CXII
10 kwietnia 1868, Dębowa Góra
A to nieoszacowany człowiek, ten wasz szwagier, że takie śliczne umie robić surpryzy. Szkoda tylko, że o surpryzach nie można z góry wiedzieć, a mieć jednak surpryzę. Na ten raz byłabym ja szczególniej doskonale na tym wyszła, bo niezawodnie skusiłabym się choć na jednodniową, usprawiedliwioną we własnym sumieniu wycieczkę do Warszawy; teraz nie mam żadnej ekskuzy — a mam półsiódmej przyczyny, żeby w domu siedzieć i odmówić sobie tego uświęcenia świąt moich, tej uroczystości, którą przy każdym moim powitaniu z ukochanymi obchodzę. Jesteś oburzona zmianą projektów, zaczniesz mi wymyślać może, a ja ci dam naukę moralną, że to jest główną cechą plemion dziecinnych, iż zawsze obecnej chwili przyszłą, trochę dalszą poświęcić są gotowi. Im więcej natura gatunkowa człowieka się cywilizuje, tym dalszą przyszłość ściąga w pobudki działań swoich. Otóż ja także chcę do ucywilizowanych gatunków należeć i dlatego wyrzekam się teraźniejszości wielkanocnej, aby sobie przyszłość lipcową zapewnić. Wyraźnie już uwierzyłam w to, że do Julci razem z tobą pojadę, jeszcze nie mam matematycznego przekonania, ale mam uczuciową wiarę. Kiedy mię pytają, co w lecie robić będę? odpowiadam, że z Wandą w Tatry pojadę i Erazma tam sobie sprowadzę. Kiedy mi proponowano, by do Maryni Ros256... się wybrać, odmówiłam dlatego, że mam z Wandą w Tatry jechać. Słowem, ciągle już o tym gadam i myślę; pewną wcale nie jestem, ale co się nagadam i namyślę, to moje. Dziwna rzecz jednak, starość! Jest rzeczą niezawodną, że na bieżącą osobistą własność moją nie mam żadnej kosztowniejszej nadziei od owego tatrzańskiego projektu; a jednak wiem, że, jeśli przyjdzie do skutku, to mi różne niedobory na jaw powychodzą, nie mówiąc nawet o tym, jak przy codziennym zetknięciu Wanda gorszyć się i dziwić będzie mnóstwem realności w idealnej „Pani” swojej. Ha, trudno; bywa sztuka dla sztuki, miłość dla miłości, nauka dla wiedzy, ja pchać muszę życie dla życia. Kto też to pisze o p. W. Morzkowskiej w „Tyg[odniku] Ilustr[owanym]”? Życie dla życia przypomniało mi „życie za życie”, napisane dla napisania. Należy mi się być wdzięczną autorowi, który mię wraz z panią Sand w jednym i tym samym regestrze „przerażających dzieci” wydrukował. Dostałam się jak Piłat w Credo. Czytaj cały ten ustęp jakoby w nawiasie. Do głównego założenia wracając, powiem ci, że względem umieszczenia Ezima żadnych jeszcze ani nowych, ani stanowczych nie wytworzyłam planów, tylko napisałam do niego, że jest możliwość i jaka jest możliwość, skala od początkowego, przedklasowego nauczycielstwa do administracyjnej lub gospodarskiej rachunkowości. Czekam, co on odpowie.
Zawołano mię na obiad i nim wstaliśmy od stołu przyniesiono pocztę, tj. listy i gazety. Listy nie dla mnie, gazety o tyle dla mnie, że się dowiedziałam, jako pani Jodko257 z pannami Grabowskimi, Zofią i Marią w kościele XX kwestować będą. Zresztą nic, nic, co by mnie tak bardzo obchodziło, nawet Almy z „Bluszczu” nie wyłączając. Czytasz Almę? Zdaje mi się, że przewiduję sens moralny — jak rozumna, cnotliwa Alma, po wielu poświęceniach i dowodach stukaratowej zacności, przezwycięży urok namiętniejszej kochanki, co ostatecznie pięknej i bogatej kobiecie niezbyt trudną podobno rzeczą. Oryginalniej byłoby stawić w zapasy brzydką i ubogą, ale świętą jak wszystkie kanonizowane z kalendarza, nawet pozwalam z historii. To by dopiero było trzeba talentu, żeby tak grube niepodobieństwo ludziom dać przełknąć; czemu mi to dawniej na myśl nie przyszło zamiast Poganki. Co za źródła pociechy dla tłumów mnie np. podobnych, gdyż nie uwierzysz, moja Wando, z jaką ja dobrą wiarą umiem czytać powieści. Jak zamknę książkę i rozmawiam tylko o przeczytanej rzeczy, to co innego, lecz póki czytam, nigdy nie przeczę, że tak było lub być może. Dajmy więc na to, że dwadzieścia, ba (za mało) trzydzieści lat temu, spotykam pięknie z talentem napisaną powieść, w której biedna i brzydka, ale doskonałości idealnej kobieta górą w męskim sercu staje nad piękną, realną kochanką. Co za zachęty!... Niestety! dajmy pokój powieściom, nie mnie o nich marzyć, toć nawet tej głupiej Kasi i Marynki skończyć nie mogę; ani skrobnęłam piórem, ani arkuszy nie rozwinęłam od ostatniego naszego posiedzenia. Strach, bo i zapomniałam, co dalej iść miało; czy ty sobie nie przypominasz?... Muszę cię tylko przestrzec, że najczęściej, gdy o powieściach i literaturze piszę do ciebie, to zupełnie co innego mam na myśli, tylko że łatwiej gawędzić na takim komunalnym gminnym gruncie, niż w stanowcze słowo ująć osobiste, wyłącznie osobiste zapytanie, sięgnąć po własność prywatną. Jednakże i gawęda niezręcznie się snuje z owym podnurtem w inną stronę biegnących myśli. Lubię ja się w szczegóły, w drobiazgi najdrobniejsze bawić, lubię, lubię gawędzić, tylko muszę być pierwej spokojną o ważniejsze przedmioty. Jak tu, u licha, pisać, że to lub owo przeczytałam, takich lub owakich ludzi spotykam, kiedy mi przede wszystkim byłoby trzeba się spytać: Wando, co tobie... Czy ty?... Czy on258?... Czy już nie?... Czy nigdy tak... Czy... Oj, dziewczyno, twoja wina, że do Soczewki nie pisałam jeszcze; nie lubię grać w ciuciubabkę, a tym mniej być bąkiem rozbijającym się o szyby, drącym pajęczyny... na ślepy traf rzucić czasem słowo, które mogą komentować — nie — nie — nie cierpię — a tak mi życie zeszło — całe długie życie.
Czy pan Matematyk rozgadał się z panem Marszałkiem259 i jak też obadwa się osądzili wzajemnie? Co jeden o drugim, nie urzędownie, ale tak poufnie zawyrokował? Zapomniałam jeszcze Świąt wesołych wam życzyć, dopiero wraz z p. Władysławem przypomniało mi się Alleluja — więc niech będzie Alleluja.
Sewerynowi możesz powiedzieć, gdy się z nim jajkiem święconym będziesz dzieliła, że zupełnie to samo o nim myślę, co rok temu, gdy list do niego pisałam, + o rok; — wszak umiesz czytać znaki arytmetyczne: +, to się mówi więcej, a zatem myślę, że to samo, z przydatkiem czasu jednego rocznego.