SCENA IV

Las. Na dalszym planie pieczara. Prometeusz, Azja, Pantea, Jona i Duch Ziemi158.

JONA

O siostro, to coś nieziemskiego — widzisz,

Jak on się lotnie przemyka pod liściem!

Jak mu od głowy bije aureola,

Żywnie podobna do zielonej gwiazdy,

Której promienie szmaragdowe w piękny

Włos mu się wplotły! Za każdym stąpieniem

Blask iskier wiązką ściele się po trawie!

Czy znasz to cudo?

PANTEA

To ów Duch subtelny,

Co oprowadza ziemię po niebiosach.

Ludne plemiona gwiazd zowią to światło

Najukochańszą z wszech planet. Niekiedy

Po słonej pianie morza on żegluje

Lub z mgły obłocznej wóz buduje sobie,

Lub się po polach przechadza, po grodach,

Kiedy śpią ludzie; to znów po gór szczytach,

To znów po rzekach lub, jak oto teraz,

W zielonych puszczach krąży i podziwia

Wszystko, co ujrzy. Niegdyś, przed rządami

Zeusa, on kochał siostrę naszą, Azję,

I w każdą wolną godzinę przybywał,

Aby się napić światłości z jej oczów,

Których, jak mówił, takie miał pragnienie

Jak ukąszony od dypsa159, i z dziecka

Szczerotą zwierzał się przed nią, i prawił —

Ale z dziecięcym rozumem — o wszystkim,

Co tylko zaznał, a widział on wiele,

I (rodu swego nie znał i ja nie znam)

Wciąż ją nazywał «matką, drogą matką».

DUCH ZIEMI

biegnąc do Azji

Matko, najdroższa matko, więc ja mogę

Rozmawiać z tobą, jak niegdyś bywało:

Ukrywać oczy w twych lubych objęciach,

Gdy je utrudzi już zbytek radości?

Igrać przy tobie przez długie południa,

Gdy zejdzie spokój na lśniwe powietrze?

AZJA

Kocham cię, duchu najdroższy, i odtąd

Kochać cię mogę bez trwogi. Mów, dziecię!

Prosta twa powieść niegdyś pocieszała,

Teraz zachwyca mnie.

DUCH ZIEMI

O matko luba!

Jam stał się mędrszy (choć dziecię nie może

Być, jak ty, mądre) i to dziś, dziś, matko;

Ha! I szczęśliwszy — szczęśliwszy i mędrszy.

Ty wiesz, że węże, ohydne ropuchy,

Gniazda robaków, że złe, jadowite

Zwierzęta, krzewy, co rodzą jagody

Trujące, zawsze raziły mnie wstrętem

W moich wędrówkach po zielonym świecie

I że w siedzibach człowieczeństwa twory

O dzikich rysach, butno-gniewnym wzroku,

Z zimną postawą, obłudnym uśmiechem

Lub samolubnym ciemnoty szyderstwem,

I inne maski plugawe, którymi

Kryje złe myśli owa piękna istność,

Którą my, Duchy, zowiemy człowiekiem.

Ach! I kobiety — co już najwstrętniejsze —

(Chociaż i piękne nawet tu na świecie,

Twojej piękności i z twoją dobrocią,

Twoją szczerotą) — ach, jeśli obłudne

Albo złośliwe, to wszystkie mi serce

W mdłości wprawiały, kiedym spojrzał na nie,

Choć spały, a ja byłem niewidzialny.

Posłuchaj dalej. Droga mi wypadła

Przez wielkie miasto ku wzgórzom, a wzgórza

Lasów okręgiem otaczały miasto;

W bramie straż spała. Wtem rozległ się nagle

Dźwięk tak donośny, że się przy księżyca

Blasku zatrzęsły wieże; ale był on

Słodszy nad wszelki dźwięk, prócz głosu twego,

Przenajsłodszego ze wszystkich na świecie;

Był to dźwięk długi, długi, jakby nigdy

Skończyć się nie miał — i wszyscy grodzianie

Nagle ze snu się zerwali, gromadząc

W ulicach miasta i patrząc w zdumieniu

Na górne niebo. Dźwięk jeszcze brzmiał. Tedym

Ukrył się w źródle, w środku targowiska,

I tam leżałem jak odblask księżyca,

Pod liści stropem w fali utopiony.

I wkrótce owe wstrętne mi postacie

Człowiecze, które, jak rzekłem już, w sercu

Ból mi sprawiały, odpływać poczęły

Z pędem powietrza, wcielając się z wolna

W wiatry, aż w końcu wiatry je rozwiały;

A owe, co swym przyjściem je wyparły,

Tak się zdawały wdzięczne, tak łagodne,

Po zaniknięciu barw! I nastąpiła

Naprzód na wszystkich obliczach przemiana,

A potem chwila zdumienia, a potem

Radość i podziw. I wszystko wróciło

Na senne łoża. Skoro świt zabłysnął —

O matko moja, czy byś pomyślała,

Że kiedyś węże, ropuchy, jaszczury

Mogą być piękne? A przecież tak było,

I to po małej zmianie barw i kształtu.

Wszystko otrząsło z siebie złą naturę.

Któż ci wypowie mą radość, gdym oto

Ponad jeziorem, na zwisłej gałązce,

W powój owitej, ujrzał lazurowe

Dwa zimorodki; biegały po prątkach

I graniastymi, długimi dziobami

Skubały grono złocistych jagódek;

A tam — pod głębią — biegały odbicia

Powabnych ptasząt jakby w drugim niebie...

I oto z myślą o tylu szczęśliwych,

Słodkich przemianach, znów się spotykamy.

Ach, to najsłodsze dla mnie przemienienie!

AZJA

I już się nigdy nie rozstaniem z sobą,

Aż się przeczysta siostra twoja, która

Zimny, niestały księżyc oprowadza,

Tak w twoje światło cieplejsze zapatrzy,

Że jej serduszko, jak w kwietniu śniegowe

Płaty, stopnieje i — pokocha ciebie.

DUCH ZIEMI

Pokocha? Czyliż tak, jak Azja kocha

Prometeusza?

AZJA

No, no, młodzieniaszku!

Jeszcześ nie dorósł. Czyliż wam się zdaje,

Że wzajem sobie spoglądając w oczy,

Już lube kształty swe zwielokrotnicie,

Że już na nowiu to nocne powietrze

Napełnią sfery ognia?

DUCH ZIEMI

Ależ, matko,

Tęskno mi będzie koczować w pomroce,

Kiedy ma siostra zapala tam światło.

AZJA

Patrz, słuchaj!

Duch Godziny wchodzi.

PROMETEUSZ

To, coś ty słyszał i widział,

Czujemy wszyscy. Jednak opowiadaj!

DUCH ZIEMI

Zaledwie umilkł głos, którego piorun

Napełnił nieba i ziemi otchłanie,

Stała się zmiana: rzadki, nieujęty

Eter i słońce, obsłona wszechbytu,

Byłe postacie swoje przemieniły,

Jakby miłości duch, w nich roztopiony,

Otulił kulę świata objęciami.

Tedy się w moim wzroku rozwidniło,

Że przejrzeć mogłem w tajnie przyrodzenia,

I, obłąkany zachwytem, spływałem,

Prując powietrze omdlałymi pióry.

Rumaki moje odszukały w słońcu

Kolebkę rodu, gdzie odtąd żyć będą

Wolne od pracy, pasąc się kwiatami

Roślin ognistych; gdzie wóz mój, bijący

Blaskiem księżyca, stać będzie w świątyni

Pod okiem, jakby wyszłych z rąk Fidiasza160,

Posągów Azji, Ziemi i mojego,

I Nimf, miłości naszej pięknych świadków

(A to na wieczną pamiątkę tej wieści,

Którą nam przyniósł), pod banią sklepienia

O rytowanych kwiatach, na dwunastu

Z lśniącego głazu wykutych kolumnach,

Z oknem na jasne eteryczne niebo;

Wprzężone w jarzmo żmii pierścieniowej,

Staną i moje skrzydlate rumaki,

Jakby schwycone wśród pędu, po którym

W tej chwili dano im spocząć. Niestety!

Dokąd to odbiegł niezdolny mój język,

Żem tyle jeszcze wam nie dopowiedział

Prawdziwych cudów.

Oto, jak już wiecie,

Począłem spływać ku ziemi: a jeszcze

Było to razem rozkoszą i bólem

Pędzić, oddychać i być. Gdym po drodze

Spojrzał na gniazda i domy ludzkości,

Tom zrazu bolał, że potężnej zmiany,

Jaka już w głębi mej zaszła, nie widzę

W rzeczach zewnętrznych. Wtem — spojrzę — a tam już

Trony bez królów, ludzie obok ludzi

Krążą spokojnie, tak właśnie jak duchy:

Nie pełzający ani tratowani.

Na żadnym ludzkim czole już nie było

Napisu: trwoga, samolubstwo, duma,

Nienawiść bratnia albo samowzgarda,

Jak tam, na bramie piekielnej: «Żegnajcie

Wszelką nadzieję, wy, co tu wchodzicie»161.

Nikt brwi nie marszczył, nie drżał, bo w drugiego

Oczach nie czytał zimnych słów rozkazu,

Ażeby, naprzód niewolnik silniejszej,

Potem (co jeszcze sromotniejsza dola!)

Już własnej woli został niewolnikiem,

Która ohydą go, jak spędzonego

Konia ostrogą, parłaby do śmierci.

Nikt ust nie ściągał z obłudnym spojrzeniem,

Aby w swój uśmiech wcieliły to kłamstwo,

Które by język wstydził się wymówić.

Nikt w własnym sercu bezczelnym szyderstwem

Nie zdeptał iskier miłości, nadziei,

Ażeby po nich pozostały tylko

Gorzkie popioły, szczątki duszy, samej

W sobie strawionej, a potem — ów nędznik,

Jak upiór, wkradał się pomiędzy ludzi

I wszystko tchnieniem plugawym zarażał.

Nikt nie przemawiał ową pospolitą,

Zimną, fałszywą a bezmyślną mową,

Której to serce swego «tak» odmawia,

Choć usta silą się na nie wbrew woli,

Lecz nie ufając własnej, nieumyślnej

Obłudzie, wpada na koniec w ostatnią

Niemoc, na którą już nie masz wyrazu:

Nieufność w siebie samo.

Przechodziły

Tam i kobiety, piękne i swobodne,

Jak te niebiosa, co na wielką ziemię

Zsyłają światło ożywcze i rosę —

Wdzięczne, promienne, przeczyste postacie,

Nietknięte brudną skazą zalotnictwa,

Głoszące słowa mądrości, o której

Niegdyś pomyśleć nie śmiały; z ich oczu

Biją wzruszenia, na których by niegdyś

Samą myśl drżały; zmienione w to wszystko,

Czym być nie śmiały, a czym będąc teraz,

W niebo zmieniły ziemię. Ani duma,

Ani fałszywy wstyd, zazdrość, nienawiść,

Te, najstraszniejszą nasiąkłe goryczą,

Kropelki starej żółci, już nie truły

Świętej słodyczy nepentu162: miłości.

Trony, ołtarze, sądy i więzienia,

Dokąd ubodzy służalcy znosili

Berła, tiary, miecze i łańcuchy,

I wielkie księgi rozumowanego

Bezprawia, które ciemnota zwie prawem —

Teraz się zdały jak owe potworne

I barbarzyńskie widma i straszące

Duchy od wieków przebrzmiałej już sławy,

Co z niespożytych swoich obelisków

Wciąż się z tryumfem patrzą na pałace

I groby swoich zwycięzców — zbutwiałe.

A jak te niegdyś — ku dumie półbogów

I ofiarników — były obrazami

Ciemnego, ale możnego wierzenia,

Potęgi, równie wielkiej jak ziemiokrąg,

Który zburzyły — tak teraz są tylko

Ócz dziwowiskiem. O! Nawet narzędzia

I godła jego ostatniej niewoli

Stoją wśród siedzib wieloludnej ziemi,

Nieobalone, lecz już zapomniane.

A ową zmorą zmór plugawych, Bogu

I człowiekowi obrzydłą, pod wielą

Imion i wielą postaci dziwacznych,

Groźnych, widmowych, złowieszczych, przeklętych,

Był Zeus, Pogromca świata, On, któremu

Z trwogi blednące ludy krwią służyły

I sercem, w długiej nadziei złamanym,

I na splamione, na nieuwieńczone

Ołtarze wlokły Miłość, i wśród próżnych,

Niezłorzeczących mu łez, zabijały,

By uczcić marę, przed którą truchlały,

Gdy to truchlenie było nienawiścią.

I owóż zmora ta i malowana

Zasłona — którą nazywano życiem,

Która, w niezdarnie nakreślonych barwach

Miała odwzorzyć to wszystko, co sercu

Było bożyszczem wiary i nadziei —

Dziś na ołtarzach opuszczonych zdarta,

Zbutwiała szybko jak przegniłe próchno

I wstrętna larwa opadła. A człowiek

Zostaje czystym, swobodnym, bez władcy,

Tylko człowiekiem — wszechbliźnim, za kresem

Plemion, narodów i szczebli społecznych,

I próżnym trwogi, hołdu, sobą władnym,

A sprawiedliwym, mądrym i szlachetnym,

Tylko człowiekiem... Czyż bez namiętności?...

O, nie! Choć wolny od zbrodni i cierpień,

Których wpierw bywał sprawcą i ofiarą,

Lecz niewyjęty (choć są jego steru

Niewolnikami) spod trafu i śmierci,

I przemienności — tych wag, przyczepionych

Do jego bytu, bez których by może

Wzbił się nad gwiazdy niedostępnych niebios,

Których szczyt ginie tam, w mrokach bezmiaru.