XXXVII

21 kwietnia 1865, Olszowa

Jeżeli nie dosyć wiernie na twoje listy odpisuję, Wando moja kochana, przyczyną tego są ciągłe zjazdy i rozjazdy świąteczne, a stąd ruch, gwar niezwykły dokoła, brak spokojnego na czas dość długi kącika i wszystkie dalsze tym podobne następstwa. Prócz tego jeszcze nieufność względem ekspedycji pocztowych — skierniewicka odsyła dwunastego kwietnia listy z 22-go marca datowane — rokicińska nie odsyła czasem żadnych Ujazdowi, z którym jest na stopie zawistnej rywalizacji. Po dawnym więc naddziadów zwyczaju, jak to bywało przed upowszechnieniem poczt i wynalazkiem kolei żelaznych, korzystam z okazji, aby ci słów kilka odpisać przez jadącą do Warszawy Wikcię moją siostrzenicę — gdyż wyjątkowym trafem list twój ostatni nie zaginął dzięki Bogu — odebrałam go po świętach. Już od Julii wiedziałam, że się macie na całe lato wszyscy z domu rozjechać; dziwi mię tylko, że przy Alfonsie aż dwie z was zostaną, a ojciec sam się puszcza i żadnej ze sobą nie zabiera. Wielka to z jego strony zarozumiałość, na tak zupełną tęschnotę się narażać w jego teraźniejszym usposobieniu, ale zapewne będzie miał przynajmniej bliższych jakich znajomych towarzystwo. Mnie tutejszy naczelnik obiecał paszport do Zielonej129 podpisać, więc zdaje się, że wkrótce po świętach tam pojadę. Rozpryśniemy się w różne strony przestrzeni, moja Wando, i znów nam się będzie zdawało, że to jest dalej — a każde rozłączenie zawsze jest równie daleko — tak jak śmierć każda zawsze jest końcem świata — choć pani Kicińska nie chce temu wierzyć i bardziej się lęka rozbicia komety niż tyfusu (którego swoją drogą lęka się także porządnie).

O prelekcjach warszawskich w spokojniejszej godzinie chciałabym dłużej porozmawiać z tobą. Julia bardzo z nich kontenta — i ja także — tylko niekontenta jestem z ciebie, moja Wando, że zaraz na mój temat coś roić zaczynasz. Ciebie dopiero raz w życiu jedna literacka nieprzyjemność spotkała i już ciągle sobie powtarzasz: — „on ne m’y prendra plus!”. Nie wiesz o tym, że mnie przy każdej wydrukowanej stronnicy spotykało coś daleko gorszego, coś, że aż opowiedzieć niemiło. Np. Jaworski raz po raz przychodził, żeby mu zniżyć cenę, tysiąc złp. za to, bo nikt kupować nie zechce — on nakład straci. A „Biblioteka Warsz[awska]”, a „Gazeta”! Moje dziecko, to są wszystko nieuniknione wilki autorskiego zawodu. Mnie się zdawało, że jesteś przeciw nim uzbrojona, kiedy mnie tyle razy namawiałaś, a to po prostu była niewiadomość. Spodziewam się, iż po przebytym doświadczeniu, znajdziesz więcej dla mnie milczącej uwzględnienia, bo gdyby to tylko z krytyką walki staczać!... mam na nią zupełnie wyjątkowy temperament. Z jednej raz skorzystałam, a żadna nigdy mię nie zniecierpliwiła; lecz owe handlarskie pajęczyny! nie damy sobie z nimi rady — tylko przed tobą mógłby je kto zmiatać troskliwie. Kto? Nie wiem, czy wymyślę? Spodziewam się, że wszystkich naszych najbliższych i dobrych tak pozdrowisz w moim imieniu, jak gdybym ci każdego po szczególe wspomniała.

4 Maja. Spóźniłam się z przesłaniem listu i został mi do dnia dzisiejszego. Zapewne przed Zielonymi Świątkami pisać już nie będę, więc ci na 15-tego uroczystość według zwyczaju życzenia moje dla solenizantek powierzam. Uściskaj najpierwej twoją siostrę, serdecznie — serdecznie — serdecznie. Chciałabym, żebyśmy się teraz na jaką długą i szczerszą zebrały gawędkę — po tylu przejściach bolesnych. Nieraz mi to na myśl przychodziło, że w nieszczęściu jak węże w wiosennej porze człowiek skórę zrzuca lub jak owady przemianę zupełną odbywa — tylko jeśli go później ciepło nie ogrzeje, jeśli wczorajsze śniegi spadną np.

Pamiętasz, Wando, jakie to kilka lat temu odwiedziny po całym pałacu po wszystkich piętrach na św. Zofię bywały.

Dwie Zosie w tak krótkim przeciągu czasu ubyły — a co dziwniejsza, obie w najszczęśliwszych chwilach życia lub młodości, obie z tym poczuciem, że śmierć od szczęścia cenniejsza. Gdyby to szczęściem, dobrocią, rozumem, jak dziedzictwem rozporządzać można — gdyby coś z tego w atmosferze między ludźmi zostało! Powiedz pani Bolesławie, że ja dla jej Zosi tylko dałabym po mojej Zośce puściznę — jej swobodę, jej dowcipek, jej duszyczkę zuchwale wybierającą się na szukanie prawdy — jej uznanie się w radościach jej szesnastego roku — nawet jej zdolność ukochania takiej jak ja ciotki. Powiedz to, pozdrów, przypomnij mię. Na drugim piętrze nie zapomnij także o mnie — weź mię tam ze sobą i weź w tej myśli, w jakiej by mię niegdyś Zosia Ka[plińska] zaprowadziła.