obywateli zrodzonych wolno tytułowano szlachtą: w zwyczajach światowych, szlachcic a człowiek urodzony wolno długo znaczyły jedno i to samo”. Jak to! Dlatego że za naszych czasów paru mieszczan przybrało sobie pozory szlachectwa, ustęp z życia Ludwika Pobożnego ma się odnosić do takich ludzi! „Być może także (dodaje jeszcze), że Hebon nie był niewolnym w narodzie Franków, ale w narodzie saskim albo w innym narodzie germańskim, gdzie obywatele dzielili się na kilka stanów”. Zatem, z przyczyny być może księdza Dubos, nie było szlachty u Franków! Ale nigdy gorzej nie zastosował swojego być może. Widzieliśmy właśnie, że Tegan rozróżnia biskupów, występujących przeciw Ludwikowi Pobożnemu, z których jedni byli z niewolnych, a inni z narodu barbarzyńskiego. Hebon był z pierwszych, nie zaś z drugich. Zresztą nie wiem, jak można powiedzieć, aby niewolnik taki jak Hebon był Sasem lub Germanem: niewolnik nie ma rodziny, ani tym samym narodu. Ludwik Pobożny wyzwolił Hebona; że zaś wyzwoleni niewolnicy przybierali prawo swego pana, Hebon stał się Frankiem, a nie Sasem ani Germanem.
Atakowałem, teraz trzeba mi się bronić. Powie mi ktoś, że stan antrustionów tworzył w państwie stan różny od stanu ludzi wolnych; ale że, ponieważ lenna były zrazu odwołalne, a potem dożywotnie, nie mogło to wytworzyć szlachty rodowej, skoro przywileje nie były związane z lennem dziedzicznym. Ten to zarzut nasunął z pewnością panu de Valois myśl, że był tylko jeden stan obywateli u Franków: pogląd, który ksiądz Dubos przejął od niego i który jedynie zepsuł za pomocą złych dowodów. Jak bądź się rzeczy mają, nie ksiądz Dubos miał prawo uczynić ten zarzut. Przytoczywszy bowiem trzy stany szlachty rzymskiej, a charakter dworzanina królewskiego jako pierwszy, nie mógł powiedzieć, że ten tytuł bardziej oznaczał rodową szlachtę niż tytuł antrustiona. Ale trzeba odpowiedzieć wprost. Antrustioni czyli wierni nie byli nimi dlatego, że mieli lenno, ale dawano im lenno, ponieważ byli antrustionami czyli wiernymi. Pamięta czytelnik, co powiedziałem w pierwszych rozdziałach tej księgi: nie mieli wówczas, tak jak mieli później, zawsze tego samego lenna; ale, jeżeli nie mieli tego, mieli inne, i dlatego że lenna dawało się z przyczyny urodzenia, i dlatego że się je dawało często na zgromadzeniach narodowych, i dlatego wreszcie, że, o ile było w interesie szlachty mieć lenna, było też w interesie króla dawać je im. Te rody wyróżniały się swoją godnością Wiernych i przywilejem ubiegania się o lenna. Ukażę w następnej księdze, jak, z biegiem czasu, byli ludzie wolni, których dopuszczano do tego wielkiego przywileju, a tym samym do wejścia w stan szlachecki. Nie było tak za czasu Gontrana i Childeberta, jego bratanka; było tak za czasu Karola Wielkiego. Ale, choć od czasu tego monarchy ludzie wolni nie byli niezdolni posiadać lenna, okazuje się, z ustępu Tegana przytoczonego wyżej, że wyzwoleni niewolnicy byli od tego zupełnie wyłączeni. Czy ksiądz Dubos, który wędruje do Turcji, aby nam dać pojęcie, czym była dawna szlachta francuska, powie nam, że skarżono się kiedy w Turcji na to, że wynoszono do honorów i godności ludzi niskiego stanu, tak jak się na to skarżono za panowania Ludwika Pobożnego i Karola Łysego? Nie skarżono się na to za czasu Karola Wielkiego, ponieważ monarcha ten odróżniał zawsze dawne rody od nowych; czego Ludwik Pobożny i Karol Łysy nie czynili.
Publiczność nie powinna zapominać, że zawdzięcza księdzu Dubos wiele doskonałych utworów. Z tych to pięknych dzieł powinna go sądzić, a nie z tego o którym mówię. Ksiądz Dubos popadł w nim w wielkie błędy, ponieważ bardziej miał przed oczyma hrabiego de Boulainvilliers niż swój przedmiot. Ze wszystkich moich krytyk wyciągnę tylko jeden wniosek: jeżeli ten wielki człowiek zbłądził, ileż ja muszę się lękać?
Księga trzydziesta pierwsza. Teoria praw feudalnych u Franków w związku z przewrotami ich monarchii.
Rozdział I. Zmiany w urzędach i lennościach.
Zrazu posyłano hrabiów do ich powiatów tylko na rok; niebawem zaczęli kupować przedłużenie swego urzędu. Znajdujemy przykład tego już za panowania wnuków Klodwiga. Niejaki Peoniusz był hrabią w mieście Auxerre; posłał syna swego Mummolusa, aby zaniósł pieniądze Gontranowi, iżby go zachowano na jego urzędzie; syn dał pieniądze za samego siebie i otrzymał miejsce ojca. Już zaczęli królowie kazić własne łaski.
Mimo iż wedle praw królestwa lenna były odwołalne, nie dawano ich wszakże ani nie odbierano w sposób kapryśny i samowolny; była to zazwyczaj jedna z głównych rzeczy, nad którymi radzono na zgromadzeniach narodowych. Można przypuszczać, że zepsucie wślizgnęło się w ten punkt, tak jak wślizgnęło się w tamten, i że utrzymało się posiadanie lenna za pieniądze, tak jak utrzymało się posiadanie hrabstwa.
Pokażę, w dalszym ciągu tej księgi, iż niezależnie od darów, jakie monarchowie czynili na jakiś czas, były inne, które czynili na zawsze. Zdarzyło się, że dwór chciał cofnąć uczynione dary: to obudziło powszechne niezadowolenie w państwie, i ujrzano niebawem narodziny owego słynnego w dziejach Francji przewrotu, którego pierwszym okresem był przerażający obraz ukarania Brunhildy.
Wydaje się zrazu niezwyczajne, aby tę królową, córkę, siostrę, matkę tylu królów, słynną dziś jeszcze z dzieł godnych rzymskiego edyla albo prokonsula, zrodzoną z cudownym talentem do rządów, obdarzoną przymiotami szanowanymi tak długo, mógł naraz wydać na męki tak długie, tak haniebne, tak okrutne król, którego powaga była dość słabo ugruntowana w narodzie. Byłoby to nie do pojęcia, gdyby królowa, dla jakiejś osobliwej przyczyny, nie popadła w niełaskę u swego narodu. Lotar winił ją o śmierć dziesięciu królów; ale było wśród nich dwóch, których on sam uśmiercił; śmierć kilku innych była dziełem losu lub złośliwości innej królowej; naród zaś, który pozwolił Fredegundzie umrzeć naturalna śmiercią, który sprzeciwiał się nawet ukaraniu jej okropnych zbrodni, musiał być dość obojętny na zbrodnie Brunhildy.
Posadzono ją na wielbłąda i oprowadzano po całym wojsku: niechybny znak, że popadła w niełaskę u tegoż wojska. Fredeger powiada, że Protary, ulubieniec Brunhildy, zabierał dobra panom i napychał nimi skarb, że upokarzał szlachtę i że nikt nie mógł być pewny, czy zachowa swoje stanowisko. Wojsko sprzysięgło się przeciw niemu, zasztyletowano go w namiocie; Brunhilda zaś, czy to wskutek zemsty, której szukała za tę śmierć, czy że trzymała się dalej tego samego planu, stała się z każdym dniem nienawistniejsza narodowi.
Lotar, żądny panować sam i pełen najokropniejszej pomsty, pewny swej zguby, gdyby dzieci Brunhildy wzięły górę, wszedł w spisek przeciw sobie samemu: i czy że był niezręczny, czy że go zmusiły okoliczności, stał się oskarżycielem Brunhildy i uczynił z tej królowej straszliwy przykład.
Warnacher był duszą sprzysiężenia przeciw Brunhildzie; został marszałkiem Burgundii; wymógł na Lotarze, że go nie usunie za życia. Tym sposobem marszałek nie podlegał już kolejom, jakim podlegali inni panowie francuscy; i ta władza zaczęła się stawać niezależna od władzy królewskiej.
Złe to zwłaszcza rządy Brunhildy oburzyły naród. Póki prawa miały swoją moc, nikt nie mógł się skarżyć, że mu odebrano lenno, skoro prawo nie dawało mu go na zawsze; ale odkąd chciwość, złe praktyki, przekupstwo, rozstrzygały o nadaniu lenna, zaczęto się użalać na to, iż złymi drogami wyzuwano z rzeczy, często nabytych tak samo. Być może, iż gdyby dobro publiczne było powodem odwołania darów, nie byłoby szemrania; ale pokazywano rozkaz, nie ukrywając zepsucia; żądano opłat skarbowych, aby trwonić dobra skarbowe wedle zechcenia; dary przestały być tedy nagrodą lub nadzieją usług. Nowym zepsuciem Brunhilda chciała naprawić wybryki dawnego zepsucia. Zachcianki jej nie były zachciankami słabości: lennicy i wielcy dygnitarze widzieli swą zgubę; zgubili tedy ją.
Daleko nam do tego, abyśmy mieli wszystkie akty, jakie sporządzono w owych czasach; kronikarze zaś, którzy wiedzieli o dziejach swego czasu mniej więcej tyle, ile nasi wieśniacy wiedzą o dzisiejszych, są bardzo jałowi. Mimo to, mamy ustawę Lotara, wydaną na zjeździe paryskim dla usunięcia nadużyć, świadczącą, że monarcha ten uśmierzył skargi, które dały powód do buntu. Z jednej strony potwierdza wszystkie dary uczynione lub potwierdzone przez królów, swoich poprzedników; z drugiej nakazuje, by wszystko, co odjęto jego lennikom lub wiernym, było im oddane.
Nie było to jedyne ustępstwo, jakie król uczynił na owym zjeździe. Chciał, aby to, co uczyniono przeciw przywilejom duchownych, zostało naprawione: ograniczył wpływ dworu w obsadzaniu biskupstw. Król zreformował także sprawy skarbowe: nakazał, aby usunięto wszystkie nowe czynsze; aby nie ściągano żadnego myta ustanowionego od śmierci Gontrana, Sygeberta i Chilperyka, to znaczy usunął wszystko to, co uczyniono za regencji Fredegundy i Brunhildy. Zabronił pędzić swoje trzody do prywatnych lasów. Zobaczymy zaraz, że reforma była jeszcze powszechniejsza i rozciągnęła się na sprawy cywilne.
Rozdział II. Jak zreformowano rząd cywilny.
Widzieliśmy dotąd, z jaką niecierpliwością i swawolą naród odnosi się do wyboru lub postępowania swoich panów; widzieliśmy, jak załatwia wzajemne spory tychże panów i narzuca im przymus pokoju. Ale, czego jeszcze nigdy nie widziano, naród zrobił to wówczas: objął okiem obecne swoje położenie, zbadać spokojnie swoje prawa, zaradził ich niedostatkom, wstrzymał gwałt, umiarkował władzę.
Męskie, śmiałe i zuchwałe rządy Fredegundy i Brunhildy nie tyle przeraziły ten naród, ile go ostrzegły. Fredegunda broniła swoich zbrodni nowymi zbrodniami; truciznę i mord usprawiedliwiała trucizną i mordem; postępowała w ten sposób, iż zamachy jej były bardziej jeszcze prywatne niż publiczne. Fredegunda sprawiła więcej złego, Brunhilda kazała się go więcej lękać. W tym przesileniu, naród nie zadowolił się zrobieniem porządku i rządem feudalnym, chciał także ubezpieczyć swój rząd cywilny: ten bowiem bardziej był jeszcze skażony niż tamten; i to skażenie było o tyle niebezpieczniejsze, iż było dawniejsze i bardziej związane z zepsuciem obyczajów niż z zepsuciem praw.
Historia Grzegorza z Tours i inne pomniki ukazują nam, z jednej strony, naród okrutny i barbarzyński; z drugiej królów nie ustępujących pod tym względem narodowi. Ci władcy byli krwawi, niesprawiedliwi i okrutni, ponieważ cały naród był taki. Jeżeli chrześcijaństwo uczyniło ich niekiedy na pozór łagodniejszymi, to jedynie postrachem, jaki chrześcijaństwo budzi w winnych. Kościoły broniły się przeciw nim cudami i znakami swoich świętych. Królowie nie dopuszczali się świętokradztwa, ponieważ obawiali się kar na świętokradców; ale poza tym popełniali, albo z gniewu, albo z zimną krwią, wszelkie zbrodnie i nieprawości, ponieważ te zbrodnie i nieprawości nie groziły im tak bliską obecnością ręki bożej. Frankowie, jak rzekłem, znosili królów morderców, bo sami byli mordercami: nie uderzały ich niesprawiedliwości i rabunki ich królów, ponieważ sami byli łupieżcy i niesprawiedliwi jak oni. Istniały wprawdzie ustanowione prawa; ale królowie udaremniali je za pomocą pewnych listów zwanych Reskryptami, obalających też same prawa: było to coś podobnego jak reskrypty cesarzy rzymskich, czy to że królowie przejęli od nich ten zwyczaj, czy że wymyślili go sami. Widzimy w Grzegorzu z Tours, że dopuszczali się morderstw z zimną krwią i uśmiercali oskarżonych, nawet nie przesłuchawszy ich: dawali reskrypty na niedozwolone małżeństwa395; dawali je na przekazywanie spadków; dawali na odjęcie praw krewnych, dawali na zaślubienie mniszek. Nie stanowili, to prawda, praw z własnego popędu, ale przeszkadzali wykonywaniu tych, które istniały.
Edykt Lotara naprawił wszystkie te nadużycia. Nikogo nie można było już skazać bez wysłuchania: krewni mieli zawsze dziedziczyć wedle porządku ustanowionego prawem; wszystkie reskrypty co do małżeństwa panien, wdów lub mniszek unieważniono i ukarano surowo wszystkich, którzy je uzyskali i zrobili z nich użytek. Wiedzielibyśmy może ściślej co on postanowił co do tych reskryptów, gdyby artykuł 13 tego dekretu i dwa następne nie zanikły z czasem. Mamy jedynie pierwsze słowa tego artykułu 13-go, który orzeka, iż reskrypty będą przestrzegane, co nie może się odnosić do tych, które tym samym prawem zniesiono. Mamy inną ustawę tego samego monarchy, która się odnosi do jego edyktu i tak samo poprawia, punkt po punkcie, wszystkie nadużycia reskryptów.
Prawda, że p. Baluze, widząc tę ustawę bez daty i bez nazwy miejsca w którym ją wydano, przypisał ją Lotarowi I. Jest ona Lotara II. Dam na to trzy dowody:
1-o. Powiedziano tam, że król zachowa swobody, jakich jego ojciec i dziad396 użyczyli kościołom. Jakichż swobód mógłby użyczyć kościołom Childeryk, dziad Lotara I, który nie był chrześcijaninem i żył przed założeniem monarchii? Jeżeli natomiast przypiszemy ten dekret Lotarowi II, widzimy, że jego dziadem był sam Lotar I: dał on kościołom olbrzymie dary, aby odpokutować śmierć syna swego Kramna, którego kazał spalić wraz z żoną i dziećmi.
2-o. Nadużycia, które ustawa leczy, przetrwały po śmierci Lotara I i doszły nawet szczytu za słabego panowania Gontrana, okrutnego panowania Chilperyka i ohydnych regencji Fredegundy i Brunhildy. Otóż, w jaki sposób naród mógłby ścierpieć nadużycia tak uroczyście potępione, nie sarkając ni razu na ustawiczny powrót tych nadużyć? W jaki sposób nie uczyniłby tego, co uczynił, kiedy Chilperyk II wrócił do dawnych gwałtów, zmuszając go, aby nakazał sądom przestrzegać, jak czyniono dawniej, prawa i zwyczajów?
3-o. Wreszcie, ta ustawa, wydana dla naprawienia nadużyć, nie może tyczyć Lotara I, ponieważ za jego panowania nie było skarg w tej mierze i ponieważ powaga jego bardzo się wzmocniła, zwłaszcza w czasie, do którego odnoszą tę ustawę; podczas gdy odpowiada ona bardzo dobrze wypadkom, jakie zaszły za panowania Lotara II, powodując przewrót polityczny w królestwie. Trzeba oświetlać historię prawami, a prawa historią.
Rozdział III. Powaga Marszałków Dworu.
Rzekłem, iż Lotar II zobowiązał się nie odbierać Warnacherowi stanowiska marszałka aż do śmierci. Przewrót sprawił inny skutek. Przedtem marszałek był marszałkiem króla: stał się marszałkiem królestwa; przedtem wybierał go król, potem naród. Przed przewrotem Proterego mianował marszałkiem Teodoryk, a Landeryka Fredegunda; ale następnie naród zyskał prawo wybierania ich.
Toteż nie trzeba mieszać (jak to uczyniło kilku autorów) tych marszałków dworu z owymi, którzy mieli tę godność przed śmiercią Brunhildy; marszałków króla z marszałkami królestwa. Widzimy z prawa Burgundów, że u nich stanowisko marszałka nie było jednym z pierwszych w państwie; nie należało również do najwybitniejszych za pierwszych królów frankońskich.
Lotar uspokoił tych, którzy posiadali godności i lenna; i kiedy po śmierci Warnachera monarcha ten zapytał panów zgromadzonych w Troyes, kogo chcą osadzić na jego miejsce, wykrzyknęli wszyscy, że nie będą wybierali, i polecając się jego łasce, oddali się w jego ręce.
Dagobert zgromadził, jak jego ojciec, całą monarchię; naród zdał się na niego i nie przydał mu marszałka. Ów monarcha uczuł się wolny; i, ośmielony skądinąd swymi zwycięstwami, podjął plan Brunhildy. Ale to mu tak dalece wyszło na złe, że lennicy austrazyjscy dali się pobić Sklawonom, wrócili do domu, a marchie austrazyjskie stały się łupem barbarzyńców.
Postanowił zaproponować austrazyjczykom, że ustąpi Austrazję synowi swemu Zygbertowi, wraz ze skarbem, i że odda rząd królestwa i pałacu w ręce Kuniberta, biskupa kolońskiego, oraz księcia Adalgiza. Fredeger nie wchodzi w szczegóły układów, które wówczas zawarto, ale król potwierdził je wszystkie przywilejami i niebawem Austrazja była wolna od niebezpieczeństwa.
Dagobert, czując nadchodzącą śmierć, powierzył Edze żonę swoją Nantyldę i syna Klodwiga. Lennicy Neustrii i Burgundii wybrali tego młodego księcia na króla. Ega i Nantylda rządzili pałacem; oddali wszystkie dobra, które Dagobert zabrał, i skargi ustały w Neustrii i Burgundii, tak jak wprzód ustały w Austrazji.
Po śmierci Egi królowa Nantylda zachęciła panów burgundzkich, aby wybrali Floachata marszałkiem. Ten posłał do biskupów i możnych panów burgundzkich listy, w których przyrzekał im zachować na zawsze, to znaczy do końca ich życia, zaszczyty ich i godności. Potwierdził swoje słowo przysięgą. Tutaj to autor Księgi marszałków domu królewskiego mieści początek zarządu królestwa przez marszałków dworu.
Fredeger, rodem Burgund, podaje więcej szczegółów co do marszałków Burgundii w czasach przewrotu, o którym mówimy, niż co do marszałków Austrazji i Neustrii; ale układy, które zawarto w Burgundii, zawarto dla tych samych przyczyn i w Neustrii i w Austrazji.
Naród sądził, że bezpieczniej jest złożyć władzę w ręce marszałka, którego wybierał i któremu mógł nałożyć warunki, niż w ręce króla, którego władza była dziedziczna.
Rozdział IV. Jakie było usposobienie narodu w stosunku do marszałków.
Rząd, w którym naród mający króla wybierał tego, kto miał sprawować władzę królewską, wydaje się bardzo dziwny; ale niezależnie od okoliczności, w jakich kraj się znajdował, sądzę, że Frankowie czerpali swoje pojęcia w tej mierze z bardzo daleka.
Pochodzili oni od Germanów, o których Tacyt Powiada, że w wyborze króla kierowali się jego szlachectwem, w wyborze zaś wodza jego dzielnością. Oto królowie pierwszej dynastii i marszałkowie dworu: pierwsi byli dziedziczni, drudzy obieralni.
Nie można wątpić, że ci władcy, którzy na zgromadzeniu narodu wstawali i podawali się na wodzów jakiegoś przedsięwzięcia wszystkim, co zechcą za nimi iść, skupiali po największej części w swojej osobie i powagę króla, i władzę marszałka. Ich urodzenie dawało im koronę, męstwo ich zaś, każąc za nimi iść licznym ochotnikom, którzy ich brali za wodzów, dawało im władzę marszałka. Dzięki swej godności królewskiej, nasi pierwsi królowie znaleźli się na czele trybunałów i zgromadzeń i dali prawa za zgodą tychże zgromadzeń; dzięki swej godności wodza lub diuka podejmowali swoje wyprawy i dowodzili swoim wojskiem.
Aby poznać ducha pierwszych Franków w tej mierze, wystarczy rzucić okiem na postępowanie Arbogasta, Franka z urodzenia, któremu Walentynian oddał był dowództwo wojsk. Zamknął cesarza w pałacu; nie pozwolił nikomu mówić z nim o żadnej sprawie cywilnej ani wojskowej. Arbogast uczynił wówczas to, co Pepinowie uczynili później.
Rozdział V. Jak marszałkowie uzyskali dowództwo wojsk.
Póki królowie dowodzili wojskiem, naród nie pomyślał o tym, aby wybrać sobie wodza. Klodwig i jego czterej synowie stali na czele Francuzów i wiedli ich ze zwycięstwa w zwycięstwo. Tybot, syn Teodeberta, książę młody, wątły i chory, był pierwszym królem, który został w pałacu.
Nie chciał podjąć wyprawy do Italii na Narsesa i musiał patrzeć ze zgryzotą, jak Frankowie wybrali sobie dwóch wodzów, którzy ich tam powiedli. Z czterech synów Lotara I, Gontran najbardziej zaniedbał dowództwa wojsk397; inni królowie poszli za tym przykładem; i aby złożyć bez niebezpieczeństwa dowództwo w inne ręce, dali je kilku wodzom albo diukom398.
Urosło z tego utrapień bez liku, nie było już dyscypliny, nie umiano już słuchać; wojska stały się zgubne własnemu krajowi; były objuczone łupem, nim dotarły do nieprzyjaciela. Widzimy u Grzegorza z Tours żywy obraz wszystkich tych niedoli. „W jaki sposób zdołamy odnieść zwycięstwo, powiadał Gontran, my, którzy nie umiemy zachować tego, co ojcowie nasi zdobyli? Nasz naród nie jest już ten sam”... Rzecz osobliwa! Francja była w upadku od czasu wnuków Klodwiga.
Było tedy naturalne, aby obrano jednego wodza; wodza, który miałby powagę nad tą niezliczoną mnogością panów i lenników, niepomnych już swoich zobowiązań; wodza, który by wskrzesił dyscyplinę wojskową i który by powiódł na wroga naród zdolny już tylko toczyć wojnę z samym sobą. Dano władzę marszałkom dworu.
Pierwszą funkcją marszałków dworu był zarząd gospodarczy domu królewskiego. Mieli oni, wspólnie z innymi urzędnikami, polityczny zarząd lenności; w końcu zaś rozrządzali nimi sami. Mieli także zarząd spraw wojskowych i dowództwo wojsk: te dwie czynności były siłą rzeczy zespolone z tamtymi dwiema. W owych czasach trudniej było zebrać wojska niż nimi dowodzić; i któż inny niż ten, który rozporządzał łaskami, mógłby mieć tę władzę? W owym narodzie niepodległym i wojennym trzeba było raczej zapraszać niż zmuszać; trzeba było dawać lenna lub czynić na nie nadzieje w razie wakansu, nagradzać bez ustanku, budzić lęk o pierwszeństwo: ten, który miał naczelny zarząd pałacu, winien był tedy być generałem armii.
Rozdział VI. Drugi okres poniżenia królów z pierwszej dynastii.
Od kaźni Brunhildy marszałkowie byli gospodarzami królestwa pod królami; mimo że mieli w ręku prowadzenie wojny, królowie byli na czele wojsk, marszałek zaś i naród walczyli pod nimi. Ale zwycięstwo wodza Pepina nad Teodorykiem i jego marszałkiem, do reszty poniżyło królów; zwycięstwo, jakie odniósł Karol Martel nad Chilperykiem i jego marszałkiem Rainfoy potwierdziło to poniżenie. Austrazja dwa razy odniosła tryumf nad Neustrią i Burgundią; że zaś marszałkowstwo Austrazji było niejako przywiązane do familii Pepinów, marszałkowstwo to wzniosło się nad wszystkie inne, a ten dom nad wszystkie inne domy. Zwycięscy obawiali się, aby jaki wpływowy człowiek nie zawładnął osobami królów dla wzniecenia zamieszek. Trzymali ich w pałacu królewskim, jakoby w więzieniu. Raz do roku pokazywali ich ludowi. Tam wydawali zarządzenia, ale to były zarządzenia marszałka; odpowiadali ambasadorom, ale to były odpowiedzi marszałka. W tym to czasie historycy mówią nam o rządzie marszałków nad królami, będącymi pod ich władzą.
Zapał narodu dla rodu Pepina posunął się tak daleko, że wybrano marszałkiem jednego z jego wnuków, który był jeszcze dzieckiem: ustanowiono go nad niejakim Dagobertem, stawiając cień nad cieniem.
Rozdział VII. O wielkich urzędach i lennach pod marszałkami dworu.
Marszałkowie dworu nie kwapili się przywracać doczesności urzędów i godności; władali jedynie dzięki ochronie, jakiej użyczali w tej mierze szlachcie: toteż wielkie urzędy dawano nadal dożywotnio i ten obyczaj utrwalał się coraz bardziej.
Ale muszę uczynić osobliwe uwagi o lennach. Nic mogę wątpić, że od tego czasu większość lenności stała się dziedziczna.
W traktacie andelskim Gontran i jego bratanek Childebert zobowiązują się utrzymać darowizny uczynione lennikom i kościołom przez królów swoich poprzedników; i pozwolono królowym, córkom i wdowom królewskim przekazywać testamentem, i to na zawsze, rzeczy, jakie mają od skarbu.
Markulf pisał swoje Formularze za czasu marszałków. Widzimy sporo takich, w których królowie czynią nadania na rzecz osób i ich dzieci; że zaś formuły są obrazem zwyczajnych postępków życia, dowodzą one, że pod koniec pierwszej dynastii część lenności przechodziła już na spadkobierców. Daleko było do tego, aby już w owym czasie istniało pojęcie dóbr niezbywalnych; jest to rzecz bardzo nowoczesna, której nie znano wówczas ani w teorii, ani w praktyce.
Ujrzymy niebawem dowody faktyczne w tej mierze; i jeżeli ukażę czas, w którym nie było już nadań dla wojska, ani żadnego funduszu na jego utrzymanie, trzeba będzie się zgodzić, że dawne nadania wyszły z rąk posiadaczy. To jest czas Karola Martela; stworzył on nowe lenna, które trzeba odróżnić od pierwotnych.
Kiedy królowie zaczęli dawać na zawsze, czy to wskutek zepsucia, które się wkradło w rząd, czy to z samego ustroju, sprawiającego, że królowie musieli nagradzać bez końca, naturalne było, iż zaczęli dawać na wieczność raczej lenna niż hrabstwa. Pozbawić się kawałka ziemi, to była mała rzecz; wyrzec się wielkich urzędów, znaczyło postradać samą władzę.
Rozdział VIII. W jaki sposób właścizny zmieniły się w lenna.
Sposób zmienienia właścizny w lenno znajduje się w formule Markulfa. Dawano swoją ziemię królowi; król zwracał ją dawcy jako użytkowanie lub nadanie, ten zaś wskazywał królowi swych dziedziców.
Aby odkryć przyczyny, dla których tak przeobrażano swoje właścizny, trzeba mi szukać, niby w przepaściach, dawnych prerogatyw owej szlachty, która, od jedenastu wieków, pokryta jest kurzem, krwią i potem.
Ci, którzy dzierżyli lenna, mieli bardzo wielkie korzyści. Okup za krzywdy, jakie im kto wyrządził, wyższy był niż u ludzi wolnych. Widzimy z formularzy Markulfa, że przywilejem wasala królewskiego było, iż ten, kto go zabije, płaci sześćset groszy okupu. Przywilej ten ustalony był prawem salickim i prawem rypuarskim; gdy te dwa prawa naznaczały sześćset groszy za śmierć wasala królewskiego, dawały tylko dwieście groszy za śmierć człowieka wolnego, Franka, barbarzyńcy lub człowieka żyjącego pod prawem salickim; a tylko sto za śmierć Rzymianina.
Nie był to jedyny przywilej, jaki mieli wasale królewscy. Trzeba wiedzieć, że kiedy człowieka jakiegoś pozwano przed sąd i nie stawił się lub też nie usłuchał nakazu sędziów, pozywano go przed króla; a jeżeli uparcie nie chciał się stawić, wyłączano go z pod opieki króla i nikt nie mógł go przyjąć u siebie ani nawet dać mu chleba. Otóż, jeżeli człowiek był zwykłego stanu, majątki jego konfiskowano; ale jeżeli był wasalem królewskim, nie konfiskowano ich. Pierwszego, w razie zaoczności, uważano za winnego zbrodni, drugiego nie. Jednego przy najdrobniejszej zbrodni skazywano na dowód wrzącej wody — drugiego skazywano na to jedynie w razie morderstwa. Wreszcie wasala królewskiego nie można było zmusić do przysięgi przed sądem przeciw innemu wasalowi. Te przywileje wzrastały ciągle; kapitularz Karlomana czyni ten zaszczyt wasalom królewskim, że nie pozwala ich zmuszać, aby przysięgali sami, ale jedynie przez usta ich własnych wasalów. Co więcej, kiedy ten, który miał honory, nie udał się do wojska, za karę miał się wstrzymać od mięsa i wina tak długo, jak długo uchylił się od służby; człowiek wolny natomiast, który nie udał się za hrabią, płacił okup sześćdziesięciu groszy i szedł w niewolę, póki się nie wypłacił.
Łatwo tedy wyobrazić sobie, iż Frankowie nie będący wasalami króla, a tym bardziej Rzymianie, starali się nimi zostać; aby ich zaś nie pozbawiano ich dóbr, wymyślono zwyczaj oddawania swojej właścizny królowi, przyjmowania jej odeń w lenno i wskazania mu swoich dziedziców. Zwyczaj ten trwał ciągle; zwłaszcza miał on miejsce w czasie rozprzężenia za drugiej dynastii, gdy wszyscy potrzebowali opiekuna i chcieli tworzyć ciało z innymi panami i wejść niejako w monarchię feudalną, skoro nie było już monarchii politycznej.
To trwało za trzeciej dynastii, jak to widzimy z wielu przywilejów; czy że ktoś oddał swoją właściznę i odebrał ją tym samym aktem; czy że zgłosił ją jako właściznę, a uznał jako lenno. Nazwano te lenna odebranymi z powrotem.
To nie znaczy, że ci, co mieli lenna, władali nimi jak dobrzy ojcowie rodziny; mimo że ludzie wolni starali się wielce o lenna, obchodzili się z tym rodzajem dóbr tak, jak dziś się zarządza dożywociem. To sprawiło, iż Karol Wielki, najczujniejszy i najbaczniejszy król, jakiegośmy mieli, wydał wiele zarządzeń celem zapobieżenia, aby nie niszczono lenna na rzecz własnych dóbr. To dowodzi tylko, że za jego czasu nadania były jeszcze przeważnie dożywotnie, i że, tym samym, więcej dbano o właścizny niż o nadania; ale to nie przeszkadza, że i tak każdy wolał być wasalem królewskim niż człowiekiem wolnym. Mógł ktoś mieć swoje racje, aby rozrządzić pewną osobliwą częścią lenna, ale nie chciał tracić samej godności.
Wiem dobrze, że Karol Wielki skarżył się w pewnym kapitularzu, że w niektórych miejscach są ludzie, którzy dają swoje lenna na własność, a potem je odkupują na własność. Ale ja nie powiadam, aby nie wolano własności niż użytkowania: powiadam tylko, że, kiedy można było zrobić z właścizny lenno przechodzące na spadkobierców (a to jest treścią formuły, o której mówiłem), z wielką korzyścią było to uczynić.
Rozdział IX. Jak dobra kościelne zmieniono w lenna.
Dobra skarbowe nie powinny by mieć innego przeznaczenia, jak tylko służyć na dary, którymi królowie zachęcali Franków do nowych wypraw, pomnażających znowuż dobra skarbowe; i to był, jak rzekłem, duch narodu: ale dary poszły w innym kierunku. Posiadamy orędzie Chilperyka, wnuka Klodwigowego, który się skarży, że prawie wszystkie jego dobra przeszły do kościołów399. „Nasz skarb stał się ubogi, mówił, nasze bogactwa przeszły do kościołów. Już tylko biskupi panują; oni opływają w wielkości, a my nie”.
To sprawiło, iż marszałkowie, którzy nie śmieli zaczepić panów, obłupili kościoły: a jedną z przyczyn, jakie podał Pepin, aby wkroczyć do Neustrii, było to, iż zaprosiło go tam duchowieństwo dla powstrzymania zakusów króla, to znaczy marszałków, którzy wyzuwali Kościół ze wszystkich jego dóbr.
Marszałkowie Austrazji, to znaczy domu Pepinów, obeszli się z Kościołem z większym umiarkowaniem, niż to uczyniono w Neustrii i Burgundii; widać to bardzo jasno z naszych kronik, gdzie mnichy nie mogą się dość nachwalić pobożności i hojności Pepinów. Oni sami zajmowali pierwsze miejsca kościelne. „Kruk krukowi oka nie wykole”, jak powiadał Chilperyk biskupom.
Pepin ujarzmił Neustrię i Burgundię; ale, wziąwszy za pozór do zniszczenia marszałków i królów ucisk kościołów, nie mógł sam ich obłupić, nie przecząc samemu sobie i nie okazując, że sobie zadrwił z narodu. Ale podbój wielkich dwóch królestw oraz zniweczenie przeciwnego stronnictwa dały mu dość środków na zaspokojenie swego rycerstwa.
Pepin stał się panem monarchii popierając kler: Karol Martel, jego syn, zdołał się utrzymać, jedynie uciskając go. Ten władca, widząc, iż część dóbr królewskich i skarbowych oddano dożywotnio lub na własność szlachcie, kler zaś darzony przez biednych i bogatych, posiadł większą część nawet właścizn, złupił kościoły: że zaś lenna z pierwszego podziału już nie istniały, stworzył po raz drugi lenna. Wziął, dla siebie i dla swego rycerstwa, dobra kościelne i same nawet kościoły; i położył kres nadużyciu, które, w przeciwieństwie do zwyczajnych niedoli, było tym łatwiejsze do uleczenia, iż było nadmierne.
Rozdział X. Bogactwa kleru.
Kler dostawał tyle, iż, za trzech dynastii, można rzec, że kilka razy darowano mu wszystkie dobra królestwa. Ale o ile królowie, szlachta i lud znaleźli sposób oddania mu wszystkich swoich dóbr, znaleźli również sposób odebrania mu ich z powrotem. Pobożność kazała zakładać kościoły za pierwszej dynastii; duch wojskowy kazał je oddawać wojownikom, którzy je dzielili między swoje dzieci. Ileż to włości odeszło od duchownego stołu! Królowie drugiej dynastii otworzyli dłonie i znowuż poczynili olbrzymie darowizny; przybywają Normanowie, łupią i pustoszą, prześladują zwłaszcza księży i mnichów, wyszukują opactwa, patrząc, gdzie znajdą jakieś święte miejsce: przypisywali bowiem duchowieństwu zniszczenie swoich bożyszcz i wszystkie gwałty Karola Wielkiego, który ich zmusił kolejno do ucieczki na północ. Były to nienawiści, których czterdzieści lub pięćdziesiąt lat nie mogło zatrzeć. W tym obrocie rzeczy, ileż dóbr postradało duchowieństwo! Zaledwie istnieli duchowni, aby ich żądać z powrotem. Pobożność trzeciej dynastii miała tedy jeszcze dosyć fundacji do uczynienia i dosyć ziemi do darowania; powszechne i znajdujące wiarę w owym czasie poglądy byłyby pozbawiły świeckich prawie całego ich mienia, gdyby byli dosyć uczciwymi ludźmi. Ale o ile duchowni mieli ambit, i świeccy mieli go również: jeżeli konający dał, dziedzic chciał odebrać. Widzimy jeno kłótnie między panami a biskupami, szlachtą a opatami; i musiano snać mocno przyciskać duchownych, skoro trzeba im było oddać się pod opiekę niektórych panów, którzy bronili ich przez chwilę, a ciemiężyli potem.
Lepszy porządek, jaki ustalił się za trzeciej dynastii, pozwolił duchowieństwu pomnożyć swoje dobra. Pojawili się Kalwini i wybili monetę ze wszystkiego złota i srebra, jakie znalazło się w kościołach. Jakim sposobem kler byłby pewny swoich majątków? Nie był pewny swego życia. Zaciekał się w dysputach, a tymczasem palono jego archiwa. Na co się zdało upominać się u szlachty wciąż zniszczonej o to, czego już nie miała, lub też co obciążyła na tysiąc sposobów? Kler zawsze nabywał, zawsze oddawał, i nabywa jeszcze.
Rozdział XI. Stan Europy za czasu Karola Martela.
Karol Martel, który zamierzył wyzuć duchowieństwo, znalazł się w okolicznościach najszczęśliwszych; bali się go i kochali żołnierze, on zaś pracował dla nich; miał pozór do swoich wojen przeciw Saracenom; mimo że znienawidzony przez kler, nie potrzebował go zgoła; papież, któremu był potrzebny, wyciągał doń ramiona: znane jest słynne poselstwo, jakie doń wysłał Grzegorz III. Te dwie potęgi były bardzo zgodne, ponieważ nie mogły się obejść jedna bez drugiej: papież potrzebował Franków jako pomocy przeciw Longobardom i Grekom, Karol Martel potrzebował papieża, aby upokorzyć Greków, trzymać w szachu Longobardów, bardziej być szanowanym w domu i umocnić tytuły, które miał, oraz te, jakie on lub jego dzieci mogli przybrać400. Nie mógł tedy chybić swego zamiaru.
Święty Eucheriusz, biskup Orleanu, miał widzenie, które zdumiało panujących. Trzeba mi tu przytoczyć list, jaki zebrani w Reims biskupi napisali do Ludwika Niemieckiego, który wkroczył w ziemie Karola Łysego, ponieważ ten list dobrze ukazuje nam ówczesny stan rzeczy oraz umysłów. Powiadają, iż „święty Eucheriusz, uniesiony do nieba, ujrzał Karola Martela dręczonego na dnie piekła na rozkaz świętych, którzy mają być z Jezusem Chrystusem obecni przy sądzie ostatecznym; że skazano go na tę karę przed czasem za to, iż obłupił kościoły z ich dóbr i stał się przez to winny grzechów wszystkich tych, którzy je wyposażyli; że król Pepin zwołał z tej przyczyny radę; że kazał oddać kościołom wszystko, co mógł odebrać z dóbr kościelnych; że mogąc odzyskać jedynie część z przyczyny swoich zatargów z Wefrem, księciem Akwitanii, kazał wydać na rzecz kościołów listy warunkowe na resztę; i ustanowił, że świeccy będą płacić dziesięcinę od dóbr, jakie trzymają od kościołów, a dwanaście denarów od każdego domu; że Karol Wielki nie rozdawał dóbr kościelnych; że przeciwnie wydał kapitularz, mocą którego zobowiązał się, on i jego następcy, nie dawać ich nigdy; że wszystko, co tu twierdzą, jest napisane, i że nawet wielu z nich słyszało to z własnych ust Ludwika Pobożnego, ojca dwóch królów”.
Zarządzenie króla Pepina, o którym mówią biskupi, wydano na zjeździe odbytym w Leptines. Kościół znalazł w nim tę korzyść, że ci, którzy otrzymali jego dobra, mieli je już nadal jedynie sposobem warunkowym i że poza tym Kościół otrzymywał z nich dziesięcinę i dwanaście denarów od każdej chaty, która wprzód doń należała. Ale to było tylko złagodzenie zła, które istniało ciągle.
Nawet to obudziło sprzeciwy i Pepin zmuszony był sporządzić inny kapitularz, w którym zalecił mającym owe nadania płacić ową dziesięcinę i ową należność, i nawet utrzymywać biskupstwa albo klasztory, pod karą postradania nadanych dóbr. Karol Wielki odnowił zarządzenia Pepina.
To, co biskupi mówią w tym samym liście, że Karol Wielki przyrzekł, za siebie i za swoich następców, nie rozdzielać już dóbr kościelnych między rycerstwo, zgodne jest z kapitularzem tego monarchy, wydanym w Aix-la-Chapelle w r. 803 dla uspokojenia obaw duchowieństwa w tej mierze: ale nadania dawniejsze trwały ciągle. Biskupi dodają, i słusznie, że Ludwik Pobożny trzymał się postępowania Karola Wielkiego i nie dawał dóbr kościelnych rycerstwu.
Jednakże dawne nadużycia zaszły tak daleko, iż za synów Ludwika Pobożnego świeccy mianowali księży w swoich kościołach lub wypędzali ich bez zgody biskupów. Kościoły dzielono między spadkobierców; kiedy zaś utrzymywano je w nieprzystojny sposób, biskupi nie mieli innego środka, jak tylko odebrać relikwie.
Kapitularz kompieński postanawia, że poseł królewski może odwiedzać wszystkie klasztory z biskupem, za zgodą i w obecności tego, który je posiada; i to powszechne prawidło dowodzi, że nadużycie było powszechne.
Nie iżby brakło praw tyczących zwrotu dóbr kościelnych. Kiedy papież wyrzucał biskupom ich niedbałość w odbudowie klasztorów, napisali do Karola Łysego, że nie dotknęła ich ta wymówka, ponieważ nie są temu winni; i powiadomili go o tym, co przyrzeczono, uchwalono i postanowiono na tylu zgromadzeniach narodu. W istocie przytaczają ich dziewięć.
Spierano się ciągle. Przyszli Normanowie i pogodzili wszystkich.
Rozdział XII. Ustanowienie dziesięcin.
Zarządzenia wydane za króla Pepina raczej dały Kościołowi nadzieję ulgi niż istotną ulgę; i tak jak Karol Martel znalazł całe mienie publiczne w rękach kleru, tak Karol Wielki zastał dobra kleru w rękach rycerstwa. Nie mógł kazać im zwrócić tego, co im dano; okoliczności zaś ówczesne czyniły rzecz jeszcze bardziej niewykonalną. Z drugiej strony, chrześcijaństwo nie mogło zginąć z braku kapłanów, świątyń i nauki401.
To było przyczyną, że Karol Wielki ustanowił dziesięciny, nowy rodzaj dóbr, które miały dla duchowieństwa tę korzyść, że skoro je osobliwie dano Kościołowi, łatwo było w przyszłości rozpoznać ich uzurpację.
Chciano dać temu urządzeniu datę o wiele wcześniejszą; ale powagi, które się cytuje, świadczą, moim zdaniem, przeciw tym, którzy je cytują. Ustawa402 Lotara powiada jedynie, że nie będzie się pobierać pewnych dziesięcin403 z dóbr kościelnych. Nie tylko tedy, że Kościół nie pobiera dziesięcin w owych czasach, ale całą jego troską było uwolnić się od nich. Drugi zjazd w Macon, w r. 585, który nakazuje płacenie dziesięcin, powiada wprawdzie że je płacono w dawnych czasach, ale powiada również, że za jego czasu nie płacono ich już.
Któż wątpi, że przed Karolem Wielkim zaglądano do biblii i zalecano dary i ofiary Lewityku? Ale powiadam, iż przed tym monarchą dziesięciny może zalecano, ale nie były ustanowione.
Rzekłem, iż ustawy wydane za króla Pepina nałożyły dziesięciny i odbudowę kościołów tym, którzy posiadali jako lenno dobra kościelne. Było to wiele, zmusić prawem, którego słuszności nie można było zaczepiać, najmożniejszych w narodzie do przykładu.
Karol Wielki uczynił więcej; widzimy, z kapitularza de Villis, że zobowiązał własne dobra do płacenia dziesięcin; był to również wielki przykład.
Ale pospolity lud nie zbyt skłonny jest poniechać swoich interesów pod wpływem przykładu. Synod frankfurcki poddał też pilniejszą przyczyną płacenia dziesięcin. Wydano tam kapitularz, w którym powiedziano, że w czasie ostatniego głodu znaleziono kłosy puste; że pożarły je złe duchy i że słyszano ich głosy wypominające, że się nie płaci dziesięcin; za czym nakazano wszystkim tym, którzy posiadali dobra kościelne, spłacić dziesięcinę; w dalszym zaś następstwie nakazano to wszystkim.
Zamiar Karola Wielkiego nie powiódł się od razu; ciężar ten wydał się nadmierny. Płacenie dziesięciny u Żydów wchodziło w ustrój ich rzeczypospolitej; ale tutaj płacenie dziesięcin było ciężarem niezależnym od ciężarów związanych z ustrojem monarchii. Widzimy w rozporządzeniach dodanych do prawa Longobardów trudności, jakie miał Karol z tym, aby nakazać dziesięciny prawami cywilnymi: z rozmaitych kanonów soborów można osądzić, jak trudno było nakazać je prawem kościelnym.
Lud zgodził się wreszcie płacić dziesięciny pod warunkiem, że będzie je mógł odkupić. Ustawa Ludwika Pobożnego oraz cesarza Lotara, jego syna, nie pozwoliły na to.
Prawa Karola Wielkiego co do dziesięcin były dziełem konieczności: jedynie religia miała w tym udział, zabobon żadnego.
Sławny podział dziesięcin na cztery części, na budowę kościołów, na biednych, na biskupa, na kler, dowodzi, że monarcha ten chciał dać Kościołowi ów trwały i silny byt, który był postradał.
Testament jego świadczy, że chciał do reszty naprawić zło, które wyrządził Karol Martel, jego dziad. Uczynił trzy równe części ze swoich ruchomych dóbr: dwie części kazał podzielić na dwadzieścia jeden działek dla dwudziestu jeden stolic swego państwa; każda miała być podzielona miedzy stolicę i biskupstwa od niej zawisłe. Trzecią część, pozostałą, podzielił na cztery części; jedną dał swoim dzieciom i wnukom, drugą dołączył do dwóch trzecich już oddanych, dwie inne obrócono na pobożne dzieła. Zdawałoby się, że olbrzymi dar, jaki uczynił kościołom uważał nie tyle za czyn religijny, ile za darowiznę polityczną.
Rozdział XIII. O wyborach do biskupstw i opactw.
Skoro kościoły zbiedniały, królowie poniechali wyborów na biskupstwa i inne beneficja duchowne. Władcy mniej kłopotali się o mianowanie sług kościelnych, a ubiegający mniej odwoływali się do ich powagi. Tak więc Kościół otrzymał rodzaj odszkodowania za dobra, które mu odjęto.
A jeżeli Ludwik Pobożny zostawił ludowi rzymskiemu prawo wybierania papieży, był to skutek ogólnego ducha jego czasu: poczynano sobie ze stolcem rzymskim tak, jak z innymi.
Rozdział XIV. O lennach Karola Martela.
Nie powiem, czy Karol Martel, dając dobra kościelne w lenno, dawał je dożywotnio czy na wieczność. Wszystko, co wiem, to że za czasu Karola Wielkiego i Lotara I istniały tego rodzaju dobra, które przechodziły na spadkobierców i dzieliły się miedzy nich.
Znajduję co więcej, że część ich dawano jako właściznę, a część jako lenno.
Rzekłem, że właściciele właścizn zobowiązani byli do służby jak właściciele lenna. To było z pewnością po części przyczyną, że Karol Martel dawał zarówno na własność, jak lennem.