XVI. Epilog — powrót na Ziemię
Przebudziłem się na wzgórzu. Uliczne lampy naszego przedmieścia świeciły mocniej niż gwiazdy. Po pogłosie uderzenia zegara nadeszły echa jedenastu kolejnych. Wypatrzyłem nasze okno. Przypływ radości, dzikiej radości, zalał mnie niczym fala. A następnie spokój.
Ta małość, ale i intensywność ziemskich wydarzeń! W jednej chwili zniknęła hiperkosmiczna rzeczywistość, dzikie źródło stworzenia i cały ten strumień światów. Rozpłynęły się, przemieniły w fantazję i w zachwycającą nieistotność.
Ta małość, ale i intensywność tego skalistego ziarnka, z jego powłoką oceanów i powietrza i urywaną, różnobarwną, burzliwą powłoką życia. Cienistych wzgórz, morza, niewyraźnego, pozbawionego horyzontu. Pulsującej latarni morskiej, stukotu wagonów kolejowych. Moja dłoń pogładziła przyjemną szorstkość wrzosu.
Zniknęła hiperkosmiczna zjawa. Rzeczywistość musiała nie być taka, jaką ją wyśniłem, ale nieskończenie bardziej subtelna, bardziej przerażająca i bardziej wspaniała. I nieskończenie bliższa domu.
Ale choć moja wizja mogła być fałszywa, jeśli chodzi o detale czy strukturę, a może nawet całą swoją formę, to jej nastrój musiał niewątpliwie być właściwy. Być może pod tym względem kryła się w niej prawda. Sama rzeczywistość musiała w końcu skłonić mnie do wykoncypowania sobie tego obrazu, fałszywego jeśli chodzi o treść, ale prawdziwego w duchu.
Gwiazdy blado drżały ponad latarniami. Wielkie słońca? Czy wątłe iskry na nocnym niebie? Słońca, jak mawiano. Światła prowadzące żeglarzy i odrywające umysł od ziemskiej krzątaniny, ale przebijające słońce zimnymi włóczniami.
Siedząc tam na wrzosie, na naszym planetarnym ziarenku, skuliłem się w obliczu otchłani otwierających się po wszystkich stronach i w przyszłości. Cichy mrok, nijakie nieznane były bardziej przerażające niż wszystkie strachy, które zrodzić się mogły w wyobraźni. Umysł nie był w stanie ujrzeć nic wyraźnie, w ludzkim istnieniu nic nie mogło być pewne poza samą niepewnością. Pewna była tylko ciemność opisywana za pomocą oparów teorii. Ludzka nauka stanowiła jedynie mgiełkę liczb, a filozofia mgiełkę słów. Ludzkie postrzeganie tego skalistego ziarnka i wszystkich jego cudów było tylko zmiennym, kłamliwym widmem. Nawet własna jaźń, ten, zdawałoby się, centralny fakt, była zaledwie widmem, tak zwodniczym, że najuczciwszy człowiek musi wątpić we własną uczciwość, tak niematerialnym, że człowiek musi wątpić we własne istnienie. A nasze lojalności! Tak samooszukańcze, tak błędne i fałszywe. Z taką dzikością bronione i tak wypaczone przez nienawiść! Nasze miłości, pełne hojnej intymności, należałoby potępić jako ślepe, samolubne i samochwalcze.
A jednak? Ujrzałem ją w naszym oknie. Byliśmy razem szczęśliwi! Odnaleźliśmy, czy też stworzyliśmy, nasz własny skarb wspólnoty. Była to jedyna skała w całym galimatiasie istnienia. To, nie astronomiczny czy nadkosmiczny ogrom, nawet nie planetarne ziarenko. To i tylko to stanowiło twardy fundament egzystencji.
Po każdej stronie panował zamęt, zbierała się burza, fale już zalewały naszą skałę. I wszędzie wokół, pośród mrocznego chaosu, pojawiały się twarze i błagalne dłonie, na poły widoczne i rozpływające się w powietrzu.
A przyszłość? Czarna, z nadchodzącą burzą szaleństwa tego świata, choć przebijały przez nią przebłyski nowej, gwałtownej nadziei, nadziei na przytomny, rozsądny, szczęśliwy świat. Co straszliwego dzieliło nasze czasy i tę przyszłość? Ciemiężcy nie oddadzą potulnie władzy. A nasz dwójka, przyzwyczajona jedynie do bezpieczeństwa i spokoju, pasowała tylko do serdecznego świata, gdzie nikt nie jest udręczony, nikt nie popada w rozpacz. Byliśmy przystosowani jedynie do słonecznej pogody, do prawego, lecz nieprzesadnie trudnego życia, bez bohaterskich cnót, w bezpiecznej i sprawiedliwej społeczności. Zamiast tego znaleźliśmy się w epoce tytanicznych konfliktów, w których nieustępliwe siły ciemności i bezlitosne z desperacji siły światła miały stoczyć pojedynek na śmierć i życie w rozdartym sercu świata, gdy w następujących kolejno po sobie kryzysach należy dokonywać trudnych wyborów, do których nie pasują proste czy znajome zasady.
Za naszą zatoczką z giserni wydobył się czerwony płomień. Obok ciemne sylwetki kolcolistu przydawały tajemniczości okolicznym wrzosowiskom.
W swojej wyobraźni ujrzałem za wierzchołkiem naszego wzgórza dalsze, niewidoczne szczyty. Widziałem równiny, lasy i wszystkie pola, z miriadami pojedynczych kłosów. Widziałem, jak ziemia zakrzywia się wzdłuż ramienia planety. Wioski nawleczone były na nici dróg, stalowych torów i szumiących drutów. Krople rosy na pajęczynie. Tu i tam miasteczko stanowiło przestwór światła, mglistą jasność przyprószoną gwiazdami.
Za równinami mieścił się Londyn, rozświetlony neonami, wrzący, wyglądający jak przeźrocze mikroskopu wyciągnięte z brudnej wody i zaludnione hałaśliwymi drobnoustrojami. Drobnoustroje! Z gwiezdnego punktu widzenia te stworzenia niewątpliwie były zaledwie bakteriami, ale dla siebie samych, a czasami dla siebie nawzajem, były nie mniej prawdziwe niż wszystkie słońca.
Dalej, za Londynem, moja wyobraźnia wykryła ciemny obszar Kanału, a następnie całą Europę, patchwork ziemi rolnej i uśpionego przemysłu. Za topolami Normandii rozpościerał się Paryż z wieżami Notre Dame pochylonymi nieco z uwagi na zakrzywienie Ziemi. Potem hiszpańska noc gorzała zabójstwem miast. Po lewej leżały Niemcy z lasami i fabrykami, z muzyką i stalowymi hełmami. Na placach przed katedrami widziałem rzędy tysięcy młodych mężczyzn, pełnych uniesienia, opętanych, salutujących oświetlonemu reflektorami Führerowi. We Włoszech, kraju wspomnień i złudzeń, bożyszcze tłumu także zauroczyło młodych.
Daleko na lewo mieściła się zaś Rosja, dość wypukły segment naszego globu, śnieżnobiały pośród ciemności, rozpościerający się pod gwiazdami i kłębami chmur. Widziałem wieże Kremla naprzeciw Placu Czerwonego. Tam leżał zwycięski Lenin. Dalej, u stóp Uralu, wyobraźnia ujrzała rdzawe płomienie i obłoki dymu Magnitostroju14. Dalej, za wzgórzami, lśniła zapowiedź świtu, jako że o mojej północy dzień podążał już na zachód przez Azję, przeganiając swoim złotoróżowym brzaskiem dymiącą gąsienicę Ekspresu Transsyberyjskiego. Na północy twarda jak stal Arktyka gnębiła wygnańców w ich obozach. Daleko na południu leżały bogate doliny i równiny, które dawniej stanowiły kolebkę naszego gatunku, ale przez które teraz biegły tory kolejowe. Azjatyckie dzieci budził nowy, szkolny dzień i legenda Lenina. Dalej na południu leżały Himalaje, pokryte śniegiem od pasa do czubka głowy, spoglądające na zatłoczone Indie. Widziałem tańczące krzewy bawełny, pszenicę i świętą rzekę, która niosła wody Kametu15 za pola ryżowe i legowiska krokodyli, poza Kalkutę z jej statkami i biurami, aż do morza. Ze swojej północy spojrzałem na Chiny. Poranne słońce odbite od zalanych pól ozłacało groby przodków. Jangcy, lśniąca, poplątana nić, pędziła przez swą gardziel. Za górami Korei i za morzem stała góra Fudżi, wygasła i elegancka. Wokół niej, na tym wąskim skrawku ziemi jak lawa w kraterze wrzał wulkan ludności. Już zalewał Azję wojskiem i towarami.
Wyobraźnia cofnęła się i wyruszyła do Afryki. Tam zobaczyłem zbudowany przez człowieka pas wody łączący Zachód ze Wschodem; następnie minarety, piramidy i wiecznie czekającego Sfinksa. W starożytnym Memfis16 niosło się teraz echo szumu Magnitostroju. Daleko na południu czarni ludzie spali nad wielkimi jeziorami. Słonie tratowały plony. Jeszcze dalej, gdzie Holendrzy i Anglicy wyzyskują miliony tubylców, ich rzesze poruszały niewyraźne sny o wolności.
Za całym kontynentem, za pokrytą chmurami Górą Stołową, zobaczyłem Ocean Południowy, czarny od burz, a dalej lodowe urwiska pełne fok i pingwinów oraz śnieżne połacie bezludnego dawniej kontynentu. Wyobraźnia spojrzała o północy na słońce, przemierzyła biegun i Erebus17, rzygający lawą na swój gronostajowy płaszcz. Popędziła na północ nad letnim morzem, mijając Nową Zelandię, tę bardziej wolną, ale mniej świadomą Brytanię, i lecąc nad Australią, gdzie jasnowłosi jeźdźcy wypasają swoje stada.
Spoglądając wciąż na wschód od mojego wzgórza, zobaczyłem usiany wyspami Pacyfik, a następnie Ameryki, gdzie potomkowie Europy dawno temu pokonali potomków Azji, dzięki wynalezieniu broni palnej i wynikającej z tego arogancji. Dalej, na północy i południu leżał stary Nowy Świat, La Plata18 i Rio19, miasta Nowej Anglii, promieniujące ośrodki starego nowego stylu życia i myślenia. Nowy Jork, ciemny na tle popołudniowego słońca, był skupiskiem wysokich kryształów, Stonehenge współczesnych megalitów. Wokół nich, jak ryby skubiące stopy brodzących w wodzie ludzi, gromadziły się wielkie liniowce. Widziałem je też na morzu, wraz z głęboko zanurzonymi frachtowcami, przebijającymi zachód słońca rozświetlający ich pokłady. Palacze pocili się przy wielkich piecach, majtkowie na bocianim gnieździe drżeli, a taneczną muzykę dochodzącą z kajut zatapiał wiatr.
Całą planetę, całe to rojące się od życia ziarenko, widziałem teraz jako arenę, na której dwaj kosmiczni antagoniści, dwa duchy, wciąż przygotowywały się do krytycznej walki, przyjąwszy już ziemskie formy i ścierając się w naszych na poły przebudzonych umysłach. W kolejnych miastach, wioskach i niezliczonych, samotnych gospodarstwach, chatach, chałupach, w tych wszystkich zakamarkach, w których ludzie szukali pociechy, triumfu czy ucieczki, trwała wielka walka naszej ery.
Jeden z walczących jawił się jako wola śmiałego dążenia ku nowemu, wyczekiwanemu, rozsądnemu i radosnemu światu, w którym każdy człowiek mógłby żyć pełnią życia w służbie ludzkości. Druga stanowiła zaś krótkowzroczny strach przed nieznanym; czy też była czymś bardziej złowieszczym? Czy była to przebiegła żądza osobistej władzy, która dla własnych celów wzbudzała archaiczną, irracjonalną i mściwą furię plemienia.
Zdawało się, że w nadchodzącej burzy zniszczeniu ulegnie wszystko to, co cenne. Całe osobiste szczęście, wszelka miłość, twórcza praca w sztuce, nauce i filozofii, cała naukowa dociekliwość i wyobraźnia oraz wszelkie więzi społeczne, wszystko, do czego zwykle dąży w życiu człowiek zdawało się być fanaberią, kpiną w obliczu majaczącej na horyzoncie katastrofy. Ale gdybyśmy nie zdołali ich uratować, to gdzie miałyby się podziać?
Jak stawić czoła takiej erze? Jak zebrać w sobie odwagę, będąc zdolnym jedynie do pospolitych cnót? Jak to zrobić, zachowując jednocześnie prawość ducha, nie pozwalając, aby walka zniszczyła w sercu to, co staramy się uratować?
Dwa przewodnie światła. Jedno, nasz lśniący atom wspólnoty, wraz ze wszystkim, co sobą wyraża. Drugie to chłodne światło gwiazd, symbol nadkosmicznej rzeczywistości, z jej kryształową ekstazą. Dziwne, że w tym świetle, w którym nawet nasza najcenniejsza miłość podlega chłodnej ocenie, a nawet możliwa porażka naszego połowicznie budzącego się świata rozważana jest bez współczucia ani uznania, ziemski kryzys nie traci, lecz zyskuje na znaczeniu. Dziwne, że tym pilniejsze zdaje się odegranie roli w tej walce, tym krótkim wysiłku drobnoustrojów, by zdobyć dla swej rasy większą przytomność ducha, zanim zapadnie wieczny mrok.
KONIEC
Nota o wielkościach
Ogrom sam w sobie nie jest czymś dobrym. Żywy człowiek wart jest więcej niż pozbawiona życia galaktyka. Ale jest on ważny poprzez swój wpływ na bogactwo i różnorodność myśli. Wszystkie rzeczy są oczywiście duże lub małe jedynie w odniesieniu do siebie nawzajem. Powiedzieć, że kosmos jest wielki, oznacza jedynie powiedzieć, że w porównaniu z nim niektóre z jego składowych są niewielkie. Powiedzieć, że czas jego istnienia jest długi, oznacza tylko, że zawiera w sobie wiele krótszych zdarzeń. Ale choć przestrzenny i czasowy ogrom kosmosu same w sobie nie mają wrodzonej wartości, stanowią fundament dla psychicznej obfitości, którą cenimy. Fizyczny ogrom pozwala na możliwość zaistnienia fizycznej złożoności, co z kolei umożliwia powstanie organizmów o złożonych umysłach. Jest tak przynajmniej w przypadku kosmosu takiego jak nasz, w którym umysł pozostaje zależny od fizyczności.
Prawdopodobny rozmiar naszego kosmosu można z grubsza wyobrazić sobie dzięki następującej analogii, opartej na tej, którą podaje W. J. Luyten20 w książce The Pageant of the Stars21. Powiedzmy, że Walia przedstawiać będzie rozmiar naszej galaktyki, jakieś sto tysięcy lat świetlnych. Otacza ją układ siedmiu znacznie mniejszych subgalaktyk i gromad kulistych, z których wszystkie mieszczą się w obszarze o średnicy miliona lat świetlnych. W naszym modelu rozciągały się daleko na Atlantyk i Europę. Inne takie układy mieściłyby się w odległości przedstawianej przez tę między Walią a Ameryką Północną. Na tej samej skali najdalsza widoczna przez stucalowy teleskop galaktyka, odległa o około pięćset milionów lat świetlnych, mieściłaby się około sto tysięcy kilometrów dalej, co stanowi jedną czwartą naszej odległości od Księżyca. Powstający wciąż teleskop dwustucalowy bez wątpienia pozwoli nam zajrzeć jeszcze dalej. Całość kosmosu w tym modelu mieściłaby się na przestrzeni o średnicy około osiemnastu milionów kilometrów, czy też jednej ósmej odległości między Ziemią a Słońcem. Odległość od Słońca do najbliższej gwiazdy (4,5 roku świetlnego) miałaby długość około czterech metrów, a sam rok świetlny nieco mniej niż metr. Przeciętna prędkość gwiezdnego ruchu (32 kilometry na sekundę) odpowiadałaby około dziesięciu centymetrom na sto lat. Orbita ziemska miałaby średnicę dwudziestu pięciu mikrometrów, a średnica Słońca sto pięćdziesiąt nanometrów.
Koło przedstawia czas właściwy Sprawcy Gwiazd jako stworzyciela. Jego najwyższy punkt to początek i koniec światu Sprawcy Gwiazd. Czas upływa zgodnie ze wskazówkami zegara. Każda „przerwana szprycha” koła przedstawia czas kosmiczny. Kosmiczne czasy są oczywiście nieporównywalne, ale postępy działalności twórczej Sprawcy Gwiazd przedstawione są jako coraz dłuższe kosmiczne linie w miarę coraz większej dojrzałości jego tworów. Coraz większa długość oznacza rosnącą złożoność i subtelność kolejnych kreacji. „Punkt widzenia wieczności” oznacza „bezczasowe” zrozumienie całego istnienia przez Sprawcę Gwiazd jako wiecznego i absolutnego ducha. Celem twórczego ducha jest całkowite spełnienie jego potencjału i osiągniecie wiecznego punktu widzenia poprzez punkt szczytowy ostatecznego kosmosu. Każda historia kosmosu przedstawiona jest jako prostopadła do czasu samego Sprawcy Gwiazd. Może on oczywiście „przeżyć” historię kosmosu, ale potrafi także pojąć ją całą równocześnie. Historię niektórych kosmosów można by przedstawić w formie okręgów, jako że ich czas jest cykliczny. Inne mogłyby być płaszczyznami, jako że zawierają więcej niż jeden wymiar czasu. Przedstawiłem jedynie garstkę z nieskończonej liczby dzieł Sprawcy.
Przypisy:
1. Martin, Leonard Cyril (1886–1976) — profesor literatury angielskiej na Uniwersytecie Liverpoolskim. [przypis edytorski]
2. Myers, Leopold Hamilton (1881-1944) — angielski powieściopisarz. [przypis edytorski]
3. Rieu, Emile Victor (1887-1972) — angielski literaturoznawca i tłumacz, autor m.in. przekładów Odysei i Iliady. [przypis edytorski]
4. Bernal, John Desmond (1901–1971) — irlandzko-brytyjski fizyk, historyk nauki, futurolog oraz działacz polityczny, zwolennik komunizmu; jako pierwszy użył w 1939 r. pojęcie „rewolucja naukowo-techniczna”. [przypis edytorski]
5. The World, The Flesh, and the Devil (ang. ) — Świat, ciało i diabeł. [przypis tłumacza]
6. chromosfera — warstwa atmosfery słonecznej, znajdująca się pomiędzy fotosferą, a warstwą przejściową; dolna granica chromosfery wyznaczona jest przez minimum temperatury w atmosferze Słońca (4400 K) znajdujące się ok. 500 km powyżej powierzchni Słońca. [przypis edytorski]
7. czerwony olbrzym — gwiazda o stosunkowo niewielkiej masie (od 0,5 do ok. 8–10 wielokrotności masy Słońca), będąca na schyłkowym etapie ewolucji; nazwa związana jest z obserwowaną barwą i dużymi rozmiarami (setki razy większych od promienia Słońca); na tym etapie gwiazda po zsyntetyzowaniu helu z całej ilości wodoru w jądrze zaczyna syntezę helu z warstw wodoru położonych bliżej jej powierzchni. [przypis edytorski]
8. z „ll” wymawianym (...) jak po walijsku — chodzi o bezdźwięczne szczelinowe „l”, wymawiane z rodzajem szumu; por.: https://pl.wikipedia.org/wiki/Spółgłoska_boczna_szczelinowa_dziąsłowa_bezdźwięczna [przypis edytorski]
9. deterioracja — spadek wartości, jakości, sprawności lub wydolności czegoś. [przypis edytorski]
10. zęza a. zenza — najniższe miejsce wewnątrz kadłuba jednostki pływającej nieporozdzielanego wewnętrznie grodziami wodoszczelnymi; zbiera się w nim woda wraz ze wszelkimi nieczystościami. [przypis edytorski]
11. opisałem już te istoty i tragiczne relacje (...) w innej książce — por. O. Stapledon, Ostatni i pierwsi ludzie. [przypis tłumacza]
12. biały karzeł — niewielki obiekt astronomiczny (rozmiarem zbliżony do Ziemi) złożony ze zdegenerowanej materii, emitujący promieniowanie widzialne o bardzo jasnej barwie; biały karzeł powstaje po ustaniu reakcji jądrowych w gwieździe o małej lub średniej masie: gwiazdy o masie od 0,08 do 0,4 masy Słońca) nie osiągają w trakcie swojej ewolucji warunków wystarczających do zapłonu helu w reakcjach syntezy termojądrowej, więc powstają z nich białe karły helowe, gwiazdy o masie od 0,4 do ok. 4 mas Słońca spalają hel, dając białe karły węglowe lub węglowo-tlenowe, gwiazdy o masie równej 4–8 mas Słońca dają białe karły z domieszką tlenu, neonu i magnezu. [przypis edytorski]
13. cefeidy — gwiazdy pulsujące o zmiennej jasności, potrafiące być nawet dziesięć tysięcy razy jaśniejsze od Słońca. [przypis edytorski]
14. Magnitostroj — powstały w latach 30. kombinat przemysłowy w Magnitogorsku w obwodzie czelabińskim w Rosji. W 1939 Melchior Wańkowicz pisał o polskim Centralnym Okręgu Przemysłowym jako o „polskim Magnitostroju”. [przypis edytorski]
15. Kamet — szczyt w Himalajach, położony w stanie Uttarakhand w Indiach, blisko granicy z Chinami; także: potężny lodowiec zstępujący z tego szczytu. [przypis edytorski]
16. Memfis — gr. nazwa jednego z najważniejszych miast staroż. Egiptu (w epoce Starego Państwa, III–VI dynastii, ok. 2675–2170 p.n.e); w tym okresie stanowiło ono centrum polityczne, handlowe i administracyjne, ośrodek kultu Ptaha, Sechmet i Apisa; w okolicy ruin miasta znajdują się trzy wielkie nekropolie: Abusir na północy oraz Sakkara i Dahszur na południu. [przypis edytorski]
17. Erebus — czynny wulkan u wybrzeża Antarktydy Wschodniej, na Wyspie Rossa (na Morzu Rossa) o wys. 3794 m n.p.m. [przypis edytorski]
18. La Plata — miasto na obszarze Pampy we wsch. Argentynie, nad estuarium La Plata (szerokiego lejkowatego ujścia wód do Oceanu Atlantyckiego powstałego z rzek Parana i Urugwaj), położone ok. 60 km na płd. wsch. od Buenos Aires. [przypis edytorski]
19. Rio — jedno z dwóch największych (obok São Paulo) miasto Brazylii, do 1960 r. stolica państwa. [przypis edytorski]
20. Luyten, Willem Jacob (1899–1994) — holendersko-amerykański astronom, odkrywca i badacz gwiazd, pracował w obserwatoriach: Licka i Harvard College Observatory; wykładowca University of Minnesota, za swą pracę naukową odznaczony medalami (Medal Jamesa Craiga Watsona 1964, Bruce Medal 1968), jego imieniem nazwana została asteroida (1964) i gwiazda (gwiazda Luytena należy do najbliższych sąsiadów Słońca). [przypis edytorski]
21. The Pageant of the Stars (ang.) — Korowód gwiazd. [przypis tłumacza]