CXI

[Dębowa Góra] 30 marca 1868

Coś strasznie smutnego z tobą się dzieje, moja Wando kochana, kiedy się na takie długie zawzięłaś milczenie. Byłabyś mi mogła oszczędzić wielu karykaturalnych przypuszczeń i długiej a najnieużyteczniejszej pracy umysłowej zmarnowanej na tworzenie, zbijanie, dowodzenie i usuwanie coraz to innych domysłów, gdybyś umiała rozmawiać. Ale to bieda z tobą, że czasem tylko zdarzają ci się dobre wypowiedzenia chwile, a w czasie ostatniej mojej bytności nie zdarzyła się żadna. Moja w tym wina zupełnie do współki — przyznaję się i w piersi biję, lecz z innych trochę wynika powodów. Kiedyś może rozstrząśniemy tę sprawę, dzisiaj nie ma czasu, bo trzeba ci wiedzieć, że najniespodziewaniej w świecie zwiastowano mi okazję do Warszawy dziś odchodzącą, więc jeszcze trzeba różne interesy załatwiać i książki pakować, te, co odesłane być mają. Z waszych jeszcze żadna; ledwo trochę Szekspira uczytałam. Mam pod ręką do pomocy tłumaczenia de Laroche. Już co prawda, to Szekspir po francusku strasznie niezgrabnie wygląda, jak gdybyś ty się za p. Lucynę Ćwier[ciakiewiczową255] przebrała lub p. Jabłonowski za Sztramera. Wszak do tego czasu poznałaś się z p. Jabł[onowskim]? Ogłaszają teraz reformę sądownictwa; chciałabym wiedzieć np., w jakim stosunku może być ona do Seweryna; bo w jakim stosunku Seweryn do niej, to zostawiam sobie na wakacyjną w Soczewce pogawędkę; tylko teraz na żywym przykładzie lepiej bym zrozumiała, o co chodzi.

Tak się na samą siebie zawzięłam o to, że nie miałam żadnego poczciwszego, dłuższego listu z Warszawy. Od ciebie była krótka ćwiarteczka z obietnicą dalszego ciągu, tak się więc oto zawzięłam, że się już chciałam zupełnie z listomanii wykurować i wszelkie korespondencje zawiesić. Pokazuje się jednak, że w późnym wieku niemożliwe są reformy. W ciągu dni dziesięciu każda z żegnających miała do mnie napisać, tymczasem w ciągu czterech tygodni — wszak czterech? — a może już sześciu? — odebrałam dwa bileciki: od ciebie jeden, drugi parę dni temu od pani Matyldy. I miejże tu z czego ekspensować na codzienne choćby wydatki! Jestem zupełnie, co się zowie, do niczego — ledwo mnie trochę obudził list od Erazma. Zaraz do Julii się zgłosiłam, żeby przez ciebie potrzebnych informacyj zasięgnąć: spodziewam się, że interesu przynajmniej nie zaniedbasz i pisać będziesz.

Nie wiem, czy też zauważyłaś, Wando, jaką miałam w wagonie towarzyszkę podróży — ładna osoba naprzeciwko siedząca. Zaintrygowała mię jak na maskaradzie najestetyczniejsze domino. Chciałam czytać i miałam w zarękawku angielską powieść Bulwera; otóż wcale nie czytałam, tylko cały czas rozmawiałyśmy i kiedy w Skierniewicach przyszło wysiąść, to rozstałyśmy się na oświadczeniu wzajemnej przyjemności. Ciekawam, kto ona? wiem tyle — mężatka — nie ma dzieci — lubi muzykę — mieszka o cztery mile od Łowicza — jestem pewna, że ją kiedyś jeszcze muszę spotkać. Ot, słuchaj, Wando; przyszła mi myśl, ale to literalnie przyszła jak błyskawica w tej właśnie chwili. Juluta obiecała się na parę dni Paulince w samym Wielkim Tygodniu, czy ty nie mogłabyś jej towarzyszyć, gdyby p. Ignacy pozwolił? Prawda, są wielkie do przełamania trudności, niepodobieństwa. Jeszcze nigdy czegoś podobnego nie zrobiłaś przed samą Wielkanocą — jest kolej żelazna nie bardzo pewna, „pełne zwierza bory i pełno zbójców na drodze”; z tym wszystkim, gdyby pogoda i pozwolenie p. Ignacego? Myśl lub raczej nie — broń Boże nie myśl — zrób. Najsłodsza Zosiu, najśliczniejsza Maniu, przyczyńcie się za mną!