SCENA II
Ujście wielkiej rzeki na wyspie Atlantydzie149; na brzegu widać spoczywającego Oceana; przy nim stoi Apollo.
OCEAN
Więc upadł, mówisz, na samo zmarszczenie
Brwi przez pogromcę?
APOLLO
Tak! Gdy się skończyła
Ta walka, która podwładne mi koło
Zaćmiła, wstrząsła stałymi gwiazdami,
To jeszcze groza jego oczów krwawym
Barwiła blaskiem niebokrąg, przez gęste
Strzępy zwycięskiej ciemności, gdy spadał,
Jak błysk ostatni dnia, konającego
W smugach czerwieni, gdy szczerbem obłoków
Tryska z głębiny, burzą sfałdowanej.
OCEAN
I zapadł w otchłań do pomrocznej próżni?
APOLLO
Jak orzeł, gdy go porwie pękający
Obłok Kaukazu, gdy skrzydła złamane
Piorunem w węzły wichru się zaplączą,
A jego oczy, dotąd bez olśnienia
Patrzące w oczy słońcu, teraz ślepną
Pod błyskawicą, a tu jeszcze gradem
Brzemienne ziarna biją mocownika,
Aż w końcu padnie zgnieciony, a trupa
Obsiądą lody powietrza.
OCEAN
Więc odtąd
Morze, co okrąg nieba odzwierciedla —
Królestwo moje — już krwią niebroczone,
Pod prądem wiatrów kołysać się będzie,
Jak się pod wianiem letniego powietrza
Kołyszą łany zbóż; a rzeki moje
Toczyć się będą u ludnych wybrzeży
I wysp szczęśliwych. Błękitny Proteusz150
I jego Nimfy wodne patrzeć będą,
Jak cień okrętów (tak patrzą śmiertelni
Na łódź księżyca, nasutą światłami,
Gdy z ową białą gwiazdą, pióropuszem
Niewidzialnego sternika, po szybkim
Pędzi odpływie słońca wieczornego)
Snuje się, lecz już nie po krwi i jękach,
Nie po zniszczeniu ani po zmieszanych
Głosach nakazu, mrukach niewolnictwa,
Ale po świetle kwiatów, podwojonych
W podwodnym morza zwierciadle, po falach
Wonności, słodkiej muzyki i rzewnych,
Łagodnych, wolnych głosach tej najsłodszej
Muzyki, jaką ukochały Duchy.
APOLLO
A ja — nie ujrzę już tych czynów, które
Duszę mą mroczą smutkiem, jak zaćmienie
Mroczy podwładną mi kulę. Lecz słuchaj!
Bo oto słyszę, jak mnie nawołuje
Przeczysty lutni dźwięk młodego Ducha,
Co ma przybytek swój w Gwieździe Poranku.
OCEAN
Więc czas ci odejść. Bieguny151 twe spoczną
Na odwieczerzu. Tymczasem bądź zdrowy.
Szumiąca głębia wzywa mnie do domu,
Abym błękitną nakarmił ją ciszą
Z urn szmaragdowych, które stoją, wiecznie
A wiecznie pełne, obok mego tronu.
Już pod zielonym morzem Nereidy
Wietrzną kibicią w nurtach się kołyszą,
W wieńcach i kwiecia morskiego girlandach,
I spod rozwianych kędziorów bieluchne
Wznoszą ramiona, śpiesząc, by powitać
Dostojną siostrę.
Słychać szumiący głos fal morza.
To nienapasione
Morze, łaknące ciszy. Milcz, potworze!
Oto już wracam! Bądź zdrowy.
APOLLO
Bądź zdrowy!