XXXVI

[Olszowa] 19 marca 1865, niedziela

Nie tak prędko ci odpisuję, jak to w ostatnim liście przyrzekłam, bo się różne znalazły przeszkody, Wando moja kochana. Przez długi czas najpierwej trapił mię szkaradny wrzód na dziąśle; jeszcze go się zupełnie nie pozbyłam, gdy znowu nadeszła wiadomość o śmiertelnej chorobie pana Michała Lewińskiego127. Może dotychczas nie miałyśmy sposobności mówić o nim obszerniej, był to jednakże jeden z tych ludzi, dla których, przy coraz bliższej znajomości, coraz większy miałam szacunek. Prawda, że wiele dowodów życzliwości mu zawdzięczam, ale ten wzgląd osobisty nie byłby mię zdolnym przekupić, gdybym istotnie w najtrudniejszych okolicznościach nie widziała go zawsze prawym, szczerym i gotowym do poświęcenia własnego interesu temu, co za obowiązek uznał w rozumie swoim. Jak on umiał kochać — jakim ojcem najtkliwszym był dla Paulinki — jakim przyjacielem dla znacznie starszej od niego kobiety — to aż tym większy żal bierze, gdy się wspomni, że takie serce bić przestało! Nie dla mnie była korzyść, ale dla mnie strata, bo nieraz, gdy się o zbyt idealne wymagania łajałam, jego przykład we własnym usprawiedliwiał mię sumieniu. Przecież są ludzie bardzo i ciągle kochający, którzy chodzą po tej samej ziemi co inni śmiertelni, myślałam sobie często w chwilach zwątpienia i nabierałam lepszej o zdolnościach człowieczych nadziei. Dziś mi tylko pamięć została i wnioski, przypuszczenia. Dla całej rodziny jest to także niczym nie zastąpiony ubytek pomocy, dobrej rady, troskliwości, starania. Biedna moja siostra, nie wiem nawet, jak tam ze zdrowiem swoim wystarczy. Właśnie na parę tygodni pierwej odebrała bardzo smutne listy od syna i zdawało się czasem, że obłędu z rozpaczy dostaje — a tu cios nowy, cios tak niespodziewany — bo któż się kiedy spodziewa, że kochanych i potrzebnych sobie utraci — choćby ich wiek i słabe zdrowie ostrzeżeniem być mogło. Witka nie tylko dla siebie, lecz i dla męża swego najserdeczniejszej opieki przez pół pozbawiona — a Paulince, to już żadne uczucie nie zastąpi tej miłości, którą stryj ją otaczał. Jest ona wybraną i wypieszczoną jedynaczką swej matki i pana Jakuba, lecz nie zawsze umieją kochać ci, którzy nawet najwięcej kochają. Pan Michał tylko jakąś prawdziwie bożą kombinacją uczucia potrafił widzieć w niej doskonałość, a jednak starać się o jej udoskonalenie; mieć ją taką, jakiej pragnął, a dostarczać i ogromadzać wkoło niej wszystko, co ją mogło wykształcić i uszlachetnić; nie wymagał a pomagał. Od matki, od drugiego stryja może dziś tylko pierwszej części się spodziewać. Okropnie mi smutno za nią — i za siebie. Dobre po dobrym sprzed oczu ustępuje, a tak już dawno nic nowego nie przybyło.

W najniekorzystniejszym usposobieniu wzięłam się do odszukiwania różnych z Pisma Św. wyjątków. Nie wiem, czy istotnie to usposobienie na sąd mój wpłynęło, czy też dawniej czytałam z mniejszą rozwagą, ale gdy teraz zaczęłam przepatrywać różne zapamiętane ustępy, by je w pewną całość złożyć, poznajdowałam zupełnie odmienne rzeczy od tych, które niegdyś wrażenie robiły na mnie. Szczęściem, że list twój ostatni zwolnił mię po większej części z przyjętego na siebie obowiązku. Zdaje się, że gdy przydacie tłumaczone objaśnienia do zbioru całorocznych ewangelii, książka dosięgnie żądanej przez wydawcę objętości. Za psalmami pokutnymi głosuję prócz tego, jako wiesz. Po Akcie Wiary, można by położyć Psalm 119 — dość długi; może ktokolwiek z modlących zrozumie, że wiarą jest poznanie i pełnienie zakonu bożego; a jeśli jeszcze potem dodacie wyjątki lub raczej całe prawie dwa rozdziały 3 i 4 z przypowieści Salomonowych, to domyśli się, że w wierze mądrość i roztropność są także potrzebne. Akt Nadziei warto by może uzupełnić słowami Joba128 roz. 13 — werset 15 i 16 — są to słowa największej, najrozumniejszej i najboleściwszej wytrwałości, z jakimi dusza moja kiedykolwiek się spotkała. Potem przydałabym kilka proroctw, do dnia dzisiejszego niespełnionych, do dnia dzisiejszego celem i nadzieją nadziei będących — np. z Izajasza rozdział XI od w. 1 do 10; rozdz. 42 od 1 do 11; a na wytłumaczenie warunków, pod jakimi oczekiwanie spełnić się może cały rozdz. 58 — Ezechiela rozdz. 3 — w. 17 do 21, rozdz. 33 od w. 8 do 20. Do Aktu Miłości załączyłabym modlitwę Daniela rozdz. IX, od w. 4 do 20 i z pierwszego listu Jana Św. rozdz. IV — w. 7 i 8–11, i 12. To jest co do książeczki Zosi, a co do ciebie, moja Wando, to znalazłam także niektóre ustępy co mię wyraźnie na twoją intencję zastanowiły. Gdybyś to chciała opracować, to by się lepiej od wielu innych rzeczy opiekunowych i kolędowych przydały, ale już widzę, że próżne wszystkie moje pośrednie i bezpośrednie autorskie projekty. Szeroko o tym król Salomon pisał, że jest czas wszystkiemu — jest czas rodzenia się i czas śmierci — czas nabywania i czas utraty — czas mówienia i milczenia. Otóż nam teraz przypadły czasy śmierci, straty i milczenia; trudno walczyć przeciw tej ogarniającej atmosferze, która się najdrobniejszymi atomami we wszystkich piersi przeciska. Bynajmniej za to kamieniem na ciebie nie rzucę, chociaż te, które mi przytaczasz, powody są równe siatce pajęczej; znam ja się jednak i na pajęczynach; ze wszystkich najściślejsza to ten smutek, co po nieszczęściach jak sadza po ogniu osiada. Rozmyślić się chwilkę jedną przytomnie o prawach Bożych czy o konieczności rozumowej, logicznej, to, zdaje się, dmuchnąć tylko, a powinno by wszelkie niedołęstwo ulecieć, tymczasem pajęczyna snuje się i snuje, dusza bezwładnieje a bezwładnieje, i nie masz na smutek lekarstwa. „Boleść jest najzawziętszym nieprzyjacielem człowieka”: powiedziano to już w Ramajanie indyjskiej tysiące lat temu. Żegnaj mi, ty moja Smutna między smutnymi. Edward najpoczciwszy pisał do mnie przed wyjazdem, załączył też list przez Stasia zostawiony. Żałuję, że go pierwej nie odebrałam, już bym była może odpisała, a teraz nie wiem, kiedy się zbiorę — tak mi się nawet nie chce myśleć o niczym. Wszak pozdrowisz wszystkich naszych wspólnych — jak gdybym każdego imiennie wymieniła? Spuszczam się na twoją sumienność.