2. Dojrzała twórczość
Zgodnie z mitem, jaki wykoncypował mój umysł, gdy minął kulminacyjny moment mojego kosmicznego doświadczenia, Sprawca Gwiazd pogrążył się w intensywnej medytacji, w której jego natura uległa rewolucyjnej zmianie. Tak przynajmniej sądziłem, patrząc na wielkie zmiany w jego działalności twórczej.
Kiedy przejrzał ponownie dotychczasowe dzieła, odrzucając wszystkie, jak mi się zdawało, naznaczone mieszaniną szacunku i niecierpliwości, odkrył w sobie zupełnie nową koncepcję.
Kosmos, który teraz stworzył, był tym, który zawiera czytelników i autora tej książki. Sporządzając go, wykorzystał, ale znacznie subtelniej, wiele z zasad, które przysłużyły mu się już w poprzednich dziełach. Splótł je ze sobą, by stworzyć bardziej finezyjną jedność o większym potencjale.
W mojej fantazji miałem wrażenie, że realizacji tego nowego przedsięwzięcia towarzyszył odmienny nastrój. Każdy wcześniejszy kosmos zdawał się być zbudowany ze świadomą wolą, by ucieleśniał pewne zasady fizyczne, biologiczne, psychologiczne. Jak już opisałem, często występował konflikt między jego intelektualnym celem a surową naturą, którą włożył w swój twór z głębin własnego tajemniczego jestestwa. Tym razem jednak podszedł do swojego tworzywa z większą wrażliwością. Pierwotny „materiał” duchowy, który wydobył z własnej głębi uformował zgodnie z wciąż niepewnym celem z większą życzliwością, większym szacunkiem dla jego natury i potencjału, choć z dystansem do jego co bardziej ekstrawaganckich żądań.
Mówienie tak o duchu twórczym uniwersum to niemal dziecinna antropomorfizacja. Życie takiego ducha, jeśli w ogóle istnieje, musi znacznie różnić się od ludzkiej mentalności i być zupełnie niewyobrażalne dla człowieka. Mimo wszystko, jako że ten dziecięcy symbolizm został mi narzucony, tak to opisuję. Mimo jego prostactwa być może zawiera w sobie jakieś autentyczne odbicie prawdy, jakkolwiek zniekształconej.
W tym nowym dziele wystąpiła dziwna rozbieżność między własnym czasem Sprawcy Gwiazd a czasem właściwym dla samego kosmosu. Do tej pory, choć mógł oddzielić się od kosmicznego czasu, gdy historia wszechświata dobiegła końca, i obserwować wszystkie kosmiczne epoki równocześnie, nie mógł stworzyć późniejszych faz kosmosu, zanim nie stworzy późniejszych. W tym nowym tworze nie miał jednak takich ograniczeń.
Dlatego też, choć ten nowy kosmos był moim kosmosem, spoglądałem na niego z zaskakującego punktu widzenia. Nie widziałem już znajomej sekwencji wydarzeń historycznych, poczynając od pierwotnej fizycznej eksplozji aż do ostatecznej śmierci. Teraz obserwowałem go nie z wnętrza kosmicznego czasu, ale zupełnie inaczej. Przyglądałem się budowie wszechświata w czasie właściwym dla Sprawcy Gwiazd, a sekwencja jego poczynań twórczych znacznie odbiegała od historycznej.
Początkowo z głębin swojego jestestwa wydobył coś niebędącego ani umysłem, ani materią, o bogatym potencjale i sugestywnych cechach, przebłyskach, aluzjach, odbiciach jego wyobraźni twórczej. Przez dłuższy czas rozmyślał nad tą substancją. Było to tworzywo, w którym jeden i wielu mieli być subtelnie zależni od siebie nawzajem; w którym wszystkie części i cechy muszą przenikać także wszystkie inne części i cechy i w którym każda rzecz musi pozornie stanowić jedynie wpływ wszystkich innych, a jednak całość musi być sumą wszystkich części, a każda część ma determinować całość. Była to kosmiczna substancja, w której każdy pojedynczy duch musi w tajemniczy sposób być jednocześnie absolutnym jestestwem, jak i zaledwie ułamkiem całości.
To subtelne tworzywo Sprawca Gwiazd ociosał teraz w ogólną formę kosmosu. W ten sposób uformował wciąż nieokreśloną czasoprzestrzeń, nadal niegeometryczną; bezkształtną fizyczność bez jednoznacznego kierunku, bez misternie ustanowionych praw fizyki; bardziej konkretnie określoną tendencję rozwoju życia i wspaniałą przygodę umysłu, a także zaskakująco definitywny punkt kulminacyjny przytomności duchowej. Ten ostatni, choć został umieszczony dość późno w kosmicznym czasie, został bardziej precyzyjnie określony we wcześniejszej fazie prac twórczych niż jakikolwiek inny czynnik w kosmosie. Zdawało mi się, że stało się tak dlatego, że sama początkowa substancja tak jasno odsłaniała swój potencjał dla takiej formy duchowej. Dlatego też Sprawca Gwiazd z początku niemal zaniedbał fizyczne detale swojej pracy oraz wczesne epoki kosmicznej historii i poświęcił swoje umiejętności prawie wyłącznie kształtowaniu duchowego klimaksu stworzenia.
Dopiero gdy ustalił szczegóły najbardziej przebudzonej fazy kosmicznego ducha, nakreślił różnorodne tendencje psychologiczne, które w kosmicznej skali czasu miały do niej doprowadzić. Dopiero gdy zarysował niezwykle zróżnicowane motywy rozwoju umysłowego, skierował swoją uwagę ku konstrukcji biologicznej ewolucji oraz fizycznych i geometrycznych niuansów, które najlepiej miały przysłużyć się subtelnym potencjałom nadal grubo ociosanego kosmicznego ducha.
Ale w miarę jak rozrysowywał geometrię wszechświata, co jakiś czas modyfikował też sam szczytowy punkt ducha. Dopiero gdy fizyczna i geometryczna forma kosmosu była niemal gotowa, mógł nadać duchowemu klimaksowi w pełni określoną indywidualność.
Podczas gdy on nadal pracował nad szczegółami niezliczonych, przejmujących indywidualnych żywotów, nad losami ludzi, ichtioidów, łodzikowców i całej reszty, ja zaczynałem przekonywać się, że jego podejście do własnych stworzeń pozostawało zasadniczo odmienne niż w przypadku innych kosmosów. Nie był wobec nich ani chłodny, ani po prostu w nich zakochany. Kochał swoje dzieło, ale najwyraźniej wyrósł z chęci, by wybawić je od konsekwencji ich skończoności i z okrutnego wpływu środowiska. Kochał je bez litości.Widział bowiem, że szczególne cnoty żywych istot wynikają z ich skończoności, ich drobnej szczególności, ich pełnej cierpień równowagi między otępieniem a przytomnością umysłu, więc ocalić je przed tym oznaczałoby je zgładzić.
Gdy dokonał ostatnich poprawek wszystkich kosmicznych epok od kulminacyjnego punktu do początkowej eksplozji i ostatecznej śmierci, Sprawca Gwiazd zamyślił się nad swoim dziełem i zobaczył, że jest dobre.
Gdy z miłością, choć niepozbawioną krytycyzmu, przeglądał nasz kosmos w całej jego nieskończonej różnorodności i jego krótkiej chwili przytomności, czułem, że nagle wypełnia go szacunek dla stworzenia, które zbudował lub wydobył z własnej tajemniczej głębi. Wiedział, że choć stanowiło ono niedoskonały wytwór jego własnej mocy twórczej, było w jakimś sensie prawdziwsze od niego. Bo czym był w całym swym splendorze, jeśli nie zaledwie abstrakcyjną mocą stworzenia? Poza tym pod innym względem rzecz, którą stworzył, przewyższała go, była jego nauczycielem. W miarę jak z radością, a nawet podziwem,kontemplował najpiękniejsze i najsubtelniejsze ze swoich dzieł, ono ze swej strony wywierało na niego wpływ i zmieniało go, pogłębiając jego siłę woli. Gdy stopniowo rozróżniał cnoty i słabości swego tworu, dojrzewała jego własna percepcja i sprawność. Tak przynajmniej zdawało się mojemu oszołomionemu umysłowi.
Zatem krok po kroku, tak jak bywało często wcześniej, Sprawca Gwiazd przerósł swoje stworzenie. Coraz bardziej krzywił się na własną serdeczność. Wówczas, najwyraźniej w wyniku konfliktu między szacunkiem a niecierpliwością, odłożył nasz kosmos na jego miejsce pośród innych światów.
Ponownie pogrążył się w medytacji i opętała go żądza tworzenia.
O wielu dziełach, które powstały wówczas, nie mogę zbyt wiele powiedzieć, bo pod wieloma względami wykraczały poza zasięg mojego umysłu. Mogłem zrozumieć tylko, że zawierały, poza wieloma niewyobrażalnymi rzeczami, niektóre cechy stanowiące fantastyczne ucieleśnianie zasad, które już napotkałem. Dlatego też umknęła mi ich najważniejsza nowa cecha.
Mogę jednak powiedzieć o tych dziełach, że podobnie jak nasz kosmos miały ogromny potencjał i były niezwykle misternie wykonane, a także że na jakiś obcy sposób każde z nich miało aspekt zarówno fizyczny, jak i duchowy, choć w wielu ten fizyczny, jakkolwiek istotny dla rozwoju ducha, był bardziej przezroczysty, bardziej widmowy niż w naszym kosmosie. W niektórych przypadkach podobnie było z aspektem umysłowym, jako że zamieszkujące wszechświat istoty często mniej zwodziła nieprzejrzystość ich indywidualnych procesów myślowych i często były bardziej wrażliwe na ich fundamentalną jedność.
Mogę powiedzieć także, że poprzez wszystkie te dzieła, jak mi się wydawało, Sprawca Gwiazd osiągnąć chce bogactwo, subtelność, głębię i harmonię istnienia. Ale co dokładnie oznaczają te słowa, trudno mi opisać. Zdawało mi się, że w niektórych przypadkach, jak w naszym własnym kosmosie, starał się osiągnąć ten cel za pomocą procesu ewolucyjnego, zwieńczonego wyłonieniem się przebudzonego kosmicznego umysłu, który starał się ogarnąć swoją świadomością całe bogactwo kosmicznej egzystencji i twórczo je powiększać. Ale w wielu przypadkach cel ten osiągany był z nieporównanie większą oszczędnością wysiłku i cierpienia żywych istot oraz bez ogromnego marnotrawstwa bezowocnych żywotów, które tak łamią nam serce. W innych jednakże dziełach cierpienie zdawało się przynajmniej równie poważne i powszechne, jak w naszym kosmosie.
W swej dojrzałości Sprawca Gwiazd tworzył wiele dziwnych form czasu. Na przykład w niektórych z późniejszych dzieł zaprojektował dwa lub więcej wymiarów temporalnych i żywoty stworzeń stanowiły ciągi czasowe w jednym lub wielu wymiarach temporalnej „powierzchni” lub „objętości”. Istoty te doświadczały swojego kosmosu w dziwaczy sposób. Żyjąc przed krótki czas wzdłuż jednego wymiaru, postrzegały w każdym momencie swojego życia jednoczesny widok, który choć oczywiście fragmentaryczny i niewyraźny, w rzeczywistości stanowił obraz „poprzecznej” kosmicznej ewolucji w innym wymiarze. W niektórych przypadkach stworzenia te prowadziły aktywne życie w każdym temporalnym wymiarze kosmosu. Boska zdolność do ułożenia całej czasowej „objętości” w taki sposób, że wszystkie nieskończone, spontaniczne działania wszystkich istot stworzą spójny system poprzecznych ewolucji, znacznie przekraczał nawet pomysłowość wcześniejszego eksperymentu z „predeterminowaną harmonią”.
W innych dziełach dane stworzenie otrzymywało tylko jedno życie, ale prowadziło je po „zygzaku”, przechodząc z jednego czasowego wymiaru do kolejnego zależnie od dokonywanych przez siebie wyborów. Silne lub moralne decyzje prowadziły w jednym kierunku temporalnym, a słabe lub niemoralne w drugim.
W pewnym niewyobrażalnie złożonym kosmosie, gdy tylko istota stawała wobec kilku możliwych wyborów, podejmowała je wszystkie naraz, tworząc w ten sposób wiele odrębnych wymiarów czasowych i różnych historii kosmosu. Jako że w każdej sekwencji ewolucyjnej kosmosu istniało wiele istot, a każda stawała wciąż przed wieloma możliwymi decyzjami i kombinacje były niezliczone, w każdej chwili rozgałęziały się nieskończone nowe wszechświaty.
W niektórych dziełach każda istota dysponowała percepcją zmysłową całego fizycznego kosmosu z wielu punktów widzenia w przestrzeni, a nawet z każdego z nich. W tym ostatnim przypadku oczywiście oznaczało to, że percepcja każdego umysłu była identyczna w przestrzeni, ale poszczególne z nich różniły się stopniem wnikliwości i zrozumienia. Zależało to od kalibru mentalnego i nastawienia tych umysłów. Czasami istoty te dysponowały nie tylko wszechobecną percepcją, ale i wszechobecną wolą. Mogły podejmować działania w każdym obszarze kosmosu, choć z różną precyzją i wigorem, zależnie od poziomu umysłowego. W pewnym sensie były bezcielesnymi duchami, zmagającymi się o fizyczny kosmos jak szachiści albo jak greccy bogowie spoglądający z góry na Troję.
W innych utworach, choć istniał aspekt fizyczny, nie było odpowiednika znajomego nam systematycznego, fizycznego uniwersum. Doświadczenie fizyczne tych istot całkowicie określał ich wzajemny wpływ na siebie. Każda zalewała pozostałe zmysłowymi „obrazami”, których jakość i kolejność zależała od psychologicznych praw wpływu umysłu na umysł.
W jeszcze innych procesy percepcji, pamięci, rozumowania, a nawet pożądania i czucia kształtowały się na tyle odmiennie od naszych, że w zasadzie składały się na mentalność zupełnie innego porządku. O umysłach tych, choć zdawało mi się, że odbieram ich dalekie echa, nie jestem w stanie powiedzieć nic.
A raczej, choć nie mogę nic powiedzieć o obcych psychikach tych istot, mogę zapisać tu jeden uderzający fakt. Pomimo że podstawowa struktura ich umysłów i wzory, w które się układała, były dla mnie niezrozumiałe, pod jednym względem wszystkie te istoty przelotnie stawały się pojmowalne. Jakkolwiek obce były dla mnie ich żywoty, w pewnej kwestii były mi pokrewne.Wszystkie te kosmiczne istoty, starsze ode mnie i hojniej obdarzone, ciągle mierzyły się z istnieniem w sposób, którego ja wciąż niezdarnie próbowałem się uczyć. Nawet w bólu i żalu, nawet pośród najcięższych moralnych zmagań, z radością przyjmowały to, co przynosił im los. Być może najbardziej zaskakującym i podnoszącym na duchu doświadczeniem, które wyniosłem z kosmicznych i hiperkosmicznych doznań, było to poczucie pokrewieństwa i wzajemnej zrozumiałości z większością obcych istot pod względem czystego przeżycia duchowego. Ale wkrótce miałem odkryć, że i pod względem tej więzi wiele jeszcze musiałem się nauczyć.
3. Ostateczny kosmos i wieczny duch
Na próżno moja zmęczona, udręczona uwaga próbowała śledzić coraz subtelniejsze dzieła, które zgodnie z moim snem wysnuwał Sprawca Gwiazd. Kosmos po kosmosie wyłaniający się z jego żarliwej wyobraźni, każdy z odrębnym, nieskończenie różnorodnym duchem, każdy u swego szczytu bardziej przebudzony niż poprzedni i każdy kolejny coraz mniej dla mnie zrozumiały.
W końcu mój sen, mój mit wyjawił mi, że Sprawca Gwiazd stworzył swój ostateczny, najsubtelniejszy kosmos, do którego wszystkie pozostałe stanowiły zaledwie wstępne przygotowania. O tym finalnym tworze powiem tylko to, że zawierał w swojej strukturze organicznej esencję wszystkich swych poprzedników i jeszcze więcej. Był jak ostatni motyw symfonii, który także może zawierać esencję pozostałych, ale się do niej nie ogranicza.
Metafora ta nie oddaje w pełni subtelności i złożoności ostatecznego kosmosu. Stopniowo zmuszony byłem uwierzyć, że jego relacja z poprzednim kosmosem przypominała tę, która zachodzi między naszym kosmosem a człowiekiem, czy nawet pojedynczym atomem. Każdy kosmos, który ujrzałem do tej pory, okazał się stanowić tylko jeden przykład licznego rodzaju, jak gatunek biologiczny albo wszystkie atomy danego pierwiastka. Życie wewnętrzne każdego „atomowego” kosmosu miało mniej więcej takie znaczenie (czy też taki jego brak) dla życia ostatecznego kosmosu, jak wydarzenia w komórce mózgowej albo w jednym z jej atomów dla życia ludzkiego umysłu. Ale mimo tej ogromnej przepaści wydawało mi się, że w całej oszałamiającej hierarchii stworzenia odczuwam uderzające podobieństwo ducha. Ostatecznie celem wciąż była wspólnota przytomnego i twórczego umysłu.
Wysilałem swoją niedostateczną inteligencję, by wychwycić coś z formy ostatecznego kosmosu. Z mieszaniną podziwu i protestu ledwie dostrzegłem ostatnie subtelności świata, ciała i ducha, społeczności tych najbardziej różnorodnych i indywidualnych istot, przebudzonych do pełnej samoświadomości i wzajemnego wglądu. Ale gdy próbowałem wsłuchać się bardziej w tę muzykę poszczególnych duchów na niezliczonych światach, dotarły do mnie echa nie tylko niewypowiedzianych rozkoszy, ale i nieukojonych żalów. Bowiem niektóre z tych ostatecznych istot nie tylko cierpiały, ale cierpiały w ciemnościach. Choć obdarzone zostały pełną mocą wnikliwości, ich moc była jałowa. Pozbawiono je wzroku. Cierpiały tak, jak nie mogłyby cierpieć poślednie duchy. Taka intensywność przykrych doświadczeń była nie do zniesienia dla mnie, wątłego ducha pomniejszego kosmosu. Pośród męki przerażenia i litości rozpaczliwie zamknąłem uszy swego umysłu. W swojej małości wykrzyczałem ku swemu stwórcy, że żadna chwała wiecznego absolutu nie mogłaby odkupić takiego cierpienia. Nawet jeśli niedola, jaką ujrzałem w rzeczywistości była kilkoma ciemnymi wątkami wplecionymi w złoty gobelin, by go wzbogacić a reszta istniała w błogości, tak wielka rozpacz ducha, zawołałem, nie powinna nigdy zaistnieć. Domagałem się odpowiedzi na pytanie, jaka diabelska niegodziwość sprawiła, że te wspaniałe istoty nie tylko były udręczone, ale pozbawione najwyższego pocieszenia, ekstazy kontemplacji i uwielbienia, która jest przyrodzonym prawem wszystkich w pełni przebudzonych istot.
Istniał czas, gdy sam, jako wspólny umysł pomniejszego kosmosu, spoglądałem na frustracje i smutki swoich drobnych składowych z obojętnością, świadom, że cierpienie tych przytępionych istot nie było wielką ceną za przytomność ducha, jaką sam przydawałem rzeczywistości. Ale cierpiące stworzenia w ostatecznym kosmosie, choć w porównaniu z rzeszami szczęśliwych istot nieliczne, nie należały do wątłych, mętnych istnień, które przydawały mi istnienia swoimi nudnymi krzywdami, lecz były mojej własnej kosmicznej postury umysłowej. A tego nie byłem w stanie znieść.
Mimo wszystko widziałem niewyraźnie, że ostateczny kosmos był piękny i doskonale uformowany i że każda frustracja czy męczarnia w nim, choćby najokrutniejsza, ostatecznie przyczyniała się do wyższej świadomości kosmicznego ducha. Choćby w tym sensie żadna indywidualna tragedia nie szła na marne.
A teraz, jakby przez łzy współczucia i gorącego protestu zdawało mi się, że widzę, jak duch ostatecznego, udoskonalonego wszechświata staje naprzeciw swojego stwórcy. Wyglądało na to, że litość i oburzenie tłumiły w nim uwielbienie. A Sprawca Gwiazd, ta mroczna potęga i świadoma inteligencja, znalazł we wdzięku tego stworzenia spełnienie swego pragnienia. I z wzajemnej radości Sprawcy Gwiazd i ostatecznego kosmosu zrodził się w sposób zadziwiający sam absolutny duch, w którym współistnieją wszystkie czasy i wszystkie istoty; albowiem duch, który stanowił owoc tego związku, zdawał się mojej chwiejnej inteligencji jednocześnie podstawą i potomstwem wszystkich doczesnych i skończonych rzeczy.
Dla mnie jednak ta mistyczna i odległa perfekcja nic nie znaczyła. Wśród litości dla ostatecznych, udręczonych istot, wśród ludzkiego wstydu i gniewu, odrzuciłem swoje przyrodzone prawo do ekstazy w tej nieludzkiej perfekcji i zatęskniłem za swoim poślednim kosmosem, za własnym, ludzkim, miotającym się światem, gdzie mógłbym stanąć ramię w ramię z własnym, półzwierzęcym rodzajem naprzeciw ciemnych mocy. A także naprzeciw obojętnego, bezlitosnego, niepokonanego tyrana, którego myśli były myślącymi i cierpiącymi światami.
Wówczas, w samym akcie tego buntowniczego gestu, gdy zatrzasnąłem drzwi małej, ciemnej celi swojej odrębnej jaźni, moje ściany wszystkie rozpadły się i zawaliły w wyniku nacisku nieodpartego światła, a mój nagi wzrok znów oślepiła nieznośna jasność umysłu.
Znów? Nie. Ale powróciłem w swoim interpretacyjnym śnie do momentu oświecenia, zakończonego oślepieniem, gdy zdawało mi się, że rozpościeram skrzydła, by spotkać Sprawcę Gwiazd i uderzyło mnie straszliwe światło. Teraz jednak rozumiałem znacznie lepiej, co właściwie mnie oszołomiło.
Rzeczywiście była to konfrontacja ze Sprawcą Gwiazd, ale teraz ujrzałem go jako coś więcej niż tylko twórczego, a więc i skończonego ducha. Objawił mi się teraz jako wieczny, doskonały duch zawierający w sobie wszystkie rzeczy i czasy, rozmyślający w bezczasie nieskończenie różnorodne rzesze własnych składowych. Światło, które spadło na mnie niczym grom, było jedynie przebłyskiem, jak mi się zdawało, przenikającego wszystko doświadczenia wiecznego ducha.
Z boleścią i przerażeniem, ale i z uległością, a nawet uwielbieniem czułem czy też zdawałem się czuć odrobinę uczuć wiecznego ducha, gdy w jednym, wnikliwym, bezczasowym spojrzeniu ujrzał wszystkie nasze żywoty. Nie było tam litości, propozycji zbawienia, miłosiernej pomocy. Albo też była tam cała litość i cała miłość, ale rządzone przez zimną ekstazę. Nasze ułomne życia, nasze miłości, nasze błędy, nasze zdrady, nasze rozpaczliwe i śmiałe próby obrony wszystkie zostały ze spokojem zbadane, ocenione i skatalogowane. Wszystkie doświadczane były z pełnym zrozumieniem, z wnikliwością i współczuciem, a nawet pasją. Ale nie współczucie było najwyższym elementem wiecznego ducha — lecz kontemplacja. I choć była tam miłość, to była i nienawiść, jako że wyczuć można było okrutny zachwyt kontemplacją każdej tragedii i satysfakcję z upadku cnotliwych. Wydawało się, że usposobienie ducha zawiera w sobie wszystkie pasje, ale rządzi nimi, trzyma je w lodowatej garści chłodna, beznamiętna, kryształowa ekstaza kontemplacji.
Taki miał być ostateczny wynik naszego życia? Ta uważna ocena naukowca? Nie, artysty! A jednak oddawałem mu cześć!
Ale nie to było najgorsze. Mówiąc bowiem, że usposobieniem ducha była kontemplacja, przypisałem mu skończone ludzkie doświadczenie, emocję, pocieszając się więc, nawet jeśli było to chłodne pocieszenie. W rzeczywistości jednak wieczny duch był nie do opisania. Nie można było powiedzieć o nim właściwie nic. Nawet nazwanie go „duchem”nie było może adekwatne. Ale odmawianie mu tego określenia stanowiłoby błąd nie mniejszy, bo czymkolwiek był, był on czymś więcej, a nie mniej niż duch, czymś, co wykraczało poza jakiekolwiek możliwe ludzkie zrozumienie tego słowa. Z poziomu człowieka, a nawet z poziomu kosmicznego umysłu, owo „więcej”, którego ujrzałem tylko niewielki, boleśnie niewyraźny przebłysk, było straszną tajemnicą, nieodpartą adoracją.