LXXXIV
[Pszczonów] 4 kwietnia 1867
Nie dość na tym, że pisałaś o polepszeniu w chorobie Mani, jeszcze mi musisz o jej zupełnym zdrowiu napisać. Przyznam ci się, iż po trochu oczekiwałam tej dopełniającej poprzednią wiadomości, lecz po trochu tylko; nie doszło jeszcze granic zawodu, bo się wcale uprawnioną do tego nie czułam, w tym czasie zwłaszcza. Głowa mi się zgina pod naciskiem wszystkiego, czego do ciebie nie napisałam, a miałam raz po raz tyle i tyle rzeczy ci powiedzieć. Może się kiedyś odnajdą w rozmowie prawdziwej.
Dziś o Szekspirze tylko (ortografia skrócona). Pewnie z niecierpliwością oczekujesz jego powrotu, a muszę jeszcze dla dokończenia moich uwag zatrzymać. Były u nas imieniny Kornelii — zjazd rodzinny — trochę rozerwania w domu i okazja się zdarza pierwej, nim zrobiłam, co się należało.
Uśmiechnęłam się bardzo ironicznie i wzruszyłam ramionami, gdy, według życzenia twego, wziąwszy arkusz białego papieru przed siebie i ołówek w rękę, zaczęłam pierwszy odczyt z intencją poprawek. Wspominałam ci już podobno, chociaż pewnie temu nie wierzysz, że sama wcale a wcale tłumaczyć nie umiem; szewc by lepiej czepki i kapelusze robić potrafił. Dwa lata temu próbowałam na dwóch angielskich powieściach, lecz później sama swego „tłumaczenia” zrozumieć nie mogłam. Jednak, wierna tej świętej zasadzie, że dla niektórych osób zawsze to trzeba zrobić, czego sobie życzą, nie oglądając się, czy będzie dobrze zrobione, czy potrzebne, stosowne, czy możebne nawet, wzięłam więc za ołówek — no, i znalazłam to, owo do zanotowania. Całość twego tłumaczenia jest lepszą jeszcze, niż się spodziewałam; mniejsza o to, że sama nie zdobyłabym się nigdy na podobną, ale zdaje mi się, że jest i innych bardzo mało takich, co by jak twoja wytrzymały baczne z ołówkiem szpiegującym odczytanie. Zdał się jednak mój szpieg maleńki na usunięcie kilku li gramatykalnych203 błędów — gdzieniegdzie także, stawiam wniosek o uchylenie cudzoziemskich wyrazów, ale to jest zupełnie woli twojej zostawione. Polskie odpowiednie są czystsze; lecz użyte przez ciebie zwyklejsze w pewnej szczególniej warstwie czytelników i mogą dać im prędsze, sprawiedliwsze myśli autora wrażenie — zrobisz więc z nimi, co ci się spodoba. Objaśniłam zasadowo parę gramatykalnych poprawek, na pamiątkę, że i mnie kiedyś podobną przysługę oddano. Posłałam memu Jankowi Mainę do przeczytania — istotnie w intencji dla jego rozrywki tylko napisaną była — przechodził jedną z tych gorszych krizis piersiowej choroby, która łaskawie czasem takimi alarmami do ostatecznej straty nas przygotowywa. Wiedziałam, że moje próby literackie najwięcej mu chwil mogą od smutniejszych rozpamiętywań odkraść; rzeczywiście też potrzebowałam jego sądu i prosiłam, aby o Mamie zawyrokował — czy ją drukować? Janek wziął to bardzo sumiennie pod rozwagę, jak gdyby o jakie dzieło naukowe chodziło. Odpisał mi, że sam nie zawyrokuje, bo się lęka własnej braterskiej względności, ale pytał, czy może na pomoc wezwać sąsiada — purystę klasyka. Tym sąsiadem był p. Kamiński, tłumacz Pope’go i Jerozolimy wyzwolonej. Ma się rozumieć, że mi nawet do głowy nie przyszło jakiemu bądź projektowi Janka się sprzeciwić. Pan Kamiński był więc wezwany do narady przez niego; drugie ma się rozumieć, że bardzo grzecznym i prawie serdecznym panegirykiem odpowiedział; ale, za co nierównie wdzięczniejszą mu jestem, podał bratu cały arkusz wyśledzonych błędów. Były to błędy zupełnie do twoich podobne, bodaj czy kilka nie takie same nawet; utarte przez nieuwagę w potocznej mowie, do formy pisanej myśli się przyczepiły także. Ale przestroga w las nie poszła, więcej się potem na baczności miałam i dożyłam tej słodkiej pociechy, że mię nie za głupi styl, metafory i tym podobne fatałaszki, ale za czystą polszczyznę chwalono. Jeszcze parę lat temu szanowny pan Waga204 oddawał mi tę sprawiedliwość. Tobie jednej mogę zwierzyć smutną tajemnicę, że nie zawsze warto wierzyć grzecznościom szanownego Wagi. Chociaż mi prawie przysięgał, że w podróż do Egiptu prócz naukowych moje tylko dzieła do czytania z sobą weźmie, jestem pewna jednak, że nawet Gabriellą w Egipcie nie byłam. Mniejsza o to, zawsze mam prawo o świadectwo czystej polszczyzny na niego się powołać. Niestety! zdaje mi się, że to świadectwo do pierwiastku czystej prawdy sprowadzone, ogranicza się na porównawczym uznaniu tylko. Czysta polszczyzna! oho! perła ewangeliczna — wcale sobie do niej pretensyj nie roszczę. Gdybym nią władała, to by mi łatwo było tłumaczyć; ale przynajmniej, jak się zdaje, mam delikatniejszy słuch polski od wielu innych, do dialektu wieży Babel przyzwyczajonych. Dlatego dopatrzyłam, a raczej dosłuchałam się usterków205 w twoim Szekspirze; poprawki wskazane przeze mnie nic a nic go nie zmienią, dla masy czytających obeszłoby się bez nich. Ilu znasz ludzi, co by, przebiegając artykuł dziennikowy, zastanawiali się nad zwrotem i układem każdego okresu? ja nie znam dwóch nawet. W ogóle myśl, przedmiot ich unosi; co twojej własnej baczności uszło, to jeszcze łatwiej spod ich baczności się wyśliźnie. Trzeba już grubych błędów, żeby opozycję wywołały. Dla publiczności zatem nie poprawiałabym wcale; poprawiam dla ciebie — bo ty jedna rzeczywistą korzyść z tego mieć możesz — otrząśniesz się z pyłków i nadal pewniejszą czuć się będziesz — a czuć się pewniejszą, to druga połowa talentu. Radźmy teraz, moja Wando, gdzie artykuł umieścić? wcale mi się nie podoba upadek „Pamiętnika Naukowego”, były to właśnie doskonałe ramy na wszelkie tego rodzaju prace. Z pierwszego numeru już sobie zaczęłam obiecywać, że się w naszą miejscową miniaturę „Revue des Deux Mondes” rozwinie. Szkoda — właśnie nam takiego pisma bardziej niż ilustracji potrzeba. Jest wprawdzie „Biblioteka Warszawska”, lecz ona po prostu zajmuje miejsce — jak zero w pisanej liczbie, wskazując, że tu być powinny jedności, dziesiątki, lub sta. Wójcicki206 ma ją zupełnie w monopolu, tak, że cała „Biblioteka” jest tylko składem otwartym na zakupywanie jego własnych, lub darowanych mu, lub przywłaszczonych sobie przez niego ustępów. Kiedy niekiedy dopuszcza jakiego klienta — a jeśli się co obcego wciśnie, to chyba przez ludzi, których zastał na miejscu i wyrugować nie mógł. Obywatelskie to jednak przedsięwzięcie — wyraz ducha publicznego — fundusz składkowy — lecz w tym bieda właśnie. Gdyby złożono po kilkadziesiąt tysięcy, może by się lepiej pilnowano, ale że każdy z panów dał ich kilka, trzy pono zaledwie, to już i nie pamięta — wstydziłby się, gdyby mu o procent chodziło, kłopotu mu się nie chce — odpowiedzialności nie ma, więc wszystko na opiece Wójcickiego. Z Wójcickim nie ma co się wdawać; inne, tygodniowe po większej części, pisma zbyt są „ulotne”, żeby mieć więcej czytelników, najwłaściwszą przeto jest „Gazeta” — lecz mnie się zdaje „Warszawska”, bo w niej spotykam ciąg pewien artykułów z przeglądami i sprawozdaniami o literaturach zagranicznych — najodpowiedniejsze właśnie tej rzeczy o Szekspirze. Prócz tego, były tam już różne Gerwinusa recenzje — ale jak trafić do redakcji? nawet nie wiem, kto w niej przewodzi. Onego czasu była zdana na dobrą wolę Sulickiego podobno; z tym panem nie chciałabym mieć do czynienia z powodu przyjaznych niegdyś, a później bardzo przykro zerwanych stosunków. Mogłabym znaleźć przez kobiety bezimienną drogę, lecz kobiecej rekomendacji nie życzę ci wcale, żadna męska redakcja na niej się nie ubezpieczy. Mam na myśli księdza K., to mię jednak mąci, że ty go na myśli nie miałaś. Wywiedzże się stanowczo i donieś mi; jeśli się przekonam, że mogę jakim osobistym stosunkiem zgłosić się do najwyższej instancji, to się zgłoszę; jeśli nie, to ci poradzę chyba, żebyś tak zrobiła, jak ja z pierwszym ustępem Podróży kobiety. Nie znając nikogo, na los szczęścia rzuciłam go redakcji; nie zaraz wprawdzie, ale na koniec ukazał się przecież. Później mi opowiadano, jakie zabawne przechodził koleje — narady — żarty. — Bądź co bądź, przeszedł. Juścić wiem, że ty nie możesz Szekspira en personne207, w arkuszach i w teczce mojej poczciwej znajomej, do sukcesorów Lesznowskiego wyprawić. Jest prócz tego kwestia honorarium — więc tylko listem przedstawić gatunek swojej pracy — i zapytać, czy przyjętą będzie? Ale to, jak się domyślasz, w najgorszym razie. Co do mistyfikacji, którą mi proponujesz, to jest niepotrzebna: żadna przemowa tu by się nie zdała, gdyż cały artykuł sam z siebie jest tylko przemową o Szeks[pirze]; trzeba więc tylko najtreściwiej wskazać, z jakiej pracy Gerwinusa pochodzi, że tego a tego jest dalszym ciągiem, a raczej sumą ogólną i koniec.
Chcesz jeszcze, żebym nie tylko tłumaczenie, ale i listy twoje skrytykowała; dobrze — krytykuję.
„Nie wiem, czy pani rada, że jej donoszę”...
„tak się nazwyczaiłam powtarzać jej, co tylko usłyszę... donoszę jednak bez wyboru”...
Frazeologia — nadużycie słów — zdania fałszywe — „Ani chcę myśleć o tym, żeby pani nie przyjechała na Wielkanoc”... Założenie fałszywe. Istotnie, Wando moja, nie przyjadę na Wielkanoc.
Przejdźmy do drobniejszych szczegółów, dopełniwszy już krytycznego obowiązku.
— „O Natalii ani wiemy”, piszesz mi okrutna — a ja tylko przez was mogę się o niej dowiedzieć. Skąd się wzięło, że mi Sylasa208 odesłałaś? Był razem z innymi książkami dla Mani wyjątkowo przeznaczony. Ja myślałam, żeście książek nie odpakowały przez skrupulatność i dlatego nie wiedziałyście, że jest między nimi Natalia; że jednak Sylas do mnie wrócił, więc książki były odpakowane — kiedy? gdzie? przez kogo? Co ten Sylas znaczy, czemu on nie w Tomaszowie? Okropnie mię to intryguje.
Dla Taina nie mam zbyt gorącego entuzjazmu, ale mi się podoba. Może go nie dość cenię, bo nie znam się właśnie na głównych jego listów przedmiotach, na malarstwie i snycerstwie, lecz jako zgadłaś, tym mię najwięcej zajął, że chodzi po tych samych ulicach, które dzisiaj Seweryn krokami mierzy i że taki szczerozłoty Francuz.
— Co do Millera dla Wohla: to, co ci Julia odpisała, nic innego nie znaczy, tylko dosłownie napisane słowa: „jak mi go dadzą, to go odeślę”. W tym jedynie męty, że już bardzo dawno prosiłam, aby go wzięła z miejsca, w którym się znajduje; ona zaś czeka, by go dano. Wohl najgorzej na tym wychodzi, bo jak się spodziewam, dawno już „drugi” tom odebrał, a pierwszego nie wiedzieć kiedy się doczeka.
Rodziny Thuiller nie znam — pytasz — a nie przysyłasz — głodnego pyt...
Będzie niezadługo okazja, to wszystko odeślę.