XI
Orso długo nie mógł usnąć; na drugi dzień obudził się późno, przynajmniej jak na Korsykanina. Ledwie się zerwał, pierwszym przedmiotem, jaki uderzył jego oczy, był dom nieprzyjaciół i archere, którymi go obwarowali. Zeszedł na dół i spytał o siostrę.
— Panienka jest w kuchni, leje kule — odparła służąca.
Tak więc nie mógł uczynić kroku, aby się nie natknąć na obraz wojny.
Zastał Kolombę siedzącą na zydelku120 wśród mnóstwa świeżo odlanych kul i tnącą strużki ołowiu.
— Cóż ty tu, u diabła, robisz? — spytał brat.
— Nie masz kul do fuzji pułkownika — odparła łagodnym głosikiem. — Znalazłam formę tego samego kalibru; będziesz miał dzisiaj dwadzieścia cztery naboje, braciszku.
— Nie potrzebuję ich, Bogu dzięki!
— Nie trzeba się dać zaskoczyć bez obrony, Ors’ Anton’! Straciłeś już pamięć swego kraju i ludzi, którzy cię otaczają.
— Choćbym nawet zapomniał, ty przypomniałabyś mi bardzo szybko. Powiedz mi, czy nie przyszła tu duża waliza przed kilku dniami?
— Owszem, bracie. Chcesz, abym ją zaniosła do twego pokoju?
— Ty, zanieść! Ależ nie miałabyś siły podźwignąć jej nawet... Czyż nie ma tu jakiego mężczyzny, żeby się z tym uporał?
— Nie jestem taka słaba, jak myślisz — rzekła Kolomba, zawijając rękawy i odsłaniając białe i okrągłe ramię, doskonale foremne, ale zarazem zdradzające niepospolitą siłę. — Chodź, Sawerio — rzekła do służebnej — pomóż mi.
Już unosiła ciężką walizę, kiedy Orso pospieszył jej pomóc.
— Jest w tej walizce coś dla ciebie, droga Kolombo — rzekł. — Daruj, że ci przywożę tak lichy podarek, ale sakiewka porucznika na pensji nie obfituje zbytnio w dostatki.
To mówiąc, otworzył walizę i wydobył z niej kilka sukien, szal i inne przedmioty stosowne dla młodej osoby.
— Co za śliczne rzeczy! — wykrzyknęła Kolomba. — Schowam je zaraz, żeby się nie zniszczyły. Zachowam je na swoje wesele — dodała ze smutnym uśmiechem — bo teraz jestem w żałobie.
— To przesada, siostro, nosić żałobę tak długo.
— Przysięgłam — rzekła Kolomba stanowczym tonem. — Zdejmę żałobę aż w dniu...
Tu spojrzała przez okno ku domowi Barricinich.
— W dniu, w którym wyjdziesz za mąż? — rzekł Orso, starając się uchylić koniec zdania.
— Wyjdę za mąż — rzekła Kolomba — jedynie za człowieka, który spełni trzy rzeczy...
I wciąż spoglądała złowrogo ku domowi wrogów.
— Taka ładna dziewczyna jak ty, Kolombo, dziw, że się dotąd nie wydała. No, przyznaj się, kochanie, kto się tam zaleca do ciebie? Zresztą, będę przecież słyszał serenady. Musiałyby być ładne, aby się spodobać tak wielkiej voceratrice.
— Któż chciałby biedną sierotę?... Przy tym tylko ten skłoni mnie do zrzucenia szat żałobnych, kto każe wdziać żałobę kobietom tam z przeciwka.
„To przechodzi już w szaleństwo” — pomyślał Orso.
Ale nie odpowiedział nic, aby uniknąć dyskusji.
— Bracie — rzekła Kolomba pieszczotliwie — ja także mam ci coś ofiarować. Ubranie, które nosisz, jest o wiele za wykwintne na nasz kraj. Twój piękny surdut poszedłby w strzępy po dwóch dniach, gdybyś się w nim wybrał w chaszcze. Trzeba go zachować na czas, kiedy przyjedzie miss Nevil.
Po czym otworzywszy szafę, wydobyła z niej całkowity strój strzelecki.
— Kazałam ci zrobić aksamitny kaftan, a oto czapka, taka, jaką noszą nasi strojnisie; wyhaftowałam ją dla ciebie już dawno. Czy zechcesz przymierzyć?
To mówiąc, podała bratu obszerny kaftan, z ogromną kieszenią na grzbiecie. Włożyła mu na głowę szpiczastą czapkę z czarnego aksamitu, wyhaftowaną dżetem121 i jedwabiem tegoż samego koloru i zakończoną kutasem122.
— Oto ładownica ojca — rzekła — jego sztylet jest w kieszeni kaftana. Poszukam ci pistoletu.
— Wyglądam na prawdziwego opryszka z opery komicznej — rzekł Orso, przeglądając się w lusterku, które mu podała Saweria.
— Bardzo wam tak do twarzy, Ors’ Anton’ — mówiła stara służąca. — Najładniejszy pinsuto123 z Bocagnano lub Bastelica nie ma dzielniejszej miny!
Orso siadł do śniadania w nowym kostiumie. W czasie posiłku oznajmił siostrze, że walizka zawiera nieco książek; zamiarem jego jest sprowadzić jeszcze więcej z Francji i z Włoch i pracować z nią wiele.
— To wstyd doprawdy, Kolombo — dodał — duża dziewczyna jak ty nie wie jeszcze rzeczy, których na kontynencie dzieci uczą się, zaledwie od ziemi odrosną.
— Masz słuszność, bracie — odparła Kolomba — wiem dobrze, czego mi brakuje i chętnie gotowa jestem się uczyć, zwłaszcza jeśli ty zechcesz mi udzielać lekcji.
Minęło kilka dni, w ciągu których Kolomba nie wymówiła nazwiska Barricinich. Otaczała wciąż brata najtroskliwszymi staraniami i mówiła mu często o miss Nevil. Orso dawał jej do czytania francuskie i włoskie książki i zdumiony był na przemian to bystrością i rozsądkiem jej uwag, to głęboką nieświadomością najpospolitszych rzeczy.
Jednego ranka po śniadaniu Kolomba wyszła na chwilę i zamiast wrócić z książką i kajetem, ukazała się w mezzaro na głowie. Twarz jej była poważniejsza jeszcze niż zazwyczaj.
— Bracie — rzekła — poproszę cię, abyś wyszedł ze mną.
— Gdzie chcesz, abym ci towarzyszył? — rzekł Orso, podając siostrze rękę.
— Nie trzeba mi twego ramienia, bracie, ale weź strzelbę i ładownicę. Mężczyzna nie powinien nigdy wychodzić bez broni.
— Niech i tak będzie! Trzeba się stosować do mody. Gdzie idziemy?
Kolomba bez odpowiedzi owinęła mezzaro dokoła głowy, przywołała psa i wyszła, prowadząc za sobą brata. Oddalając się wielkimi krokami od wioski, skierowała się dróżką w wąwozie kręcącym się wśród winnic. Kolomba wysłała przodem psa, dawszy mu sygnał, który znał widocznie dobrze; natychmiast bowiem zaczął biec zygzakiem, węsząc w winnicy, to po jednej, to po drugiej stronie, wciąż o jakie pięćdziesiąt kroków od pani. Niekiedy przystawał, aby popatrzeć na nią, kręcąc ogonem; słowem, zdawał się znakomicie rozumieć powierzoną mu funkcję przedniej straży.
— Jeżeli Muschetto zaszczeka — rzekła Kolomba — nabij strzelbę, bracie, i stój nieruchomo.
O pół mili od wioski, po wielu kołowaniach, Kolomba zatrzymała się nagle na zakręcie. W miejscu tym wznosił się kopczyk z gałęzi, jednych zielonych, drugich uschłych, wysokości około trzech stóp. Na szczycie widać było wystający koniec drewnianego, czarno pomalowanego krzyża. W wielu okolicach Korsyki, zwłaszcza w górach, bardzo dawny obyczaj, sięgający może zabobonów pogaństwa, nakazuje przechodniom rzucać kamień lub gałąź na miejsce, gdzie człowiek zginął gwałtowną śmiercią. Przez całe lata, tak długo, jak długo przechowuje się w tradycji wspomnienie tragicznego końca, szczególny ten pomnik rośnie z każdym dniem.
Kolomba zatrzymała się przed tą kupą liści i odrywając gałąź, dorzuciła ją do piramidy.
— Orso — rzekła — tutaj umarł ojciec. Módlmy się za jego duszę, bracie.
I uklękła. Orso poszedł za jej przykładem. W tej chwili dzwon wioskowy zaczął dzwonić wolno, albowiem człowiek jakiś zmarł tej nocy. Orso zalał się łzami.
Po kilku minutach Kolomba podniosła się z okiem suchym, ale ożywioną twarzą. Uczyniła wielkim palcem znak krzyża, właściwy jej ziomkom i towarzyszący zazwyczaj uroczystym przysięgom; po czym wziąwszy brata za rękę, skierowała się ku wsi. Wrócili w milczeniu do domu. Orso udał się do swego pokoju. W chwilę później weszła tam Kolomba, niosąc małą szkatułkę, którą położyła na stole. Otwarła szkatułkę, dobyła koszulę pokrytą dużymi plamami krwi.
— Oto koszula ojca, Orso.
Rzuciła mu ją na kolana.
— Oto ołów, który go ugodził.
I położyła na kominku dwie poczerniałe kule.
— Orso, bracie mój! — krzyknęła, rzucając mu się w objęcia i obejmując go z siłą. — Orso, ty go pomścisz!
Uściskała go jakby w przystępie szału, ucałowała kule i krwawą bieliznę i wyszła, zostawiając brata skamieniałego na krześle.
Orso siedział jakiś czas nieruchomy, nie śmiejąc oddalić od siebie tych straszliwych relikwii. Wreszcie, czyniąc wysiłek, włożył je z powrotem do szkatułki i pobiegł w drugi koniec pokoju, aby się rzucić na łóżko, z głową obróconą do ściany, zanurzoną w poduszkach, jak gdyby chciał umknąć przed widokiem upiora. Ostatnie słowa siostry brzmiały mu bez przerwy w uszach; zdawało mu się, że słyszy złowrogą, nieuniknioną wyrocznię, która domaga się krwi, i to krwi niewinnej. Nie będę próbował oddać wrażeń nieszczęśliwego młodego człowieka, równie zmąconych jak myśli, które przechodzą przez głowę szalonego. Długo trwał w tej pozycji, nie śmiejąc odwrócić głowy. Wreszcie podniósł się, zamknął szkatułkę i wyszedł spiesznie z domu, biegnąc przez wieś przed siebie, bez świadomości, dokąd.
Stopniowo świeże powietrze przyniosło mu ulgę; stał się spokojniejszy i zaczął z nieco zimniejszą krwią rozpatrywać położenie i sposoby wydobycia się zeń. Wiadomo już, że nie podejrzewał Barricinich o morderstwo, ale obwiniał ich, że sfałszowali list bandyty Agostiniego, ten zaś list — tak sądził przynajmniej — spowodował śmierć ojca. Ścigać ich jako fałszerzy, czuł, że to niemożliwe. Od czasu do czasu, kiedy przesądy lub instynkty ojczystej ziemi zaczynały go oblegać i ukazywały łatwą zemstę na zakręcie ustronnej drogi, Orso usuwał je ze wstrętem, myśląc o kolegach pułkowych, o paryskich salonach, a zwłaszcza o miss Nevil. Później przychodziły mu na myśl wyrzuty siostry: wszystko, co zostało korsykańskiego w jego charakterze, usprawiedliwiało jej wymówki i czyniło je tym dotkliwszymi.
W tej walce między sumieniem a zabobonem zostawała mu jedna nadzieja: mianowicie wdać się pod jakimkolwiek pozorem w sprzeczkę z jednym z synów adwokata i wyzwać go na pojedynek. Zabić go za pomocą kuli lub szpady godziło pojęcia korsykańskie i francuskie. Przyjąwszy ten środek i obmyślając sposoby wykonania, Orso czuł już wielką ulgę.
Inne słodsze myśli przyczyniły się jeszcze do uśmierzenia jego wzruszeń. Cicero124, zrozpaczony śmiercią córki Tulii, zapomniał o swej boleści, przechodząc w myśl wszystkie piękne rzeczy, jakie mógłby powiedzieć w tym przedmiocie. Rozprawiając w ten sposób, pan Shandy125 pocieszał się po stracie syna. Orso ochłonął nieco, myśląc, iż mógłby skreślić dla miss Nevil obraz stanu swej duszy, który to obraz zainteresowałby niezawodnie tę młodą osobę.
Zbliżał się do wsi, od której, sam nie wiedząc o tym, znacznie się oddalił, kiedy usłyszał głos. To mała dziewczynka, mniemając zapewne, że jest sama, śpiewała, idąc ścieżką wzdłuż chaszczów. Była to powolna i jednostajna uświęcona melodia żałobnych lamentacji. Dziecko śpiewało: „Dla mego syna, dla syna w dalekim kraju — zachowajcie mój krzyż i krwawą koszulę...”
— Co ty śpiewasz, mała? — rzekł gniewnie Orso, ukazując się nagle.
— To wy, Ors’ Anton’! — wykrzyknęło dziecko, nieco przestraszone... — To piosnka panny Kolomby...
— Zabraniam ci tego śpiewać — rzekł Orso straszliwym głosem.
Dziecko, obracając głowę na prawo i lewo, zdawało się szukać, gdzie mogłoby się ukryć, i bez wątpienia byłoby uciekło, gdyby nie wstrzymywała go troska o duży pakiet, który widniał na trawie u stóp dziewczynki.
Orso zawstydził się swej gwałtowności.
— Co ty tam niesiesz, mała? — spytał łagodniej.
A gdy Chilina wahała się z odpowiedzią, uchylił płótno, które okrywało pakiet, i ujrzał, iż zawiera chleb i inne zapasy.
— Komu niesiesz ten chleb, maleńka? — zapytał.
— Wie pan przecież, Ors’ Anton’, wujowi.
— Czy twój wuj jest bandytą?
— Do usług, Ors’ Anton’.
— Gdyby żandarmi cię spotkali, spytaliby, dokąd idziesz...
— Powiedziałabym — odparło dziecko bez wahania — że niosę jeść lukańczykom126, którzy wycinają chaszcze.
— A gdybyś spotkała jakiego zgłodniałego myśliwca, który by pragnął posilić się twoim kosztem i zagarnąć zapasy?
— Nie śmiałby. Powiedziałabym, że to dla wuja.
— W istocie, to nie jest człowiek, który by pozwolił zabrać sobie obiad... Kocha cię bardzo wujaszek?
— O, tak, Ors’ Anton’. Od czasu jak ojciec umarł, on opiekuje się rodziną, moją matką, mną, siostrzyczką. Zanim mamusia była chora, polecał ją bogatym ludziom, aby jej dawali robotę. Mer daje mi co roku suknię, a ksiądz proboszcz uczy mnie katechizmu i czytania, od czasu jak wuj pomówił z nimi. Ale zwłaszcza siostra pańska dobra jest dla nas.
W tej chwili pies ukazał się na dróżce. Dziewczynka, podnosząc dwa palce do ust, wydała ostry gwizd: natychmiast pies podbiegł do niej i połasił się, po czym zagłębił się szybko w chaszcze. Niebawem dwóch ludzi źle ubranych, ale dobrze uzbrojonych podniosło się zza pnia o kilka kroków od Orsa. Można by mniemać, iż podsunęli się, pełzając jak jaszczurki wśród gąszczu czystków127 i mirtów, które porastały pole.
— Och, Ors’ Anton’, bądź pozdrowiony — rzekł starszy z nowo przybyłych. — Jak to, nie poznajecie mnie?
— Nie — rzekł Orso, patrząc nań bystro.
— To zabawne, jak broda i szpiczasta czapka odmieniają człeka! Ejże, poruczniku, przypatrz mi się dobrze. Zapomniałeś już tedy starą wiarę spod Waterloo? Nie przypominasz już sobie Branda Savelli, który wystrzelił niejeden ładunek tuż koło ciebie w tym przeklętym dniu?
— Jak to! To ty? — rzekł Orso. — I zdezerterowałeś w tysiąc osiemset szesnastym!
— Jak powiadacie, poruczniku. Ba! Służba to nudna rzecz, przy tym miałem w kraju rachuneczek do załatwienia. Ha, ha! Chili, dzielna z ciebie dziewczyna! Dawaj prędko, głodni jesteśmy. Nie masz pojęcia, poruczniku, jak życie w chaszczach rozbudza w człowieku apetyt. Kto nam to przysyła, panna Kolomba czy pan mer?
— Nie, wuju. Młynarka dała mi to dla ciebie, a kołdrę dla mamy.
— Czegóż ona chce ode mnie?
— Powiada, że lukańczycy, których wzięła do karczowania, żądają od niej teraz trzydzieści pięć soldów, prócz kasztanów, z przyczyny febry, jaka panuje niżej Pietranera.
— Próżniacy!... Zobaczę. Bez ceremonii, poruczniku, zechcesz podzielić nasz obiad? Spożyliśmy niejeden lichy posiłek razem za czasu naszego biednego krajana, którego spensjonowano.
— Dziękuję bardzo. I mnie też spensjonowano.
— Tak, słyszałem; ale nie musiałeś się pan zbytnio martwić, założyłbym się. Niby względem tego rachuneczku, jaki masz tu do uregulowania. Dalej, księże — rzekł bandyta do towarzysza — do stołu. Panie Orso, przedstawiam panu księdza proboszcza, to jest, nie wiem na pewno, czy ma święcenia, ale ma studia.
— Biedny student teologii — rzekł drugi bandyta — student, panie, któremu nie pozwolono iść za swym powołaniem. Kto wie? Byłbym może został papieżem, Brandolaccio.
— Jakaż przyczyna pozbawiła kościół pańskich talentów? — spytał Orso.
— Drobnostka, rachuneczek do uregulowania, jak powiada przyjaciel Brandolaccio: siostra moja, która narobiła głupstw, gdy ja łykałem szpargały w uniwersytecie w Pizie. Trzeba mi było wrócić do kraju, aby ją wydać za mąż. Ale jej przyszły, zawsze zbyt nagły, umiera na febrę trzy dni przed mym przybyciem. Zwracam się tedy, jak i pan byłbyś zrobił na mym miejscu, do brata zmarłego. Dowiaduję się, że jest żonaty. Co począć?
— W istocie, położenie kłopotliwe. I cóż pan uczynił?
— Hm, to właśnie są wypadki, w których trzeba się uciec do skałki i krzesiwa.
— To znaczy, że...
— Wpakowałem mu kulę w łeb — rzekł zimno bandyta.
Orso uczynił gest grozy. Mimo to ciekawość, a może chęć opóźnienia chwili, w której trzeba będzie wracać do domu, kazały mu zostać na miejscu i prowadzić dalej rozmowę z tymi dwoma ludźmi, z których każdy miał co najmniej jeden mord na sumieniu.
Gdy towarzysz mówił, Brandolaccio postawił przed nim chleb i mięso; wydzielił sobie sam porcję, po czym oddał cząstkę psu, którego przedstawił Orsowi pod imieniem Brusco, jako zwierzę obdarzone cudownym instynktem rozpoznania woltyżera, bez względu na to pod jakim przebraniem. Wreszcie ukroił kawałek chleba i płat surowej szynki i dał siostrzenicy.
— Ładne to życie, życie bandyty! — wykrzyknął student teologii, przełknąwszy kilka kąsków. — Zakosztujesz go pan może kiedy, panie della Rebbia, i poznasz, jak słodko jest nie mieć innego pana niż swoje zachcenie.
Aż dotąd bandyta wyrażał się po włosku, ciągnął dalej po francusku.
— Korsyka to kraj niezbyt zabawny dla młodego człowieka, ale dla bandyty, cóż za różnica! Kobiety szaleją za nami. Ja sam, jak mnie pan widzisz, mam trzy kochanki w trzech różnych okręgach. Wszędzie jestem u siebie. A jedna jest przy tym żoną żandarma.
— Zna pan wiele języków — rzekł Orso poważnie.
— Jeśli mówię po francusku, to dlatego, że widzi pan, maxima debetur pueris reverentia128. Życzymy sobie, Brandolaccio i ja, aby ta mała poszła w życiu dobrą i prostą drogą.
— Kiedy jej będzie piętnaście lat — rzekł wuj Chiliny — wyswatam ją jak się należy. Mam już coś napiętego.
— Ty będziesz prosił o rękę? — rzekł Orso.
— Oczywiście. Czy myśli pan, że kiedy powiem jakiemu bogaczowi: „Ja, Brando Savelli, bardzo byłbym rad, aby syn pański zaślubił Michalinę Savelli”, czy myśli pan, że da się ciągnąć za ucho?
— Nie radziłbym mu — rzekł drugi bandyta. — Kolega ma rękę trochę ciężką.
— Gdybym był łajdakiem — ciągnął Brandolaccio — szelmą, podrzutkiem, potrzebowałbym tylko otworzyć sakwę, a pięciofrankówki sypałyby się do niej aż miło!
— Jest w twojej sakwie — rzekł Orso — coś, co je przyciąga?
— Nie, ale gdybym napisał, jak niejedni robili, do jakiego bogacza: „Potrzeba mi stu franków”, w te pędy by mi je przysłał. Ale ja jestem człowiekiem honoru, poruczniku.
— Wiesz pan, panie della Rebbia — rzekł bandyta, którego towarzysz nazywał proboszczem — wiesz pan, że w tej krainie prostych obyczajów istnieje wszakże paru nędzników, którzy korzystają z szacunku, jaki my budzimy za pomocą naszych paszportów (pokazał na fuzję), aby wyciskać obligi129, naśladując nasze pismo?
— Wiem — rzekł Orso krótko. — Ale jakie obligi?
— Pół roku temu — ciągnął bandyta — przechadzałem się w okolicy Orezza; otóż zbliża się do mnie jakiś ciura130, z daleka już zdejmuje czapkę i mówi: „Ach, księże proboszczu (zawsze mnie tak nazywają), daruj mi pan, pozwól mi trochę czasu; ledwie zdołałem zebrać pięćdziesiąt pięć franków; szczerze mówię, to wszystko, co posiadam”. Ja, osłupiały, powiadam: „Cóż to ma znaczyć, ciemięgo! Co za pięćdziesiąt pięć franków?” „Chciałem powiedzieć: sześćdziesiąt pięć, ale co do tych stu, których pan żąda, to czyste niepodobieństwo131”. „Jak to, łajdaku? Ja żądam od ciebie stu franków? Toż ja cię nie znam”. Wówczas oddał mi list, a raczej brudny świstek, którym wezwano go, aby złożył sto franków we wskazanym miejscu, pod grozą, iż Giocanto Castriconi (to moje imię) spali mu dom i wybije krowy. I ten ktoś miał tę czelność, aby podrobić mój podpis! Co mnie najbardziej dotknęło, to że list był pisany dialektem, pełen błędów ortograficznych. Ja i błędy ortograficzne! Ja, który brałem na uniwersytecie wszystkie nagrody! Na początek dałem ciurze tęgi policzek, po którym okręcił się dwa razy koło osi. „Ha! Ty mnie bierzesz za złodzieja, łajdaku jeden!”, rzekłem i wymierzyłem mu tęgie kopnięcie tam, gdzie pan wie. Ulżywszy sobie nieco, rzekłem: „Kiedy masz zanieść pieniądze w oznaczone miejsce?” „Dziś właśnie”. „Dobrze, zanieś”. Było to u stóp sosny, w miejscu bardzo szczegółowo wskazanym. Niesie pieniądze, zagrzebuje je pod drzewem i wraca do mnie. Zaczaiłem się niedaleko. Przeczekaliśmy tak we dwóch sześć śmiertelnych godzin. Panie della Rebbia, byłbym wytrwał trzy dni, gdyby było trzeba. Po upływie sześciu godzin pojawia się bastaccio132, nikczemny lichwiarz. Schyla się, aby podjąć pieniądze, ja daję ognia; wymierzyłem tak dobrze, że głowa osunęła się właśnie na talary, które wygrzebywał. „Teraz, ciemięgo, rzekłem do chłopka, zabieraj swoje pieniądze i nie waż się już podejrzewać Giocanta Castriconi”. Nieborak, drżąc cały, zgarnął swoich sześćdziesiąt pięć franków, nie zadając sobie nawet trudu, aby je obetrzeć. Dziękuje mi, ja wymierzam mu znów kopniaka na pożegnanie i goni jeszcze dotąd.
— Ach, Proboszczu — rzekł Brandolaccio — zazdroszczę ci tego strzału. Musiałeś się tęgo uśmiać?
— Wyrżnąłem bastaccia w samą skroń — ciągnął bandyta — i to mi przypomniało wiersze Wergilego133:
...Liquefacto tempora plumbo
Diffidit, ac multa porrectum extendit arena.134
Liquefacto! Czy pan wierzy, panie Orso, że kula ołowiana topi się przez szybkość lotu, w powietrzu? Pan, który studiowałeś balistykę, może mnie zechcesz objaśnić, czy to bajka, czy prawda?
Orso wolał podjąć dyskusję w tej kwestii fizykalnej, niż spierać się z licencjantem o moralność jego postępku. Brandolaccio, którego ta uczona rozprawa nie bawiła wcale, przerwał ją, aby zauważyć, iż słońce ma się ku zachodowi.
— Skoro pan nie chciałeś podzielić z nami obiadu, Ors’ Anton’ — rzekł — radzę panu nie dać dłużej na siebie czekać pannie Kolombie. Nie zawsze bywa też zdrowo chodzić po polach, kiedy słońce się schowa. Czemu pan wychodzi bez strzelby? Są tu źli ludzie; niech pan uważa na siebie. Dziś nie ma się pan czego obawiać: Barriciniowie sprowadzają do domu prefekta. Spotkali go na drodze; zatrzymuje się jeden dzień w Pietranera, nim uda się do Corte135 położyć jakiś kamień węgielny, jak to nazywają... ot, bzdurstwa! Dziś wieczór nocuje u Barricinich, ale jutro będą wolni. Jest tam Vincentello, wielkie nic dobrego, i Orlanduccio, też nie lepszy... Niech pan się stara spotkać ich osobno, jednego dziś, drugiego jutro; ale niech się pan ma na baczności, tyle tylko panu mówię.
— Dziękuję za radę — rzekł Orso — ale nie mamy z sobą żadnej sprawy; póki nie przyjdą mnie szukać, nie mam im nic do powiedzenia.
Bandyta przekręcił na bok język i strzelił nim o policzek z ironiczną miną, ale nie odpowiedział nic. Orso podniósł się do drogi:
— Ale, ale — rzekł Brandolaccio — nie podziękowałem panu za proch; przyszedł mi bardzo w porę. Teraz niczego mi już nie brakuje... to jest, brak mi jeszcze trzewików... ale sporządzę je sobie w najbliższych dniach ze skóry dzikiego barana.
Orso wsunął w rękę bandyty dwie pięciofrankówki.
— To Kolomba przysłała ci proch; a tu masz na trzewiki.
— Żadnych głupstw, poruczniku — wykrzyknął Brandolaccio, oddając pieniądze. — Czy mnie pan bierze za żebraka? Przyjmuję chleb i proch, ale nie chcę poza tym nic.
— Między starymi żołnierzami myślałem, że można sobie pomóc. No, bywajcie!
Ale nim odszedł, włożył niepostrzeżenie pieniądze do sakwy bandyty.
— Z Bogiem, Ors’ Anton’! — rzekł słuchacz teologii. — Spotkamy się może któregoś dnia w chaszczach i będziemy dalej prowadzić studia nad Wergilim.
Minął już z kwadrans, jak Orso opuścił swych uczciwych towarzyszy, kiedy usłyszał, że ktoś biegnie za nim ze wszystkich sił. Był to Brandolaccio.
— To trochę nadto, poruczniku! — wykrzyknął zdyszanym głosem. — To trochę nadto! Oto pańskie dziesięć franków. Komu innemu nie przepuściłbym takiego figla. Śliczne ukłony dla panny Kolomby. Ot, jak się zdyszałem przez pana. Dobranoc.