4. Galaktyczna symbioza
Taki był stan rzeczy, gdy myślące światy po raz pierwszy spróbowały nawiązać kontakt z myślącymi gwiazdami. Nie będę opowiadać o wszystkich etapach, dzięki którym wstępny kontakt rozwinął się w niezdarną i chwiejną komunikację. Z czasem gwiazdy musiały zacząć zdawać sobie sprawę, że zmagały się nie z siłami fizyki czy jakimś rodzajem demonów, ale z istotami, których natura, choć głęboko obca, była w gruncie rzeczy podobna. Nasze badania telepatyczne wykryły niewyraźnie zdumienie, które rozprzestrzeniło się po gwiazdowej populacji. Ostatecznie pojawiły się dwie opinie, dwa podejścia, dwie partie.
Jedna z tych partii była przekonana, że roszczenia myślących planet muszą być fałszywe, że istoty, których historia pełna była grzechu, walk i rzezi, muszą być w istocie diabelskie i że negocjacje z nimi będą miały katastrofalne skutki. Partia ta, początkowo mająca większość, uważała, że należy kontynuować wojnę aż do zniszczenia wszystkich planet.
Mniejszość apelowała o pokój. Partia ta uważała, że planety na swój sposób dążą do tego samego celu, co gwiazdy. Zasugerowano nawet, że te drobne istotki, z bardziej zróżnicowanymi doświadczeniami i znajomością zła, mogą dysponować pewnym rodzajem zrozumienia, którego brakowało gwiazdom, tym upadłym aniołom. Czy te dwa rodzaje istot nie mogłyby razem stworzyć wspaniałego symbiotycznego społeczeństwa i osiągnąć razem tego, co najdroższe dla obu, czyli pełnego przebudzenia ducha?
Zanim większość posłuchała tej rady, minęło dużo czasu. Zniszczenia trwały. Cenna energia galaktyki szła na marne. Zagładzie ulegał układ po układzie. Kolejne gwiazdy ogarniało wyczerpanie i otępienie.
Tymczasem wspólnota światów utrzymywała pokojowe nastawienie. Nie czerpano już energii gwiazd. Nie zmieniano ich orbit. Nie doprowadzano do sztucznych wybuchów.
Opinia gwiazd zaczęła się zmieniać. Ludobójcza krucjata uspokoiła się i ostatecznie ją porzucono. Nastąpił wtedy okres „izolacjonizmu”, w którym gwiazdy, starając się naprawić swoje rozbite społeczeństwo, zostawiły dawnych wrogów w spokoju. Stopniowo rozpoczęły się niezdarne próby nawiązania przyjaznych kontaktów między planetami i ich słońcami. Dwa rodzaje istot, choć tak sobie obce, że nie były w stanie wzajemnie zrozumieć swoich dziwactw, posiadały zbyt głęboką świadomość, by zadowolić się zwykłym plemiennym myśleniem. Postanowiły przezwyciężyć wszystkie przeszkody i stworzyć jakiś rodzaj wspólnoty. Wkrótce każda gwiazda pragnęła być otoczona przez sztuczne planety i wejść w „sympsychiczne” partnerstwo z krążącymi wokół niej towarzyszami, bowiem jasne stało się, że „szkodniki” miały im wiele do zaoferowania. Doświadczenia dwóch rzędów istot w wielu kwestiach uzupełniały się. Gwiazdy w swoim złotym wieku wciąż utrzymywały pewną anielską mądrość. Planety były zaś doskonałe w analizie, w tym, co mikroskopijne, w dobroczynności, którą wykształciły dzięki wiedzy o swych słabych i cierpiących przodkach. Gwiazdy konsternował też fakt, że ich drobni towarzysze akceptowali nie tylko z rezygnacją, ale z radością kosmos, który wyraźnie pełen był zła.
Z czasem symbiotyczna wspólnota gwiazd i układów planetarnych ogarnęła całą galaktykę. Ale początkowo była to okaleczona wspólnota i na zawsze już zubożona galaktyka. Tylko garstka z jej biliona gwiazd wciąż pozostawała w pełni sił. Każde możliwe słońce otoczone było teraz planetami. Wiele martwych gwiazd poddano stymulacji dezintegrującej ich atomy, by stały się sztucznymi słońcami. Inne zaś wykorzystano w inny sposób — stworzono specjalne rasy inteligentnych organizmów, które zamieszkały powierzchnię tych ogromnych światów. Wkrótce tysiąc dawniej płonących gwiazd z układami pełnymi niezliczonych form życia zamieszkiwały skromne cywilizacje, funkcjonujące dzięki energii wulkanicznej tych gigantycznych światów. Niewielkie, sztucznie wytworzone stworzenia podobne do robaków pełzały po równinach, gdzie potężna grawitacja nie pozwalała nawet, by choćby kamyk uniósł się ponad ziemię. Tak ogromna była jej moc, że nawet niewielkie ciała tych robaków zniszczyłby upadek choćby na centymetr. Poza sztucznym oświetleniem mieszkańcy byłych gwiazd żyli w wiecznych ciemnościach, nie licząc światła gwiazd, wulkanicznych erupcji i luminescencji własnych ciał. Ich podziemne tunele prowadziły do rozległych stacji fotosyntetycznych, które przemieniały uwięzioną energię gwiazdy na potrzeby życia i umysłu. Inteligencja na tych ogromnych światach oczywiście stanowiła funkcję nie osobnych jednostek, ale roju. Jak insektoidy, te małe stworzenia, gdy odizolować je od reszty, były jedynie kierującymi się instynktem zwierzętami, pożądającymi jedynie powrócić do pobratymców.
Potrzeba zaludnienia martwych gwiazd nie wystąpiłaby, gdyby nie fakt, że wojna zredukowała liczbę myślących planet i słońc dostępnych dla nowych układów planetarnych niebezpiecznie blisko minimum potrzebnego do zachowania wspólnotowego życia pośród pełnej różnorodności. Społeczność światów stanowiła misternie zorganizowaną jedność, której każdy element pełnił szczególną funkcję. Konieczne było więc stworzenie nowych światów, by zajęły miejsce utraconych.
Symbiotyczne społeczeństwo stopniowo przezwyciężyło ogromne trudności związane z reorganizacją i zaczęło kierować uwagę ku dążeniu do ostatecznego celu wszystkich przebudzonych umysłów, celu, który chętnie obrano, jako że dotyczy on najgłębszej natury wszystkich umysłów. Symbiotyczna społeczność skupiła się więc na dalszym przebudzeniu ducha.
Ale cel ten, który wcześniej miało nadzieję osiągnąć zarówno anielskie towarzystwo gwiazd, jak i ambitna społeczność światów, względem nie tylko galaktyki, ale całego kosmosu, traktowano teraz znacznie skromniej. Gwiazdy oraz światy rozumiały, że nie tylko ich rodzima galaktyka, ale i kosmiczny rój galaktyk zbliża się do swego końca. Potrzebna do podtrzymania życia energia fizyczna, nadal z pozoru niewyczerpana, stawała się coraz mniej dostępna. Coraz bardziej rozprzestrzeniała się równomiernie po całym kosmosie. Tylko tu i ówdzie myślące organizmy mogły ją z trudem przechwycić , zanim doszło do spadku jej potencjału. Wkrótce wszechświat miała ogarnąć fizyczna niedołężność.
Wszystkie ambitne plany trzeba więc było porzucić.Fizyczne podróże między galaktykami nie wchodziły już w grę. Takie przedsięwzięcia zużyłyby zbyt wiele ze skromnych zasobów pozostałych po ekstrawagancji wcześniejszych eonów. Nie było już także niepotrzebnych podróży wewnątrz galaktyki. Światy trzymały się swoich słońc, które stopniowo ochładzały się i stopniowo zacieśniały orbity, by utrzymać ciepło.
Ale choć galaktyka została fizycznie zubożona, pod wieloma względami była utopią. Symbiotyczna społeczność gwiazd i światów pozostawała doskonale harmonijna. Walki między nimi należały do przeszłości i obie formy życia zachowywały całkowitą lojalność wobec wspólnego celu. Z radosnym entuzjazmem przeżywały swoje osobiste żywoty, przyjazne konflikty i wzajemne zainteresowanie. Każde wedle swoich możliwości brało udział we wspólnym zadaniu eksploracji i poznawania kosmosu. Gwiazdy umierały teraz szybciej niż kiedykolwiek, jako że cała rzesza dojrzałych gwiazd zmieniła się w grupę starych białych karłów. Umierając, oddawały swoje ciała na rzecz społeczeństwa, aby wykorzystano je albo jako rezerwuary energii subatomowej, albo jako sztuczne słońca czy światy zaludnione inteligentnymi populacjami robaków. Wiele układów planetarnych krążyło teraz wokół sztucznych słońc. Pod względem fizycznym był to znośny substytut, ale istoty, które stały się umysłowo zależne od partnerstwa z żywą gwiazdą z przygnębieniem spoglądały na byle kosmiczny piec. Przewidując nieunikniony rozpad symbioz w całej galaktyce, planety robiły wszystko, co w ich mocy, by chłonąć anielską mądrość gwiazd. Ale po paru eonach liczba planet również zaczęła spadać. Mrowie światów nie mieściło się już wokół przygasających słońc. Wkrótce moc umysłowa galaktyki, która dotąd z trudem utrzymywała wysoki poziom, musiała zacząć więdnąć.
W galaktyce panował jednak nastrój nie przygnębienia, lecz radości. Symbioza znacznie wzmocniła sztukę telepatycznej łączności i wreszcie wszystkie rodzaje ducha, z których składała się galaktyczna społeczność, były ze sobą związane tak blisko, że z ich harmonijnej różnorodności wyłonił się prawdziwy galaktyczny umysł, którego zasięg umysłowy przerastał możliwości gwiazd i światów tak dalece, jak one przerastały pojedyncze stworzenia.
Galaktyczny umysł, składający się z umysłów wszystkich gwiazd, światów i zamieszkujących je organizmów, wzbogacony przez wszystkie swoje składowe i przebudzony do stanu wyższej świadomości, rozumiał, że pozostało mu niewiele życia. Patrząc wstecz na wieki galaktycznej historii, spoglądając na rzesze różnorodnych istot, umysł galaktyki widział, że składał się z tych wszystkich niewypowiedzianych konfliktów, żalów i zawiedzionych nadziei. Stanął naprzeciw wszystkich tych udręczonych duchów przeszłości nie ze współczuciem czy żalem, ale z zadowoleniem, tak jak człowiek spoglądać może na własne dziecięce psoty. I powiedział — w umyśle każdej składającej się na niego istoty:
— Ich cierpienie, które zdawało im się jałowym złem, było niską ceną za moje przyszłe nadejście. Słuszna, słodka i piękna jest całość, w której wszystko to się wydarza. Albowiem ja jestem niebem, w którym miriady moich przodków znajdują zadośćuczynienie, spełnienie swoich życzeń. W tym krótkim czasie, jaki mi pozostał, zamierzam iść naprzód wraz ze wszystkimi swymi towarzyszami w kosmosie, aby ukoronować wszechświat doskonałym, radosnym zrozumieniem i oddać Sprawcy Galaktyk, Gwiazd i Światów należytą cześć.