2. Świat pełen życia
Muszę opisać tak wiele ważnych cech społeczeństwa tego świata, że nie mogę poświęcić zbyt wiele czasu na co bardziej oczywiste właściwości planety i zamieszkującej ją rasy. Tamtejsza cywilizacja osiągnęła fazę rozwoju dość podobną do tej, która była mi znana. Nieustannie dziwiło mnie połączenie podobieństw i różnic. Podróżując nad planetą, odkryłem, że większość dostępnych gruntów zajmują uprawy, ale w wielu krajach istniał już wysoce rozwinięty przemysł. Na preriach pasły się duże stada przypominających ssaki zwierząt. Większe ssaki, czy też pseudossaki hodowano na najlepszych obszarach pastewnych na mięso i skórę. Mówię „pseudossaki”, ponieważ chociaż były żyworodne, to nie ssały mleka. Jadły miazgę pokarmową przetworzoną wstępnie w żołądku matki, którą pluła ona do pysków potomstwa. Również kobiety innych ludzi tak właśnie karmiły swoje dzieci.
Najważniejszym środkiem transportu na Innej Ziemi były pociągi parowe, ale były one tak zwaliste, że wyglądały jak ruchome tarasy pełne domów. Ten niezwykły rozwój kolei zapewne wynikał ze znacznej liczby i długości podróży poprzez pustynie. Czasami przemieszczałem się na parostatkach po nielicznych, niewielkich oceanach, ale transport morski był dość zapóźniony. Nie znano tam śrub okrętowych i zamiast tego korzystano z kół łopatkowych. Silników spalinowych używano w transporcie drogowym i pustynnym. Nie stworzono jeszcze samolotów, z uwagi na rzadką atmosferę, ale do transportu poczty na duże odległości i do wojennych bombardowań używano już napędów rakietowych. W każdej chwili mogło nadejść także ich wykorzystanie w aeronautyce.
Moja pierwsza wizyta w metropolii jednego z wielkich imperiów Innej Ziemi była niesamowitym doświadczeniem. Wszystko było jednocześnie obce i znajome. Widziałem ulice i pełne okien sklepy i biura. W tym starym mieście uliczki były wąskie i tak zapchane pojazdami, że piesi poruszali się po specjalnych nadziemnych chodnikach przy oknach na pierwszych piętrach budynków i nad ulicami.
Tłumy, które przemierzały te chodniki były tak różnobarwne jak nasze. Mężczyźni nosili płócienne tuniki i spodnie zaskakująco podobne do europejskich, nie licząc tego, że kant miały z boku nogawki. Kobiety, pozbawione piersi, o wysokich nozdrzach jak mężczyźni, wyróżniały się bardziej rurkowatymi ustami, których biologiczną funkcją było dostarczanie pożywienia niemowlętom. Zamiast spódnic nosiły zielone i połyskliwe rajstopy z materiału przypominającego jedwab oraz nie zakrywające wiele, niezbyt gustowne dla mnie majtki. Dla moich nieprzyzwyczajonych do tego widoku oczu, efekt był niewymownie wulgarny. Latem osoby obu płci często pojawiały się na ulicach nagie do pasa, ale zawsze miały na sobie rękawiczki.
Patrzyłem jednak na tłum ludzi, którzy, mimo swej dziwaczności, byli w gruncie rzeczy tak samo ludzcy jak londyńczycy. Zajmowali się codziennymi sprawami zupełnie nieświadomi tego, że widz z innego świata uważał ich za groteskowych, przy ich braku czół, ich uniesionych, drżących nozdrzach, ich zaskakująco ludzkich oczach, ich przypominających dzioby ustach. Ulice tętniły życiem, ludzie robili zakupy, toczyli rozmowy. Dzieci ciągnęły matki za ręce. Starcy z białym zarostem na twarzach garbili się, chodząc o lasce. Młodzi mężczyźni spoglądali na młode kobiety. Bogaczy łatwo było odróżnić od biedaków po nowszych i wystawniejszych ubraniach, ich pewnym siebie, czasami aroganckim kroku.
Jak mogę opisać na kilku stronach ten szczególny charakter całego, pełnego życia świata o tylu warstwach, tak innego od mojego, a jednak tak podobnego? Tu, jak na mojej planecie, w każdej godzinie rodziły się dzieci, które domagały się jedzenia, a wkrótce i towarzystwa. Odkrywały, czym jest ból, strach, samotność i miłość. Dorastały pod srogą lub miłą presją rówieśników, by stać się osobami dobrze wychowanymi, hojnymi, rozsądnymi lub umysłowo upośledzonymi, zgorzkniałymi, mściwymi. Wszyscy szukali prawdziwej wspólnoty i bardzo niewielu, być może nawet mniej z nich niż na moim świecie, znajdowało jej więcej niż uchwytny ślad. Podążali i żyli wraz ze stadem. Wygłodzeni fizycznie i umysłowo, walczyli o zwierzynę i rozdzierali się nawzajem na strzępy, szaleni od tego głodu. Czasami niektórzy z nich zadawali sobie pytanie, po co to wszystko; i następowała bitwa na słowa bez jasnej odpowiedzi. W końcu stawali się starzy i wycieńczeni. I w końcu ich trwające mgnienie oka w kosmicznej skali życie gasło.
Planeta ta, zaliczająca się do typu ziemskiego, zrodziła rasę, którą można było nazwać ludźmi, choć z innej gałęzi niż ziemska ludzkość. Ich kontynenty różniły się od siebie podobnie jak nasze i zamieszkane były przez gatunek równie zróżnicowany jak Homo sapiens. Wszystkie rodzaje ducha, jakie pojawiały się w naszej historii miały swoje odpowiedniki w historii innych ludzi. Podobnie jak my mieli mroczne wieki i wieki blasku, fazy rozwoju i zastoju, kultury w przeważającym stopniu materialistyczne i inne, intelektualne, estetyczne czy duchowe. Istniały rasy „wschodnie” i „zachodnie”, imperia, republiki i dyktatury. Wszystkie różniły się jednak od ziemskich. Wiele różnic było oczywiście powierzchownych, ale istniała także pewna głęboka różnica, której zrozumienie zajęło mi wiele czasu i której na razie nie opiszę.
Muszę zacząć od omówienia biologii innych ludzi. U podstaw ich umysłów leżała zwierzęca natura podobna do naszej. Reagowali gniewem, strachem, nienawiścią, czułością, ciekawością i tak dalej, tak jak my. Jeśli chodzi o organy czucia nie różnili się od nas wiele, poza wzrokiem mniej od naszego wrażliwym na kolory, a bardziej na kształty. Krzykliwe barwy Innej Ziemi widziane przez oczy jej mieszkańców były dla mnie bardzo przytłumione. Ich słuch również nie należał do najlepszych. Choć ich organy słuchowe były tak samo wrażliwe jak nasze na słabe dźwięki, nie najlepiej je od siebie odróżniali. Muzyka, w znanym nam kształcie, nigdy nie powstała na tym świecie.
Zamiast tego dysponowali niesamowicie rozwiniętym węchem i smakiem. Istoty te smakowały nie tylko ustami, ale także wilgotnymi, czarnymi dłońmi i stopami. Ich doświadczenie planety było więc wyjątkowo bogate i intymne. Smaki metalu i drewna, kwaśnej i słodkiej ziemi, wielu kamieni i niezliczonych roślin zgniatanych pod ich gołymi stopami stanowiły cały świat nieznany ziemskim ludziom.
Ich genitalia również wyposażone były w organy smaku. Istniało kilka wyraźnych męskich i żeńskich cech chemicznych, bardzo atrakcyjnych dla płci przeciwnej. Smakowało się je lekko przez kontakt dłoni i stóp z dowolną częścią ciała, ale doznania były wyjątkowo intensywne podczas kopulacji.
To zaskakujące bogactwo doświadczeń smakowych sprawiało, że trudno mi było w pełni wnikać w myśli innych ludzi. Smak był tak ważną częścią ich postrzegania świata jak dla nas wzrok. Wiele idei, do których ziemski człowiek docierał wzrokiem i które nawet w najbardziej abstrakcyjnej formie zdradzały ślady wzrokowego pochodzenia, inni ludzie wyrażali z pomocą smaku. Na przykład „błyskotliwy” w odniesieniu do osób czy idei można by przetłumaczyć jako słowo, które dosłownie oznaczało „smaczny”. Zamiast „jasny”, czyli w pełni zrozumiały, korzystali z terminu, którego w prymitywnych czasach myśliwi używali jako nazwy łatwego do przejścia smakowego szlaku. „Oświecenie religijne” było „smakiem niebiańskich łąk”. Wiele z naszych niewizualnych koncepcji również przekładało się ja smak. „Złożone” przekładało się jako „wielosmakowe”, co odnosiło się do mieszaniny smaków wokół wodopoju, z którego piło wiele rodzajów zwierząt. „Niekompatybilność” była słowem oznaczającym odrazę, jaką różne rodzaje ludzi czuły do siebie nawzajem w oparciu o ich doznanie smakowe.
Różnice ras, które na naszym świecie wyrażały się głównie w wyglądzie zewnętrznym, dla innych ludzi sprowadzały się niemal wyłącznie do różnic w smaku i zapachu. A jako że rasy innych ludzi były mniej ograniczone do konkretnych terytoriów niż nasze, walka między grupami, dla których ich smaki były wzajemnie odrażające odgrywały znaczną rolę w ich historii. Każda z ras uważała zwykle, że to jej smak stanowił o najwyższych zdolnościach umysłowych i był wyznacznikiem wartości duchowej. Dawniej różnice smakowe i zapachowe rzeczywiście oznaczały przynależność do różnych ras, ale współcześnie, w bardziej rozwiniętych krajach, nastąpiły wielkie zmiany. Rasy nie tylko przestały ograniczać się do konkretnych terenów, ale cywilizacja przemysłowa doprowadziła do wielu zmian genetycznych, które sprawiły, że dawne różnice rasowe nie miały już znaczenia. Dawne smaki, choć nie świadczyły już zupełnie o niczym, jako że nawet członkowie jednej rodziny mogli mieć niekompatybilne smaki, nadal miały jednak tradycyjne skutki. W każdym kraju jakiś smak uważano za szczególnie reprezentatywny dla jego mieszkańców, zaś wszelkimi innymi pogardzano, a czasem naprawdę je prześladowano.
W kraju, który poznałem najlepiej za najbardziej pożądany uchodził słony posmak niewyobrażalny dla Ziemian. Moi gospodarze uważali się za sól ziemi, ale w rzeczywistości jedynym człowiekiem o tym smaku, jakiego spotkałem, był rolnik, którego „zamieszkałem” jako pierwszego. Przeważająca większość mieszkańców kraju uzyskiwała odpowiedni smak w sztuczny sposób. Ci, którzy byli przynajmniej w jakimś stopniu słoni, nawet jeśli nie w idealny sposób, ciągle starali się zdemaskować oszustwa swoich kwaśnych, słodkich czy gorzkich sąsiadów. Niestety, choć smak kończyn dało się zamaskować, nie znaleziono skutecznego sposobu na zmianę smaku podczas kopulacji. W związku z tym nowożeńcy dokonywali szokujących odkryć podczas nocy poślubnych. Jako że w przypadku większości związków żadne z małżonków nie miało „prawidłowego” smaku, oboje udawali przed światem, że wszystko gra. Często jednak między ich smakami zachodziła przyprawiająca o mdłości niekompatybilność i przez to wiele małżeństw dotykały sekretne tragedie. Czasami, gdy jedna z osób miała mniej więcej zbliżony do ideału smak, ta naprawdę słona z oburzeniem demaskowała oszusta. Sądy, dziennikarze i opinia publiczna dołączały wtedy obłudnie do protestów.
Niektóre „rasowe” smaki były zbyt silne, by je zamaskować. Zwłaszcza jeden słodko-gorzki posmak narażał właściciela na prześladowania we wszystkich oprócz najbardziej tolerancyjnych z krajów. Słodko-gorzka rasa miała reputację sprytnych i samolubnych i co jakiś czas mniej inteligentni sąsiedzi urządzali jej pogromy. Ale we współczesnym pomieszaniu smak ten mógł pojawić się w dowolnej rodzinie. Biada wtedy nieszczęsnemu dziecku i wszystkim jego krewnym! Szykany były nieuniknione, chyba że rodzina była dość bogata, by zakupić od państwa „honorowe posolenie” (lub, w sąsiednim kraju, „honorowe posłodzenie”), dzięki któremu unikała stygmatyzacji.
W bardziej oświeconych krajach odchodzono od tych rasowych przesądów. Wśród inteligencji istniał ruch dążący do wychowywania dzieci w tolerancji dla każdego ludzkiego smaku, do odrzucenia dezodorantów i degustatantów, a nawet butów i rękawic, których noszenie narzucało społeczeństwo.
Niestety ruchowi na rzecz tolerancji stanął na drodze jeden ze skutków industrializacji. W zatłoczonych, niehigienicznych centrach przemysłowych pojawił się nowy typ smakowo-zapachowy, najwyraźniej jako mutacja biologiczna. W ciągu kilku pokoleń ten kwaskowaty, cierpki i niedający się zamaskować smak zdominował wszystkie z ubogich, zamieszkanych przez klasę robotniczą dzielnic miast. Dla wybrednych podniebień bogaczy smak ten był wyjątkowo obrzydliwy. Stał się on dla nich podświadomym symbolem, w którym skupiało się całe sekretne poczucie winy i nienawiści, jakie wyzyskujący żywili wobec wyzyskiwanych.
Na tym świecie, jak i na naszym, wszystkie główne środki produkcji, niemal cała ziemia, kopalnie, fabryki, koleje, statki, kontrolowała dla prywatnych zysków drobna część ludności. Te uprzywilejowane jednostki były w stanie zmusić masy, by pracowały dla nich, aby mieć co włożyć do garnka. Zbliżała się już tragiczna farsa będąca nieodłączną częścią takiego systemu. Właściciele w coraz większym stopniu kierowali energię pracowników na produkcję i pozyskiwanie coraz większych środków zamiast ku spełnieniu potrzeb życiowych. Kolejne maszyny miały im zapewnić większe zyski niż produkcja chleba dla robotników. Przy coraz większej konkurencji między maszynami zyski zmniejszały się, a więc malały również płace i popyt na towary. Niesprzedane towary niszczono, choć ludzie nie mieli co jeść ani w co się odziać. W wyniku załamania się systemu gospodarczego rosło bezrobocie, co prowadziło do zamieszek i surowych represji. Znajoma historia!
W miarę jak warunki pogarszały się, a akcje charytatywne i państwowa pomoc społeczna coraz słabiej radziły sobie z rosnącym bezrobociem i ubóstwem, nowa rasa pariasów w coraz większym stopniu stawała się obiektem nienawiści przestraszonych, lecz wciąż potężnych bogaczy. Rozeszły się pogłoski, że te nieszczęsne istoty stanowiły skutek tajnego, systemowego psucia czystości rasy przez hordy imigrantów i że nie zasługują na żadne względy. Pozwalano im więc tylko na podejmowanie najpodlejszych prac, w najcięższych warunkach. Gdy bezrobocie stało się poważnym problemem społecznym, praktycznie wszyscy z pariasów zostali bez pracy i żyli w nędzy. Oczywiście łatwo uwierzono, że jest to skutkiem nie kryzysu kapitalizmu, ale ich wrodzonej pośledniości.
W czasie mojej wizyty znaczna część klasy robotniczej miała w żyłach krew pariasów, zaś wśród bogaczy i klas urzędniczych istniał popularny ruch na rzecz wprowadzenia niewolnictwa dla pariasów i pół-pariasów, aby można było otwarcie traktować ich jak bydło. W obliczu niebezpieczeństwa dalszego skażenia rasowego niektórzy politycy popierali nawet zbiorowe mordy na pariasach albo chociaż ich masową sterylizację. Inni uważali jednak, że skoro społeczeństwu potrzebna była podaż taniej siły roboczej, rozsądniej będzie jedynie sprawić, by zaharowali się na śmierć podczas prac, których nie wzięliby na siebie przedstawiciele „czystej rasy”. A przynajmniej tak powinno się postępować w czasach dobrobytu. W czasach kryzysu nadmiarową populację można było zagłodzić albo wykorzystać w laboratoriach medycznych.
Osoby, które jako pierwsze ośmieliły się zasugerować taką politykę, spotkały się z publicznym oburzeniem, ale w rzeczywistości ją przyjęto. Nie do końca jawnie, ale przy cichym przyzwoleniu, z braku bardziej konstruktywnego planu.
Gdy po raz pierwszy zabrano mnie do najbiedniejszej dzielnicy miasta zaskoczyło mnie to, że choć zobaczyłem tam obszary slumsów dużo nędzniejszych niż cokolwiek znanego mi z Anglii, znajdowało się tam też wiele dużych, czystych bloków mieszkalnych godnych Wiednia. Otaczały je ogrody pełne żałosnych namiotów i szałasów. Trawa była zadeptana, krzaki połamane, kwiaty powyrywane. Wszędzie pełno było siedzących bezczynnie mężczyzn, kobiet i dzieci, brudnych i odzianych w szmaty.
Dowiedziałem się później, że te schludnie wyglądające budynki zbudowano przed światowym kryzysem ekonomicznym (znajome określenie!) na zlecenie milionera, który dorobił się fortuny na handlu narkotykiem przypominającym opium. Podarował budynki radzie miasta i został dzięki temu podniesiony do godności para. Co bardziej zasłużeni i estetycznie wyglądający biedni otrzymali porządne mieszkania, ale czynsz ustalono na tak wysokim poziomie, aby wykluczyć rasę pariasów. Wtedy nadszedł kryzys. Lokatorów zalegających z czynszem kolejno eksmitowano. W ciągu roku budynki niemal opustoszały.
Wtedy zaszedł dość ciekawy ciąg zdarzeń, który, jak się okazało, był charakterystyczny dla tego dziwnego świata. Opinia publiczna, choć źle nastawiona wobec bezrobotnych, wyjątkowo sprzyjała chorym. Zachorowawszy uzyskiwało się pewien uświęcony status i można było domagać się pomocy od wszystkich zdrowych. Więc gdy tylko któryś z nędznych mieszkańców slumsów poważnie zachorował, do jego dyspozycji były wszystkie zdobycze nowoczesnej medycyny. Zdesperowani nędzarze szybko zorientowali się w sytuacji i robili co mogli, aby zachorować, na tyle skutecznie, że szpitale wkrótce się przepełniły. Puste bloki mieszkalne pospiesznie przebudowano tak, by pomieścić w nich zalew pacjentów.
Gdy obserwowałem te i inne absurdalne wydarzenia, przypominała mi się moja własna rasa. Ale choć inni ludzie byli pod wieloma względami podobni do nas, coraz bardziej podejrzewałem, że jakiś wciąż skrywany przede mną czynnik skazywał ich na frustrację, jakiej mój, szlachetniejszy gatunek nigdy nie musiał się obawiać. Mechanizmy psychologiczne, które w naszym przypadku łagodził zdrowy rozsądek lub poczucie moralności, w tym świecie dominowały. Nie można było jednak powiedzieć, że inni ludzie byli mniej inteligentni czy mniej moralni niż ludzie z Ziemi. Jeśli chodzi o abstrakcyjne myślenie i praktyczne wynalazki co najmniej nam dorównywali. Wiele z ich ostatnich odkryć w dziedzinach fizyki i astronomii przekraczały nasz obecny poziom. Zauważyłem jednak, że ich psychika była jeszcze bardziej chaotyczna niż nasza i że ich myśl społeczna była dziwnie wypaczona.
Inni ludzie byli na przykład bardziej zaawansowani od nas jeśli chodzi o radio i telewizję, ale użytek, jaki czynili z tych wspaniałych wynalazków był katastrofalny. W cywilizowanych krajach wszyscy oprócz pariasów nosili przy sobie kieszonkowe odbiorniki. Jako że inni ludzie nie mieli muzyki, może się to wydawać dziwne; ale jako że nie dysponowali gazetami, radio było jedynym sposobem, na jaki przechodzień na ulicy mógł poznać wyniki loterii i zawodów sportowych, które stanowiły podstawę jego strawy umysłowej. Miejsce muzyki zajmowały smaki i zapachy, które przekształcano we wzorce eterycznych fal, nadawanych przez wszystkie główne stacje i przyjmujących znów pierwotną formę w kieszonkowych odbiornikach i bateriach smakowych ludności. Instrumenty te dostarczały do organów smaku i zapachu złożone bodźce. Tego rodzaju rozrywka była tak popularna, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety niemal zawsze trzymali jedną rękę w kieszeni. Specjalną długość fal wydzielono na potrzeby uspokajania niemowląt.
Na rynku pojawił się odbiornik seksualny i w wielu krajach nadawano na niego programy, choć nie we wszystkich. Ten niezwykły wynalazek łączył elementy radia dotykowego, smakowego, zapachowego i dźwiękowego. Działał nie poprzez organy czucia, lecz poprzez bezpośrednią stymulację odpowiednich ośrodków mózgowych. Odbiorca nosił specjalnie skonstruowane nakrycie głowy, które przesyłało do niego z odległego studia uściski ponętnych i żywo reagujących kobiet, których w rzeczywistości doświadczał „nadawca miłosny” w studiu albo które nagrano na taśmie elektromagnetycznej do późniejszego odtworzenia.
Wokół emisji seksualnych wybuchły znaczne kontrowersje. Niektóre kraje zezwoliły na programy dla mężczyzn, ale nie dla kobiet, chcąc zachować niewinność czystszej płci. W innych zakazano całego tego przedsięwzięcia pod wpływem kapłanów, którzy głosili, że seks radiowy, nawet tylko dla mężczyzn, stanowił diabelski substytut pewnego bardzo pożądanego i zazdrośnie strzeżonego doświadczenia religijnego zwanego niepokalanym obcowaniem, o którym opowiem później. Kler dobrze wiedział, że ich władza zależy w dużej mierze od możliwości wywołania tej rozkosznej ekstazy wśród swojej trzódki za pomocą technik rytualnych i psychologicznych.
Wojsko również wyraźnie sprzeciwiało się nowemu wynalazkowi, jako że w taniej i wydajnej produkcji iluzji miłosnych uścisków widziało niebezpieczeństwo większe nawet niż antykoncepcja. Groził mu spadek podaży mięsa armatniego.
Jako że we wszystkich z bardziej szanowanych krajów media poddano kontroli emerytowanych żołnierzy i duchownych, nowe urządzenie z początku przyjęło się tylko w nastawionych raczej na zyski i owianych złą sławą krajach. W ich studiach nadawano odczucia igraszek z popularnymi gwiazdami „radia miłosnego”, a nawet zubożałymi arystokratkami, wraz z wynikami loterii i reklamami dostępnych komercyjnie leków, rękawic smakoszczelnych, aromatów i degustatantów.
Zasadę radiowej stymulacji mózgu rozwinięto wkrótce jeszcze bardziej. Programy z najbardziej ponętnymi i pikantnymi doświadczeniami nadawano we wszystkich krajach i można było korzystać z nich za pomocą prostych odbiorników, na które stać było wszystkich poza pariasami. Dzięki temu nawet byle robotnik fabryczny mógł doświadczyć rozkoszy bankietu bez ponoszenia wydatków i poczucia przesytu, przyjemności zawodowego tańca bez potrzeby uczenia się ruchów czy dreszczyku emocji związanego z udziałem w wyścigach motocyklowych bez narażania się na niebezpieczeństwo. Osoba przebywająca w domu na mroźnej północy mogła opalać się na tropikalnej plaży, a w tropikach uprawiać sporty zimowe.
Rządy wkrótce odkryły, że nowy wynalazek dawał im tanią i skuteczną władzę nad ludnością. Slumsy łatwiej było tolerować, jeśli istniało niezawodne źródło iluzorycznego luksusu. Reformy, którym władze były niechętne, można było odłożyć do szuflady dzięki przedstawieniu ich jako zagrażających radiu. Strajki i zamieszki tłumiono, grożąc jedynie zamknięciem studiów nagraniowych albo zalewając eter w krytycznym momencie jakąś przesłodzoną nowinką.
Ponieważ lewica protestowała przeciwko dalszemu rozwojowi rozrywki radiowej, rząd i klasy posiadające tym chętniej ją akceptowały. Komuniści (jako że dialektyka historyczna na tej dziwnie przypominającej Ziemię planecie doprowadziła do powstania partii zasługującej na tę nazwę) wyraźnie potępiali jej użycie. Z ich punktu widzenia stanowiła kapitalistyczne opium dla ludu, którego działanie miało zapobiec nieuchronnemu w innych okolicznościach nadejściu dyktatury proletariatu.
Rosnąca opozycja ze strony komunistów pozwoliła na przekupienie w tej kwestii ich naturalnych wrogów, kleru i żołnierzy. Dopilnowano, aby ceremonie religijne zajmowały w przyszłości większą część czasu antenowego i aby pewien procent wszystkich opłat licencyjnych trafiał do kościołów. Propozycja transmisji niepokalanego obcowania została jednak odrzucona przez kapłanów. Poza tym zgodzono się, aby wszyscy pracownicy Nadzoru Mediów pozostający w związku małżeńskim musieli udowadniać, pod groźbą zwolnienia, że nigdy nie spędzili nocy z dala od żon (lub mężów). Przystano także na czystki pośród pracowników podejrzewanych o sympatyzowanie z tak wywrotowymi ideami jak pacyfizm czy wolność słowa. Żołnierzy udobruchano państwowymi zasiłkami macierzyńskimi, podatkiem bykowym dla kawalerów i regularnym nadawaniem propagandy wojskowej.
Podczas moich ostatnich lat na Innej Ziemi stworzono system, dzięki któremu można było przejść na resztę życia w stan spoczynku i spędzać czas na odbieraniu w łóżku programów radiowych. Wyżywieniem i funkcjami życiowymi takich osób zajmowali się lekarze i pielęgniarki związani z Nadzorem Mediów. Zamiast ćwiczeń oferowano regularne masaże. Udział w tym programie początkowo stanowił drogi luksus, ale jego wynalazcy mieli nadzieję w bliskiej przyszłości udostępnić go wszystkim. Spodziewano się nawet, że z czasem opieka lekarska stanie się zbędna. Planowano stworzenie rozległego systemu automatycznej produkcji pożywienia i rurociągów doprowadzających papkę do ust pacjentów oraz złożonego układu kanalizacji. Elektryczne masaże miały być dostępne po wduszeniu przycisku. Nadzór lekarski miał zastąpić automatyczny system suplementacji endokrynologicznej automatycznie regulujący skład krwi przy użyciu rur, którymi płynąć miały wszelkie chemikalia potrzebne do zapewnienia odpowiedniej równowagi fizjologicznej.
Nawet jeśli chodzi o same transmisje, niepotrzebny byłby już czynnik ludzki, bo wszelkie możliwe przyjemne doświadczenia już nagrano, korzystając z najbardziej wyszukanych żywych przykładów. Byłyby nieustannie nadawane na różnych dostępnych programach.
Być może potrzebna byłaby wciąż garstka techników i kierowników nadzorujących system, ale przy odpowiedniej dystrybucji zadań, każdy z pracowników Światowego Nadzoru Mediów poświęcałby na to nie więcej niż kilka godzin tygodniowo.
Dzieci, w razie potrzeby zapewnienia ciągłości gatunku, powstawałyby w sposób ektogenetyczny. Światowego Dyrektora Mediów prosiłoby się wtedy o podanie psychologicznych i fizjologicznych specyfikacji idealnego odbiorcy. Stworzone zgodnie z tym wzorcem niemowlęta następnie edukowano by za pomocą specjalnych programów radiowych przygotowujących je do dorosłego radiowego życia. Nigdy nie opuszczałyby swoich kołysek, oprócz przeprowadzek do coraz większych łóżek. Pod koniec życia, w przypadku gdyby nauki medyczne nie rozwiązały problemu starzenia i umierania, każdy mógłby przynajmniej zapewnić sobie bezbolesną śmierć, wciskając odpowiedni przycisk.
Entuzjazm dla tego niesamowitego projektu szerzył się szybko we wszystkich cywilizowanych krajach, ale pewne reakcyjne siły gorąco się mu sprzeciwiały. Zarówno religijni konserwatyści, jak i militarystyczni nacjonaliści uważali, że człowiek powinien być aktywny. Kościoły twierdziły, że jedynie samodyscyplina, umartwienie ciała i ciągła modlitwa mogą zapewnić duszy życie wieczne. Nacjonaliści w każdym z krajów głosili natomiast, że przeznaczeniem ich własnego narodu jest rządzenie poślednimi ludami i że tylko bitewna chwała otworzy przed zmarłymi wrota do Walhalli.
Wielu potentatów ekonomicznych, którzy wcześniej skłaniali się ku umiarkowanej radiowej błogości jako opium dla niezadowolonych robotników, teraz zwróciło się przeciwko niej. Pożądali władzy, a do tego potrzebni im byli niewolnicy, których pracę mogli zaprząc do wielkich przedsięwzięć przemysłowych. Stworzyli więc instrument będący jednocześnie opiatem, jak i ostrogą. Z użyciem wszystkich środków propagandowych starali się rozbudzić w ludności nacjonalizm i nienawiść rasową. Stworzyli w zasadzie „inny faszyzm”, łącznie z kłamstwami, mistycznym kultem rasy i państwa, odrzuceniem rozumu, pochwałą rządów silnej ręki i odwoływaniem się jednocześnie do najobrzydliwszych instynktów i szlachetnych pobudek omamionej przez siebie młodzieży.
W opozycji zarówno do krytyków radiowej błogości, jak i do niej samej — stała w każdym z krajów mała, zdumiona przebiegiem wydarzeń partyjka, która twierdziła, że prawdziwym celem ludzkiej aktywności jest stworzenie światowej społeczności świadomych, inteligentnych, kreatywnych jednostek, darzących się nawzajem szacunkiem i dążących do wspólnego celu, jakim było spełnienie potencjału ludzkiego ducha. Znaczna część ich doktryny stanowiła parafrazę nauk dawnych proroków religijnych, ale głęboki wpływ na nich miała też współczesna nauka. Jednak partii tej nie rozumieli naukowcy, przeklinali ją kapłani, wyśmiewali militaryści i ignorowali zwolennicy radiowej błogości.
Tymczasem chaos gospodarczy sprawiał, że potęgi ekonomiczne Innej Ziemi z coraz większą desperacją konkurowały ze sobą o rynki zbytu. Ich rywalizacja na tym polu, w połączeniu z odwiecznymi waśniami plemiennymi podsycanymi za pomocą strachu, nienawiści i dumy, doprowadziła do niekończącej się serii konfliktów, z których każdy groził światową zagładą.
W tej sytuacji entuzjaści radia podkreślali fakt, że gdyby przyjęto ich propozycje, nie dochodziłoby do wojen, a z drugiej strony gdyby doszło do światowego konfliktu zbrojnego, plany wprowadzenia ich w życie zostałyby odroczone na czas nieokreślony. Stworzyli więc światowy ruch na rzecz pokoju, a poparcie dla radiowej błogości było tak wielkie, że demonstracje antywojenne przyciągały tłumy w każdym kraju. W końcu stworzono Międzynarodowy Nadzór Mediów, który miał szerzyć radiową ewangelię, łagodzić różnice między imperiami i ostatecznie przejąć rządy nad światem.
Tymczasem szczerzy wyznawcy religii i autentyczni militaryści, słusznie oburzeni motywacjami stojącymi za nowym internacjonalizmem, a jednocześnie sami kierujący się wcale nie lepszymi ideami, postanowili ocalić innych ludzi wbrew im samym, prowokując narody świata do wojny. Wszelkie siły propagandy i korupcji finansowej poświęcono na wzbudzanie ducha nacjonalizmu. Mimo to chęć doświadczenia radiowej błogości była teraz tak powszechna i silna, że zwolennicy wojen nie odnieśliby większych sukcesów, gdyby nie bogactwo wielkich producentów uzbrojenia i ich doświadczenie w wywoływaniu fermentu społecznego.
Udało się skutecznie rozbudzić konflikt między jedną ze starych potęg gospodarczych i pewnym państwem, które dopiero niedawno przyjęło cywilizację mechaniczną, ale już stało się mocarstwem rozpaczliwie potrzebującym nowych rynków. Radio, które wcześniej stanowiło główną siłę na rzecz kosmopolityzmu, nagle w każdym kraju zaczęło wspierać nastroje nacjonalistyczne. Od rana do wieczora każdy cywilizowany lud zapewniano, że wrogowie, których smak był oczywiście podludzki i obrzydliwy, knuli spiski mające doprowadzić do jego zniszczenia. Alarmy bombowe, historie o szpiegach, audycje o barbarzyńskim i sadystycznym zachowaniu sąsiednich narodów, wywoływały w każdym kraju tak bezkrytyczną podejrzliwość, że wojna stawała się nieunikniona. W pewnym momencie rozpętał się spór o kontrolę nad przygraniczną prowincją. Podczas tych kluczowych dni Bvalltu i ja znajdowaliśmy się akurat w dużym, prowincjonalnym mieście. Nigdy nie zapomnę tego, jak jego mieszkańców ogarnęła niemal maniakalna nienawiść. Wszelkie myśli o ludzkim braterstwie, a nawet o osobistym bezpieczeństwie, zastąpiła dzika żądza krwi. Ogarnięte paniką rządy zaczęły kierować na swoich niebezpiecznych sąsiadów bomby rakietowe dalekiego zasięgu. W ciągu paru tygodni kilka stolic Innej Ziemi uległo zniszczeniu. Każdy naród chciał teraz zadać wrogom większe ciosy niż te, które otrzymał.
O koszmarach tej wojny, o niszczeniu miasta za miastem, o ogarniętych paniką rzeszach ludzi, które oddały się szaleńczemu plądrowaniu i zabijaniu, o głodzie i chorobach, o rozpadzie usług społecznych, o pojawieniu się brutalnych dyktatur wojskowych, o katastrofalnym rozkładzie kultury i wszelkiej przyzwoitości w kontaktach międzyludzkich, o tym nie ma potrzeby szczegółowo opowiadać.
Zamiast tego skupię się na samym końcu nieszczęść, jakie spotkały innych ludzi. Mój własny ludzki gatunek w podobnych okolicznościach z pewnością nie pogrążyłby się w tak zupełnym szaleństwie. Bez wątpienia grozi nam wybuch niewiele mniej niszczycielskiej wojny, ale mimo wszelkich czekających nas wtedy męczarni niemal na pewno wyjdziemy z niej cało. Pomimo wszelkiej ludzkiej głupoty zawsze udaje nam się uniknąć popadnięcia w całkowity obłęd. W ostatniej chwili, z pewnym wahaniem, mimo wszystko bierze górę rozsądek. Z innymi ludźmi stało się jednak inaczej.