Bjokada, pjętko schodzić...

Pewnego razu jadę z Warszawy na Sławek. Jestem jak zwykle zdenerwowana i cudem, w natłoczonym przeważnie przez szmuglerów wagonie, znajduję miejsce. Na szczęście przy okienku. Ma to tę zaletę, że mogę z zainteresowaniem oglądać niezbyt interesujący pejzaż, ale twarz moją, odwróconą do okna, trudniej jest obserwować. W takiej pozycji czuję się bezpieczniejsza.

Na Dworcu Wschodnim do wagonu wciska się zakonnica — szarytka, z małą, może dwuletnią dziewczynką na ręku. Ktoś uprzejmy ustępuje jej miejsca i zakonnica zajmuje miejsce naprzeciw mnie. Jestem bardzo zadowolona z mojego vis-a-vis, ponieważ zawsze bezpieczniej jest mieć naprzeciw siebie zakonnicę niż jakąś szmuglerkę albo wyrostka-cwaniaka, którzy się bezczelnie przyglądają i od spojrzeń których serce truchleje („a może poznał?”). Zwracam uwagę na dziwnie smutne i jakby wystraszone oczy dziecka. Ma chorowitą, bladą buzię. Dziewczynka rozgląda się po wagonie, kręci się na kolanach siostry, marudzi, w końcu zaczyna płakać. Bliżsi sąsiedzi uspakajają małą, siostra huśta ją na rękach, ludzie dopytują się:

— Cóż to, siostro, sierotka?

— Tak — odpowiada szarytka.

— A czemuż taka mizerna?

— A bo chorowała, gorączkowała, ale teraz już zdrowa. Prędko przyjdzie do siebie.

— Pewnie bieda była w domu.

— Tak, tak, bieda.

Patrzę na białe, ciepłe rajtuzki, białe buty i ładne żółte wełniane paletko, kapturek z tego samego materiału i dziwię się: dziecko biednych rodziców nie może być tak ubrane.

Mała ciągle płacze. Jakaś babina wtyka jej do ręki pajdę chleba z masłem. Może głodna? I to nie pomaga. W końcu siostra wydobywa z koszyczka małą kolorową grzechotkę z dzwoneczkiem. Dziecko przestaje płakać, bierze grzechotkę do ręki i spokojnie mówi:

— Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń — macha grzechotką i mówi dalej: — Bjokada, schodzić nadu, bjokada schodzić, wsiści pjętko, pjętko, bjokada...

Skóra cierpnie na mnie. Żydowskie dziecko. Tragiczna melodia dni wysiedleń. Rozglądam się. Nikt nie zwrócił uwagi, ale przecież może ktoś zrozumieć. Co robić? Jak zabronić dziecku tej zabawy, nie mogę nic siostrze powiedzieć, bo ta może się przestraszyć. Nie wie przecież, kim jestem.

Wiem, że niektóre klasztory biorą na wychowanie małe żydowskie dzieci. Niestety i w klasztorach bywają denuncjacje i wiele ukrytych dzieci zginęło.

— Siostra zmęczona, proszę mi dać dziecko, potrzymam je.

Biorę dziewczynkę na kolana. Zabawiam ją bajeczką o myszce, co kaszkę warzyła i „koci, koci łapki”, starając się odwrócić jej uwagę od grzechotki. W końcu w odpowiednim momencie wyrzucam niebezpieczną zabawkę przez okno w obawie, aby małej nie przypomniała niebezpiecznych słów. Dziecko siedzi na moich kolanach. Całuję jej smutne oczy, które już widziały krew. Ile dałaby twoja matka, maleństwo, aby cię tak trzymać w objęciach, jak ja cię teraz trzymam. Oddała cię do obcych ludzi, zdaną na ich łaskę i niełaskę, na ich dobroć i złość. Wolała wszystko, byleby cię ocalić od pewnej śmierci tam, w getcie.

Jeszcze raz całuję dziecko i oddaję je szarytce.

W pustyni i puszczy

W okolicach Sławka, po pobliskich wioskach, włóczy się dwoje żydowskich dzieci z Jadowa. Rodziców, rodzeństwo, rodzinę zamordowano w getcie. Czternastoletniej dziewczynce wraz z ośmioletnim braciszkiem udało się skryć, a potem uciec do lasu. Łaziły, biedactwa, odziane w szmaty po lasach, po polach i łąkach, kołatały nieśmiało do drzwi chat, prosząc gospodarzy co łaska, omijały szosy i drogi. Szły, nie wiedząc, kiedy i od kogo spotka je śmierć.

Tu poszczuto je psami, tam obito, ale przecież litościwa ręka podała im kromkę chleba, ugoszczono ciepłą zupą, pozwolono przeprać szmaty. Nikt jednak nie zgadzał się dzieciom użyczyć noclegu, wpuścić do domu — tego bano się. Nikt zresztą nie chce narazić się na śmierć przez cudze dzieci. Gdy ciepło było, jakoś spały w lesie, ale kiedy nastały mrozy, spadł śnieg, dzieci wprost zamierały z zimna. Chłód i głód zniszczyły ich organizm. Puchły im ręce, nogi. Przychodziły i na Sławek. Za każdym razem dostawały tyle, aby się mogły najeść do syta i zabrać nieco z sobą na drogę. Chętnie bym ich przetrzymała nieco, żeby odpoczęły, ale boję się przeciągać strunę.

Pewnego dnia pod wieczór dzieciaki przyszły na Sławek. W kuchni była jak raz rodzina Frani i szwagier Staśka. Ala była w Warszawie. Frania nagrzała im zupy, nakroiła grube pajdy chleba i nastawiła wodę do mycia. Dzieci usiadły w kącie, jak małe, zagonione zwierzątka, łapczywie pożerały kaszę ze swych miseczek, nieufnie spoglądając dookoła.

— Jedzta, jedzta — zachęcała Frania — jest jeszcze z pół gara dla was.

Stasiek szykował maszynkę do strzyżenia.

— Obstrzygę cię, synu, to zdrowiej.

Po posiłku dziewczynka w misce Franinej szorowała siebie i braciszka, a potem, gdy przeprała łaszki, chłopczyk wymyty i wystrzyżony stał przy piecu, grzejąc się i patrzył w ogień.

Grzej się, mały. Widzisz, są ludzie, którzy w swoich mieszkaniach mogą rozpalić ognisko i grzać się tak, jak ty się przy nim grzejesz. Grzej się, weź z sobą zapas ciepła, naciesz swoje oczy czerwono-żółtymi promieniami. Gdy będziesz błąkać się po zimnych polach, gdy wiatr lodowaty będzie ci dął w plecy, nogi zlodowacieją, a palce u rąk będą kłuć i palić od zimna, wtedy będziesz mógł choć przypomnieć sobie, żeś stał tak blisko dobroczynnego żaru i będziesz mógł marzyć, że się to znów kiedyś powtórzy.

— Eryku — zawołała Frania — chodź tu, pobaw się z chłopczykiem.

Eryk stanął w drzwiach kuchni. Wydawało mi się, jakby na chwilę zawahał się. Przyjrzał się ludziom siedzącym na ławkach: Franinej matce, ponuremu ojcu, siostrze, ospowatemu szwagrowi Staśka o nieprzyjemnych, kaprawych18 oczach i powiedział:

— Też. Ja tam z Żydziakiem bawić się nie będę — wykręcił się na pięcie i odszedł.

Ubawione towarzystwo zarechotało.

— Ho, ho, ale odpowiedział, jak prawdziwe pańskie dziecko!

Podobało im się. Tylko Stasiek i Franka spuścili głowy.

Twarz chłopczyka stojącego przy ogniu była, jak zwykle, smutna. Oczy patrzyły spokojnie. Przywykł do drwin, pomiatania, pogardy. Przywykł do tylu nieszczęść, do takiej męki, że ten incydent nie zrobił na nim wrażenia. Przeciwnie, może gdyby Eryk zechciał się z nim bawić, gdyby mówił z nim, jak z równym sobie, może wtedy myślałby, że to jakoś nienormalnie, że to nie w porządku.

Łzy stanęły mi w gardle, miałam ochotę porwać Eryka i zbić go. Po cóż go tu trzymamy! Wstrętny, obrzydliwy szwab, niech go sobie Gerta zabiera stąd. Mała żmija, potwór nie dziecko, a jak się umiał dobrze maskować. Teraz dopiero widzę, jaki on jest.

Zgnębiona wchodzę do pokoju. Jurek czyta książkę.

— No, jak dzieci? — pyta mnie.

— Biedactwa, męczą się.

— Chciałem tam wejść — mówi Jurek — ale nie chcę przy tych ludziach, mógłbym się czymś zdradzić w rozmowie z dziećmi. Zresztą, powiem ci prawdę, nie chcę patrzeć na tę ich mękę, kiedy im pomóc nie mogę. Cóż możemy im dać? Dam im trochę pieniędzy.

Frania szykuje im paczkę żywnościową. Dziś przenocują w stodole, a jutro rano pójdą sobie. Przez noc przeprane łachy przeschną.

Chcę opowiedzieć o Eryku, ale po prostu nie śmiem, wstyd mi za niego, nie chcę, by Jurka denerwował. Siadam przy stole i zabieram się do cerowania.

Słyszę, jak w przyległym pokoju Eryk kręci się przy szafie, wyjmuje coś, kładzie z powrotem, otwiera szuflady; słyszę, jak taszczy walizkę, sapie, trudno mu ją otworzyć. Innym razem weszłabym do niego i spytałabym się go, czy mu potrzebna pomoc, ale teraz nie chcę na niego patrzeć.

— Co ty robisz? — pyta Jurek.

— Nic, n-i-c — odpowiada przeciągle chłopak.

— Jak to nic?

Wchodzę do niego. Klęczy przy walizce i na kupkę odkłada swoje sweterki, skarpetki, ciepłe majteczki.

— Co to za porządki? — pytam się.

Eryk czerwieni się jak piwonia.

— To, to...

— No, co... — przerywam.

— To dla tego małego chłopca.

— Tego małego — dziwię się — którego nazwałeś Żydziakiem?

Eryk podnosi się.

— Tak, powiedziałem, powiedziałem specjalnie, chociaż wolałbym, aby mi język odpadł, oczy zaczerwieniały i paznokcie stały się czarne — (wymyślne życzenia z indyjskich opowieści). — Powiedziałem tak, choć chciałem zbliżyć się do chłopczyka i objąć go, bo to mój brat....

Eryk ma oczy pełne łez.

— A ja nie chcę, żeby ktoś wiedział, jaki on mi jest bliski i jak go kocham i nie trzeba, aby oni rozpowiadali, że ja się bawię z Żydem i że może ja też, więc ja tak specjalnie.

Wyciągam ramiona, w które Eryk wpada, łkając rozpaczliwie.

— Co się stało? — pyta przestraszony Jurek.

Opowiadam mu.

— Chcę mu dać nieco moich rzeczy — wypłakawszy się, mówi Eryk.

— A co powie mama? — pytam.

— Mama nic nie powie. Ja mam dużo, a on nie ma nic.

Pomagam mu. Paczka jest gotowa. Mam ją później dać Frani, a ona wręczy dzieciom. Eryk w dalszym ciągu chodzi zaaferowany. Kręci się niespokojny, potem bierze w ręce swoją najdroższą i najukochańszą książkę, swój skarb — W pustyni i puszczy Sienkiewicza i kładzie ją na paczce. Też dla niego. Eryk zna ją prawie na pamięć, mówi słowami Stasia i stara się go we wszystkim naśladować. Książkę tę dostał przypadkowo w przeddzień wizyty w gestapo i od tego czasu nie rozstawał się z nią. Towarzyszyła mu w getcie, wiezieniu, na Umschlagu, wziął ją ze sobą na Sławek.

— Eryku, oddajesz tę książkę?

— Tak — mówi mały — ja ją kocham, ona osładzała mi najcięższe chwile. Za nią bito mnie w gestapo. Czytałem, nie mogłem się od niej oderwać, nie słyszałem ich pytań, zbili mnie i książkę odrzucili precz. Podniosłem ją. Czytałem w więzieniu i w schronisku. Wierzyłem, że tak, jak Stasiowi udało się wrócić do swoich, ujść z piekła, tak i mnie się uda. Gdy Stasio jest w Chartumie, to tak jak w getcie. Stasio rozmawiał z Mahdim, a ja nie rozmawiałem z Hitlerem, ale gdyby mnie postawiono przed nim, tak samo postąpiłbym jak Stasio, tylko że Hitler jest gorszy od okrutnego, na wpół dzikiego Mahdiego i na miejscu by mnie zabił, ale mniejsza z tym. Stasio był mi przykładem, Stasio jest moim...

— Ideałem — podpowiadam.

— Tak, moja świętość, mój anioł — kończy Eryk. — I chcę, aby teraz książkę dostał ten mały, żeby jemu osładzała najgorsze chwile.

— Eryku, nie trzeba tej ofiary, cenię twój zamiar, ale ten chłopczyk czytać nie umie i książka mu jest niepotrzebna.

Oczy Eryka rozświetliły się na chwilę.

— Więc nie trzeba mu oddawać jej? — A potem znów zaszły mgłą smutku. — Szkoda.

Tak, szkoda, Eryku. Nie będzie mógł zapomnieć o swej drodze, która zaprowadzi go do wolności czy do śmierci?

Nie, nie doczekał mały chłopczyk szczęśliwej wolności. Dwa miesiące potem policjanci polscy złapali nieszczęśliwe dzieci na wsi i powieźli na żandarmerię, gdzie je zamordowano.