SCENA II

Las napełniony skałami i grotami. Azja i Pantea wchodzą. Na skale siedzą dwaj Faunowie, słuchając.

I PÓŁCHÓR DUCHÓW

Nad ścieżką, którą przeszły bliźnięta,

Żadne tu drzewo: cis, cedr ni sosna,

Pod gąszczu stropem — czy skwar czy wiosna —

Widoku nieba nie zapamięta.

Wiatr, słońce, księżyc, gradowe ciosy

Ich baldachimu wskroś nie rozplączą,

Chyba że błędne obłoczki rosy,

Pod mdłym podmuchem, po liściu suchym

Na siwych pniach tu krople wysączą,

Przemkną nad bladych kwiateczków rzeszą,

Na laur zielony perłę zawieszą;

A tam sasanka, piękna a cicha,

Pochyla nikłą skroń i usycha;

Chyba że która z gwiazd miliona,

Krocząc przez głuche nocy pustynie,

Znajdzie szczelinę i tą wpuszczona

Utopi promyk w mrocznej głębinie.

I — nim ją popchną wszechświatów drogą

Lotne niebiosa, co stać nie mogą —

Snuje z wysoka smukłe promiona,

Co wokół srebrne kropelki sieją,

A każda świeci jak deszczu nici,

Które się nigdy z sobą nie zleją —

I odlatuje...

I ciemność boża po jej odlocie,

A pod ciemnością — mchy i paprocie.

II PÓŁCHÓR

Tam rozkochane stadło słowicze

W pełni południa bezsennie czuwa;

Jeden wynuca żal lub słodycze

I, śpiewak puszcz, z bluszczu na bluszcz

Pod upojenia czarem przefruwa,

Aż mdlejącemu przychyli łona

Luba, melodii szałem uśpiona.

Drugi, pod kwiecie zbiegłszy od słońca,

Chciwie na czatach wygląda końca

Ostatniej zwrotki; gdy ta przewieje,

Uderza czułej pieśni skrzydłami,

Wtem zabrzmi czulsza, pieśń nad pieśniami...

I milczą wszystkie bory i knieje,

Kiedy po ciszy naraz powstanie

W ciemnym powietrzu i skrzydeł granie,

I niby fletów dźwięk tajemniczy,

Co tak się stłacza w mózgu słuchacza,

Że z męką prawie rozkosz graniczy.

I PÓŁCHÓR

Tam, w czarodziejskie zbiwszy się grona,

Śpiewno-języczne Echa bujają;

Na ich skinienie, bezwiedną zgrają,

W imię potęgi Demogorgona125,

Z podziwem, z grozą, z pełnią otuchy

Wciąż pędzą wszystkie a wszystkie duchy

Po tajnej drodze — jak tłumy łodzi

Po rzekach, wzdętych górską lawiną,

Do oceanu płyną a płyną.

Więc zrazu cichy głosek zachodzi

Tych na rozmowach, tych w snu okowach,

I Przeznaczonych budzi słodkimi

Tętnami serca. Z sennej pościeli

Rwą się w świat coraz śmielej i śmielej,

Bo czar ich wabi. Ci, co widzieli,

Mówią, że chyłkiem, z oddechem ziemi

Wybucha wiatr i wzdyma im skrzydła,

Co ich wpędzają w wyroczne sidła;

A tym się zdaje ów pęd sokoli

Grą stóp, posłusznych ich krwi i woli.

I tak żeglują po swoim prądzie,

Aż, wabna zrazu, lecz już z hałasem

Ich łódkę burza dźwięków obsiądzie,

Nawalna, czarna burza — tymczasem

Z tyłu, wśród piany prą ją bałwany

Jak wiatr obłoki pod gwiazd sklepienia —

Pod tajną górę ich Przeznaczenia.

PIERWSZY FAUN

Czy wiesz, gdzie mają siedzibę te duchy,

Co brzmią tak cudną muzyką po lasach?

Wszak my w najdzikszych puszczach przebywamy,

W najodludniejszych grotach i kryjówkach,

Wskroś znamy knieje te; nigdy ich przecież

Nie spotykamy. Gdzie kryją się one?

DRUGI FAUN

Odpowiedź na to niełatwa. Słyszałem

Od tych, co głębiej znają się na duchach,

Że bańki, które czar słońca ssie z bladych

Podwodnych kwiatów, co to wyścielają

Szlamiste, grząskie dno jezior i bagien,

To ich namioty; tam spławione, brodzą

Popod zielono-złotą atmosferą,

Którą po liści sklepieniach zapala

Południe. Kiedy rozprysną się, kiedy

Parne powietrze, które w siebie z tchnieniem

Wzionęły w owych liścianych świetlicach,

Wzbije się, aby jako meteory

Po toniach nocy żeglować, to duchy

Wsiadają na nie, krępują szalone

Ich pędy, wrzące ich głowy zginają,

A potem w szatach ognistych z powrotem

Do swych podwodnych siedzib zapadają.

PIERWSZY FAUN

Jeżeli jedne żyją tam, to inne

Snadź pod pączkami gwoździków lub w dzwonkach

Łącznego kwiecia, pod fałdem fiołków,

A może w tej już ostatniej wonności,

Jaką wyziewa kwiat, kiedy umiera?

A może w rosy słonecznym odblasku?

DRUGI FAUN

Zaprawdę, jest ich jeszcze co niemiara.

Pierw, nim byś zliczył, zeszłoby południe,

I Bachos126, sprzeka127, zastawszy koźlęta

Swe niedojone, nie chciałby nam śpiewać

Przedziwnie mądrych i nadobnych pieśni

O Przeznaczeniu, o Trafie, o bogach,

Pierwo-chaosie, Miłości, o czarnej

Doli Tytana, w więzach spętanego,

I o tym, jako ma być wyzwolony,

Przetworzyć ziemię w jedno wszechbraterstwo;

Rozkosznych pieśni, co nam osładzają

Samotne zmierzchy, tak że pod ich czarem

Słowiki nawet milkną — bez zazdrości.