CXXXIV
6 maja 1869, Dębowa Góra
Jeśli chcesz wiedzieć, moja Wando, co teraz robię? to ci powiem, że po odjeździe Juluty ciągle się wybieram do Krakowa i Ludzimierza. Zdaje mi się teraz, że nasz projekt niezawodnie przyjdzie do skutku. Trzeba przyznać, że są pewne osobistości, które z sobą taką jakąś ułatwiającą atmosferę niosą, że po ich choćby tylko przesunięciu się przez życie, wszystko zdaje się takim możebnym, takim wykonalnym, jak gdyby przeszkód nie było na świecie. Pierwej mówiłam sobie, że pojadę; ale tak jeno, dla zagawędzenia duszy; jak nieraz już mówiłam, że wybiorę się do Egiptu, popłynę do Ameryki, wejdę na wieżę luterskiego kościoła — brakło tylko ostatecznie wyznaczonego terminu. Juluta przyjeżdża, zaraz bierze pod uwagę, czy lepiej w końcu czerwca, czy na początku lipca wyjechać — naradza się o paszporcie, o sprawunkach — słowem, z legendy tworzy historyczne przedsięwzięcie — aż uwierzyłam, że będę u Julci i w Tatrach. Nim to jednak nastąpi, powiedz mi, moja Wando kochana, co ci na tym zależy, abym ci koniecznie Hejnego wiersze tłumaczyła? Gdyby ci były potrzebne na jaką cytację w środku powieści, gdyby i na motto rozdziałów, zrozumiałabym to może; ale tak, istotnie gustu twego wytłumaczyć sobie nie umiem, zwłaszcza, że znasz dobrze język niemiecki i możesz poezji jako poezji daleko lepiej w oryginale użyć. Jeszcze też gdy przy ostatniej przesyłce domagasz się, aby prędzej tłumaczenie wyspieszyć, to już mię zdjął śmiech pusty. Gdybym miała nałóg głośnych monologów, to pode drzwiami mógłby kto był usłyszeć, jak cię apostrofuję: „Wando moja droga, co ci na tym zależy, czy po polsku, czy po niemiecku czytasz Hejnego?”. Mnie np. bardzo na tym zależało, aby Hertę po polsku przeczytać, bo po niemiecku nie rozumiem; ale tobie! Być może zresztą, że kiedyś tam przyjdzie mi taka chwila, w której zachce mi się pożyczyć jakiegoś wyrażenia od twego ulubieńca; że zaś niepodobna mi się z germańskimi dźwiękami pogodzić, więc je sobie na swoje własne przerobię — ale teraz — gdybyś wiedziała, co za katar mnie męczy, gdybyś wiedziała, jakam teraz niepiśmienna — gdybyś wiedziała, co mam innej roboty przed czerwcem (a nic nie robię) — gdybyś wiedziała — ach! to byś chyba kochać przestała. Na czwartkowe święto wszystkie tutejsze panie wyjeżdżają z wizytami: jedna do Rawy, gdzie biedna Rózia Malinowska umiera na suchoty — wszak słyszałaś przecie o Rózi Malinowskiej? — drugie z dziećmi do Pszczonowa, a ja zupełnie sama na te cztery dni zostaję, ażeby wciągnąć się do pracy. Nie wiem, jak to się da z chustkami do nosa w zgodny stosunek ułożyć. Kiedy zaś mówię o pracy, to nie wyobrażaj sobie, że ma najmniejszy z autorstwem moim związek, bo twoja wyobraźnia gotowa by zaraz ku niepodobieństwom ulecieć. Są przecież różne prac gatunki — dowiesz się później — a teraz mówmy lepiej o Hercie. Wnioskujesz, że mi się nie podobała. Jest to przez większe pół zupełną z twojej strony omyłką. Herta kobieta bardzo mi się podobała; gdybyśmy się z sobą spotkały, to niezawodnie tak byśmy z sobą żyły w przyjaźni jak z tobą, Wando, i z Julutą — bo Herta najniezawodniej żywcem z całej ciebie i z niektórych usposobień Juluty złożona. Ale Herta powieść, to już ci wspomniałam, że ma za mało zdarzeń, a za wiele morałów. Te morały, imieniem Fryderyki Bremer osłonięte, bardzo dobre mogą zrobić wrażenie, mogą się nawet przydać wielu młodym i chętniejszym do walki z życiem umysłom; ale niech cię nie dziwi, że się już echem równie żywego współczucia w mojej zmęczonej, apatycznej naturze nie odbijają. Jest, prócz tego, pewna niekonsekwencja w przeprowadzeniu całego toku wypadków odnośnie do wymarzonej zasady. W snach swoich Herta najświetniejszym obrazkiem stawia sobie otrzymaną u króla audiencję i wszystkie piękne rzeczy, które mu o losie kobiet rozpowiada. Otóż król nic a nic innego by nie uczynił dla niej, w najlepszym razie tylko by jakieś prawo postanowił. Otóż pokazuje się, że już jest, że już musi być artykuł kodeksowy zasłaniający dzieci przeciw złej woli rodziców, kiedy ów przyjaciel Herty, p. Ledna radzi jej, aby się do opieki trybunatów odwołała. Gdyby Herta była ugruntowaną w wierze swojej emancypacyjnej, to by się wcale przed tą radą nie cofnęła, bo śmieszną, dziecinną jest rzeczą nowe prawa stanowić, gdy się wszystkiego, co jest sprawiedliwym, w dawnych nie zna, nie użyło, nie wyzyskało. Swoją drogą przypuszczam, że bym zrobiła tak samo, by procesu uniknąć; ale wtedy nie uskarżałabym się przynajmniej na kodeksa, ani bym króla o nowe ustawy prosiła. Przeciw chciwości, zbrodniom, nadużyciom itp. w żadnym kraju litera martwa, ani nawet dobrze uorganizowana straż bezpieczeństwa się nie obroni; masz karę, ale nie możesz nawet przypuścić, byś jakąś prezerwatywę294 znaleźć mogła; trudna sprawa ze złem ludzkich charakterów; a Herta więcej z takim złem właśnie niż ze złem ustaw społecznych jest postawiona w kolizji. Jeśli się mu oprzeć nie umie, to w jej znowu charakterze, a nie w konieczności losu przyczyna tkwi. Jedynym słusznym zażaleniem Herty jest jej skarga na brak gruntownej nauki; chociażby i tutaj zrobić można uwagę, że nie zakaz prawny, tylko raczej zwyczaj przedawniony więcej na przeszkodzie stają. Najlepszym tego dowodem założona przez Hertę szkoła: nikt się jej nie sprzeciwił urzędownie, chociaż gadano i plotkowano z początku. Aleć to już zwykła kolej rzeczy: kiedy się ludzie żenią, także bez plotek się nie obejdzie. Jest coś upokarzającego nawet mówić o tym ze smutkiem serca; chyba czasem ze śmiechem anegdoty wolno; ale gdy już o ważniejsze przedsięwzięcie chodzi, kto się na plotki ogląda, kto z językami kumoszek w dysputy zachodzi, ten sam kumoszką. Już to nie pierwszy raz o tym mówimy, Wando, że, według mego przekonania, kobiety nierównie więcej zwyczajem i własnymi przywyknieniami uciśnięte niż jakim bądź prawem; jeśli która nie może znaleźć użytecznego zastosowania swoich zdolności, jeśli jej zarobku i pociechy sumienia braknie, to na mocy tych samych przyczyn, na mocy których niejeden zdatny rzemieślnik głodem czasem przymiera lub do fabryki tej lub owej dostać się nie może; jest to szereg zupełnie innych fenomenów. Wolno nam jest nawet u nas daleko więcej niż możemy. Kto by mi zabronił otworzyć redakcję jakiego pisma; ogromadzić koło siebie wybranych moich poczciwych i rozumnych kółko; wpływać na opinię, garnąć młodsze pokolenie, kształcenie im ułatwiać? Zaiste nikt by mi tego, nawet Witkowski ani p. Własów nie zabronił; jeśli tak nie robię, to więc przede wszystkim moja wina — we mnie powód. Powinna byś raczej wziąć tę stronę kwestii pod uwagę, gdy będziesz co sama z siebie wydobywała, a tymczasem za panią Bremer odpowiedzialną nie jesteś. Słyszałam od Juluty, że przez Kazię do Jenikiego295 ma pójść twój manuskrypt. Ale zaraziłaś mię swoją nieufnością; opowiadam sobie, jak to się nie powiedzie, a zawsze w tej pod-myśli, że jak na koniec tytuł wydrukowany zobaczę, to się jeszcze więcej ucieszę.
A czy pozdrowiłaś ode mnie Seweryna? Mam nadzieję, że choć na krótko wszystkich was widzieć będę.