IV. Dalsza podróż
Musiałem spędzić na Innej Ziemi kilka lat, znacznie dłużej niż zamierzałem, gdy po raz pierwszy spotkałem tam jednego z chłopów pracujących w polu. Często tęskniłem za domem. Z bolesnym niepokojem zastanawiałem się, jak radzą sobie moi bliscy i jakie zmiany zastanę, jeśli kiedyś powrócę. Zaskoczyło mnie, że mimo wszystkich nowych wrażeń na Innej Ziemi myśli o domu wciąż były tak silne. Zdawałoby się, że dopiero chwilę wcześniej siedziałem na wzgórzu, patrząc na światła przedmieścia. Minęło jednak kilka lat. Dzieci będą niemal nie do poznania. A ich matka? Jak jej się wiedzie?
Za długość mojego pobytu na Innej Ziemi częściowo odpowiadał Bvalltu. Nie chciał słyszeć o pożegnaniu zanim każdy z nas nie zrozumie dobrze świata drugiego. Pobudzałem wciąż jego imaginację, aby mógł wyobrazić sobie tak dokładnie jak to możliwe życie na mojej planecie i podobnie jak dla mnie jego świat, dla niego nasza Ziemia również była zdumiewająca i pełna absurdów. Nie zgadzał się nawet ze mną co do tego, który ze światów jest bardziej groteskowy.
Nie tylko chęć dzielenia się informacjami związała mnie z Bvalltu. Zacząłem uważać go za dobrego przyjaciela. U początków naszego partnerstwa zdarzały się pewne napięcia. Choć obaj byliśmy cywilizowanymi ludźmi, którzy starali się zachowywać grzecznie i życzliwie, nasza wyjątkowa intymność czasami nas męczyła. Na przykład nużyło mnie bardzo jego zamiłowanie do smakowej sztuki jego świata. Siedział godzinami, muskając wrażliwymi palcami impregnowane sznurki, delektując się sekwencjami, które dla niego wyróżniały się subtelnością formy i symboliką. Z początku zaintrygowało mnie i poruszyło estetycznie, ale mimo jego cierpliwej pomocy nie byłem w stanie w pełni docenić estetyki smaku. Prędzej czy później męczyło mnie to lub nudziło. Niecierpliwiła mnie też jego potrzeba snu. Jako że byłem bezcielesny, sam jej nie odczuwałem. Mogłem oczywiście opuścić Bvalltu i sam krążyć po świecie, ale często irytowała mnie potrzeba zakończenia interesujących wrażeń danego dnia jedynie po to, by ciało mojego gospodarza mogło odpocząć. Bvalltu zaś, zwłaszcza z początku, nie przepadał za moją zdolnością do oglądania jego snów. Na jawie był w stanie skrywać przede mną swoje myśli, ale we śnie był bezbronny. Naturalnie szybko nauczyłem się powstrzymywać się przed korzystaniem z tej mocy, a on, w miarę jak darzyliśmy się coraz większym szacunkiem, już nie strzegł tak bardzo swojej prywatności.
Z czasem stwierdziliśmy, że kosztować smaku życia oddzielnie oznaczało stracić połowę jego bogactwa i niuansów. Żaden z nas nie mógł w pełni ufać własnej ocenie i motywom o ile drugi nie dzielił się z nim szczerą, ale przyjazną krytyką.
Przyszedł nam do głowy plan, który zaspokoiłby jednocześnie naszą przyjaźń, jego zainteresowanie moim światem i moją własną tęsknotę za domem. Dlaczego mielibyśmy w jakiś sposób nie odwiedzić wspólnie mojej planety? Już raz przemierzyłem tę drogę, czy nie moglibyśmy przemierzyć jej podobnie razem? A gdy spędzimy nieco czasu na Ziemi, moglibyśmy znów wyruszyć w drogę.
Musieliśmy w tym celu zająć się dwoma różnymi kwestiami. Należało dokładnie zbadać sposób podróży międzygwiezdnych, jaki osiągnąłem zupełnym przypadkiem. Oprócz tego konieczne było odnalezienie mojego ojczystego układu planetarnego na mapach astronomicznych Innej Ziemi.
Ten geograficzny, czy raczej kosmograficzny problem okazał się nie do rozwiązania. Mimo starań nie byłem w stanie dostarczyć danych orientacyjnych. Próbując zlokalizować Ziemię, dokonałem jednak niesamowitego i przerażającego odkrycia. Okazało się, że odbyłem podróż nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Po pierwsze, z bardzo zaawansowanej astronomii innych ludzi wynikało, że gwiazdy tak dojrzałe jak Inne Słońce czy moje własne Słońce były rzadkie. Tymczasem w ziemskiej astronomii ten typ gwiazd był uważany za najpowszechniejszy w galaktyce. Jak to możliwe? Odkryłem wtedy jednak coś jeszcze. Galaktyka znana tamtejszym astronomom okazała się w znacznej mierze różna od tej znanej naszym. Według innych ludzi, ten przestwór gwiazd był znacznie mniej spłaszczony niż zgodnie z naszymi obserwacjami. Nasi astronomowie mówią, że jest jak okrągłe ciastko pięć razy szersze niż jest grube. Dla nich galaktyka była jednak jak bułeczka. Już wcześniej zdumiewała mnie rozległość Drogi Mlecznej na niebie Innej Ziemi. Zaskoczyło mnie też, że tamtejsi astronomowie uważali, iż galaktyka zawiera mnóstwo materii gazowej, która nie skupiła się jeszcze w gwiazdy. Dla naszych niemal cała składała się z gwiazd.
Czyżbym więc nieświadomie podążył znacznie dalej, niż myślałem, i udał się do innej, młodszej galaktyki? Być może w okresach ciemności, gdy z nieba zniknęły rubiny, ametysty i diamenty, przemierzyłem w rzeczywistości przestrzeń międzygalaktyczną. Z początku zdawało się to stanowić jedyne wytłumaczenie, ale pewne fakty zmusiły nas do odrzucenia go na rzecz jeszcze dziwniejszego.
Porównanie astronomii innych ludzi z moją fragmentaryczną wiedzą o naszej przekonało mnie, że cały znany im kosmos galaktyk różni się od znanego nam. Przeciętna forma galaktyk była dla nich znacznie bardziej krągła i gazowa, bardziej prymitywna niż dla nas.
Co więcej, na niebie Innej Ziemi kilka galaktyk znajdowało się dość blisko, by stanowiły wyraźne smugi światła widoczne nawet gołym okiem. A astronomowie wykazywali, że wiele z tych tak zwanych „uniwersów” znajdowało się znacznie bliżej ich „uniwersum” niż najbliższe znane naszej astronomii.
Prawda, która dotarła w końcu do mnie i do Bvalltu była w rzeczy samej oszałamiająca. Wszystko wskazywało na to, że odbyłem podróż w górę rzeki czasu i wylądowałem w odległej przeszłości, kiedy większość gwiazd wciąż była młoda. Zdumiewająca bliskość tak wielu galaktyk w astronomii innych ludzi wyjaśniała tylko teoria „rozszerzającego się wszechświata”. Wiedziałem, że dotąd była ona niepewna i niesatysfakcjonująca, ale teraz przynajmniej dysponowałem dowodem sugerującym, że musi być prawdziwa. We wczesnych epokach galaktyki były bardziej stłoczone. Nie było wątpliwości, że zostałem przeniesiony do świata, na którym ludzkość pojawiła się na długo zanim moja ojczysta planeta wyłoniła się ze słońca.
Gdy zdałem sobie sprawę z czasowej odległości od domu, przypomniał mi się fakt, a przynajmniej możliwość, o której, co dziwne, dawno zapomniałem. Zapewne nie żyłem. Teraz rozpaczliwie pragnąłem znaleźć się w domu, który był dla mnie tak żywy, tak bliski. Choć odległość od niego liczyć należało w parsekach i eonach, zawsze znajdował się w zasięgu ręki. Gdybym tylko się przebudził, znalazłbym się znów na naszym wzgórzu. Ale przebudzenie nie nastąpiło. Poprzez oczy Bvalltu przyglądałem się mapom gwiazd i stronicom zapisanym dziwacznym pismem. Gdy uniósł wzrok, zobaczyłem naprzeciw nas karykaturę człowieka, z żabim pyskiem, który z trudem można było uznać za twarz, z piersią garłacza, nagiego poza zielonymi pończochami i czerwonymi majtkami. Stworzenie to, które dla ludzkiego oka było po prostu potworem, na Innej Ziemi uchodziło za młodą, piękną kobietę. A ja, patrząc na nią przez oczy Bvalltu, rzeczywiście postrzegałem jej piękno. Dla umysłu zamieszkującego Inną Ziemię, jej rysy i gesty wskazywały na znaczną inteligencję.Najwyraźniej, jeśli potrafiłem podziwiać taką kobietę, sam musiałem ulec zmianie.
Zamiast snuć opowieści o wszystkich eksperymentach, dzięki którym uzyskaliśmy i udoskonaliliśmy sztukę kontrolowanych lotów poprzez przestrzeń międzygwiezdną, wystarczy powiedzieć, że po wielu przygodach nauczyliśmy się unosić z planety, gdy tylko chcieliśmy i kierować naszym kursem pośród gwiazd samą siłą woli. Wyglądało na to, że działając razem, osiągaliśmy to z większą łatwością i dokładnością, niż gdy któryś z nas sam wyruszał w przestrzeń kosmiczną. Nasza wspólnota umysłów zdawała się wzmacniać nas nawet w ruchu pośród gwiazd.
Bardzo dziwnym doświadczeniem było znaleźć się w kosmicznej otchłani, być otoczonym jedynie przez ciemność i gwiazdy, a jednocześnie pozostawać w bliskim osobistym kontakcie z niewidocznym towarzyszem. Gdy mijaliśmy kolejne lśniące latarnie nieba, myśleliśmy do siebie o naszych doświadczeniach, dyskutowaliśmy o planach lub dzieliliśmy się wspomnieniami o naszych rodzimych światach. Czasami korzystaliśmy z mojego języka, czasami z jego. Czasami wcale nie potrzebowaliśmy słów, a dzieliliśmy się tylko strumieniem obrazów.
Bezcielesny lot pośród gwiazd musi być najbardziej ekscytującym ze sportów. Nie był pozbawiony niebezpieczeństw, ale były one, jak szybko odkryliśmy, natury psychologicznej, nie fizycznej. W naszym niematerialnym stanie zderzenia z ciałami niebieskimi nie miały większego znaczenia. Czasami, u początków naszej przygody, przypadkiem wpadaliśmy prosto w gwiazdę. Jej wnętrze było oczywiście niewyobrażalnie gorące, ale my doświadczaliśmy jedynie jej blasku.
Psychologiczne zagrożenie było dość poważne.Odkryliśmy wkrótce, że przygnębienie, zmęczenie umysłowe, strach zmniejszały nasze możliwości ruchowe. Niejednokrotnie nieruchomieliśmy w przestrzeni, jak wrak statku na oceanie, a wywoływało to taki strach, że nie byliśmy w stanie poruszyć się, aż doświadczywszy pełnej gamy rozpaczy nie przeszliśmy w obojętność i w końcu w filozoficzny spokój.
Czymś jeszcze groźniejszym, co uwięziło nas tylko raz, był konflikt umysłowy. Poważny spór co do naszych przyszłych planów powodował nie tylko bezruch, ale przerażające zaburzenia psychiczne. Nasza percepcja dezorientowała nas. Halucynacje zwodziły. Znikała zdolność do formułowania spójnych myśli. Po okresie delirium, pełnym ciągłego poczucia nadchodzącej zagłady, znaleźliśmy się znów na Innej Ziemi; Bvalltu we własnym ciele, leżący w łóżku, tam, gdzie je zostawił, a ja znów jako bezcielesny punkt widzenia unoszący się gdzieś nad powierzchnią planety. Obaj byliśmy chorobliwie przerażeni i wyjście z tego stanu zajęło nam dłuższy czas. Minęły miesiące zanim wznowiliśmy nasze partnerstwo i przygodę.
Dużo później poznaliśmy przyczynę tego bolesnego wydarzenia. Najwyraźniej osiągnęliśmy tak głęboką harmonię umysłową, że gdy pojawiał się konflikt to objawiał się raczej jako dysocjacja w jednym umyśle niż niezgoda między dwoma oddzielnymi osobami. Stąd jego poważne konsekwencje.
W miarę jak nasze zdolności bezcielesnego lotu rosły, niezwykle radowało nas podążanie coraz dalej i dalej wśród gwiazd. Delektowaliśmy się rozkoszą jakby jednocześnie lotu i jazdy na łyżwach. Co jakiś czas, z czystej radości, robiliśmy „ósemkę” wokół obu partnerów w podwójnym układzie gwiazd. Czasami przez dłuższy czas pozostawaliśmy nieruchomi, by z bliska przyglądać się ich wspólnym obrotom. Często wpadaliśmy w zatłoczoną gromadę i prześlizgiwaliśmy się między jej słońcami jak samochód wśród miejskich świateł. Unosiliśmy się też nad kłębami bladych gazów lub zagłębialiśmy się w mgłę, płynąc przez świat wszechobecnego porannego światła. Czasami bez ostrzeżenia pochłaniały nas czarne kontynenty pyłu, zasłaniające resztę wszechświata. Pewnego razu, gdy przemierzaliśmy gęsty region nieba, jedna z gwiazd nagle wybuchła w oślepiającym rozbłysku, stając się „nową”. Jako że otaczała ją najwyraźniej chmura ciemnego gazu, zobaczyliśmy rozszerzającą się kulę światła pochodzącego od eksplozji gwiazdy. Poruszając się z prędkością światła widzieliśmy ją w odbiciu od okolicznych gazów, jednocześnie nadymającą się jak balon i gasnącą.
To tylko parę gwiezdnych widowisk, których widokiem cieszyliśmy się, latając jak na jaskółczych skrzydłach w sąsiedztwie Innego Słońca. Miało to miejsce w okresie, gdy wciąż uczyliśmy się sztuki lotów międzygwiezdnych. Gdy uzyskaliśmy w tej kwestii biegłość, podążaliśmy coraz dalej i nauczyliśmy się latać tak szybko, że podobnie jak podczas mojego wcześniejszego, nieumyślnego lotu, gwiazdy przed nami i za nami nabrały barw, a wszytko wokół stało się czarne. Osiągnęliśmy nawet tę bardziej duchową wizję, której także doświadczyłem podczas poprzedniej podróży, podczas której przezwyciężyliśmy kaprysy fizycznego światła.
Pewnego razu nasz lot zabrał nas ku krawędzi galaktyki, w pozagalaktyczną pustkę. Przez jakiś czas gwiazdy rzedły i rzedły. Półkula nieba za nami pełna była teraz bladych świateł, podczas gdy przed nami leżała bezgwiezdna czerń, poza paroma plamami dalszych fragmentów galaktyki lub orbitujących wokół niej „podgalaktyk”. Poza nimi ciemność była zupełna, nie licząc paru niewyraźnych punkcików, które, jak wiedzieliśmy, były najbliższymi z obcych galaktyk.
Zadziwieni tym widowiskiem staliśmy przez jakiś czas bez ruchu pośród pustki. Zaiste wstrząsającym uczuciem było widzieć przed nami całe „uniwersum” zawierające miliard gwiazd i być może tysiące zamieszkałych światów oraz wiedzieć, że każda drobna kropka na czarnym niebie była kolejnym takim „uniwersum” i że kolejne miliony z nich były niewidoczne tylko ze względu na ich ogromną odległość.
Jakie było znaczenie tego kosmicznego ogromu, tej złożoności? Same w sobie świadczyły tylko o ogromnym bezsensie i pustce. Ale z podziwem i nadzieją wmawialiśmy sobie, że stanowią obietnicę jeszcze większej złożoności i wyrafinowania, różnorodności fizycznego świata. Samo to było wystarczającym usprawiedliwieniem. Ale ta potężna obietnica, choć inspirująca, była także przerażająca.
Jak pisklę, które wygląda po raz pierwszy za krawędź gniazda, po czym cofa się z wielkiego świata do maleńkiego domu, wyszliśmy poza granice tego niewielkiego gniazda gwiazd, które tak długo, ale fałszywie, nazywano „wszechświatem” A teraz powróciliśmy, by jeszcze raz zagłębić się w zakamarki naszej rodzimej galaktyki.
Ponieważ nasze doświadczenia sprawiły, że zdaliśmy sobie sprawę z wielu problemów teoretycznych, których nie byliśmy w stanie rozwiązać bez dalszych badań astronomicznych, postanowiliśmy powrócić na Inną Ziemię. Po długim i bezowocnym poszukiwaniu zdaliśmy sobie jednak sprawę, że zupełnie straciliśmy rozeznanie. Gwiazdy były do siebie bardzo podobne, oprócz niewielkiej ich w tej epoce liczby, które były tak stare i umiarkowane jak Inne Słońce. Szukając na oślep, ale z wielką prędkością, nie znaleźliśmy ani ojczystej planety Bvalltu ani mojej, ani też żadnego innego układu planetarnego. Sfrustrowani znów spoczęliśmy wśród pustki, by zastanowić się nad naszym losem. Po każdej stronie hebanowego nieba inkrustowanego diamentami otaczała nas enigma. Która drobinka gwiezdnego pyłu była Innym Słońcem? Typowo dla nieba tamtej epoki po wszystkich stronach widzieliśmy smugi materii mgławicowej, ale ich kształty były nieznajome i nie pomagały nam w szukaniu drogi.
Fakt, że zagubiliśmy się wśród gwiazd, nie napełniał nas niepokojem. Ekscytowała nas przygoda i obaj dodawaliśmy sobie nawzajem otuchy. Nasze ostatnie doświadczenia przyspieszyły działanie naszych umysłów, wciąż starających się dostosować do ich współdzielenia. Każdy z nas wciąż był świadom tego drugiego i siebie jako osobnych istot, ale współdzielenie i integracja naszych wspomnień i temperamentów zaszły tak daleko, że często zapominaliśmy o naszej odrębności. Dwa bezcielesne umysły zajmujące tę samą pozycję wizualną, dysponujące tymi samymi wspomnieniami i pragnieniami i często myślące te same myśli w tym samym czasie trudno uznać za odrębne byty. Ale, co dziwne, tę rosnącą jedność komplikowało coraz intensywniejsze poczucie braterstwa.
Wzajemne przenikanie naszych umysłów nie tylko zsumowało, ale pomnożyło ich bogactwo; każdy z nas znał bowiem od środka nie tylko siebie i drugiego z nas, ale także wynikającą z naszej relacji harmonię. W pewnym sensie, którego nie jestem w stanie dokładnie opisać, zlanie naszych jaźni przywołało do życia trzeci umysł, na razie nieciągły, ale bardziej subtelnie świadomy niż każdy z nas w normalnym stanie. Każdy z nas, a raczej obaj wspólnie „budziliśmy się” co jakiś czas, by stać się tym wyższym duchem. Wszystkie doświadczenia jednego z nas nabierały nowego znaczenia w świetle drugiego, a nasze dwa umysły wspólnie stawały się nowym, bardziej przenikliwym i samoświadomym. W tym stanie zwiększonej przytomności zaczęliśmy, czy też: nowy ja zaczął celowo eksplorować psychologiczne możliwości innych rodzajów istot i inteligentnych światów. Z tą nową klarownością myśli rozróżniałem we mnie i w Bvalltu te cechy, które były nieodłączną częścią ducha i te, które stanowiły jedynie wypadkową warunków panujących na naszych światach. Wkrótce okazało się to bardzo skuteczną metodą badań kosmologicznych.
Zaczęliśmy teraz wyraźniej zdawać sobie sprawę z tego, co od dawna podejrzewaliśmy. Podczas mojej poprzedniej podróży międzygwiezdnej, która zawiodła mnie na Inną Ziemię, nieświadomie pokonałem dzielący nasze światy dystans na dwa różne sposoby, za pomocą bezcielesnego lotu poprzez przestrzeń i metody, którą nazwałem „przyciąganiem psychicznym”. Polegała ona na telepatycznej projekcji umysłu na obcy świat, być może odległy w czasie i przestrzeni, ale mentalnie „dostrojony” do umysłu podróżnika w chwili wyprawy. Najwyraźniej to ta metoda w dużej mierze sprawiła, że trafiłem na Inną Ziemię. Niezwykłe podobieństwa naszych ras spowodowały silne „przyciąganie psychiczne”, znacznie silniejsze niż moje przypadkowe wędrówki pośród gwiazd. Tę metodę Bvalltu i ja zamierzaliśmy teraz opanować.
Zauważyliśmy, że już nie spoczywamy, ale dryfujemy. Mieliśmy także dziwne poczucie, że, choć pozornie znajdowaliśmy się sami pośród wielkiej pustyni gwiazd i mgławic, w rzeczywistości znajdowaliśmy się w jakiegoś rodzaju umysłowej bliskości niewidocznych intelektów. Gdy skupiliśmy się na tym uczuciu obecności, nasz dryf przyspieszył, a gdy próbowaliśmy siłą woli zmienić jego kurs, gdy tylko zaprzestaliśmy wysiłków, wracaliśmy na poprzedni. Wkrótce dryf zmienił się w pęd. Gwiazdy przed nami znów stały się fioletowe, a za nami czerwone i w końcu zniknęły.
W absolutnych ciemnościach i ciszy dyskutowaliśmy nad sytuacją. Wyraźnie przemierzaliśmy teraz przestrzeń szybciej niż samo światło. Być może także, w jakiś niepojęty sposób, przemierzaliśmy czas. Tymczasem poczucie bliskości innych istot stało się coraz silniejsze, choć wciąż nie mniej dziwaczne.
Gwiazdy znów się pojawiły. Choć przelatywały obok nas jak latające iskry, były bezbarwne i wyglądały normalnie. Jedno jasne światło znajdowało się tuż przed nami, zmieniając się z drobnej kropki w wyraźny dysk. Siłą woli zmniejszyliśmy prędkość, po czym ostrożnie okrążyliśmy to słońce, szukając. Ku naszemu zachwytowi okazało się, że orbituje wokół niego kilka z tych ziaren, na których mogło wykiełkować życie. Kierując się wyraźnym uczuciem obecności umysłów, wybraliśmy jedną z planet i powoli ruszyliśmy ku niej.