AKT IV
Część lasu w pobliżu pieczary Prometeusza. Pantea i Jona śpią; następnie budzą się stopniowo podczas pierwszego śpiewu.
GŁOS
Duchów niewidzialnych
Blade gwiazdy schodzą już:
Słońce, stada rączy stróż,
Do owczarni je zagania,
W głąb porannej mgły,
I błyskiem meteoru daje znak świtania.
Gwiazdy pędzą atmosferą
Jak gazele przed panterą...
Lecz gdzież się kryjecie wy?
Orszak mrocznych Postaci i Cieniów przemyka się, śpiewając.
Tu, u nicestwa bramy,
Tu Ojca tysięcy lat,
Już wykreślonych, na marach dźwigamy;
My, Duchy pchniętych za świat,
Zmarłych Godzin przeszłości,
Oto niesiemy Czas do grobu wieczności163.
Włosów rzucajcie wiązki,
Nie cisowe gałązki;
Łzami skrapiajcie mu całun, nie rosą
Niech tam, z nagiej krzewiny
Śmierci, zwiędłe wawrzyny
Na wieczną cześć Królowi Godzin przyniosą!
Śpiesz, o śpiesz się, orszaku!
Jak błyskiem zórz zepchnięty,
Drżący tłum cieniów z niebieskiego szlaku,
Już pierzchamy w odmęty;,
Na kształt zdmuchnionej pianki,
Topnieje czereda ta,
Przed chórem dzieci bożego dnia,
Pod nutą kołysanki,
Tego wiatru, co kona,
Otulony we własnej harmonii ramiona.
JONA
O! Smutne, smutne odwiedziny!
I któż to był?
PANTEA
To przeszłe Godziny,
Byłych chwil trupy, poniosły łupy
Po obalonym światów tytanie,
Którego tylko Jeden zwyciężyć był w stanie.
JONA
I przeszły?
PANTEA
Chyżej od potoku,
Dźwięku słów, śpiewu — wiatrów powiewu.
JONA
Dokąd, ach, dokąd?
PANTEA
Tam... do wszechmroku,
Do przeszłości, do umarłych...
GŁOS
Duchów niewidzialnych
Pod niebem obłoki się pławią;
Na ziemi szklne rosy jaskrawią;
Na morzu, pod krawędź z krawędzi
Wierzgają, buchają bałwany,
Bo toczy je, wzdyma i pędzi
I wirem rozściela — szaleństwo wesela.
Aż trzęsą się skalne wód ściany,
Aż dno pod pląsami ich drży.
Lecz gdzież to kryjecie się wy?
Już z nową radością hymn stary
Jodłowe śpiewają konary;
Od źródeł, potoków i strug
Tak świeża pieśń bije, tak hoża,
Jak duchów melodia od lądu i morza;
A górom od burz, na ich gry,
Wtórowo piorunu grzmi huk.
Lecz gdzież to kryjecie się wy?
JONA
Powiedz mi, kto to są owi woźnice?
PANTEA
Gdzież są ich wozy?
I PÓŁCHÓR DUCHÓW GODZIN
Już strącił głos Duchów Powietrza i Ziemi
Senności zasłonę, co fałdy barwnymi
W mrok byt nasz wikłała, we mgłę — urodziny,
W głębiny.
JEDEN Z GŁOSÓW
W głębiny?
II PÓŁCHÓR
O! Na dno głębiny.
I PÓŁCHÓR
Sto wieków nas więził senny szał,
Uśpionych w widzeniach mąk i sideł,
A ci, co czuwali, gdy brat ich spał,
Widzieli świat —
II PÓŁCHÓR
Gorszy od snu straszydeł.
I PÓŁCHÓR
Słyszeliśmy we śnie dźwięk lutni Nadziei,
Poznali Miłości w nim głos — aż z kolei,
Poczuwszy buławę Potęgi —
II PÓŁCHÓR
W zachwycie
Pląsali jak fala w promieniach o świcie.
CHÓR
W tany! W skoki! Wy, śmieli, na wietrzyka podścieli!
Pieśnią dno wy przebijcie tam, w niebieskiej wyżynie;
Zaczarujcie nam Dzień, bo ot znika jak cień;
Zatrzymajcie przed ujściem w nieme Nocy jaskinie.
Niegdyś — głodne Godziny, psy to były, mściciele,
Dzień ścigały jak łowcy krwią zbroczone gazele;
A ten, chromy, bez schrony, ran krociami omdlony,
Drżąc, przesadzał, jak ślepy, Roku puszcze i stepy.
Ale teraz — o! Wiążcie się w mistyczne półkręgi
Pląsów, dźwięku i pieśni, słodkich dum i potęgi;
Niech Godziny i Duchy z światłem pięknych form świata,
Jak obłoki z promieniem, wspólne tętno pobrata.
GŁOS
Pobrata.
PANTEA
Patrz, oto szatą melodyjnych dźwięków,
Jakby świetlistą zasłoną osnute,
Geniusze Duszy Ludzkiej się zbliżają.
CHÓR GENIUSZÓW DUSZY
I nas, powietrznych gości,
Pieśń i pląsu wir szybki
Przywiały do was wichrem wesołości,
Na kształt polotnej rybki,
Co Indu głąb roztrąca,
Wpółsennie z morskim ptastwem żeglująca.
CHÓR GODZIN
Skąd — i tak dzikie was pędy przygnały,
Że macie u stopek błyskawic sandały,
Że skrzydła tak bystre jak myśli pogonie,
Że oczy jak miłość, nieskryta w zasłonie?
CHÓR GENIUSZÓW DUSZY
do Godzin
O! Z daleka, z daleka!
Z krajów rodu człowieka,
Przedtem tak ciemnych, ślepych, wszetecznych...
Dziś — to ziemia bez skażeń,
Morze najczystszych wrażeń,
Niebo łez szczęścia, myśli słonecznych;
Z tej otchłani dusz, ludów,
Błogosławieństw i cudów,
Których pałacem groty z kryształu;
Z wież niebieskich zapału,
Gdzie koronne potęgi
Myśli — wciąż liczą wasze te kręgi;
Z tej utajonej groty,
Gdzie miłość wśród pieszczoty
Chwyta was wciąż za włosów uploty;
Z wysp błękitnych, gdzie święta
Wiedzy spóźnia ponęta
Pieśnią syrenią wasze okręty;
Od świątyń niebotycznych,
Czarów ucha i oczu,
Z dłuta dźwigniętych, z tchnień poetycznych;
Od wód, w których przezroczu
Nauka, mknąc z oddala,
Skrapia swe znojne skrzydła Dedala;
Brnęliśmy lat tak wiele
Przez krwi i łez topiele,
Piekło niezgody, mąk, klątw, zarazy,
Ach! I rzadkie oazy,
Gdzie ledwie spod obsłony
Wykwitał szczęścia kwiat — już zwarzony.
Dziś — wśród ciszy stąpamy,
Po dawnych łzach cierpienia
Z piór naszych skrzydeł płyną balsamy:
Miłość ludzka, co swymi
Węzły wszystko na ziemi
Samym spojrzeniem w Eden164 przemienia.
CHÓR DUCHÓW I GODZIN
Więc snujcie tę tkań, te mistyczne współkręgi
Od głębin podniebia do Ziemi tej krańca,
O Duchy, wy słodkie rozkoszy potęgi!
Zespólcie się w muzyki cudach i tańca,
Jak fale rzek, czujnych od brzasku do brzasku,
Zlewają się w morzu harmonii i blasku.
CHÓ GENIUSZÓW DUSZY
Już zdobyty nasz łup,
Wroga schłonął już grób;
Już wolno kroczyć, nurzać się, toczyć,
Czy górą czy dołem,
Czy z sferą tą społem,
Co świat przecina ciemności kołem.
Znikniem z oczu skalistym
Górom, niebom gwiaździstym,
I siwe głębie zasiedlim tam;
A Śmierć, Chaos i Noc
Na dźwięk ustąpią się nam,
Jak mgła, gdy burzy nadciąga moc.
Ziemia, Powietrza ruch,
Światła i Mocy Duch,
Co kręci ognie gwiazd w ich orbicie,
Miłość i Myśl, i Życie,
Śmierć krępujące siły,
W naszym orszaku będą krążyły.
Pieśń zbuduje w eterze
Świat dla ludów Geniusza,
Gdzie Duch Mądrości stanie na sterze,
A w cześć nowego świata
Ludzi — na wieczne lata
Nazwiem go światem Prometeusza.
CHÓR GODZIN
Niech pląs ustanie, niech śpiew zadrzemie;
Tym odejść, tamtym zostać potrzeba.
I PÓŁCHÓR
Nas — tajny czar rwie poza nieba.
II PÓŁCHÓR
Nas — tajny czar ściąga na ziemię.
I PÓŁCHÓR
A dziko, a rączo, swobodnie, szalenie,
Z Duchami, co tworzą mórz nowe przestrzenie
I niebo, gdzie nieba nie było przed wieki.
II PÓŁCHÓR
A cicho, a wolno, przez blasku wszechsteki,
Gdy noc prześcigają, dzień biały zwiastują —
Z mocami, co berło światłości piastują.
I PÓŁCHÓR
My — budzim pieśniami, nie grozą mściciela,
Obłoki i drzewa z polnymi zwierzęty,
Witając z chaosu świat nowo poczęty;
II PÓŁCHÓR
My — góry i morza zachodu i wschodu —
A kolej szczęśliwa ich śmierci i rodu
Uroczo się wciela w melodię wesela.
CHÓR GODZIN I DUCHÓW
Niech pląs ustanie, niech śpiew zadrzemie,
Te wzwyż ulecą, owe na ziemię.
Gdzie tylko chyże niosą nas skrzydła,
My wciąż, ujęty w słodkie wędzidła,
Na gwiezdnej nici wiedziem płomienny
Obłok, miłości deszczem brzemienny.
PANTEA
Ha! Już zniknęły!
JONA
Nie czujeszże wdzięku
Przeszłej słodyczy?
PANTEA
Jak wzgórek zielony,
Gdy nad nim lekki obłok w deszcz stopnieje,
Do otwartego nieba się uśmiecha
Tysiącem kropli wód usłonecznionych.
JONA
Nawet w tej chwili, gdy mówimy, słychać...
Ach! Jakież cudne tony!
PANTEA
To głębokie
Tony harmonii wirujących światów,
Które, trącając po strunach powietrza,
Eolskie dźwięki z ich dusz wywołują.
JONA
Wsłuchaj się przy tym, jak każdą tam przerwę
Poddźwięki dźwięków spójnie zapełniają,
Srebrne, przejrzyste, szklane, co to w zmysły
Do dna wnikają, żyją w głębi duszy,
Jak skrzące gwiazdy wnikają w powietrze,
A w głębi morza widzą swe oblicza.
PANTEA
Teraz spójrz w owe dwa rozstępy lasu,
Nad którym wisi baldachim gałęzi,
Gdzie dwa ramiona strumyka w pośrodku
Mchu, wytkanego suto fiołkami,
Dróżkę melodii wyżłobiły sobie:
Jak siostry, co się żegnając — z westchnieniem,
Marzą o przyszłym spotkaniu — z uśmiechem,
Mieniąc rozłąki ciężkie chwile w wyspę
Słodkiej żałości, w gaj rzewnej zadumy...
Oto dwa widma promieniste kroczą
Niby po falach zachwycenia dźwiękiem,
Który coraz to silniej, śmielej, głębiej
Płynie pod ziemią i w ciszy powietrza.
JONA
Teraz się zbliża wóz, podobny owej
Najsubtelniejszej łódeczce, na której
Matka Miesięcy, na odpływie nocy,
Z sennego łoża wzbudzona o nowiu,
Ku zachodowej grocie swej żegluje.
Nad nim kulisto sklepi się baldachim
Z miłej pomroki, a wzgórza i lasy
Przez mgieł półciemną szatę wyglądają,
Jak w czarnoksięskim zwierciadle rój cieniów;
Kołami jego są szczelne obłoki,
Modre i złote, jakie geniusz burzy
I błyskawicy stłacza nad olśnioną
Szybą wód, kiedy zapada w nią słońce;
Toczą się, pędzą i rosną, jak gdyby
Od wnętrza wiatr je podwiewał. Na wozie
Siedzi skrzydlate dziecko o twarzyczce
Białej jak białość błyszczącego śniegu,
A skrzydła jego zdają się piórkami
Z kwiatków zmarzłego szronu; jego suknia
Biała — tkaniną z perły eterycznej;
Jego włos biały — to jasność białego
Światła, w promienny snop rozpryśnionego;
A owych oczów dwoje — to niebiosa
Przezroczej ciemni, którą Bóstwo z głębi
Siebie wylewa, jak obłok zębaty
Wylewa burzę z pręg swoich strzelistych,
Dokoła zimne łagodząc powietrze
Ogniem bez blasku; dłoń dziecka potrząsa
Drżącym promieniem księżyca, a siła
Kończyn promieni kieruje wóz jego
Na siwo-kolnych obłokach, co żywo
Ponad trawami, kwiatami, falami
Tocząc się, budzą tak urocze dźwięki,
Jak śpiewny deszczu plusk po srebrnej rosie.
PANTEA
A tam, z drugiego rozstępu, wyrusza
Z wirem rozgłośnej, wichrowej harmonii
Sfera, jak gdyby z tysiąca sfer zlana,
Spójna jak kryształ; lecz przez nią wskroś płynie,
Niby przez próżnię, muzyka i światło,
Miriada165 kręgów i opasujących
I opasanych, białych, purpurowych,
Modrozielonych i złotych sfer w sferach.
A każdą próżnię wśród sfer zaludniają
Dziwne, dla zmysłu nieujętne widma
Na kształt tych, co się wylęgają z sennych
Marzeń o duchach w mroku bezmiesięcznym;
A przecież każda do dna przezroczysta.
I tak się toczą wciąż wirów tysiącem,
Wokół tysiąca niewidzialnych osi;
Toczą z szybkości siłą samoburczą166,
Lotną, a jednak wolną, uroczystą,
Tworząc w chaosie pomieszanych tonów
Dziki chór — słowa dla dusz zrozumiałe.
Silny prąd tego kłębu sfer świetlistą
Szybę strumienia rozmiażdża w błękitną
Mgłę elementów, wnikliwą jak światło;
A dzikie kwiecia leśnego zapachy,
A szepty żywej trawy i powietrza,
A szmaragdowe światełka splątanych
Z liściem promieni — pod wirem szalonym,
Lecz samoburczym, zdają się o niemal
Ściśnięte w jedną masę eteryczną,
W której zmysł tonie. W głębi, na wezgłowiu
Alabastrowych ramionek przyległszy —
Jak dziecko, które strudziła zabawa —
Na zwartych skrzydłach, rozwianych kędziorach
Ukołysany, zasypia Duch Ziemi.
Mogłabyś nawet dojrzeć, jak porusza
Drobnymi usty... Ot, zda się, jak gdyby
O tym chciał gwarzyć, co i we śnie kocha.
JONA
To tylko odszept na harmonię światów.
PANTEA
Z gwiazdy na jego czole — niby miecze
Z lazurowego ognia albo złote
Włócznie w oplotach mirtu, jako godła,
Że niebo z ziemią dziś się zjednoczyło —
Strzelają długie promienie, jak piasty
Niewidzialnego koła, co się toczy
Na równi z wirem sfer, chyżej od myśli;
I napełniają otchłań słonecznymi
Błyskawicami, już to prostopadle,
Już to z ukosa; przebijając ciemną
Warstwę poziomu, odsłaniają światu
Głębokie serca ziemi tajemnice:
Bezdenne miny diamentów i złota,
Skarbce kamieni i cennych klejnotów,
Całe pieczary, oparte na zrębach
Kolumn z kryształu, w okrąg wysadzanych
Żyjącym srebrem, niezgłębione studnie
Ogniste, źródła, z których wielkie morze,
Jak dziecko z piersi, ssie karm, a ich wyziew
Koronne szczyty gór ziemi w królewski
Gronostajowy płaszcz śniegu odziewa.
Promienie biją wciąż i odsłaniają
Smutne zwaliska zamarłych już cyklów:
Kotwice, dzioby okrętów, belk stosy
W marmur skostniałe, kołczany, przyłbice,
Proporce, tarcze z głowami Gorgony,
Kosiste167 wozy, odłamki trofeów,
Chorągwi, zwierząt herbowych — te godła
Wielkości — niegdyś: pośmiewisko Śmierci,
Dziś: pogrzebane godła już umarłej
Ręki zniszczenia — ruinę w ruinie!
Obok: zwaliska wielkich miast, gdzie ludność,
Trawą zarosła dziś, była śmiertelna,
Ale nie ludzka... Spójrz, spójrz — oto leżą
Dumne jej twory: dzikie kościotrupy,
Posągi, domy, świątynie, zwalone
Na jeden siwy stos unicestwienia,
Zepchnięte w ciemną głąb, a ponad nimi
Szkielety tworów nieznanych: skrzydlatych
Ryb, które niegdyś bywały wyspami
Żyjącej łuski, wężów, tych kościanych
Łańcuchów, co się zwijały wokoło
Żelaznej skały albo w stertach prochu,
Na który niegdyś żelazną tę skałę
Zmiażdżył ostatni, lecz jeszcze potężny
Kurcz ich konania; a dalej nad nimi
Pancerny kajman i trwożący ziemię
Behemot168 — byłe książęta w królestwie
Zwierząt, co niegdyś na szlamistych brzegach
I bagnach ziemi zarosłej chwastami
Lęgły się, mnożąc jak letnie robactwo
Na porzuconym trupie, aż błękitne
Nieba sklepienie obwinęło ziemię
Płaszczem potopu — zawyły potwory,
Jękły i padły... A może Bóg jaki,
Którego tron był gdzieś tam na komecie,
Przeszedł i krzyknął: «Nie bądźcie!» — i oto,
Jak echo słów mych, istnieć już przestały.
ZIEMIA
Tu radość i tryumf, tu obłęd zachwytu
Wre, wzbiera, wybucha od zrębów do szczytu,
Nad wszelki a wszelki kres oczarowania.
Ha! Ha! Upojonam przedziwną rozkoszą,
Co tak mnie światłości sferami ochłania,
Unosi, jak wiatry chmur falę unoszą.
KSIĘŻYC
Cicha pielgrzymko! Serce ty moje,
Dziana z powietrza i lądu, szczęśliwa
Planeto! Z ciebie tajny duch spływa
I tchnie na blade, zmarzłe me słoje,
I wskroś do rdzeni ciepłem promieni,
Miłości wdziękiem, wonnością i dźwiękiem
Zasila, umila.
ZIEMIA
Ha! Ha! Gór moich jaskinie i groty,
Gwarne me źródła, rozpękłe wulkany,
Chichoczą rozgłośnymi, wiecznymi chichoty!
A głąb przepaści, stepy, oceany
I puszcz powietrznych dzika miriada
Od wszech fal i obłoków echem odpowiada
I woła ze mną: «Ty, Duchu przeklęty,
Coś nasz zielony, modry świat bez śladu
Miał zgnieść i strącić w wiecznej zagłady odmęty
Wrzącym obłokiem kamiennego gradu,
A potem stoczyć dziatek moich kości
I wszelki płód mój w jeden martwy kłąb — nicości.
Ażby i świątyń, i pałaców mury,
Wieże, kolumny i lśniące w koronie
Śniegu, chmur i płomieni, królewskie te góry,
Lasy, krze, kwiaty i źdźbła — co w mym łonie
Mają kolebkę i grób — pod naciskiem
Twojej zawiści trupim stały się bagniskiem.
Jakżeś to upadł! — trawi cię mścicielka:
Spragniona nicość; jesteś na kształt czary
Dla wojsk pustyni — jedna dla wszystkich kropelka;
A tu wokoło, przez bytu obszary
Miłość, jak światło pod próżni całunem,
Płynie do pieczar, twoim strzaskanych piorunem!».
KSIĘŻYC
Na martwych górach mych śnieżne wały
W roiska żywych źródeł stopniały;
Płyną i świecą moje oceany,
A w sercu jakiś duch zadrgał rzewnie...
To duch tworzenia. Wszedł niespodziany
W nagie, zimne me łono... O! Twoje to pewnie
Dysze i płonie na moim łonie.
Ja wiem, ja czuję, patrząc na ciebie,
Że kwiaty rosną, klują się źdźbła,
Ruch żywych tworów w łonie mym gra;
Muzyka morza grzmi, grzmi podniebie,
Obłok rozpiera skrzydeł ramiona,
Pączki w mroku i dreszczu już marzą o deszczu.
Ach, to jest miłość — ona to, ona!
ZIEMIA
Ona przenika w ciało me z pierwogranitu,
W twarde węzły korzeni i zdeptane próchno;
Ona — w samą krew listka, kwiatu woń młodziuchną;
Ona — w obłoki, wiatry i gwiazdy błękitu;
Zmarłym od dawna życia powiekę odsłania...
I piją z jej skrytości ducha zmartwychwstania.
Jak burza, targająca kajdany obłoku
Piorunem i wichrami, ona się rzuciła
Na świat z niepojętego istności pomroku
I wstrząsającym ziemię natarciem skłóciła
Chaos myśli — spokojny, bez ruchu — aż w końcu
Męka, trwoga, nienawiść, jak cienie przy słońcu,
Opuściły Człowieka — to niegdyś zwierciadło,
Które, skrzywione, srodze z barw prawdy okradło
Piękny ten świat — dziś wierne Miłości odbicie,
Które nad całym rodem, jak nad oceanem
Niebo słoneczne, płynie światłem nieskalanym,
Lejąc z gwiaździstej głębi promienność i życie;
Opuściły, jak trądem rażoną dziecinę,
Co się za chorym zwierzem wdziera w rozpadlinę,
Gdzie zdrój uzdrawiający wybiega spod skały;
A gdy wróci z uśmiechem i nuci, i skacze,
Matka, drży, myśląc, że to upiór zmartwychwstały;
Ale wkrótce z radości rzewnie się rozpłacze;
Człowieka — o, nie, ludzi! Myśli łańcuch szczelny
Miłości i pokoju, wiecznie nierozdzielny,
Panujący żywiołom siłą jednolitą,
Jak słońce rządzi, z całą berła aureolą,
Labiryntową Planet rzecząpospolitą,
Krnąbrnie walczących z dziką niebios samowolą;
Człowieka, harmonijną duszę dusz tysiąca,
Gdzie wyrocznią jest boska myśl w sercu goszcząca.
Wszystko tonie we wszystkim jak rzeki w przestworze
Morskim; trud, męka — cicho życia gaj zielony
Przebiegają, jak dziki zwierz, ułaskawiony,
O którym nie myślano, że cichy być może.
Jego wola, z czeredą dusznych169 pasożytów:
Czczych trosk, złych uciech, chuci kornych satelitów
(Duch słaby w przewodzeniu, lecz silny w posłuchu),
Dziś — to okręt beztrwożny, prąd burz jego skrzydłem;
Sternikiem — miłość, która. w pełni fal i ruchu.
Najdzikszą żądzę własnym powściąga wędzidłem.
W moc jego wierzy wszystko. Do zimnej kamienia
I barw bryły przenika czar jego natchnienia,
Złota nić, z której matka dzieciom tka sukienki;
Jego mowa — jęk wieczny orficznej170 piosenki —
Do harmonii niebieskiej dostraja posłuszną
Myśl i formę — bez niego niemą i bezduszną.
Grom — jego niewolnikiem; przed jego oblicza
Stawią się gwiazdy; on je jak stado przelicza,
I płyną dalej; jego rumakiem jest burza;
Gdy wstąpi w eter, bezdno nieba się wynurza;
Pyta o tajemnice, a niebo odrzeka:
«Nie mam ich... odsłoniła mnie dusza człowieka».
KSIĘŻYC
Z gościńca moich błękitnych mórz
Cień bladej śmierci ustąpił już,
Ta mrozu i snu śmiertelna koszula;
W nowo utkanych gajach świetlanych
Już się kochanków serce rozczula
Mniej silnych, ale tym równych słodyczą,
Co twe doliny dziedziczą.
ZIEMIA
Tak ciepła zorza smugami promieni
Głaszcze paciorek złoto-kryształowy
Rosy, aż ta się we mgłę skrzydlatą przemieni
I pod błękitne wzbije się namioty,
Sam dzień przeżyje i ponad falistym
Tłem morza ogniorunnym błyszczy ametystem.
KSIĘŻYC
Tyś rozczulona i utulona
W tym nadśmiertelnym, nieskazitelnym,
Boskim uśmiechu, własnym zachwycie.
Ach! Wszystkie słońca, chór gwiazd bez końca
Zlewają w ciebie moc, czar i życie
I sferę twoją w promienność stroją;
A ty moja, moja, moja!
ZIEMIA
Pod piramidą nocnego cienia
Myśl mą odziergam w rozkoszne marzenia,
Szepcząc w zaczarowanym śnie zwycięskie słowa
Jak młodzian, śpiący pod lubej oczyma,
Gdy wierna jego istoty połowa
Nad zakochanym ciepłą i świetlną straż trzyma.
KSIĘŻYC
Jak dla kochanków chwila to słodka,
Gdy się na ustach duch z duchem spotka,
Z serc tętno, czujność ze źrenic ulata,
Tak gdy na twarz mą padnie twój cień,
Głuchnę, niemieję, mdleję bez tchnień,
Pełen miłości kochanka i brata.
O, najpiękniejsza z okręgów świata!
O, najświetniejsza z przyrody cór,
Tocząca wkoło słońca swój tór;
Modrozielone tło we wszechbycie!
Co się nam bosko, arcyczarownie
Lśnisz ponad wszystkie niebios pochodnie,
W które wcielono światło i życie —
Toż oblubieniec twój kryształowy
Sam się w miłosne rzuca okowy!
Jakby polarnym magnesu tokiem
Wciąż mnie ku sobie przyciągasz okiem;
Jak szalejąca sercem dziewczyna,
Której duch wątły aż się ugina
Pod namiętnością — wiecznie i wszędzie
Wokoło ciebie krążę w obłędzie,
Patrzę a patrzę w tę postać drogą,
Że się napatrzyć oczy nie mogą,
Żem już podobien owej menadzie,
Co patrzy w czarę swą na biesiadzie
W zaczarowanym kadmejskim171 lesie...
Ach! Kędy tylko pęd cię poniesie,
Puszczać się będę w bratnie ściganie
Przez modre, wielkie nieba otchłanie,
Objęciem duszy twej przysłonięty
Od zapadnięcia w próżni odmęty,
Ssać z twego serca — jak pszczółka z kwiatu —
Wdzięk piękna, siły i majestatu.
Tak maść172 niestała kameleona
W to się przebarwia, w co zapatrzona;
Tak oko fiołka żądnie spoziera
Tam, gdzie błękitna gwiazd atmosfera,
Aż się zaleje błękitem jak ona;
Tak się szarawa, wodnista mgła
Lśni ametystem górskiego tła,
Które obściela, gdy zachód zmierzchnie,
I senną kładnie skroń na powierzchnie
Śniegów — a dzionek płakać zaczyna,
Że zgonu słońca bije godzina.
ZIEMIA
O, luby Księżycu, tak głos ten się wraża
W kochanki twej duszę, jak w duszę żeglarza
Błysk światła, co w trwodze otuchę mu stwarza
Pod mgłą, wśród brzeżnego załamu;
O, luby Księżycu, ten dźwięk wypieszczony
Rozdzierga najgłębsze uczucia zasłony,
Czaruje tygrysa, co w pierś mi wbił szpony,
Spragnioną twojego balsamu.
PANTEA
Powstaję — jakby z kąpieli, fontanną
Iskier bijącej, z kąpieli błękitnych
Promieni światła w pośrodku skał ciemnych,
Z potoku dźwięków.
JONA
Ach, siostro ma droga,
Ten potok dźwięków już ucichł w oddali,
A tobie jeszcze zdaje się, że z jego
Fali wychodzisz; bo wierzaj mi, siostro:
Te słowa twoje spadają jak cicha,
Przejrzysta rosa, otrząśnięta z ramion
I włosów leśnej kąpiącej się nimfy.
PANTEA
O, cicho! Oto w grozie majestatu
Spod ziemi wschodzi Potęga; spod nieba
Zalewa jakby deszcz nocy; od głębi
Pęka powietrze, jakby się zaćmienie
Wcisnęło w pory światła słonecznego;
Promienne widma, po których w jasnościach
Przebiegał orszak Duchów śpiewających,
Migają, niby blade meteory
W tle zwilgłej nocy.
JONA
A mnie tak się marzy,
Że do mych uszu dolatują jakieś
Słowa.
PANTEA
O, Jono, to dźwięk wszechświatowy,
Tylko podobny do słów... Słuchaj, słuchaj!
DEMOGORGON
Ziemio! — wszechjednej duszy królestwo przedwieczne173,
Sfero świętej harmonii w postaciach i głosach,
Co zbierasz, obiegając w krąg koło słoneczne,
Miłość, ścielącą twoje drogi po niebiosach.
ZIEMIA
Słucham: ja — kropla rosy, co drga i umiera.
DEMOGORGON
Księżycu! Zapatrzony w pomroczne oblicze
Tej Ziemi, jak i ona na twarz twą spoziera,
A w was ludzie i zwierząt, i ptastwa ród wszystek —
Czczą miłości i piękna stadło tajemnicze.
KSIĘŻYC
Słucham: ja — z twej potęgi otrząśniony listek.
DEMOGORGON
Wy, Słońc i Gwiazd królowie! Demony i Bogi,
Eteryczne mocarstwa, co tam jednolicie,
Za bezmiarami nieba i mlecznymi drogi,
Szczęśliwe elizejskie przybytki dzierżycie.
GŁOS Z WYSOKA
Słuchamy, błogosławiąc i błogosławieni.
DEMOGORGON
Wy, szczęśliwi umarli! Dla was dźwięki pieni
Są obłokiem całunu, nie rysów barwami;
Czyście tam w nieskończoność natury wcieleni,
Znanej wam niegdyś —
GŁOS SPOD ZIEMI
Czy — jak owi, co zostali
Po nas — wciąż pod zmiennymi płyniemy larwami.
DEMOGORGON
Wy, Geniusze żywiołów, ścielący swe gniazda:
Od sfer duszy człowieka do pierwotnej bryły
Ołowiu, od baszt, których szczyt usrebrza gwiazda,
Do zielsk, z których mdły robak ciągnie karm i siły.
GŁOSY POMIESZANE
Słuchamy: głos twój budzi ze snu Zapomnienie.
DEMOGORGON
Wy, Duchy! Których domem jest ciało: zwierzęta,
Ptaki, ryby — wy, pączki, liście i korzenie;
Wiatry i błyskawice — i ty, nieujęta,
Koczująca otchłani mgieł i meteorów.
GŁOS
Dla nas twój głos jest jako wiatr w zaciszu borów.
DEMOGORGON
Człowieku! Coś tyranem był i niewolnikiem,
Zwodzicielem — zwodzonym, wielkością — ruiną,
Od kolebki do grobu błędnym podróżnikiem
Wśród ciemnej nocy tego dnia nieśmiertelnego.
WSZYSCY
O, mów! Zaprawdę, słowa twoje nie przeminą;
Od niepamięci — wieki wieków je ustrzegą.
DEMOGORGON
Oto dzień wielki: przepaść na niebios bezprawia,
Pod czarem Syna Ziemi, chłonącą rozdziawia
Paszczę; a światoburca — dziś jeniec tułaczy —
Zniknął. I oto Miłość ze swojego tronu,
Mądrości serc, po chwilach ostatnich rozpaczy,
Srogich mąk, wpółszaleństwa, powolnego zgonu,
Powstaje nad odmętem, w świt się rozpromienia
I roztacza nad światem skrzydło uzdrowienia.
Łagodność, Cnota, Mądrość i męskie pojęcie
Wytrwałości — to cztery niezłomne pieczęcie,
Pod których strażą w prochu korzy się Zniszczenie.
I gdyby matce czynów i godzin, Wieczności,
Wyrwał się z rąk bezwładnych wąż174, co w swe pierścienie
Chciałby wcisnąć Jej ducha, zgnieść ciało i kości...
Te pieczęcie Ją zbawią i w moc Jej oddadzą
Berło nad rozbrojoną Przeznaczenia władzą.
Znosić cierpienie, choć się los potwornie sroży;
Przebaczać zło, czarniejsze od śmierci i nocy,
Wyzywać moc, choć równa byłaby wszechmocy;
Kochać, dźwigać, z nadzieją — aż nadzieja stworzy
Z gruzów swych wymarzony, wielki czyn żywota;
Stać bez drżenia i żalu, gdy czyn już powstanie —
Oto podobna twojej, święty nasz Tytanie,
Piękność, dobro, majestat, swoboda, cześć, cnota
I zwycięskie nad biegiem świata panowanie!
Uwagi i objaśnienia
Gdybyśmy przypuścili na chwilę, że obecny dramat wyszedł z twórczej dłoni Eschylosa, jako dokończenie jego trylogii o wielkim męczenniku, że jest to dramat osnuty na fakcie mitologicznym, a więc na pewnym rodzaju rzeczywistości — wtedy śmiało twierdzić by można, że autor Persów175 uznałby go za dzieło swoje. Taż sama zdumiewająca śmiałość w postawieniu głównych zrębów dramatu, taż sama apoteoza woli, stawiącej czoło przywłaszczeniu, taż sama przewaga liryzmu, pochłaniającego akcję i niejako czyniącego ją zbyteczną, ten sam na koniec, instynktowo przeczuwany przez Eschylosa, zmysł naturalistyczny — oto rysy współrodnego typu, wobec których trudno byłoby oprzeć się złudzeniu. A jednak z wszelką myślą o faktowej osnowie naszego Prometeusza rozstać się musimy stanowczo. Prometeusz jest utworem na wskroś alegorycznym. Nie z taką myślą poeta nasz ujął w swe ręce ułomki tej potężnej, nad wieki swe wyjątkowej organizacji, ażeby z nich odbudować rozbitego mamuta. Szedł on jedynie za wołającym o pomstę głosem duszy, który słyszymy we wszystkich jego utworach, od Królowej Mab do Cencich, Hellady i Czarodziejki Atlasu. Komu znane są główne rysy dogmatu Shelleya, ten łatwo pojmie, dlaczego dusza jego musiała zatrzymać się na niezłomnym Tytanie. Wszak po wydobyciu zwłok nieodżałowanego poety z głębin morza znaleziono przy nim Eschylosa.
Dla udowodnienia alegorycznego charakteru Prometeusza wystarczające będzie rzucić okiem na mitologiczne tło dramatu, obliczyć zaczerpnięte z niego żywioły, zauważyć, które z nich zużytkował poeta dla przeprowadzenia swoich wierzeń, a następnie, w czym przeszedł za granice mitu greckiego.
Z podań mitografów o Prometeuszu, który miał dopomóc Zeusowi do strącenia z tronu Kronosa i oddać mu władzę nad światem, pod warunkiem „swobody dla rodzaju ludzkiego” — Shelley pominął najważniejsze: a mianowicie mit podany przez Apollodora176 i innych, podług którego Prometeusz „ulepił ludzi z gliny i wody”. Szczegół ten kładziemy na czele wskazówek napomykających o alegorycznym założeniu dramatu. Widocznie Shelley z dwóch natur Prometeusza chciał podnieść w nim stronę ludzką, która, jak widzimy, stanowi główną oś ducha dramatu. Tytan do tego stopnia umiłował człowieka, że nieśmiertelność swej boskiej natury gotów jest poświęcić dla jego uszczęśliwienia. Ponieważ przez cały dramat wieje myśl ofiarności — posłannictwo cierpienia — przeto wszystkie żywioły mitu, ściągające się do mąk i żelaznej wytrwałości: przykucie do skały Kaukazu, szarpanie przez sępa, chłosty wichrów i lodów, szyderstwa Furii, słowem, wszystkie katusze ciała i duszy, poeta powtórzył z całą przerażającą ścisłością. Ale dla przeprowadzenia wielkiej idei sprężyny Eschylosowe nie zdawały się jeszcze wystarczające. Sroższe, zaiste, cierpienia czekają tego Prometeusza przyszłości, które — że użyjemy świętego wyrażenia poety — „mają wgryźć się w samo serce serca” męczennika. Psychologia starożytna nie miała jeszcze tak subtelnego klucza, który by przed Zeusem Eschylosowym mógł otworzyć na pociski dalsze głębiny duszy. Od tego też punktu w dramacie rozpoczyna się moment alegoryczny.
Do pojęcia alegoryczności dziwnie przypada rys następujący. Widzieliśmy, że dobierając rozlicznych znamion dla ułożenia zamierzonego ideału, Shelley porusza wszystkie a wszystkie warstwy wieków, narodów, religii i pojęć; na jego wezwanie czarodziejskie stawią się, ofiarując mu swą służbę, barwy i dźwięki, czasy i przestrzenie, głębie mórz i drogi mleczne. Bez zastrzeżenia domyślnej alegoryczności nie umielibyśmy wytłumaczyć sobie tego chaosu lirycznego i wypadałoby nazwać go szeregiem rażących anachronizmów. Pomijamy już np. przesnuwający się tu i owdzie strój lapidarny, przypominający poważne spadki biblijne; pomijamy włożone w usta Azji i Demogorgona głębokie wycieczki w dziedzinę metafizyki i etyki, pomijamy napomknienia o zasługach Prometeusza w sprawie miłości wszechludzkiej. Ależ poeta w opisie starej świątyni wprowadza rzeźby dłuta Praksytelesa, tak odległe od atmosfery mitycznej jak żegluga parowa od korabiu Noego177. Tu należy między innymi miejsce w akcie I, gdzie śmiertelną pieczęć niewoli rodu ludzkiego, drgającą nad jego głową, Prometeusz porównywa z mieczem zawieszonym na włosku nad głową Damoklesa; znów więc pozorny anachronizm. Nic pominął też poeta bramy piekła Dantowego178, nad którą wyryto ów czarnowróżbny napis: „Zrzeczcie się wszelkiej nadziei, wy, którzy tu wchodzicie...”. Najwybitniejsza wszakże ze wszystkich pod tym względem będzie aluzja do Chrystusa. Zatrzymujemy się na niej dlatego, że w uderzający sposób przypomina ona podniesienie natury ludzkiej i w samym Tytanie, a tym samym dowodzi symbolicznego charakteru dramatu. Jest to przy tym jedyny grunt, na którym poeta nasz na chwilę odstępuje nieco od swej negacji; bez tego ustępstwa sprzeniewierzyłby się on wrodzonemu sobie uczuciu czci dla wszelkiej ofiarności. Podobne ustępstwo spotykamy w przedziwnie pięknym chórze jego Hellady, zaczynającym się od wyrazów:
Światy na światach toczą się wiecznie
Od stworzenia do upadku...
(W wyd. Will. Scotta, str. 404–405)
oraz w prologu do Hellady (fragment tamże, str. 552):
Ojcze wszechmocny!
Oto upadam na kolana u stóp Przeznaczenia.
W końcu zaznaczamy jeszcze krótką, ale wspaniałą aluzję do roku 93179.
Słowem, jesteśmy tu jakby na dnie poetycznej głębiny, w którą prawem naturalnego ciążenia spadają pojęcia, myśli, uczucia, religie i instynkty wszech czasów i istot. Taki porządek rzeczy, takie postawienie ogólnej sfery, poza którą nic już nie pozostaje, a w której być musi wszystko, mamy w Balladynie180 Słowackiego, w filozofii Hegla181, w Prometeuszu Shelleya.