CXX

13 listopada 1868, Dębowa Góra

Wando moja kochana, będą u ciebie złożone różne książki, które ty właścicielom pooddajesz. To jeden interes. Dowiesz się od pani Rodys, czy można uzyskać na poczcie jakikolwiek ślad przesłanych dwa lata temu, właśnie o tej porze, Zdzisławowi268 pieniędzy. Odkryło się tam jakieś jakiegoś urzędnika nadużycie; jest fundusz, z którego poszkodowanym zwracają, więc już ze trzy razy pisał do mnie, bym go dowodem zaopatrzyła, a ma nadzieję odebrać. To drugi interes. Czy się od pani Ilnickiej nie dowiedziałaś, gdzie teraz Wohl się znajduje? To trzeci interes. Spodziewam się, masz ich dosyć na jedną okazję.

Co do rzeczy zupełnie bezinteresownych, powiem ci, że rada bym się umieścić w jakim szpitalu „des incurables”. Miałam nadzieję, że mi pobyt w Warszawie posłuży nieco, ale się okazuje zupełnie bezskutecznym. Gdybym choć smutną była, to już bym wolała; najgorsza bieda w tym właśnie, że nic mię radykalnie, do głębi duszy ani zasmucić, ani zdziwić, ani oburzyć nie może. Sama na sobie doświadczyłaś tego po części. Gdybym dawniej taki najosobistszy współudział miała w losie twojemu podobnym, jak mam w twoim teraz, co bym to ja z niebem, piekłem i ziemią nawojowała! Dzisiaj ponad wszelkim sądem góruje owo martwe, nieuchylone; „tak zwykle bywa”. Wiatr wieje, woda płynie, ci, których kochamy, umierają, ci, w których wierzymy, zawodzą — oddaleni zapominają. Cóż na to poradzić — tak zwykle bywa. Ból zębów jest okropną torturą, ale iluż spotkasz ludzi, co na zęby nie cierpieli? Zdaje mi się, że gdybym w przeszłości miała choć jedno wspomnienie, które by mi zaświadczyło możliwość jakiego zrzeczywistnienia, uniknienia, zapobieżenia; gdybym wiedziała, jak to bywa, kiedy kto posiędzie i zatrzyma — kiedy co zamierzy, wykona — co traci, odzyska, może by mi więcej czynnych władz w duszy zostało. Ale kiedyć269 to już tak rzadkim i osobliwym przywilejem, żałuję tylko, że wcześniej nie otrząsnęłam się z różnych mistycyzmów moich religijnych i uczuciowych. Gdybym wtenczas była przyszła do zrozumienia wszelkich praw statycznych i statystycznych, podług których ludzie się roją w ludzkości, zdaje mi się, że byłabym z nich coś lepszego zrobiła niż obecne niedołęstwo moje. Mam nawet pewien idealik spokoju a pracy, do którego byłabym doszła z pewnością. Bo mój spokój nie byłby wcale orientalnym fatalizmu przyznaniem, tak jak i moje uznanie prawa nie jest uznaniem konieczności tylko: innymi cyframi zapisałabym życie całe. Czy możesz sobie wyobrazić umysł od chwili pierwszego rozwinięcia wprawiający się do tego, by nie uważał za nieszczęście tego, czego zmienić nie może; a jednak by wiedział, że mu się godzi starać o wszystko, czego pożądać i potrzebować jest zdolny? Przyjąć śmierć i niski stan natury gatunkowej człowieka za fakta, nie usuwając zdrowia i udoskonalenia z celowych zadań swoich. Daleką i bezpieczną drogę ubieży, kto z tego punktu wyjdzie. Mnie już na nic się takie wiedzenie nie przyda; nabyłam pełno szkodliwych, wręcz przeciwnych temu nałogów. Przede wszystkim zgubny nałóg obcowania za pan brat z Panem Bogiem. Jak mnie o Nim wcale powszedni ludzie wiele rzeczy z niezachwianą pewnością powiedzieli, tak ja też wciągnęłam się różne inne równie pewnie twierdzić i przeczyć; żyć w ciągłej konserwacji, w ciągłych wnioskach o Tym niepojętym — Nieznanym. Czy pamiętasz, co nam p. Kwietniewski o Hejne-Wrońskim270 mówił i o prawach matematyki, która żadnego dowodzenia na nieskończoności nie opiera? Równie zdradliwą jest rzeczą wszelką ludzką prawdeczkę na Bogu zaraz opierać. Zużywa się Go; a jeśli nie czci zabobonnie, w suszach i słotach, febrach i cholerach jak panteistki sentymentalne z Honorata szkoły, to się mu proces wytacza jak Bayrony jobowe. W sentymencie i w procesie przyzwyczaiłam się do pewnych ruchów myśli, z których teraz otrząsnąć się nie mogę; a że stoję na innym gruncie, w innej atmosferze, więc ich i wykonywać nie mogę także; a do nowych zbyt późno żeby się nałożyć. Gdy zwykłe tkactwo musiało miejsca machinom parowym ustąpić, cała warstwa starych robotników z głodu pomarła, bo nie byli już do nowych zatrudnień sposobni; ja także nie jestem już sposobna do życia bez tych mnóstwa aforyzmów, którymi się przez pół wieku karmiłam; nie mogę w sobie dość żywego zajęcia dla pary i najpyszniejszych lokomobil wyrobić. Stare krosna mię nie pociągają, bo wiem, że nic nie warte; nowe nie ciekawią, bo wiem, że się na nich pracować nie nauczę. Ani ty, Wando, nie wyuczysz; dlatego widzę, że i ciebie, jako mnie, życie zmiele w ciężkich żarnach na same żale, oburzenia, tęschnoty, póki nie zmiele na nic. Gdybym mogła ci zadysponować taki stan duszy, jakiego bym sama dla siebie pragnęła (przypuściwszy, że według prawa faktów, z tych samych materiałów, które mi dane niegdyś były, miałabym na nowo biografię moją układać), to bym ci zadysponowała ogromną jaką naukową ciekawość albo filantropijną instytucję! Jestem pewna, że miss Martineau nigdy na żadną serdeczną rozpacz nie cierpiała — i mężczyźni rzadko cierpią; nie dlatego, że mają co innego do roboty, ale że mogą coś zależnego od siebie ukochać — polowanie — matematykę — kobietę — mniejsza o to, byle umysł zaprzątnąć tym, co naszej woli podległe. Były chwile w moim życiu, kiedy miałam taką władzę w sobie, ale to wszystko o złe przywyknienia duszy się rozbiło. Oj, mistycyzmy! mistycyzmy — a ideały — ideały. Dwa są groźne niebezpieczeństwa: szukać ich w drugich lub wcielać w samego siebie. Zdaje mi się, że jeszcze więcej przez drugie niż przez pierwsze ucierpiałam — i nagrzeszyłam. Od tego poobiedzia, któreśmy razem przegawędziły, ciągle gdy myślałam o tobie, snuła mi się równolegle moja własna historia i opowiadałam ci ją w myśli z różnych punktów poglądowych — a zawsze w końcu mi wypadło, że ci się to na nic nie zda. I mój list dzisiejszy na nic ci się nie zda, i może go nawet nie zrozumiesz: tak jest pisany, jak gdyby rachunek w ogólnych sumach tylko przedstawiony, temu, któremu sprawozdanie z obrotu funduszów się należy. Chyba tym mię uwzględnisz, że do nikogo pisać nie mogę i tylko do ciebie mogłam się choć na te kilka nonsensów zdobyć. Przez litość, Wando, staraj się żyć za mnie, bo ja już za siebie nie mogę.