SCENA III
Kaukaz. Prometeusz, Herakles, Jona, Ziemia, Duchy. Azja i Pantea unoszą się na wozie z Duchem Godziny. Herakles zdejmuje więzy z Prometeusza, ten schodzi ze skały.
HERAKLES
Przenajświetniejszy z Duchów! Tak to siła
Służy Mądrości, Męstwu i Miłości
Długo cierpiącej — i tobie, co jesteś
Formą ich bytu, służy jak niewolnik.
PROMETEUSZ
Bratnie twe słowa słodsze są nad samą
Długo pragnioną, długo opóźnianą
Swobodę.
Azjo! Ty światło żywota,
Cieniu piękności niewidzianej, i wy,
Piękne me siostry, Nimfy, których miłość
I troska słodkim wspomnieniem uświęca
Powolne lata męki, już się odtąd
Nie rozstaniemy. Jest grota, powojem
I pachnącymi ziołami obrosła;
Kwiaty i liście dnia tam nie wpuszczają
Na tło, wysłane żyłkami szmaragdu,
Gdzie sny upieszcza bijące źródełko.
Od jej sklepienia zamarzłe łzy góry
Wiszą nad głębią, jak sznury ze śniegu,
Srebra lub długie rożki z diamentu,
Roniąc kroplami niepewne światełko.
U groty słychać bezsenne powietrze,
Z szeptem płynące od drzewa do drzewa,
Brzęk pszczół i ptasząt. Wokół z mchu kobierce
I żywe ściany piętrzą się, odziane
W miękką murawę; zaciszny przybytek!
Waszym on będzie. Tam osiądziem, gwarząc
O czasie, jego zwrotach i kolejach,
O tym przypływie i odpływie światów,
Co wciąż przemienne, gdy my wciąż niezmienni!
A Człowiek, możeż ukryć się przed zmianą?
Jeśli ja westchnę, wy się uśmiechniecie;
Ty, Jono, będziesz nuciła nam zwrotki
Z muzyki morza, aż ja się rozpłaczę,
A wy jej pieniem z oczu wyciśnięte
Uśmiechem spędzać będziecie łzy moje,
Choć tak mi było słodko je wylewać.
Wiązać będziemy pąkowia i kwiaty,
I te promienie, po krawędziach źródła
Bijące; z rzeczy powszednich — przedwieczne
Urabiać kształty, jak dzieci człowieka
W swojej, zbyt krótkiej dobie niewinności,
Wzrokiem i słowy miłości szukając
Ukrytych myśli, coraz to piękniejszych,
Po nieprzebranej głębi naszych duchów.
Jak rzewne lutnie, trącone urokiem
Zakochanego wiatru, snuć będziemy
Harmonie boskie, ale wiecznie nowe,
Gdzie, w różni strojów, rozstroju nie będzie.
Tu, na zalotnych wiatrach, co się z wszystkich
Stron niebokręgu zlatują (jak pszczoły
Z każdego kwiatka, niebotycznej Enny152
Wonią sytego, w wielki rój zebrane,
Do swych wysepnych domków na Himerze153),
Echa od świata ludzkiego przypłyną,
Głosy Miłości, ledwie dosłyszalne,
Gołębiookiej Litości bolesne
Szemrania, echa Muzyki, co sama
Jest echem serca i wszystko, co wznosi,
Uświęca — teraz wolnego — człowieka.
I wdzięczne zjawiać się będą widzenia,
Naprzód zamglone, potem promieniste;
Jak dusza, gdy się wybije w światłości
Z uścisków Piękna (skąd i jej postacie
Zrazu widmami są), to rzuca na nie
Wszechpromieniami wcielenia i życia —
Tak nam się zjawi nieśmiertelne plemię
Pędzla i dłuta, i czaru Poezji,
Niezamarzonych jeszcze, lecz już żywych
W przyszłości. Są to koczujące głosy
I cienie tego, czym stać się ma człowiek;
To pośredniki najlepszej ofiary:
Miłości, wzajem od niego i od nas
I przyniesionej, i znów odpłacanej,
Kształty i dźwięki, coraz to piękniejsze
I słodsze, w miarę, jak człowiek się staje
Mędrszy i lepszy, a łuską po łusce
Błąd i nieprawość z niego opadają.
Taka jest siła owej cudotwórczej
Groty...
zwracając się do Ducha Godziny
A tobie, nadobny mój Duchu,
Zostaje jedna sprawa do spełnienia:
Podaj mi, Jono, ową wyginaną
Muszelkę, którą prastary Proteusz
Darował Azji w ślubnym upominku
I głos w nią wetchnął jako zwiastowanie;
Tyś ją ukryła w wydrążeniu skały.
JONA
Ty, przenajdroższa Godzino, i luba,
I ulubiona goręcej niż wszystkie
Twe siostry! Oto mistyczna muszelka.
Patrz, jak bledziutki, półsrebrzysty lazur
Nikłym, lecz lśniwym powleka ją światłem;
Czyż nie wygląda ona tak, jak gdyby
Ukołysana muzyka tam spała?
DUCH
Istotnie, zdaje mi się najpiękniejszą
Z konch oceanu, a dźwięk jej być musi
Słodki i dziwny.
PROMETEUSZ
Pędź więc, uniesiony
Przez wichronogie bieguny, przebiegaj
Grody ludzkości i przegoń raz jeszcze
Słońce w obiegu naokoło świata,
A krając wozem iskrawe powietrze,
Zadmij w zakrętną głębinę tej muszli
Na wywołanie potężnej muzyki.
Ta niechaj będzie jak piorun zmieszany
Z czystymi echy. Potem wracaj do nas
Na zamieszkanie obok naszej groty.
A ty, o Matko-Ziemio!...
ZIEMIA
Słyszę, czuję!
Bowiem przywarły do mnie twoje usta,
Na wskroś dotknięcie przebiegło po żyłach
Krwi mej i moich nerwach marmurowych.
To życie, radość... Po tym spracowanym,
Starym, lodowym ciele krąży ciepły
Płyn nieśmiertelnej młodości. Już odtąd
Mnogie, nadobne dzieci, piastowane
Na czułym łonie mym, wszystkie rośliny,
Płazy, owady o skrzydłach tęczowych,
Ptaki, zwierzęta i ludzkie postacie,
Które z wychudłej piersi mej ciągnęły
Ból i chorobę — truciznę rozpaczy,
Teraz się żywić i obdzielać będą
Słodkim pokarmem w spokoju. I będą
Dla mnie jakoby siostry — antylopy —
Od jednej matki — piękne, jak śnieg białe,
Rącze jak wiatry, chowane w swobodzie
Między liliami nad pełnym strumieniem,
Mgły rośne, w chwili mego snu bez słońca,
Jak balsam płynąć będą pod gwiazdami.
W noc otulone kwiaty me z powietrza
Przez sen ssać będą wonności i barwy,
Człowiek i zwierzę w błogich snach nabierać
Siły na jutro i jego rozkosze.
Śmierć — będzie tylko ostatnim uściskiem
Tej, co odbiera życie, które dała,
Jak matka, która ściskając swe dziecię,
Mówi: «Raz drugi już mnie nie opuszczaj».
AZJA
O matko! Czemuż mówisz imię śmierci?
Powiedz, czy już się przestają poruszać,
Oddychać, kochać i myśleć, i mówić
Ci, co pomarli?
ZIEMIA
Po cóż ci odpowiedź?
Tyś nieśmiertelna, a ta mowa tylko
Niemym na wieki — umarłym — jest znana.
Śmierć to zasłona, którą ci, co żyją,
Zowią tu życiem; kiedy zasypiają,
Ona opada. Tymczasem w łagodnych
Zmianach i różniach łagodne lat pory,
Wciąż w przesnuwane tęczami ulewy,
W długie, błękitne meteory — w gnuśną
Noc zganiające — ożywcze, niechybne
Z kołczanu słońca miotane pociski,
Wciąż namarszczone rosą, w tajemniczo
Prześcigające promienie księżyca
Odziewać będą i lasy, i pola...
O! I stromami skał zabudowane
Głębie pustyni wciąż odziewać będą
W wieczne owoce i liście, i kwiaty.
A ty, o Synu mój!... Jest tam pieczara,
Gdzie duch mój cierpiał boleści, a serce
Na widok twoich męczarni szalało...
I tych, co ból mój ciągnęli z oddechem,
Zdjęło szaleństwo, że tam zbudowali
Wielką świątynię, głosili wyrocznie
I obłąkane ludy podniecali
Do bratobójczej wojny, wiarołomstwa,
I zdrad, jakimi Zeus osnuł i ciebie.
Teraz ten oddech powstaje jak w gąszczu
Dzikich zielsk oddech wonności fiołka.
I pogodniejsze światło, i rumiane,
Jędrne, lecz słodkie powietrze dokoła
Zlewa na skały i bory. On żywe
Pędy w winnicy karmi i podnieca,
On — łęty bluszczu dziko poplątane,
On — kwiaty w pączku, w rozkwicie i w pełni
Rozkosznej woni, co to falujące
Po nich powietrze skrapiają gwiazdami
Ubarwionego światła; on — owoców
Złote, błyszczące kule, zawieszone
Nad ziemią w swoim zielonym podniebiu;
On, wskroś przez żyły listków, bursztynowe
Korzonki, sączy się do duszy kwiatów,
A tych szkarłatne, przejrzyste kielichy
Stale się pienią rosą eteryczną,
Napojem duchów. I krąży dokoła
Jak lekkie skrzydła drzemki południowej,
Nawiewającej myśli tak szczęśliwe,
Ciche, jak moje, odkąd ty wraz ze mną
Odżyłeś. Twoją będzie ta pieczara.
Więc powstań! Ukaż się!
Duch ukazuje się w postaci dziecka skrzydlatego.
To mój pochodnik,
Który w prastarych czasach zgasił lampę,
Gdy się zapatrzył w dwoje ócz, a potem
Na nowo od nich zapalił miłością,
Która jest jako ogień, córko moja
(Bo w twoich oczach ogień)! Biegnij, dziecię,
I towarzysza tego wiedź na szczyty
Nysy154 Bachijskiej, menad155 pomieszkania,
Za Ind156 i jego rzeki hołdownicze,
Depcząc potoki i szkliste jeziora
Suchą, niezwłoczną, nieznękaną stopą,
I przez zielony wąwóz, przez dolinę,
Nad kryształowym, bezwietrznym jeziorem,
Gdzie leży wiecznie na spokojnej fali
Obraz świątyni na wyżynie wzgórza,
Strojnej w kolumny, łuki, i nadsłupia,
I kapitele jak palm baldachimy;
Wskroś zarzeźbionej jakby żyjącymi
Tworami ducha Praksytelowego157,
Gdzie marmurowy ich uśmiech napełnia
Wieczną miłością milczące powietrze.
Dziś pusta — niegdyś twoje miała imię,
Prometeuszu. Tu młódź wspólzawodnio
W świętym pomroku niosła na cześć twoją
Lampę — twój symbol — jak ci, którzy moją
Nieprzekazaną pochodnię nadziei
Przez noc żywota niosą aż do grobu,
Jak ty ją niosłeś w tryumfie aż do tej
Dalekiej czasów granicy. Więc idźcie
I bądźcie zdrowi. Przy owej świątyni
Leży pieczara, dla was przeznaczona.