CLI

[Dębowa Góra] 31 stycznia 1870

A to mię złajałaś na koniec, moja Wando! Nie uwierzysz, jakbym się tym ucieszyła, gdyby... Dla mnie jest to aksjomatem najnieomylniejszym, że póty nie przywłaszczymy sobie zupełnie naszych najbliższych, póki ich choć raz nie złajemy porządnie. Pamiętasz, ile razy ci to mówiłam, że mi w stosunku naszym jakiś krochmal ceremonialny zawadza; kiedy więc mogłam zacząć spodziewać się, że, do niecierpliwości przyprowadzona, wykruszysz się z niego na koniec, bardzo miłego doznałam wrażenia. Ale cóż, moja Wandziu jedyna, jednej rzeczy brakło po twojej stronie: maleńkiej, choćby pozornej słuszności, choćby takiej, żebym ją na zachętę do dalszych postępów przyjąć mogła, lecz właśnie oto nie mogę. Wyrzucasz mi, że tak nie w porę cisnęłam oskarżenie moje, przytaczasz mężne i spartańskie postępowanie swoje w dniu owym nieszczęśliwym, jak gdybym ja o dniu, o tygodniu, o miesiącu nawet poprzednio mówiła! Ja całą przeszłość twoją zapozwałam do sądu; wszystkie twoje nie tylko obecne, tak ciężkie i boże smutki, ale te dawne, przygotowawcze do rozstrojenia i katastrofy, te, co cię zmitrężyły aż po dzisiejszą bezsilność twoją, że już prawdziwego ciosu organizmem swoim przetrzymać nie możesz. Ile się na to marzeń i własnowolnie mąconej wody spłynęło, obliczymy kiedyś sumiennie, tylko już nie w tym liście, bo mam cię jeszcze o Szabrańskim320 przestrzec, że to nie najczystsza literacka osobistość. Warto by mieć kogoś znajomego w redakcji na potem. Czy Pawlicki nie dałby ci w danej potrzebie rady i poparcia? Istotnie, szpalty „Biblioteki” byłyby najodpowiedniejsze poważnym tłumaczeniom; trzeba się na to jednak przygotować, że poważne tłumaczenia „zarobku” ci nie dadzą. Zostaw je sobie na zadośćuczynienia własnej szlachetniejszej umysłu potrzebie, a dla zarobku, jako ci wspomniałam, dobrze byłoby ogłosić np. prenumeratę bez pieniędzy, na serię tłumaczeń powieściowych. Rejestr tych tłumaczeń ułoży się i drukiem ogłosi, wzywając amatorów, aby tylko do przedsiębiorącej nadesłali rewersa, to jest nazwiska swoje z zapewnieniem, że w czasie oznaczonym książkę wydaną kupią. O ile się z liczby zgłaszających zysk okaże, o tyle będziesz mogła śmielej u Ojca nakładowego funduszu prawie jako pożyczkę zażądać. Ma się rozumieć, że pierwej trzeba ze ścisłością arytmetyczną obliczyć, ile np. tłumaczone dzieło ma arkuszy, ile będzie kosztował papier, ile druk, ile broszurowanie i tym podobne wydatki. Następnie mieć trzeba obliczoną cenę, po jakiej tyle a tyle egzemplarzy pokryje koszta druku, tyle a tyle na zysk już pójdzie, słowem skombinować, jak by to można najlepiej sprzedawać i mieć pracę godziwie wynadgrodzoną. Taniość jest rękojmią pokupu. Nade wszystko zaś do tego całego interesu (jeśli ma być), trzeba się prędko, a nadzwyczaj po cichu przygotować i z dnia na dzień jak bombę ogłoszenia przez wszystkie dzienniki cisnąć między ludzi, pierwej nim którykolwiek z literatów domyśli się nawet.

I cóż ty na to? Szkic pomysłu z panem Władysławem przedyskutuj, on ci się może i potrzebnych cyfr wystarać. Wolno ci, nawet trzeba, z Julutą i Kazią się naradzić, warto praktycznej pani Matyldy zapytać, byle z wyraźnym do czasu zastrzeżeniem sekretu. Ciekawam, czy się to sklei. Co do mnie, wiem, że większa połowa prenumeratorów „Wędrowca” i tym podobnych pism trzyma je dla powieści. Jestem pewna, że sama powieść bez ramek najlepiej do smaku im przypadnie. W pismach periodycznych częściowa opłata nęci, tutaj za tomy wypadnie jeszcze mniej, a także częściowo. Nie będzie zaś miało charakteru periodycznego, żeby się z rządowymi pozwoleniami nie ubijać; wszakże wolno bez osobnego upoważnienia (byle scenzurowane) książki wydawać.