CXIX
[Dębowa Góra] 19 października 1868
Po tych kilku słowach, któreśmy z sobą zamieniły na kolei, wbrew twojemu zaleceniu, abym o tobie nie myślała, ja właśnie ciągle myślę i ciągle z tobą, Wando moja, rozmawiam i zdaje mi się, że ci mam wiele bardzo do powiedzenia, a jednak gdybyśmy razem były, nie ufam sobie, czy bym mówiła. Jakiś diabeł niemoty mię opanował w przydatku do wszystkich innych diabłów, które mi słowa w ustach przekręcały, ile razy się odezwałam w najważniejszych chwilach mego czy nie mego życia. Dość, by szło o coś takiego, na czym mi tyle zależało, ile Ryszardowi III na dostaniu świeżego konia, wnet wyrazy plątały się jakby przypadkowo z dykcjonarza wycięte karteczki. Cóż z tego, że, według mojej osobistej wiadomości, każdy się odnosił do jakiegoś szeregu od dawna lub nagle rozwiniętego szeregu myśli, kiedy ja sama słyszałam, jak to nie do sensu brzmiało. Jest temu bardzo prosta przyczyna. W epoce tworzenia się nawyknień, układania tego, co charakter stanowi, nie zdarzyło mi się z ufnością mówić o sobie i z siebie. Różne, różne złożyły się na to przyczyny. Trochę ludzie temu winni, trochę też ja winna; nie mniej jednak, choćby mię dzisiaj najprzyjaźniejsze otoczyły okoliczności, choćbym wierzyła wiarą niezachwianą, że tak mię słuchają w prostocie ducha, bez komentarzy, co do słowa, jak ja bym ukochanych moich słuchać się podjęła, jeszcze, jeszcze bardzo wątpię, czy bym się na płynne a jasne wypowiedzenie zdobyła; teraz szczególniej, gdy do mnóstwa oniemiających trudności przybyło jeszcze owo wiecznie na tle każdej myśli, w poddźwięku każdego słowa tkwiące: „abo to prawda?... w najlepszym razie: „abo się to na co przyda?”... Czasem łatwiej mi się było wypisać; teraz, jak listy zaczęły ze wszech stron ginąć na pocztach, i ta szansa przepadła. Nieraz już spostrzegłam się, że gdy do listu zasiądę, to dłużej zastanawiam się nad tym, czego nie trzeba powiedzieć, niż nad tym, co bym powiedzieć mogła. Ale dzisiaj, choćby mi tę wątpliwość zupełnie z głowy usunięto i najwierniejsze dojście listu zaasekurowano, pewnie by to niezbyt wiele pomogło. Strasznie durzeję, moja Wando jedyna; nie martw się tym, ani też nie tłumacz na jakie świetniejsze wyrazy: powinna bym była raczej jeszcze dobitniejszego użyć. Nie smutek to, nie zmartwienie moje, tylko najzwyczajniejszy stan osłupiałości, w którym się na nieśmiertelność pewne organizmy zabalsamować mogą. Widziałam kilka takich mumijek niespożytych; coraz oczywiściej się przekonywali, że z ich gatunku jestem. Bądź co bądź, en voie de formation267 dopiero i dlatego tęschno mi do ciebie; chciałabym mieć cię z sobą nie na dzień, nie na tydzień nawet, ale na jakiś kawałek życia. Może by przyszła chwila i godzina, w której obiedwie wychyliłybyśmy się spod zaklęcia sztywności, niedowierzania, zająknień, niedomówień, omówień, itp.
Jak to musi być trudno porozumieć się o cokolwiek na tym biednym świecie, niech ci stanie za przykład, że oto nawet względem mego przyjazdu do Warszawy z Julutą się porozumieć nie mogłam. Wyraźnie przecież miałam czekać, jak odpocznie po swojej podróży i po instalacji p. Różyckiej, a tu z wczorajszego jej listu widzę, że na mnie w ciągu tego tygodnia oczekują. Właśnie ten tydzień zapełnił się przyczynami zatrzymującymi mię w domu. Pani Polcia wyjechała w Radomskie, pani Lewińska wybiera się do Pszczonowa, a tutaj zostaje tylko pani Wituchna jeszcze bardzo mizerna i co dzień prawie na lżejsze lub mocniejsze kurcze cierpiąca. Tak więc tydzień bieżący z powodów miejscowych, tydzień przyszły dla zakrętu przy nowosiedzinach u Julii są wykreślone z projektów; dopiero na Wszystkich Ś[wię]tych, jako mówiłam, otwiera się perspektywa — i pomyśleć sobie, że was wszystkich pewnie chorych zastanę! I pomyśleć, że wy wszyscy prędzej ode mnie pójdziecie sobie, a ja nie będę miała z kim wspominać nawet.