Armia zapada się pod ziemię. Ranni tak nie potrafią. Biały fosfor. Blondynka

2 września 1944 roku rano Niemcy zajmują Stare Miasto. Dzieje się coś, czego dzieje wojen jednak nie zaznały: otoczone wojsko — dosłownie — zapadło się pod ziemię. Byli i nie ma. Wynurzą się w innych dzielnicach, żeby dalej walczyć. W zburzonej dzielnicy zostają cywile i ranni. Wiadomo, że ciężko rannych, którzy nie mieli szans zapaść się pod ziemię, było w kilku szpitalach i punktach opatrunkowych około 2500. Jeszcze przed upadkiem dzielnicy personel medyczny odbierał rannym umundurowanie, wszelkie elementy uzbrojenia i oporządzenia, aby Niemcy nie mogli w razie czego powiedzieć, że trafili na szpital wojskowy i pod tym pretekstem nie wymordowali wszystkich. Początkowo Niemcy, poza pojedynczymi przypadkami, zachowywali się wobec rannych poprawnie, niektórzy nawet obiecywali pomoc, transport, leki. W powstańczych szpitalach często leżeli też ranni Niemcy, którzy głośno domagali się dobrego potraktowania Polaków, podkreślając, że byli traktowani na równi z innymi rannymi. Jednak jak zauważa w relacjach Antoni Przygoński, po godzinie 11:00 następuje gwałtowna zmiana nastawienia. Być może zapada wówczas w sztabie Reinefartha albo von dem Bacha jakaś decyzja, nie wiemy do dzisiaj jaka. Wszędzie jednak powtarza się ten sam schemat — personel zostaje zmuszony do opuszczenia szpitala. Oprawcy dają na to zazwyczaj 5 do 10 minut. Nieliczni lekarze, pielęgniarki, sanitariuszki wraz z rannymi, którzy są w stanie się poruszać, wychodzą ze szpitali; pozostali ranni i personel, który nie chce opuścić budynków, piwnic — jest rozstrzeliwany na miejscu. Do sal są wrzucane granaty, a budynki są podpalane.

Niemcy nie chcą wchodzić do piwnic. Boją się, że tam wszędzie gdzieś pozostają niedobitki tych, którzy nie zdążyli zejść do kanałów. Załatwiają sprawę znanymi metodami — nie tylko w szpitalach, ale na całej Starówce — wrzucają granaty, strzelają z broni maszynowej wtykanej w otwory okienne, oblewają benzyną i podpalają, czasem używają miotaczy ognia. W halach fabrycznych przy Świętojerskiej 10 ginie 12 ciężko rannych żołnierzy Armii Ludowej i dwie sanitariuszki, których w zamieszaniu ostatnich dwóch dni obrony Starówki zapomniano ewakuować do głównego szpitala przy ulicy Długiej 7.

W relacjach pojawiają się te same obrazy — ranni, którzy od wielu dni nie byli w stanie się ruszać, zaczynają pełznąć do wyjścia, po podłogach, po schodach, po gruzach, nawet wtedy, gdy budynki płonęły. Młodociane sanitariuszki i pielęgniarki wielokrotnie są gwałcone, później także często mordowane. Zdarza się to także sanitariuszkom czekającym ze lżej rannymi na ulicach i podwórkach na rozkaz wymarszu w kierunku punktów etapowych. Tak dzieje się przy szpitalu koło kościoła św. Jacka. Po podpaleniu szpitala ranni z pomocą pielęgniarek i ks. Franciszka Kuleszy zostają wyniesieni wprost na ulicę Starą i tam czekają dwa dni na ewakuację wraz z czuwającymi przy nich sanitariuszkami. Sanitariuszki między 2 a 4 września są kilkukrotnie gwałcone, ale trwają przy rannych. Wśród zgwałconych jest 13-letnia dziewczynka. 4 września udaje się etapami przenieść większość rannych do szpitala przy kościele Karmelitów na Krakowskim Przedmieściu. Niemcy zabijają 8 osób — 6 mężczyzn i 2 kobiety, co wydaje się cudem przy liczebności szpitala 200 rannych.

Równolegle wśród grup ludności cywilnej zaczęto przeprowadzać doraźne selekcje, oddzielając chorych, starców i inne osoby, które uznano za niedołężne, nienadające się do transportu i późniejszej przymusowej pracy. Rozstrzeliwuje się je w ustronnych miejscach, a następnie podpala zwłoki. Wiele z takich egzekucji odbyło się przy ul. Wąski Dunaj. Pierwsi mieszkańcy Starego Miasta, którzy wrócili do zrujnowanej dzielnicy w 1945 roku, wspominają o znalezionej tam wannie pełnej ludzkich prochów.

Na Starym Mieście przebywało w czasie walk około 100 tysięcy cywilów, wliczając w to uciekinierów z Woli. W drugiej połowie sierpnia, w trakcie walk o północną część tego rejonu, Niemcy meldowali około 15 tysięcy „jeńców”, w dniach 31 sierpnia i 1 września mówili o przejęciu kolejnych 10 tysięcy cywilów, a 2 września dowodzący 9 Armią Klaus Von Vormann meldował wzięcie na Starym Mieście 35 tysięcy jeńców, w tym około 8 tysięcy mężczyzn. Różnica pomiędzy liczbą 100 tysięcy a liczbą „jeńców” skierowanych do Pruszkowa, do obozu przejściowego, wynosi około 40 tysięcy. To prawdopodobna liczba osób cywilnych, które zginęły w trakcie walk o Starówkę. Zwraca też uwagę Antoni Przygoński na dysproporcję pomiędzy ilością kobiet i mężczyzn, która wynosi między 3 a 4:1, podczas gdy w normalnych warunkach powinna oscylować jeżeli nie około 1:1, to — biorąc wzgląd na warunki wojenne 1:2. Ta różnica to około 5–7 tysięcy mężczyzn i mniej więcej na tyle obliczają historycy tragiczny bilans rzezi urządzonej przez zwycięzców na Starym Mieście.

Chciałem już zakończyć na dzisiaj, ale męczyło mnie przez ostatnie noce jedno zdanie z opracowania A. Przygońskiego, strona 503, akapit drugi od góry, gdzie mowa jest o zagładzie szpitala przy ulicy Podwale 25 (100 ciężko rannych) oraz Podwale 46 (30 ciężko rannych).

„W obu tych szpitalach hitlerowcy wypędzili personel medyczny i lżej rannych, w liczbie około 20 osób, pozostałych zaś rannych obsypali płytkami fosforowymi i podpalili. Do tych, którzy resztkami sił próbowali się wydostać z płonących pomieszczeń, strzelano”.

Biały fosfor. Płytki, czy kostki, palą się w temperaturze od 100 do 1300 stopni, nie dają się ugasić wodą, zostawiają świecące nocą blizny. Skąd się wziął fosfor w rękach ludzi, bo przez gardło nie przechodzi mi słowo „żołnierz”, Reinefartha? Skąd ten fosfor wziął Przygoński w relacji o upadku Starówki? Idąc za przypisem na dole strony, przez Internet wracam z powrotem do Stanisława Podlewskiego, „Przemarsz przez piekło”. Jak to? Przecież czytałem całe, jak to możliwe, że wracam tam, skąd wyszedłem?! Zatem ruszam tropem Podlewskiego — kim był, że historyk powołuje się wprost na niego? Za jednymi drzwiami otwierają się kolejne i kolejne, a każde z nich prowadzą gdzie indziej.

Stanisław Podlewski pisał swoją książkę, jej pierwszą niepełną wersję, zbierając relacje jeszcze w drodze do Oflagu95 Sandbostel. Zapisał sześć zeszytów, resztę zapisywał na etykietach puszek, banderolach. Wszystkie materiały przechowywał w poduszce, jaśku, który stał się dla niego ważniejszy niż cokolwiek. Pisał wbrew swoim przełożonym, którzy bali się, poniekąd słusznie, że jeżeli takie archiwum wpadnie w ręce Niemców lub Sowietów — skutki mogą być opłakane. Kilkukrotnie musiał ratować swoje archiwum, w tym raz w obawie przed rewizją rzucił poduszkę przez druty do sektora zajmowanego przez jeńców sowieckich. Oddali, nawet nie zajrzeli do środka. W kwietniu, w czasie marszu śmierci z Sandbostel, jeden z konwojentów przystawił mu do głowy pistolet, żądając tej poduszki. Podlewski wydukał po niemiecku, że jest kontuzjowany i lekarz zaleca mu spanie z jaśkiem pod głową, dlatego to dla niego ważne. Esesman miał powiedzieć „durny Polaczek” i pozwolił mu zostawić poduszkę, zabierając chleb, konserwę, bieliznę i buty. Po wojnie zapiski Podlewskiego — dotyczące głównie obrony Śródmieścia i Starego Miasta — wydaje w odcinkach organ „Pax”96, „Dziś i jutro”, kierowany przez Bolesława Piaseckiego97, przedwojennego przywódcę „pałkarzy” z Falangi-ONR. Były żołnierz batalionu „Iwo” pracuje całe życie, otrzymuje setki listów, zbiera relacje, porównuje z dokumentami. Jego „Przemarsz przez piekło” czyta się jak reportaż. W czytelniku rodzą się wątpliwości — skąd autor wziął te słowa, to zdanie wypowiedziane przez tego czy innego powstańca albo cywila? Co więcej — Podlewski posługuje się w oryginale tylko pseudonimami. Jakby nie wierzył, że można już ujawniać, kto był kim. Ale jakoś dziwnie się mu ufa, nawet nie wiedząc, w jakich warunkach zaczął pracę nad dziełem. Coś jest ze szlachetnego stopu w tych historiach, coś co każe wierzyć im bardziej niż suchym słowom historyków. I nader często na niego właśnie, jako na źródło, inni historycy wskazują. Jakby mówili szeptem — On napisał, że tak jest, było i to znaczy, że tak było. Podlewski chciał napisać monumentalną panoramę Powstania pod tytułem Stolica wolności, która objęłaby cały czas Powstania, wszystkie głosy, dzielnice. Dzieło tak skończone jak Monte Cassino Wańkowicza98. I czuć też ducha Wańkowicza w jego pracach, powinowactwo wydaje się wręcz oczywiste. Planuje zatem wydanie kolejnych części — u schyłku życia pracuje nad kolejnym tomem opowiadającym historię pierwszych dni po godzinie „W” — Wolność krzyżami się znaczy, książka wyjdzie po jego śmierci w roku 1989.

Tak, to u niego znajduje się relacja z zagłady dwóch szpitali powstańczych przy ulicy Podwale 25 oraz 46. Relacja o płytkach fosforu pochodzi prawdopodobnie od Danuty Ślązak (po mężu Gałkowa, zmarła w roku 2018), ps. „Blondynka”99, sanitariuszki batalionu „Chrobry I”. Ranna w wybuchu czołgu saperskiego na ulicy Kilińskiego 13 sierpnia, cudem ocalona 31 sierpnia, kiedy prawie wszyscy jej koledzy zostali zasypani w zbombardowanym pasażu Simonsa. Koledzy wtedy namawiali, żeby poszła odpocząć na kwatery, ale powiedziała, że idzie do rannych na punkt opatrunkowy. Potem, kiedy trzeba było wyjść kanałami, koledzy namawiają ją, jako lekko ranną, żeby wyszła z nimi. Odmawia, chce zostać z rannymi. I jest z nimi wtedy, kiedy do szpitala „Pod Krzywą Latarnią” wpadają Niemcy i obsypują rannych płytkami z fosforu białego. Może dostali go od żołnierzy Luftwaffe, którzy mogli mieć do niego dostęp, bo były nim wypełniane bomby zapalające. Ranni płoną, próbują zrywać opatrunki, żeby ugasić ogień, obecny ksiądz poprzez ich wrzask udziela wszystkim rozgrzeszenia „in articulo mortis”. Z tego piekła, w potwornym zamieszaniu, wydobędzie 21, inni mówią 22 rannych. Przeprowadzi ich na ulicę Długą 3, potem na Freta 1/3. Nie, nie osobiście — nie dałaby rady przenieść 21 lub 22 ciężko rannych mężczyzn. Oni będą pełznąć po ulicy w świetle płonących wokół budynków, a ona będzie usuwać z ich drogi gruzy, szkło, zabitych. Ich szlak będzie znaczyło czerwone pasmo krwi na ziemi. Będzie szabrowała dla nich po piwnicach wodę, napoje, jedzenie. Będzie z nimi, nie mając świadomości, że 2 października Powstanie skapitulowało — aż do 8 października. Zmarłych będzie wynosić przed wejście kamienicy, żeby ich widok i odór rozkładających się ciał odstraszał niemieckie patrole od wchodzenia do środka.

8 października 1944 roku w czasie jednej wypraw po żywność przy ruinach kościoła św. Jacka spotka patrol Czerwonego Krzyża, dzięki któremu jej ranni znajdą się jeszcze tego samego dnia w szpitalu przy ulicy Wolskiej. Jeden w ciężkim stanie, ps. „Elegant”, będzie musiał mieć od razu amputowaną nogę. Następnego dnia — zgodnie z obietnicą daną rannemu przed operacją — wyjdzie za niego za mąż i przyjmie po mężu nazwisko Gałka.

Z 21 lub 22 rannych do 8 października 1944 przeżyje ona, „Elegant” — Mieczysław Gałka100 i „Edek” — Edward Matecki101. Pozostali umrą z chorób, krwotoków, głodu, zastrzeleni przez Niemców. 9 lub 10 rannych wyjdzie któregoś dnia na wezwanie niemieckiego patrolu do opuszczania piwnic, być może chcąc zakończyć swoją gehennę wspomaganym samobójstwem. Po wojnie Danuta Gałkowa zostanie odznaczona m.in. Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari oraz najwyższym odznaczeniem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża — Florence Nightingale Medal. Ale na zawsze zostaną z nią krzyki rannych, płonących żywcem, gdy ona, sama poparzona, z płonącymi włosami, które gołymi rękami gasi na niej „Elegant” — próbuje wydobyć kogo się tylko da z infernalnej czeluści, w jaką zamienia się zasypany fosforowymi płytkami szpital „Pod Krzywą Latarnią”.

— Siostro! Ratuj! Nie zostawiaj nas!