LVII

7 maja 1866, Pszczonów

Pomimo że w dość uspokajające zapewnienie oprawiłaś nowinę drugiej części swego listu, mnie jednak trudniej było nieco zasnąć dzisiejszej nocy i tak rano się obudziłam, że jeszcze w domu i w ogrodzie doskonała cichość od głosów ludzkich panuje — same tylko ptaki i słowiki hałasują — ale to mi nie przeszkadza. Muszę ci co prędzej odpisać, żeby do wzajemnego pośpiechu zachęcić — chociaż siostra Anny przyjechała — i zbyt długo na wierzchu nie zostawić twego wyrażenia „by po zwyczaju się zapytać i odpowiedzi nie dostać”. A kiedy żeś ty odpowiedzi nie dostała, ty niesumienna kobieto? Chyba wtedy, kiedy ci się zachciało wiedzieć, co na słońcu się dzieje, a pan Bunsen jeszcze widma jego ostatecznie nie zanalizował — albo co w niebie słychać, a Pan Bóg nic mi o tym nie powiedział — albo jak to na ziemi w sile, szczęściu, rozumie i ukochaniu żyć można — a ja tego na oczy nigdy nie widziałam — albo gdzie jest punkt styczny ideału z możliwością? a mnie ideały przepadły, mnie możliwość wszelka piaskiem się rozkruszyła. Lecz gdy tak kategorycznie, jak wczorajszym listem zapytałaś: „Co słychać u Pani? jak zdrowie służy? jak czas upływa?”. To niech mię... jeśli ci zawsze najrzetelniej i najwierniej nie odpowiedziałam. Ot, w tej chwili np. Ma się rozumieć, nie w tej chwili — bo śpią — lecz przed tą i po tej, było i będzie słychać gwar trzech młodych dziewczątek: Wandeczki, Stefci, Lutki — napominania ciotki Lilii, która ich będzie do śniadania przypilała. Potem, przy śniadaniu, gawędka jeszcze o różnych szczegółach z wesela — zawsze jakiś nowy się odnajdzie. Siostrom czoła się rozchmurzają przy szczebiotaniu młodszego pokolenia. Lutek i Tadzio Rostw[orowski] zostawiony tutaj przy babci Kornelci, łączą swoje dyszkanciki z ogólnym chórem i nieraz myślę sobie, że gdyby kto pod oknem przechodził, to by się nawet nie domyślił, jakie ciężkie boleści i straty na dnie tylu serc leżą. Pewnie ci doniesiono, że nie asystowałam weselnym uroczystościom. Z Wituchną i Lilią zostałam w Pszczonowie. Wituchna nie miała odwagi na ślub i tańce patrzyć — zbyt żywo jej to przypominało nie tak dawne, a tak zawiedzione i rozbite własnego jej szczęścia festyny. Dopiero nazajutrz pojechała, by się z Marynią i wszystkimi bliższymi gośćmi zobaczyć. Nie towarzyszyłam jej w tej wycieczce, bo mię nowe rozdrażnienia starego smutku dotknęły. Jest to wprawdzie rzecz do kategorycznego opowiedzenia, lecz ją na później odkładam, niech się rozstrzygnie pierwej. Chciałam tylko nadmienić, że przez kilka dni, od piątku do środy nic zupełnie słychać nie było. We środę dopiero zaczęli Pszczonów nawiedzać różni weselnicy — Dunin z Henrykiem, Stefcia z Wandą i Lutką — na koniec w piątek przyjechali państwo Leonowie, pan Jakub i starsze panie — Kornelia i Horcia zostały. Pani Lewińska ze swoją Polcią tegoż samego dnia odjechała. Dzisiaj Stefcia do powrotu się zabiera i myślę właśnie ten list jej powierzyć. O zdrowiu moim — krótkie słowo — najnieznośniejsze — ból bez choroby — wiecznie zęby, fluksja — głupstwo. A jak mi czas upływa? Płynie, płynie jak smoła i nie może do końca dopłynąć — leci, leci jak wiatr przez pole i żadnego po sobie śladu nie zostawia. Co ty chcesz więcej od takiej niebyłości usłyszeć? Sama o sobie i sama z siebie powinna byś mi teraz nieskończoności rozpisywać, a ty o mnie pytasz lub potocznym sprawozdaniem się sztukujesz. Jest to dla mnie łatwym do zrozumienia, czasem tylko smutnym do przyjęcia. Z tym wszystkim, moja pani, co przymawia, że „odpowiedzi nie dostaje” — moja pani niechaj raczy przypomnieć sobie, czy nigdy milczeniem nie zbyła mego zapytania? Daleko nie sięgając — wiem, że znajdziesz prawne wymówki — nie o samą ciebie pytałam — ale ty i o sobie nie mówisz.

Julia w tych dniach przysłała mi list Szujskiego, wzywający do powieści... Skąd on mógł wiedzieć, że jeszcze nie umarłam — trafić drogą do mnie? — Czy zgadujesz, co z tej osobliwości zrobiło się?

Więc tedy do Wierzbna jedziecie, do Wierzbna!...