CXXXV
11 maja 1869, Dębowa Góra
W tej chwili twój list czytać skończyłam i zaraz ci odpisuję, żeby coś bardzo ważnego powiedzieć. Oto masz wielkie szczęście, że się w pożądanym zdrowiu urodził syn296 twojej siostrze takiej jak Mania i twojemu szwagrowi takiemu jak pan Władysław, co znaczy dobrym, poczciwym, rozumnym i kochającym się rodzicom, bo inaczej byłabym się okropnie zadąsała na moją jedyną, która mi nigdy dotychczas nie dokuczyła, Wandę. Lecz przy takiej okoliczności wszystko trzeba przebaczyć i wszystkiego złego zapomnieć; nawet tego, że mię posądziłaś, jakobym z ciebie przed Matyldą żartowała, i że co o moim nieusposobieniu rymoróbnym mówiłam, przetłumaczyłaś na swój język: „Hejne panią nudzi?”. Ach! kobieto, dziękuj Bogom, że wierniej Hertę przetłumaczyłaś; gdybyś zawsze trzymała się tego zwyczaju w literaturze, przypomniałabym ci włoskie wyrażenie „traduttore, traditore297” i nigdy pewnie na myśl by mi nie przyszło... ale o tym potem. Teraz co do twego siostrzeńca: wielka moja pociecha, że się Stanisławem nie będzie zwał. Wiesz przecie, że to jedno z najmniej lubionych, jedno z wcale nawet nielubionych imion przeze mnie. Nawet wszelka życzliwość dla rodziny twoich kuzynów i mojej własnej nie mogła pierwiastkowego powziętego uprzedzenia przezwyciężyć. W rzędzie najpierwszych Stanisławów, którzy się w pamięci mojej odcisnęli, był Staś Okęcki, jeden pochmurny lokaj mojej siostry i jeden jeszcze obywatel jąkający się. Mam dwóch siostrzeńczych wnuków tego imienia — nic nie nada — sympatii ani w ząb. Bardzo mię to cieszy tedy, że syn Maryni Stanisławem nie będzie; pomyśl tylko — patron! z historycznego fałszu. A przypominam ci jeszcze, że ten rok jest wiekowym jubileuszem Napoleona, kiedy sto lat temu urodził się fenomen „zdolności ludzkiej”: czas przecie, aby fenomen zasługi ludzkiej się zjawił. Z rozumem na pożytek bliźnich, z możliwością na ich szczęście, z ukochaniem na ich dobro. Ciekawam, czemu taki właśnie przyjść by nie mógł na świat w Warszawie na ulicy Widok — wszak Widok? czy Nowogrodzka? mniejsza o to — kiedy przed stu laty mógł się na wyspie Korsyce urodzić? Wszakże ten ma niezawodnie jeszcze więcej wykształconego ojca i jeszcze inteligentniejszą matkę, dodając do tego wrodzonej dobroci rasowość i żywioł miłości w pierwszym pokarmie — to już reszta kwestią losu... tylko losu. Ale tymczasem, nim na wielkiego człowieka wyrośnie to małe dzieciąteczko, w czoło je ode mnie pocałuj, a matusię uściskaj i ojca pozdrów najserdeczniej. Co im się też w głowach roi o przyszłości pierworodnego? Nie pytaj, ale podsłuchaj i mnie powiedz — lecz im nie powiadaj, co ja ci tutaj nagadałam, bo śmieliby się i to by dziecku zaszkodziło.
Teraz, moja Wando, ubijam się z sumieniem, czy ci powiedzieć szczerze, co myślę o różnych redakcjach, czy nie powiedzieć? Oto, przez miłość chrześcijańską, jeszcze nie powiem, ale dam ci temat do rozmyślania. Gdybyśmy też założyły same jaką redakcję na własną rękę, juścić ja bym tylko „firmą” była, gdyż po pięćdziesięciu latach pewnie się już nie wciągnę do „akuratności”, na której przez całe za długie życie moje, ani mnie, ani nikomu z moich nic nie zależało. Jednak mogłabym ci wskazówką, czasem bezimienną pracą dopomóc; raz ty byś kanwę przygotowała, drugi raz ja dla ciebie, i tak niósł ślepy kulawego. O Jezu, nie posądzaj, żebym cię za ślepą lub kulawą uważała. Był mi w myśli koniec raczej niż początek przysłowia: „dobrze im się działo”. Nie bardzo ja tam ufam, żeby nam się dobrze działo, lecz choćby dlatego, by mieć prawo ludziom powiedzieć: „oto wzięłam się do pracy, lecz praca nie chciała się wziąć do dobrego skutku”. Jest pewna spokojność sumienia. Dla ciebie strach większy, bo ty jeszcze masz prawo wymagać od życia, by się czym wypłaciło; ale mnie już żadne niepowodzenie za żyły serdeczne nie targnie. Prędzej bym się zmartwiła, gdyby poczciwe oczy nieprzychylnie na mnie spojrzały, niż gdyby sto moich artykułów odrzucono lub dziesięciu prenumeratorów nie znalazło się na moje wydawnictwo. Byle długów nie zaciągnąć — rozbierzemy lub damy komu praktycznemu do rozebrania plan możliwy. Nie jestem jednak za pismem literackim dla dzieci — jest dosyć tego, co jest — na konkurencję ani mnie, ani ciebie nie stać — zresztą żadnej konkurencji nie lubię — nawet emancypacja kobiet o tyle mię zraża, o ile ją wywołują. Lubię przede wszystkim wywołać nową potrzebę — lub pierwej wywołanej zadość uczynić. Zdaje mi się, że teraz Nauka jest już trochę potrzebą kobiet; chciałyby ją mieć pod ręką, a nie są do niej przygotowane. Zdaje mi się, że byłoby więc miejsce — na pismo czasowe —
[odtąd z odpisu W. Żeleńskiej]
...które by przyniosło to, czego potrzebują umysły na moją i twoją skalę, a raczej czego byłyby potrzebowały, gdyby im się Pan Bóg pozwolił urodzić na początku przynajmniej reformy edukacyjnej. Więc by to było pedagogiczno-naukowe zarazem, żebyś lepiej zrozumiała, więc przykład naprędce: Jak się uczyć historii? Jak pracują ludzie, którzy chcą przysporzyć wiadomości historycznych? Program dzieł historycznych, które znać trzeba, żeby wiedzieć, na jakim stopniu dziś nauka historii stanęła lub co podobnego. A ćwiczenia władz umysłowych. A teraz nauki ścisłe — A to, co o prawie trzeba wiedzieć, co się należy do jasnego poglądu na obowiązki i dla bezpieczeństwa interesów. Ot, w Ludzimierzu przygotowałybyśmy cały spis przedmiotów i tytułów, potem wzięłybyśmy na pomoc uczonych specjalistów, przygotowały jednoroczny zapas i dalej w próbę. Co? Jak myślisz?