3. Przyszłość rasy
Im dłużej przebywałem na Innej Ziemi, tym bardziej podejrzewałem, że musi istnieć jakaś ważna, głęboka różnica między tą ludzką rasą a ludzkością na mojej ojczystej planecie. W pewnym sensie różnica ta polegała oczywiście na równowadze. Homo sapiens był w swoim ogóle gatunkiem lepiej zintegrowanym, w większym stopniu obdarzonym zdrowym rozsądkiem, mniej skłonnym do popadania w skrajności.
Być może najbardziej uderzającym przykładem ekstrawagancji innych ludzi była rola, jaką pełniła religia w bardziej rozwiniętych społeczeństwach. Miała ona dużo większą władzę niż na mojej planecie, a nauki tamtejszych dawnych proroków rozpalały nawet moje, obce i ospałe serce. Rola, jaką odgrywała religia we współczesnym społeczeństwie była jednak znacznie mniej pozytywna.
Muszę zacząć od wyjaśnienia, że w rozwoju religii na Innej Ziemi ważną rolę odegrał zmysł smaku. Plemienne bóstwa obdarzono oczywiście cechami smakowymi najbardziej pożądanymi dla danych ludów. Później, gdy pojawił się monoteizm, opisom mocy, mądrości, sprawiedliwości, wyrozumiałości Boga towarzyszyły opisy jego smaku. W literaturze mistycznej Bóg przyrównywany był często do starego, dostałego wina, a ci, którzy rzekomo doświadczali objawień, twierdzili, że ta smakowa ekstaza pod wieloma względami przypominała delektowanie się aromatem wyjątkowo dobrego rocznika.
Niestety, zważywszy na różnorodność typów smakowych ludzi, rzadko zgadzano się co do tego, jak smakuje Bóg. Toczono wojny religijne o to, czy był przede wszystkim słodki czy słony, czy też może jego dominujący smak należał do tych, których mój gatunek nie jest w stanie sobie wyobrazić. Niektórzy głosili, że jego smak odczuć mogły tylko stopy, inni, że tylko dłonie lub usta, a jeszcze inni, że można było go doświadczyć tylko w subtelnym połączeniu smaków zwanym niepokalanym obcowaniem, które stanowiło zmysłową, głównie seksualną ekstazę wywoływaną przez kontemplację i stosunek z bóstwem.
Byli i tacy, którzy twierdzili, że choć Bóg istotnie był smaczny, to jego smaku nie mógł skosztować żaden cielesny narząd, a tylko nagi duch, że był on subtelniejszy i wykwintniejszy niż smak ukochanej osoby, jako że zawierał w sobie to, co najwonniejsze i duchowe w człowieku oraz o wiele więcej.
Niektórzy posunęli się nawet do głoszenia, że o Bogu myśleć należy nie jako o osobie, ale o istocie, która jest tym smakiem. Bvalltu mawiał, że „albo Bóg jest wszechświatem, albo przenikającym wszystko smakiem kreatywności”.
Jakieś dziesięć lub piętnaście wieków wcześniej, gdy religia, o ile mogłem to ocenić, była najbardziej żywotna, nie istniały kościoły czy kapłaństwo, ale życie każdego człowieka zdominowane było przez religijne idee w stopniu, który dla mnie zdawał się niewyobrażalny. Później zaś wróciły kościoły i kapłani, by odegrać ważną rolę w zachowaniu malejącej obecnie świadomości religijnej. Jeszcze później, kilkaset lat przed rewolucją przemysłową, zorganizowana religia przejęła kontrolę nad większością cywilizowanych nacji do tego stopnia, że trzy czwarte ich dochodów przeznaczano na utrzymanie instytucji religijnych. Klasy pracujące, które harowały dla posiadaczy za nędzne grosze, oddawały znaczną część żałosnych zarobków klerowi i żyły w większej nędzy, niż gdyby tego nie robiły.
Nauka i przemysł wywołały jedną z tych nagłych, skrajnych rewolucji myślenia tak charakterystycznych dla innych ludzi. Niemal wszystkie kościoły zniszczono lub zmieniono w tymczasowe fabryki i muzea przemysłowe. Ateizm, do tej pory prześladowany, stał się modny. Wszyscy najwybitniejsi myśliciele stali się agnostykami. Ostatnio jednak, najwyraźniej w wyniku przerażenia skutkami materialistycznej kultury znacznie bardziej cynicznej i bezczelnej niż nasza, najbardziej uprzemysłowione kraje znów zaczęły zwracać się ku religii. Stworzono duchowe podstawy dla nauk przyrodniczych. Stare kościoły znów zaczęły być użytkowane zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem i budowano kolejne, tak liczne jak kina na naszej Ziemi. Nowe kościoły wkrótce wchłonęły i kino i wyświetlały nieustannie seanse, w których orgie zmysłowe i propaganda kościelna zręcznie się przeplatały.
W czasie mojej wizyty kościoły odzyskały całą utraconą potęgę. Wcześniej skutecznie konkurowało z nimi radio, ale i ono zostało skutecznie wchłonięte. Nadal odmawiano transmisji niepokalanego obcowania, które zyskało nowy prestiż dzięki powszechnej wierze, że było zbyt duchowe, aby przesyłać je w eter. Co bardziej zaawansowani technicznie kapłani zgadzali się jednak, że jeśli powstanie kiedyś światowy system „błogości radiowej”, trudności te być może uda się przezwyciężyć. Tymczasem komunizm nadal jednoznacznie odrzucał religię, ale w dwóch wielkich krajach komunistycznych oficjalna, zorganizowana niewiara stawała się de facto religią pod inną nazwą. Miała własne instytucje, kapłanów, rytuały, moralność, system odkupienia win, doktryny metafizyczne, które, choć wciąż materialistyczne, mimo wszystko opierały się na przesądach. A smak bóstwa zastąpił smak proletariatu.
Religia była więc jak najbardziej realną siłą w życiu wszystkich tych ludzi. W ich gorliwej wierze było jednak coś dziwnego. W pewnym sensie była ona szczera, a nawet pożyteczna, jako że jeśli chodzi o małe, osobiste pokusy i oczywiste, stereotypowe wybory moralne inni ludzie byli dużo bardziej sumienni niż mój gatunek. Odkryłem jednak, że typowy współczesny inny człowiek sumienny był tylko w sytuacjach konwencjonalnych i brakowało mu autentycznej wrażliwości moralnej. Dlatego więc, mimo że praktyczna hojność i powierzchowna życzliwość były u nich częstsze niż u nas, najbardziej diabolicznych prześladowań dokonywano z czystym sumieniem. Co bardziej wrażliwi zawsze musieli mieć się na baczności. Głębsze rodzaje intymności i polegania na sobie nawzajem były nietrwałe i rzadkie. W tym niebywale społecznym świecie ducha ludzi dręczyła samotność. Wciąż spotykali się, ale nadal pozostawali sami. Każdy bał się samotności, ale nawet w towarzystwie, mimo powszechnego przekonania o braterstwie, te dziwne istoty były od siebie tak odległe jak gwiazdy. Każdy szukał w oczach bliźniego tylko obrazu samego siebie i nigdy nie widział niczego innego. A jeśli coś ujrzał, był oburzony i przerażony.
Kolejną wprawiającą w osłupienie kwestią związaną z życiem religijnym innych ludzi w czasie mojej wizyty było to, że choć byli pobożni i bluźnierstwo uznawano za coś wyjątkowo okropnego, ogólne podejście do bóstwa polegało na świętokradczym komercjalizmie. Ludzie uważali, że smak bóstwa można kupić na wieczność za pieniądze lub odprawiane rytuały. Co więcej, Boga, którego czcili słowami, używając wspaniałego, uduchowionego języka jeszcze z dawnych epok, teraz postrzegali już tylko albo jako sprawiedliwego, lecz zazdrosnego pracodawcę, albo jako pobłażliwego rodzica, albo też jako czystą energię fizyczną. Tymczasem panowało jednocześnie przekonanie, że w żadnej z poprzednich er religia nie była tak powszechna i oświecona. Niemal powszechnie zgadzano się, że głębokie nauki starożytnych proroków dopiero teraz rozumiano w sensie, w jakim pierwotnie widzieli je sami prorocy. Współcześni pisarze i prezenterzy radiowi twierdzili, że reinterpretują Pismo tak, by służyło wiernym w sposób adekwatny do oświeconych potrzeb religijnych czasów, które nazywano Erą Religii Naukowej.
Pod płaszczykiem samozadowolenia, którym charakteryzowała się cywilizacja innych ludzi przed wybuchem wojny widywałem często ledwie uchwytny niepokój i lęk. Oczywiście większość z nich kierowała się w codziennych sprawach własnym interesem, tak jak i na mojej planecie. Byli zbyt zajęci zarabianiem na życie, żenieniem się, zakładaniem rodzin, konkurowaniem ze sobą nawzajem, by znaleźć czas na świadome wątpliwości na temat sensu życia. Często jednak wyglądali jak ktoś, kto właśnie zapomniał o czymś ważnym i z całych sił próbuje odnaleźć to w głowie, albo jak podstarzały kaznodzieja, który wygłasza stare kazania, nie w pełni już je rozumiejąc.
Coraz bardziej podejrzewałem, że rasa ta, mimo wszystkich jej triumfów, żyła obecnie wielkimi ideami przeszłości, mówiąc wciąż o koncepcjach, do zrozumienia których brakowało jej już rozsądku, oddając cześć ideałom, w które nie potrafiła już świadomie wierzyć i poruszając się w systemie instytucji, z których wiele wymagało nieco bystrzejszych umysłów, by się w nich odnaleźć. Instytucje te, jak podejrzewałem, musiały zostać stworzone przez rasę dysponującą nie tylko znacznie większym intelektem, ale też bardziej skłonną do działań dla dobra wspólnoty niż było to obecnie możliwe na Innej Ziemi. Zdawały się opierać na założeniu, że ludzie są co do zasady życzliwi, rozsądni i zdyscyplinowani.
Często wypytywałem o to Bvalltu, ale zawsze zbywał moje pytania. Warto pamiętać, że choć miałem dostęp do jego myśli, o ile świadomie nie starał się ich przede mną zataić, to przy odpowiednim wysiłku był w stanie myśleć na osobności. Od dawna podejrzewałem, że coś przede mną ukrywa, aż w końcu wyjawił mi dziwne i tragiczne fakty.
Miało to miejsce kilka dni po zbombardowaniu stolicy jego kraju. Przez oczy Bvalltu i gogle jego maski przeciwgazowej widziałem skutki ataku. Nie doświadczyliśmy samej tragedii, ale próbowaliśmy wrócić do miasta, by wziąć udział w działaniach ratunkowych. Niewiele dało się zrobić. Ciepło promieniejące z gorzejącego centrum miasta było tak wielkie, że nie byliśmy w stanie przebić się dalej niż przez pierwsze przedmieścia. Nawet tam ulice były zawalone przez zburzone budynki. Ludzkie ciała, zmiażdżone i spopielone, wystawał tu i ówdzie z gruzów. Większość ludności skryła się pod ruinami. Na otwartej przestrzeni leżeli uduszeni przez gaz. Ekipy ratunkowe błąkały się bezczynnie. Spośród chmur dymu czasami wyzierało Inne Słońce, a nawet i gwiazdy.
Przez jakiś czas krążyliśmy pośród ruin, bezskutecznie starając się jakoś pomóc, po czym Bvalltu usiadł. Widok otaczających nas zniszczeń sprawił, że „rozwiązał mu się język”, jeśli mogę tak określić to, że szczerze zaczął myśleć w mojej obecności. Pozwoliłem sobie na uwagę w rodzaju, że przyszłe epoki ze zdumieniem spoglądać będą na całe to szaleństwo. Westchnął przez maskę i powiedział:
— Moja nieszczęsna rasa doprowadziła już zapewne do własnej zguby.
Nie zgodziłem się z nim. Choć nasze miasto zniszczono jako czterdzieste, to na pewno pewnego dnia nastanie pokój i jego rasa w końcu wyjdzie z obecnego kryzysu, odbudowując dawne siły. Bvalltu powiedział mi wtedy o dziwnych rzeczach, które ponoć zawsze zamierzał mi przekazać, ale jakoś nigdy nie był w stanie się na to zdobyć. Choć wielu naukowców i badaczy współczesnego społeczeństwa podejrzewało prawdę, jednak w pełni znana była tylko jemu i kilku innym.
Jak mi wyjaśnił, jego gatunek najwyraźniej podlega dziwnym, długotrwałym fluktuacjom, trwającym od jakichś dwudziestu tysięcy lat. Wszystkie rasy, w każdej strefie klimatycznej zdawały się podlegać jednocześnie temu powszechnemu rytmowi ducha. Jego przyczyna nie była znana. Choć wydawało się, że coś wpływa na całą planetę jednocześnie, być może w rzeczywistości rozchodziło się prędko z jednego punktu początkowego. Bardzo niedawno pewien naukowiec zasugerował, że może wynikać to ze zróżnicowanej intensywności „promieni kosmicznych”. Z danych geologicznych wynikało, że takie fluktuacje promieniowania rzeczywiście miały miejsce, być może powodowane przez sąsiednią gromadę młodych gwiazd. Nadal niepewne było jednak, czy rytm psychologiczny i astronomiczny były ze sobą powiązane, ale wiele faktów wskazywało na to, że gdy promieniowanie się nasilało, słabł ludzki duch.
Teoria ta nie przekonywała jednak Bvalltu, który skłaniał się raczej ku opinii, że rytmiczne zmiany ludzkiej mentalności miały bliższe źródło. Jakiekolwiek było ich wyjaśnienie, niemal na pewno w przeszłości wielokrotnie osiągano wysoki poziom cywilizacji, po czym jakaś siła raz po raz osłabiała siły umysłowe ludzkości. Podlegający tym potężnym falom inni ludzie popadali w stan mentalnego i duchowego otępienia, gorszego niż cokolwiek, czego doświadczyła moja rasa od czasu, gdy w toku ewolucji powstał współczesny człowiek. U szczytu fali intelektualna potęga, prawość i mądrość duchowa zdawały się osiągać poziom, który uznalibyśmy za nadludzki.
Raz po raz tutejsi ludzie dziczeli, po czym przechodzili przez etap barbarzyńskiej kultury aż do fazy światowego geniuszu i powszechnej moralności. Całe populacje równocześnie stawały się niezwykle hojne, mądre, zdyscyplinowane, ich myśli były przenikliwe a ich duchowość niezachwiana.
Dzięki temu w ciągu kilku stuleci cały świat zaludniały wolne i szczęśliwe społeczeństwa. Przeciętne jednostki uzyskiwały bezprecedensową jasność myślenia i wspólnie pozbywały się niesprawiedliwości społecznych i prywatnego okrucieństwa. Kolejne pokolenia, świadome i wyrastające w przyjaznym środowisku, tworzyły ogólnoświatową utopię przebudzonych istot.
Wtedy jednak zaczynał się uwiąd. Po złotej erze następowała srebrna. Korzystający z przeszłych osiągnięć myśliciele błądzili w dżungli subtelnych niuansów lub popadali w niedbałość. Równocześnie malał też poziom moralny społeczeństwa. Ludzie stawali się mniej szczerzy, mniej wnikliwi, mniej wrażliwi na potrzeby innych, mniej zdolni do współdziałania. Maszyneria społeczna, która działała dobrze, póki obywatele dysponowali odpowiednią dozą człowieczeństwa,grzęzła wśród niesprawiedliwości i korupcji. Tyrani i oligarchowie zaczynali ograniczać wolność jednostek, a nienawiść uciskanych klas dawała im ku temu dobrą wymówkę. Krok po kroku, choć materialne zdobycze cywilizacji tliły się jeszcze przez wieki, płomień ducha przygasał aż do słabej iskry tlącej się w sercach garstki osób. Potem następował czas barbarzyństwa i degeneracja do niemal podludzkiej dzikości.
Ogólnie wyglądało jednak na to, że u szczytów ostatnich fal dochodziło do większych osiągnięć niż w geologicznej przeszłości, a przynajmniej tak wmawiali sobie niektórzy z antropologów. Uważano powszechnie, że obecna cywilizacja jest najwspanialsza, że najlepsze dopiero nadejdzie i że dzięki nowej wiedzy naukowej uda się zachować mentalny poziom rasy przed deterioracją9.
Obecne warunki gatunku rzeczywiście były wyjątkowe. W żadnym wcześniejszym ze znanych cykli nauka i mechanizacja nie poczyniły tak wielkich postępów. Na ile dało się wywnioskować z fragmentarycznych informacji na temat poprzedniego, mechaniczne wynalazki nigdy nie przekroczyły poziomu znanego z naszej połowy dziewiętnastego wieku, zaś w jeszcze wcześniejszych cyklach, jak uważano, stagnacja nadeszła na jeszcze niższych poziomach rozwoju przemysłowego.
Choć w kręgach intelektualnych zakładano więc powszechnie, że najlepsze dopiero nadejdzie, Bvalltu i jego przyjaciele byli przekonani, że szczyt fali miał już miejsce kilka stuleci wcześniej. Dla większości ludzi dekada przed wojną wydawała się oczywiście lepsza i bardziej cywilizowana niż poprzednia. Z ich punktu widzenia cywilizacja i mechanizacja były niemal tym samym, a nigdy dotąd przemysł nie święcił takich triumfów. Korzyści z cywilizacji naukowej były oczywiste. Klasy posiadające dysponowały większym komfortem, lepszym zdrowiem,posturą, dłuższą młodością oraz systemem wiedzy technicznej tak rozległym i złożonym, że pojedynczy człowiek mógł znać jedynie jego zarys albo drobny szczegół. Co więcej, rozwinięta komunikacja zapewniła powszechny kontakt między ludźmi. Miejscowe różnice ustępowały pola radiu, kinu i gramofonowi. W porównaniu z tymi oznakami nadziei łatwo było przeoczyć, że kondycja ludzi, choć wspomagana dzięki lepszym warunkom, stała się znacznie mniej stabilna niż dotąd. Pewne dezintegracyjne choroby występowały coraz częściej i stawały się coraz groźniejsze, zwłaszcza choroby układu nerwowego. Cynicy mawiali, że szpitali psychiatrycznych będzie niedługo więcej niż kościołów, ale stroili sobie jedynie żarty. Niemal wszyscy zgadzali się co do tego, że mimo wojen, problemów ekonomicznych i niepokojów społecznych, ogólnie dzieje się dobrze, a przyszłość będzie jeszcze lepsza.
Bvalltu twierdził jednak, że prawda niemal na pewno wygląda inaczej. Jak podejrzewałem, istniały niepodważalne dowody, że średni poziom inteligencji i instynktu moralnego obniżył się na całym świecie i zapewne tendencja ta będzie się nasilać. Cała rasa żyła już przeszłością. Wszystkie ważne idee współczesnego świata głoszono już stulecia wcześniej. Od tamtej pory rzeczywiście w rewolucyjny sposób je zastosowano, ale żadne z sensacyjnych wynalazków nie opierały się na wnikliwej, wszechstronnej intuicji, która zmieniała kierunek myślenia w poprzedniej epoce. Bvalltu przyznał, że doszło w ostatnim czasie do pewnych rewolucyjnych odkryć naukowych, ale w żadnym z nich nie sposób było dopatrzeć się jakiejś nowatorskiej zasady. Nowe teorie stanowiły tylko rekombinacje wcześniejszych. Metoda naukowa, wynaleziona kilkaset lat wcześniej, była tak przydatną techniką, że mogła rodzić owoce jeszcze przez stulecia nawet w rękach ludzi niezdolnych do szczególnie oryginalnego myślenia.
Nie tyle jednak w dziedzinie nauki, co w moralnych i praktycznych zachowaniach najbardziej uwidaczniała się umysłowa lichość. Z pomocą Bvalltu sam doceniłem w pewnym stopniu literaturę tego świetnego okresu sprzed wieków, gdy każdy kraj zdawał się pozostawać w stanie wspaniałego rozkwitu sztuki, filozofii i religii; gdy kolejne narody zmieniały cały porządek społeczno-polityczny, by zapewnić wszystkim ludziom jak najwięcej wolności i dobrobytu; gdy kolejne państwa odważnie prowadziły rozbrojenia, ryzykując zniszczeniem, ale zyskując pokój i pomyślność; gdy rozwiązywano siły policyjne, a więzienia zamieniano w biblioteki czy szkoły; gdy broń czy nawet zamki i klucze znano jedynie z muzeów; gdy kapłani czterech największych religii dzielili się swoimi sekretami, oddawali swe bogactwa biednym i prowadzili wielkie kampanie społeczne lub zajmowali się rolnictwem i uczeniem rzemiosła, jak przystało na wyznawców nowej, pozbawionej kapłanów, wiary i Boga religii światowej społeczności niewypowiedzianego uwielbienia.
Po jakichś pięciuset latach zaczęły wracać zamki, klucze, broń i doktryny. Złoty wiek pozostawił po sobie jedynie wspaniałą tradycję i szereg zasad, które, choć obecnie błędnie interpretowane, wciąż wywierały dobry wpływ na pogrążony w chaosie świat.
Ci z naukowców, którzy przypisywali umysłowe marnienie promieniowaniu kosmicznemu potwierdzili, że gdyby ich rasa odkryła naukę wiele stuleci wcześniej, gdy wciąż dopiero czekał ją okres największej żywotności, wszystko byłoby dobrze. Wkrótce rozwiązano by problemy wiążące się z cywilizacją przemysłową. Stworzono by nie tylko „średniowieczną”, ale wysoce zmechanizowaną utopię. Niemal na pewno odkryto by, jak poradzić sobie z nadmiarem promieni kosmicznych i zapobiec deterioracji. Nauka przybyła jednak zbyt późno.
Bvalltu uważał jednak, że przyczyną zepsucia jest jakiś czynnik leżący w naturze człowieka. Skłaniał się ku wierze, że stanowiło ono konsekwencję cywilizacji, że zmieniając całe środowisko, w jakim żył ludzki gatunek, pozornie na lepsze, nauka nieopatrznie stworzyła warunki wrogie duchowej krzepie. Nie udawał, że wie czy katastrofę powodował nadmiar sztucznego jedzenia czy też napięcie nerwowe powodowane przez nowoczesne życie, albo zaburzenie doboru naturalnego lub łagodniejsze wychowanie dzieci, czy może jakaś inna przyczyna. Być może nie wynikała z żadnego z tych względnie nowych czynników, jako że istniały dowody na to, że ludzkość zaczęła marnieć już u samego początku ery naukowej, jeśli nie wcześniej. Być może rozkład spowodował jakiś tajemniczy czynnik w samej złotej erze. A może nawet, jak sugerował, prawdziwa wspólnota tworzyła własną truciznę, młodzi ludzie wychowywani w idealnym społeczeństwie, w autentycznym „mieście Boga” na ziemi musieli nieuchronnie zboczyć ku moralnemu i intelektualnemu lenistwu, ku romantycznemu indywidualizmowi i przekorze, a gdy to nastawienie wzięło górę, nauka i zmechanizowana cywilizacja wzmocniły rozkład duchowy.
Niedługo zanim opuściłem Inną Ziemię, pewien geolog odkrył kopalny schemat bardzo skomplikowanego odbiornika radiowego. Wyglądał na płytę litograficzną wytworzoną jakieś dziesięć milionów lat wcześniej. Po wysoce rozwiniętym społeczeństwie, które go stworzyło nie został żaden inny ślad. Znalezisko to zdumiało cały świat, ale wkrótce rozeszła się teza, że iskra cywilizacji zapłonęła niegdyś w jakimś nieludzkim gatunku, który nie przetrwał próby czasu. Zgadzano się, że człowiek, gdyby osiągnął taki poziom kultury, nigdy by z niego nie spadł.
Zgodnie z poglądem Bvalltu, człowiek wielokrotnie wspinał się na ten sam szczyt, po czym spadał w wyniku jakichś ukrytych skutków własnych osiągnięć.
Gdy Bvalltu przedłożył tę teorię w ruinach ojczystego miasta, zasugerowałem, że kiedyś, nawet jeśli nie tym razem, człowiek pomyślnie przejdzie przez ten krytyczny punkt rozwoju.Staruszek wspomniał wtedy o innej kwestii, która zdawała się wskazywać na to, że przyglądamy się ostatniemu aktowi tego długiego i powtarzalnego dramatu.
Naukowcom wiadomo było, że, zważywszy słabe przyciąganie grawitacyjne ich świata, już i tak rzadka atmosfera stopniowo zanikała. Prędzej czy później ludzkość musiała zmierzyć się z problemem powstrzymania tego ciągłego wycieku cennego tlenu. Do tej pory życie skutecznie dostosowywało się do przerzedzającej się atmosfery, ale ludzkość dotarła już pod tym względem do granicy swych możliwości i bez rozwiązania tej kwestii czekał ją uwiąd. Żywiono jedynie nadzieję, że uda się odnaleźć jakiś sposób na poradzenie sobie z sytuacją, zanim nastanie kolejna epoka barbarzyństwa. Szanse na to były niewielkie już wcześniej, a i tę wątłą nadzieję zgasiła wojna, cofając zegar badań naukowych o sto lat w chwili, gdy sama natura ludzka chyliła się ku upadkowi i mogła już nigdy nie być w stanie sprostać tak trudnemu wyzwaniu.
Myśl o zagładzie, która niemal niechybnie czekała innych ludzi sprawiła, że z przerażeniem zacząłem rozmyślać o wszechświecie, w którym coś takiego jest możliwe. Myśl, że cały świat inteligentnych istot może ulec zniszczeniu nie była dla mnie niczym nowym, ale istniała ogromna różnica między abstrakcyjną możliwością a konkretnym, nieuniknionym niebezpieczeństwem.
Na ojczystej planecie, gdy tylko popadałem w rozpacz, widząc cierpienie i bezsilność jednostek, pocieszało mnie to, że przynajmniej masowym skutkiem naszych ślepych starań musi być powolne, ale wspaniałe przebudzenie ludzkiego ducha. Ta nadzieja, ta pewność, była dla mnie jedynym ukojeniem. Teraz jednak widziałem, że nie istnieje żadna gwarancja takiego triumfu. Wyglądało na to, że wszechświat, czy też jego stwórca, musi być obojętny na los poszczególnych światów.To, że istnieje niekończący się trud, cierpienie i marność, trzeba oczywiście zaakceptować, zwłaszcza że właśnie w takiej glebie rozkwita duch. Ale to, że cały ten trud miałby ostatecznie iść zupełnie na marne, że cały świat wrażliwych dusz miałby ponieść klęskę i zginąć, musiało być czystym złem. W swym przerażeniu stwierdziłem, że to uosobiona nienawiść musi być Sprawcą Gwiazd.
Inaczej uważał jednak Bvalltu.
— Nawet jeśli moce wszechświata nas zniszczą, kim jesteśmy, by je potępiać? Równie dobrze ulotne słowo mogłoby osądzać tego, kto je wypowiada. Być może wykorzystują nas do własnych, wielkich celów, korzystają z naszej siły i słabości, naszej radości i bólu w jakimś niewyobrażalnym dla nas, wspaniałym dziele.
Zaprotestowałem.
— Jakie dzieło usprawiedliwiłoby coś tak daremnego? I jak możemy nie oceniać? I jak mielibyśmy oceniać, jeśli nie w świetle własnych serc, tak jak osądzamy siebie samych? Niegodziwością byłoby wielbienie Sprawcy Gwiazd jeśli wiemy, że jest niewrażliwy na straszne losy swych światów?
Bvalltu na chwilę zamilkł w swoim umyśle. Następnie uniósł wzrok, szukając dziennych gwiazd wśród kłębów dymu. W końcu odezwał się do mnie w myślach.
— Czy wybaczyłbyś mu, gdyby ocalił wszystkie światy, ale udręczył jednego człowieka? Albo gdyby był nieco surowy tylko względem jednego, głupiego dziecka? Jakie znaczenie ma tu nasz ból czy nasza porażka? Sprawca Gwiazd! To dobre określenie, choć jego znaczenie jest dla nas nie do pojęcia. O, Sprawco Gwiazd, nawet jeśli mnie zniszczysz, muszę cię wielbić. Nawet jeśli zadręczysz moich bliskich, zadręczysz i zmarnujesz wszystkie nasze piękne światy, drobne wytwory twojej wyobraźni, muszę cię wielbić. Bo jeśli tak postępujesz, to musisz mieć rację. We mnie byłoby to czymś złym, ale w tobie musi być dobre.
Znów opuścił wzrok, przyglądając się zrujnowanemu miastu, po czym odezwał się.
— A jeśli jednak nie ma żadnego Sprawcy Gwiazd, jeśli cały zbiór galaktyk powstał sam z siebie, nawet jeśli ten nasz wstrętny świat to jedyne miejsce pośród gwiazd, w którym mieszka duch, muszę wielbić. Ale jeśli nie ma Sprawcy Gwiazd, to co miałbym wielbić? Nie wiem. Mogę to nazwać tylko ostrym, wykwintnym smakiem egzystencji. Ale powiedzieć tak to niemal jak nic nie powiedzieć.