XIX
Chirurg przybył nieco późno. Zdarzyła mu się przygoda w drodze, Giocanto Castriconi, spotkawszy go, poprosił z największą grzecznością, aby zechciał udzielić pomocy rannemu. Przyprowadzono go do Orsa i założył pierwszy ustalający opatrunek. Następnie bandyta odprowadził go spory kawał drogi i wielce zbudował go, rozpowiadając o najsławniejszych profesorach w Pizie, którzy, jak powiadał, byli jego serdecznymi przyjaciółmi.
— Doktorze — rzekł teolog, żegnając się — tchnąłeś we mnie zbyt wiele szacunku, abym uważał za potrzebne przypominać ci, że lekarz powinien być równie dyskretny jak spowiednik. — To mówiąc, bawił się kurkiem u strzelby. — Zapomniałeś doszczętnie miejsca, w którym mieliśmy zaszczyt cię widzieć. Żegnam pana, uszczęśliwiony jestem z pańskiej znajomości.
Kolomba błagała pułkownika, aby się postarał być obecnym przy autopsji.
— Zna pan lepiej niż ktokolwiek strzelbę brata; obecność pańska będzie bardzo użyteczna. Zresztą jest tu tylu złych ludzi, że bylibyśmy narażeni na największe niebezpieczeństwo, gdybyśmy nie mieli nikogo dla obrony.
Zostawszy sama z miss Lidią, młoda dziewczyna zaczęła się żalić na silny ból głowy i poddała myśl przechadzki kilka kroków za miasteczko.
— Świeże powietrze przyniesie mi ulgę — mówiła. — Od tak dawna już nim nie oddychałam!
Idąc, mówiła wciąż o bracie, tak że miss Lidia, którą ten przedmiot interesował dość żywo, nie spostrzegła się, że oddala się znacznie od Pietranera. Słońce miało się ku zachodowi, kiedy uczyniła tę uwagę i zaczęła nakłaniać Kolombę do powrotu. Kolomba znała przesmyk, który, jak mówiła, skraca o wiele powrotną drogę; jakoż, opuszczając ścieżkę, którą szły dotąd, skierowała się na inną, wyraźnie o wiele mniej uczęszczaną. Niebawem zaczęła się wspinać na pagórek tak stromy, iż dla podtrzymania się była zmuszona wciąż się chwytać jedną ręką gałęzi, gdy drugą ciągnęła za sobą towarzyszkę. Po dobrym kwadransie uciążliwego wspinania znalazły się na małej równi pokrytej mirtem i mącznicą164, wśród wielkich złomów granitu, które wynurzały się z gruntu ze wszystkich stron. Miss Lidia czuła się bardzo zmęczona, wsi nie było widać, a była już prawie noc.
— Wiesz, droga Kolombo — rzekła — boję się, czyśmy nie zbłądziły.
— Nie lękaj się niczego — odparła Kolomba. — Idźmy tylko naprzód, trzymaj się tuż za mną.
— Ale upewniam cię, że się mylisz; wieś nie może być z tej strony. Założyłabym się, że idąc tędy, oddalamy się od niej. Ot, te światła, które widzimy tak daleko, z pewnością to jest Pietranera.
— Droga miss Nevil — rzekła Kolomba z podnieceniem — masz słuszność, ale o dwieście kroków stąd, w tych chaszczach...
— Cóż...?
— Orso tam jest; mogłabym go zobaczyć i uściskać, gdybyś zechciała.
Miss Nevil uczyniła gest zdziwienia.
— Wyszłam z Pietranera — ciągnęła Kolomba — niezauważona przez nikogo, ponieważ byłam z panią... inaczej śledzono by mnie... Być tak blisko niego i nie widzieć go!... Czemu nie miałaby pani zajść ze mną zobaczyć biednego Orsa! Tak by go to ucieszyło!
— Ale, Kolombo, to by było niewłaściwe z mojej strony.
— Rozumiem. Wy, panie z miasta, zawsze się kłopoczecie o to, co właściwe; my, proste wieśniaczki, myślimy tylko o tym, co jest dobre.
— Ależ jest tak późno!... A Orso, cóż on pomyśli o mnie?
— Pomyśli, że przyjaciele go nie opuścili, i doda mu to odwagi do zniesienia cierpień.
— A ojciec będzie tak niespokojny...
— Wie, że jesteś ze mną... No więc! Namyśl się... Oglądałyśmy jego portrecik dziś rano — dodała z przebiegłym uśmiechem.
— Nie... doprawdy, Kolombo, nie śmiem... ci bandyci, tam, przy nim...
— No i cóż! Bandyci nie znają cię, o cóż chodzi? Miałaś ochotę ich zobaczyć!
— Mój Boże!
— Prędko, miss Lidio, decyduj się. Zostawić cię tu samej nie mogę; nie wiadomo, co mogłoby się zdarzyć. Chodźmy zobaczyć Orsa albo też wracajmy razem... Nie zobaczę brata... aż Bóg wie kiedy... może nigdy...
— Co ty mówisz, Kolombo?... A więc chodźmy! Ale na minutę tylko i natychmiast wracamy.
Kolomba ścisnęła jej rękę i bez słowa odpowiedzi zaczęła iść z taką szybkością, że Lidia ledwie mogła jej nadążyć. Szczęściem Kolomba zatrzymała się niebawem, mówiąc do towarzyszki:
— Nie posuwajmy się naprzód, nim ich nie uprzedzimy; mogliby nas łatwo poczęstować kulką.
Gwizdnęła w palce; niebawem dało się słyszeć szczekanie psa i ukazała się przednia straż bandytów. Był to nasz stary znajomy, pies Brusco, który poznał natychmiast Kolombę i podjął się służyć jej za przewodnika. Po wielu kołowaniach w wąskich ścieżynach wśród gąszczu dwaj ludzie, uzbrojeni od stóp do głów, ukazali się na spotkanie.
— To ty, Brandolaccio? — spytała Kolomba. — Gdzie Orso?
— Tam! — odparł bandyta. — Ale idźcie ostrożnie: śpi. Pierwszy raz mu się to zdarza od jego wypadku. Pomagaj Boże! Widać dobrze, że tam gdzie przejdzie diabeł, kobieta przejdzie także.
Młode dziewczyny zbliżyły się ostrożnie. Koło ognia, którego blask zasłonięto przezornie, wznosząc niewielki murek z kamieni, ujrzały Orsa, ułożonego na posłaniu z paproci i okrytego burką. Był bardzo blady, słychać było jego ciężki oddech. Kolomba siadła obok i patrzała weń w milczeniu ze złożonymi rękami, jak gdyby modliła się w myśli. Miss Lidia, zasłaniając twarz chusteczką, przytuliła się do niej, ale od czasu do czasu podnosiła głowę, aby popatrzeć na rannego przez ramię Kolomby. Upłynął tak kwadrans, w czasie którego nikt nie otworzył ust. Na znak teologa Brandollaccio zapuścił się wraz z nim w gąszcz, ku wielkiemu zadowoleniu miss Lidii, która po raz pierwszy znajdowała, że wielkie brody i rynsztunek bandytów mają zbyt wiele lokalnego kolorytu.
Wreszcie Orso poruszył się. Natychmiast Kolomba pochyliła się nad nim i uściskała go kilkakrotnie, zasypując pytaniami o ranę, o to czy cierpi, czy czego potrzebuje. Odpowiedziawszy, iż ma się tak dobrze, jak tylko to możebne, Orso z kolei spytał, czy miss Nevil jest w Pietranera i czy napisała doń. Kolomba, schylona nad bratem, zasłaniała w zupełności towarzyszkę, którą zresztą w ciemności, jaka panowała, z trudnością byłby rozpoznał. Trzymała za rękę miss Nevil, drugą zaś ręką unosiła lekko głowę rannego.
— Nie, bracie, nie dała listu... ale ty ciągle myślisz o miss Nevil... kochasz ją zatem?
— Czy ją kocham, Kolombo!... Ale ona... może pogardza mną obecnie!
W tej chwili miss Nevil uczyniła wysiłek, aby cofnąć rękę, ale niełatwo było skłonić Kolombę do wypuszczenia łupu; rączka jej, mimo że drobna i kształtna, posiadała siłę, której widzieliśmy kilka dowodów.
— Pogardza tobą?! — wykrzyknęła Kolomba. — Po tym co uczyniłeś... Przeciwnie, mówi o tobie jak najlepiej... Ach, Orso, miałabym ci wiele do opowiedzenia.
Ręka znów chciała się wymknąć, ale Kolomba przyciągała ją wciąż bliżej Orsa.
— Ależ — mówił ranny — dlaczegóż mi nie odpisała? Jeden jedyny wiersz, a byłbym zadowolony.
Ciągnąc uparcie rękę miss Lidii, Kolomba włożyła ją w końcu w dłoń brata. Wówczas, usuwając się nagle i parskając śmiechem, zawołała:
— Orso, strzeż się, byś nie rzekł czego złego o miss Lidii, bo ona rozumie bardzo dobrze po korsykańsku.
Miss Lidia cofnęła natychmiast rękę; wyjąkała kilka niezrozumiałych słów. Orsowi zdawało się, że śni.
— Pani tu, miss Nevil! Mój Boże! Jak pani się odważyła! Ach, jakiż ja szczęśliwy!
I podnosząc się z trudnością, starał się zbliżyć do niej.
— Towarzyszyłam pańskiej siostrze — rzekła miss Lidia — aby nikt nie mógł podejrzewać, dokąd idzie... a przy tym... chciałam także... upewnić się... Mój Boże, jak panu tutaj niewygodnie!
Kolomba siadła za Orsem. Podniosła go ostrożnie, podtrzymując głowę brata na kolanach. Okoliła mu ramieniem szyję i dała miss Lidii znak, by się zbliżyła.
— Bliżej! Bliżej! — rzekła. — Nie trzeba, aby ranny nadto podnosił głos.
A kiedy miss Lidia zdawała się wahać, wzięła ją za rękę i posadziła tak blisko, iż suknia jej dotykała Orsa, a ręka, którą Kolomba przytrzymywała ciągle, spoczęła na ramieniu rannego.
— Tak jest mu bardzo dobrze — rzekła Kolomba wesoło. — Nieprawdaż, Orso, że dobrze jest być w gąszczu, w obozie, w taką piękną noc jak dzisiejsza?
— Och, tak! Piękna noc! — rzekł Orso. — Nie zapomnę jej nigdy.
— Musi pan bardzo cierpieć — rzekła miss Nevil.
— Nie cierpię już — rzekł Orso — i chciałbym umrzeć tutaj.
I prawa jego ręka zbliżała się do dłoni miss Nevil, którą Kolomba wciąż trzymała w uwięzi.
— Trzeba koniecznie, aby pana przeniesiono gdzieś, gdzie będziemy mogli go doglądać, panie della Rebbia — rzekła miss Nevil. — Nie mogłabym usnąć teraz, kiedy widziałam pana na tak nędznym posłaniu... pod gołym niebem...
— Gdybym się nie obawiał spotkać panią, miss Nevil, byłbym próbował wrócić do Pietranera i oddałbym się sam w ręce władzy.
— I czemu bałeś się spotkać miss Nevil, Orso? — spytała Kolomba.
— Byłem pani nieposłuszny, miss Nevil... nie ośmieliłbym się stanąć przed panią w tej chwili.
— Czy pani wie, miss Lidio, że pani robi z moim bratem, co się pani podoba? — rzekła Kolomba, śmiejąc się. — Nie pozwolę pani go widywać.
— Mam nadzieję — rzekła miss Nevil — że ta nieszczęśliwa sprawa wyjaśni się i że niebawem będzie pan wolny od wszelkich obaw... Będę bardzo rada, jeżeli przed odjazdem dowiem się, iż oddano panu sprawiedliwość i uznano pańską rycerskość zarówno, jak odwagę.
— Pani odjeżdża, miss Nevil! Niech pani nie wymawia jeszcze tego słowa.
— Cóż pan chce... ojciec nie może wiecznie polować... trzeba jechać.
Orso opuścił rękę, która dotykała dłoni miss Lidii. Nastała chwila milczenia.
— Ba! — podjęła Kolomba. — Nie damy państwu odjechać tak rychło. Mamy wam jeszcze wiele rzeczy do pokazania w Pietranera... Zresztą przyrzekła mi pani zrobić mój portret, a jeszcze nie zaczęty nawet... A potem obiecałam napisać dla pani serenatę w siedemdziesięciu i pięciu zwrotkach... A potem... Ale czegóż tam Brusco warczy?... A ot, Brandolaccio pędzi tu za nim... Zobaczmyż, co to.
To mówiąc, wstała i kładąc bez ceremonii głowę Orsa na kolanach miss Nevil, pobiegła ku bandytom.
Nieco zdumiona, iż stała się w ten sposób podporą pięknego młodzieńca sam na sam w chaszczach, miss Nevil nie bardzo wiedziała, co z sobą począć. Usuwając się nagle, lękała się sprawić ból rannemu. Ale Orso opuścił sam słodkie oparcie, jakie siostra mu zostawiła, i podnosząc się na prawej ręce, rzekł:
— Zatem pani jedzie niedługo, miss Lidio? Nie myślałem nigdy, aby pani miała przeciągnąć pobyt w tym nieszczęśliwym kraju... a mimo to od czasu, jak pani tu przybyła, cierpię sto razy więcej na myśl, że trzeba się pożegnać z panią... na zawsze... Jestem biednym porucznikiem... bez przyszłości... obecnie banitą... Cóż za chwila, miss Lidio, aby mówić pani, że cię kocham... ale to z pewnością jedyny raz, że pani mogę to powiedzieć... A mam uczucie, że jestem mniej nieszczęśliwy teraz, kiedy otworzyłem ci serce.
Miss Lidia odwróciła głowę, jak gdyby ciemność nie wystarczała dla ukrycia rumieńca:
— Panie della Rebbia — rzekła drżącym głosem — czyż byłabym przyszła tutaj, gdyby... — To mówiąc, wciskała w rękę Orsa egipski talizman. Następnie, czyniąc gwałtowny wysiłek, aby wrócić do żartobliwego tonu, który jej był zwyczajny, dodała: — To bardzo źle z pana strony, panie Orso, mówić w ten sposób... W tym gąszczu, otoczona bandytami, wiesz dobrze, że nie ośmieliłabym się pogniewać na pana.
Orso uczynił ruch, jak gdyby chcąc ucałować rękę, która wręczała mu talizman; że zaś miss Lidia usunęła ją za szybko, stracił równowagę i upadł na chore ramię. Nie mógł się wstrzymać od bolesnego jęku.
— Uraził się pan, drogi panie Orso? — krzyknęła, podnosząc go. — To moja wina, daruj mi...
Mówili jeszcze jakiś czas ściszonym głosem, z głowami nachylonymi bardzo blisko siebie. Kolomba, która nadbiegła spiesznie, znalazła ich dokładnie w tej pozycji, w jakiej ich zostawiła.
— Woltyżerowie! — krzyknęła. — Orso, próbuj podnieść się i iść, ja ci pomogę.
— Zostaw mnie — rzekł Orso. — Powiedz bandytom, aby się ratowali... niech mnie biorą, nie dbam o to, ale zabierz miss Lidię: na miłość Boga, niech jej nie ujrzą tutaj!
— Nie zostawię cię, poruczniku — rzekł Brandolaccio, który zbliżył się za Kolombą. — Sierżant woltyżerów jest chrześniakiem adwokata; zamiast uwięzić, zabije cię po prostu, a powie, że stało się to przypadkiem.
Orso spróbował się podnieść, zrobił nawet kilka kroków, ale ustając rychło, rzekł:
— Nie mogę iść. Uciekajcie, ratujcie się. Bądź zdrowa!
— Nie opuścimy cię! — wykrzyknęły obie kobiety.
— Jeśli nie możesz iść — rzekł Brandolaccio — trzeba cię będzie zanieść, poruczniku. No, dalej, tylko odwagi; będziemy mieli czas zemknąć wąwozem, tam z tyłu. Proboszcz zatrudni ich tu przez chwilę.
— Nie, zostawcie mnie — rzekł Orso, kładąc się na ziemi. — Na miłość boską, Kolombo, zabierz miss Nevil!
— Pani jesteś silna, panno Kolombo — rzekł Brandolaccio. — Chwyć go za ramiona, ja trzymam za nogi. Dobrze! Naprzód, marsz!
Unieśli go szybko mimo protestów; miss Lidia spieszyła za nimi, śmiertelnie przerażona. Naraz rozległ się strzał, któremu odpowiedziało natychmiast kilka innych. Miss Lidia wydała krzyk, Brandolaccio zaklął, ale podwoił kroku, Kolomba zaś za jego przykładem biegła przez gąszcz, nie zważając na gałęzie, które jej smagały twarz lub rozdzierały suknię.
— Schyl się, schyl, droga — mówiła do towarzyszki — kula może cię dosięgnąć.
Szli, lub raczej biegli w ten sposób z pięćset kroków, kiedy Brandolaccio oświadczył, że już nie może, i osunął się na ziemię mimo upomnień i wyrzutów Kolomby.
— Gdzie miss Nevil? — pytał Orso.
Miss Nevil, wystraszona strzałami, wstrzymywana co chwila gąszczem, straciła niebawem ślad uciekających i została sama, wydana na pastwę najżywszych obaw.
— Została z tyłu — rzekł Brandolaccio — ale nie zginęła: kobiety odnajdują się zawsze. Słuchaj tylko, Ors’ Anton’, jaki hałas robi tam Proboszcz twoją fuzją. Na nieszczęście, ciemno choć oko wykol; taka pukanina po nocy nie przynosi nikomu wielkiej szkody.
— Pst! — wykrzyknęła Kolomba. — Słyszę konia, jesteśmy ocaleni.
W istocie, koń, zbłąkany widać w chaszczach, przerażony hałasem, zbliżał się ku nim.
— Ocaleni! — powtórzył Brandolaccio. Podbiec ku koniowi, chwycić go za grzywę, założyć w usta pętlę w kształcie uzdy było dla bandyty, wspomaganego przez Kolombę, dziełem jednej chwili.
— Uprzedźmy teraz Proboszcza — rzekł.
Gwizdnął dwa razy; oddalony gwizd odpowiedział na ten sygnał i manton przestał się odzywać swoim basem. Wówczas Brandolaccio wskoczył na konia. Kolomba posadziła brata przed bandytę, który obejmował go silnie jedną ręką, gdy drugą kierował wierzchowcem. Mimo podwójnego ciężaru koń, zachęcony dwoma tęgimi uderzeniami nogą, ruszył żwawo i zbiegł w galopie ze stromego pagórka, na którym wszelki inny koń niż korsykański zabiłby się sto razy.
Kolomba zawróciła wówczas i ruszyła z powrotem, wołając miss Nevil, ale żaden głos nie odpowiadał jej wołaniu... Idąc jakiś czas na oślep, starając się odnaleźć drogę, którą przyszła, spotkała na ścieżce dwóch woltyżerów, którzy krzyknęli: „Kto idzie?”
— Cóż tam, panowie! — rzekła Kolomba drwiąco — A to mi dopiero hałasy! Ilu zabitych?
— Byłaś pani w kompanii bandytów — rzekł jeden z żołnierzy — pójdziesz z nami.
— Bardzo chętnie — rzekła — ale zgubiłam tu przyjaciółkę i trzeba nam ją odnaleźć.
— Przyjaciółka już nakryta; pójdziecie obie przespać się w więzieniu.
— W więzieniu? To się pokaże, ale tymczasem zaprowadźcie mnie do niej.
Woltyżerowie zawiedli Kolombę do obozu bandytów, gdzie zgromadzili trofea ekspedycji: burkę, którą był okryty Orso, stary garnek i dzbanek pełen wody. Tamże znajdowała się miss Nevil, która zdybana przez żołnierzy, wpół umarła ze strachu, odpowiadała łzami na pytania co do liczby bandytów oraz kierunku, w jakim się udali.
Kolomba rzuciła się w ramiona miss Lidii i szepnęła do ucha: „Ocaleni”. Następnie, zwracając się do sierżanta:
— Panowie — rzekła — widzicie przecież, że ta panienka nie ma pojęcia o tym, o co ją pytacie. Pozwólcie nam wrócić do wsi, gdzie oczekują nas z niecierpliwością.
— Zaprowadzi się was tam, i to prędzej niżbyś pragnęła, moja gołąbko — rzekł sierżant. — Tam wytłumaczycie się, coście robiły w chaszczach o tej porze, w towarzystwie bandytów, którzy właśnie uciekli. Nie wiem, jakich czarów używają te łajdaki, ale to pewna, że muszą rzucać urok na dziewczęta, wszędzie bowiem, gdzie są bandyci, można być pewnym, że znajdzie się ładne buziaki.
— Bardzo pan uprzejmy, panie sierżancie — rzekła Kolomba — ale dobrze byś zrobił, gdybyś zechciał uważać na słowa. Ta panienka jest kuzynką prefekta i nie trzeba z nią żartować.
— Kuzynka prefekta! — szepnął jeden z woltyżerów do naczelnika. — Prawda, ma kapelusz.
— Kapelusz nic nie stanowi — rzekł sierżant. — Były tu obie z Proboszczem, który jest największy zwodziciel w całej okolicy, i obowiązkiem moim jest zabrać je z sobą. Zresztą nie mamy tu już nic do roboty. Gdyby nie ten przeklęty kapral Taupin... pijaczyna Francuz pokazał się, nim zdążyłem okolić chaszcze... gdyby nie on, złapalibyśmy ich w potrzask.
— Jest panów siedmiu? — rzekła Kolomba. — Wiecie panowie, że gdyby przypadkiem trzej bracia Gambini, Sarocchi i Teodor Poli165 znaleźli się z Brandolacciem i Proboszczem pod krzyżem świętej Krystyny, mogliby wam narobić tęgiego kłopotu. Gdyby się wam trafiła rozmówka z „Komendantem świeżego powietrza”166, nie miałabym ochoty być przy tym. Kule nie rozróżniają po nocy nikogo.
Możliwość spotkania z groźnymi bandytami, których Kolomba wymieniła przed chwilą, uczyniła na woltyżerach pewne wrażenie. Ciągle klnąc kaprala Taupin, psa-Francuza, sierżant dał znak do odwrotu. Oddział skierował się ku Pietranera, unosząc z sobą burkę i garnek. Co do dzbanka, wymierzono mu sprawiedliwość kopnięciem nogi. Woltyżer chciał ująć miss Lidię za ramię, ale Kolomba odepchnęła go.
— Niech nikt jej nie tyka! — rzekła. — Myślicie, że mamy ochotę uciekać? Chodź, Lidio, chodź, droga, oprzyj się na mnie i nie płacz jak dziecko. A to mi przygoda, ale nie skończy się źle; za pół godziny siądziemy do wieczerzy. Co do mnie, umieram z głodu.
— Co pomyślą o mnie? — mówiła cicho miss Nevil.
— Pomyślą, żeś się zbłąkała w gąszczu, ot i wszystko.
— Co powie prefekt?... Co powie ojciec zwłaszcza?
— Prefekt?... Odpowiesz mu, by pilnował swojej prefektury. Ojciec?... Sądząc ze sposobu, w jaki rozmawiałaś z Orsem, myślę, że to raczej ty masz coś do powiedzenia ojcu.
Miss Nevil ścisnęła ją za ramię bez odpowiedzi.
— Nieprawdaż — szepnęła jej Kolomba — że Orso wart jest, aby go kochać? Nie kochasz go troszeczkę?
— Ach, Kolombo — odparła miss Nevil, uśmiechając się mimo zawstydzenia — zdradziłaś mnie, mnie, która ci tak ufałam!
Kolomba okoliła jej kibić ramieniem i całując ją w czoło, rzekła po cichu:
— Siostrzyczko mała, przebaczasz mi?
— Muszę już, moja straszna siostro — odparła Lidia, oddając pocałunek.
Prefekt i prokurator mieszkali u wicemera; pułkownik, bardzo niespokojny o córkę, przybiegał ze dwudziesty raz pytać ich o nowiny, kiedy woltyżer, wysłany przez sierżanta przodem jako goniec, opowiedział o straszliwej walce stoczonej przeciw bandytom, walce, w której nie było wprawdzie zabitych ani rannych, ale w której wzięto łupem kociołek, burkę i dwie dziewczyny, będące, jak mówił, kochankami lub szpiegami bandytów. Tak oznajmione, ukazały się dwie branki wśród zbrojnej eskorty.
Można sobie wyobrazić promieniejącą twarz Kolomby, zawstydzenie jej towarzyszki, osłupienie prefekta, radość i zdumienie pułkownika. Prokurator pozwolił sobie na złośliwą przyjemność poddania biednej Lidii lekkiemu śledztwu, które zakończył dopiero wówczas, gdy ją doprowadził do zupełnego pomieszania.
— Zdaje mi się — rzekł prefekt — że możemy wszystkich wypuścić na wolność. Panienki wyszły na przechadzkę, nic naturalniejszego w tak piękną pogodę; spotkały przypadkiem sympatycznego młodego człowieka rannego; również rzecz bardzo naturalna.
Następnie, biorąc na stronę Kolombę:
— Może pani donieść bratu — rzekł — że sprawa obraca się lepiej, niż się spodziewałem. Badanie zwłok, zeznania pułkownika stwierdzają, że strzelił jedynie w obronie i że był sam w chwili walki. Wszystko się ułoży, ale trzeba, aby jak najprędzej opuścił chaszcze i oddał się w ręce władzy.
Była blisko jedenasta, kiedy pułkownik, jego córka i Kolomba zasiedli do wystygłej wieczerzy. Kolomba jadła z wybornym apetytem, żartując sobie z prefekta, prokuratora i woltyżerów. Pułkownik jadł, ale nie mówił ni słowa, spoglądając ciągle na córkę, która nie podniosła oczu znad talerza. Wreszcie łagodnym, ale poważnym głosem rzekł po angielsku:
— Lidio, zatem ty zaręczyłaś się z Orsem?
— Tak, ojcze, od dziś — odparła, rumieniąc się, ale pewnym głosem.
Następnie podniosła oczy i nie widząc na fizjonomii ojca gniewu, rzuciła się w jego ramiona i uściskała go, jak czynią dobrze wychowane panny w podobnych okolicznościach.
— Niech i tak będzie — rzekł pułkownik. — To dzielny chłopak, ale na Boga, nie zostaniemy w jego diabelskim kraju! Albo odmawiam zezwolenia.
— Nie rozumiem po angielsku — rzekła Kolomba, która im się przyglądała z nadzwyczajną ciekawością — ale założę się, że zgadłam, co mówicie.
— Mówimy — odparł pułkownik — że zabierzemy panią w podróż do Irlandii.
— Owszem, chętnie, i będę surella Colomba167! Już zgoda, pułkowniku? Uderzymy się w ręce.
— W takich wypadkach jest zwyczaj się uściskać — rzekł pułkownik.