SCENA I
HERSYLIA
siedzi na stopniach ołtarza
Klucze od twierdzy odebrać mu we śnie,
A gdy się zbudzi, pchnąć go własną bronią...
Lecz gdy nie zbudzi?... To i tak! Za wcześnie
Mógłby się ocknąć ze snu, gdy zadzwonią
Wrzeciądze bramy... Wtedy, cóż uczynię?...
Wszystko przepadło, moja Tullia zginie!...
Snu, choć godzinę!... Snu!... Czemuż nie chcecie,
Myśli me, spocząć? Obmyślaneż przecie
Wszystko tak pięknie! sto razy na dobie117,
Jak pieśń piastunki wtórzyłam118 to sobie,
By do snu serca ukołysać żale...
Nie, Marcjo! Czyn ten nie hańbi mnie wcale!
Czyż ja nie muszę oddać mu się sama,
By własnym wstydem odkupić me dziecię?
I cóż mi jeszcze znaczy cześć!...
A przecie —
Nim się dla moich otworzy ta brama —
Gdyby jednego ocalić w tym tłumie!
Bo on jest dumny, — a więc przejść go w dumie
Byłoby ulgą sercu. Rzec: — Daremnie
Większym, wspanialszym ty chcesz być ode mnie;
Nie, ty nie umrzesz, gdy ja będę żyć;
Dałeś mi wolność — ja ci daję — idź!
Precz ze słabością, co udaje postać
Wielkości ducha! Ja silną chcę zostać.
Wszak on to sprawił, że moję kochaną
Nie zaraz w szale wściekłym rozszarpano;
Odwlekł dreszcz śmierci. — Dość łaski, jeżeli
Za jednym ciosem pośród cieniów119 stanie.
Idzie już spocząć. Dajcie mu, niebianie,
Ten sen, któryście oczom mym odjęli!