LI

[Lublin] 6 stycznia 1866, niedziela

Zmieniły się różne zewnętrzne okoliczności i znowu przez czas jakiś dłuższych listów nie będę mogła pisywać; ale że raz po raz mam ci coś do powiedzenia, więc sobie na stoliku położę zawsze kartkę białego papieru, żeby ci chociaż notatkę przesłać tych różnych rzeczy, o których bym pisać chciała — według tego, jak co na myśl przyjdzie. Dzisiaj przede wszystkim muszę ci donieść, że miałam list od Seweryna, w ostatni dzień roku pisany — trochę pocieszający, dosyć długi, a bardzo, bardzo poczciwy. Nie może zaprzeczyć dobroczynnemu wpływowi klimatu, czuje się wyraźnie zdrowszym, ufa w dalszą przyszłość swoją. To jest, co ja nazywam trochę pocieszającym. Napisał prawie tyle, co ja do niego, mniej więcej dwa listowe półarkusze — nazywam to dosyć, nie ze względu na moje wymagania, ale ze względu na jego zdrowie; co zaś ma znaczyć bardzo, tego się i bez mojego komentarza domyślisz.

Kto mógł powiedzieć, że ja nad geografią Polski pracuję i co by tobie z tego przyszło? Czy chronicznie chorujesz na to, żebym pisała? byle co —

Jak żyję, tak jeszcze ani od brata, ani od swata nie odebrałam listu równie niebezpiecznego i zbawczego dla duszy mojej, jak list Edwarda świąteczny. Jeśli się w pychę nie wzbiję, co się gotowam z pewnego zwątpienia wyleczyć.

Nie miałaś prawa czytać listu Klodzi i powinnaś przepracować w sobie, że nic o nim nie wiesz.

Bój się Boga, Wando, nie nazywaj w sobie niczego brakiem znajomości własnego serca. To twoja niedokładność, że własne wnętrze zanadto rozpatrujesz, a mało się uczysz zewnętrzności.

Odsyłam książki pożyczone; mam nadzieję, że mi przyślecie co nowego — ach! przyślijcie, bo tak zimno!

Gdyby było ciepło i cicho, to bym dla twojej instrukcji napisała powieść o kobiecie patrzącej w siebie. Przez cały jeden ranek układałam sobie szczególiki i okoliczności, które by mogły spostrzeżenia moje uwydatnić. Remarquez138, że nie mówię o sensie moralnym — tylko o spostrzeżeniach.

Wiesz co, Wando — raz jeszcze z prośbą do ciebie się odwołuję. Prześlę ci bardzo dokładny abrys powieściowy — ty go obrobisz — ja gdzie umieszczę. Ludziom się przyda na zabicie czasu, a nam na podróż w Tatry — hę? Gdybym była chciała być konsekwentną w pojęciach moich o ideale autorskim, to bym nigdy była pióra w kałamarzu nie umaczała. Ot, pisze się po prostu dlatego, że coś na myśl przyjdzie, grzech w tym jedynie, kiedy się pisze, choć nic nie przychodzi.

Niech ci Zosia opowie kanwę przynajmniej powieści angielskiej Cyrille, wcale nie dla „najlepszości”, ale mam w tym mój interes.

Bądźcie zdrowe — oj zdrowe, zdrowe!

Czy ci też na myśl nie przyszło, moja Wandeczko, postarać się o przeczytanie którejkolwiek z wypisanych dla mnie przez Stasia książek?

Ile razy znajdziesz książkę jaką, której byś mi mogła pożyczyć, to poślij do Julii, niech Julia odstawi Polci. Polcia ma po dziesięć okazji na tydzień do Pszczonowa139.