Powiśle. Kryzys. Wielka śmiertelność niemowląt

Poza miastem z początkiem września o poranku bywa chłodno. W mieście jest inaczej, miasto jest cieplejsze. Bardzo często bywało tak, że kiedy wyjeżdżałem od nas ze wsi — na trawie był szron, a szyby były zamrożone, co nie zdarzało się jeszcze w mieście. Często jest tak, że na przedmieściach pada deszcz, a w centrum już nie, bo odparowuje nad ziemią. To się zdarza latem. Miasto emituje ciepło, zawsze. Co dopiero, kiedy nie ma w nim wody i nie ma czym gasić pożarów. To może mylić co do pory roku. We wspomnieniach z początków września zgodnie pojawia się złoty kolor liści, na przykład pnączy na willach Sadyby i Czerniakowa, szczególnie tego ostatniego, który nie zaznał jeszcze prawdziwego piekła. Inaczej sprawa miała się z Sadybą, która była wówczas osobnym osiedlem, pełnym willi, ogrodów, drzew, ale w początkach września już płonęła.

Przez cały czas trwania Powstania (a trwa ono już trzydziesty siódmy dzień) Niemcy nie mieli dość sił, aby dokonać szturmu generalnego zbuntowanego miasta, nie mieli nawet dość środków, żeby zaciągnąć wokół miasta szczelną blokadę, dzięki czemu była możliwa komunikacja między Puszczą Kampinoską a Żoliborzem, tak długo jak w Kampinosie pozostawały oddziały partyzanckie. Natomiast Powstańcy byli jeszcze słabsi od Niemców, więc z jednej strony Niemcy systematycznie bili Powstańców częściami, a z drugiej jedna dzielnica nie była w stanie efektywnie pomóc drugiej, czego dowiodły krwawe lekcje przy próbach przebijania się z Żoliborza na Stare Miasto i ze Starego Miasta na Śródmieście. Nie istniało też tak naprawdę, na co zwraca uwagę Kirchmayer, Borkiewicz i Przygoński, jednolite dowodzenie dzielnicami. Zarówno Komenda Głowna AK, jak i dowództwo okręgu AK miało niezłą orientację w sytuacji w Śródmieściu Północ, Południe, na Powiślu — i na tym koniec. Nie działało dalsze rozpoznanie, a Mokotów, Żoliborz i Czerniaków żyły własnym życiem.

Oddziały partyzanckie z kolei, które rozkazem z 14 sierpnia wezwał na pomoc Warszawie „Bór”-Komorowski, były lepiej uzbrojone od sił powstańczych, ale nie radziły sobie w warunkach walk ulicznych, a co więcej — przyzwyczajone do niezłego wiktu i warunków życia w lesie, w mieście zaczynały cierpieć głód i upadało w nich morale. Ich marsz i zogniskowanie uwagi na ewentualnej militarnej pomocy poprzez przebijanie się do miasta wykluczało normalną walkę partyzancką na liniach komunikacyjnych nieprzyjaciela. Kirchmayer i Sowa uważają, że był to błąd pokazujący brak przemyślanej strategii przed Powstaniem i nerwowe, chaotyczne dowodzenie w trakcie. Istotnie — ani zgrupowania w Lasach Chojnowskich i Kabackich, ani w Kampinosie, ani inne w planowy sposób nie zakłócały, nie nękały komunikacji sił niemieckich z Warszawą. Niemcy zatem bili Powstanie częściami, przeciwko wybranym ośrodkom zawsze koncentrując przeważające siły, korzystając w pełni z infrastruktury kolejowej i drogowej w okolicach Warszawy. Okręg „Obroża” przez cały czas trwania Powstania wykonał bowiem tylko jedną akcję wysadzenia torów kolejowych. Jedynym dyspozycyjnym oddziałem Powstania pozostaje topniejące w krwawych walkach zgrupowanie „Radosław”, które liczy na początku września zaledwie kilkuset uzbrojonych żołnierzy. Do końca powstania z Batalionu „Zośka” zginie 360 z 520 żołnierzy, z batalionu „Miotła” w szeregach zgrupowania zostanie 46 żołnierzy, mniej niż 15% stanu wyjściowego. Z całego zgrupowania w Śródmieściu przed kapitulacją spośród początkowych 2300 żołnierzy zgromadzi się 230 ludzi.

W czasie kiedy trwały zaciekłe walki na Woli i Starówce, Powstańcy na Mokotowie, korzystając z chwilowej słabości Niemców, rozszerzyli znacznie stan posiadania na Dolny Mokotów i obszary między Sadybą a Mokotowem. Z kolei samą Sadybę 19 sierpnia po krwawych walkach zajmuje zgrupowanie partyzanckie z Lasów Chojnowskich, składające się w sporej części z oddziałów, które w nocy z 1 na 2 sierpnia 1944 po niepowodzeniach Godziny „W” wyszły z Warszawy, m.in. z Mokotowa i Ochoty. Powstańcy umacniają się i mimo rosnącego nacisku ze strony Niemców będą się bronić. Sadyba — flankująca każdy ruch na Warszawę z południa, będąca wysuniętą redutą obronną Mokotowa — upadnie dopiero 2 września. Pod pociskami najcięższej niemieckiej artylerii i bombami nadal bezkarnych samolotów walą się stropy Fortu Dąbrowskiego, który jest głównym punktem oparcia Powstańców. Kilkuset żołnierzom uda się przebić na Dolny Mokotów. Rannych, jeńców i spore grupy ludności cywilnej Niemcy rozstrzeliwują na miejscu. Do masakry kilku tysięcy cywilów w ruinach Fortu Dąbrowskiego nie dochodzi na skutek interwencji jednego z generałów niemieckich, który, stojąc na beczce po benzynie, przemawia do zebranych, że zostaną wyprowadzeni z miasta i nie stanie im się krzywda. To przemówienie pamięta wielu świadków. Historycy uważają, że był to sam Erich von dem Bach-Zelewski, który jak wynika z dzienników, głęboko wierzył w Boga i w to, że Najwyższy specjalnie go posłał do Warszawy, aby ocalić kobiety i dzieci, aby tłumienie Powstania odbywało się humanitarnie. Bardzo go osobiście zaboli, kiedy radio BBC wymieni go wśród 28 zbrodniarzy wojennych, których alianci obiecają pociągnąć do odpowiedzialności po wojnie. Co innego Dirlewanger, Reinefarth, których nie znosił osobiście, ale on sam? Około dwustu żołnierzy obsadzających Sadybę zdoła się ewakuować na Mokotów, wśród nich łączniczka Leokadia Pauzewicz102, lat 19:

„A moi chłopcy złapali mnie na nosze i ciągnęli tam, gdzie był nasz punkt noclegowy, blisko Cmentarza Czerniakowskiego. Przechodzili przez jakieś pole, kartoflisko. Ja byłam na tych noszach. Wtedy nadleciał sztukas. Oni, słysząc, że on strzela, ich chyba więcej [było], ale ten jeden mi utkwił [w pamięci], chcieli się schować i tam był taki jeden kopczyk po kartoflach, że oni się świetnie wsunęli. A ja (czasami rzeczywiście Pan Bóg odbiera zupełnie rozum człowiekowi) uznałam, że nic mi się nie stanie i że sobie poleżę na tych noszach. On nad nami przeleciał. To jest nieprawdopodobnie trudne do uwierzenia. Nie mówiłam o tym do czasu, jak potwierdziło się, że inni też to widzieli. Ja, tak leżąc, widoczność była tak fantastyczna, że widziałam tę młodą twarz pilota, widziałam okulary i widziałam, że on mnie też widzi. Przeleciał i wrócił. Wrócił i zobaczyłam na tym piasku, na tej suchej ziemi takie malutkie fontanny. Piasek tak jakoś leciał. I w pewnym momencie sobie zdałam sprawę, że on strzela do mnie, bo tu nikogo nie było. Chłopców nie widział, bo oni byli w tym kopcu i poleciał. Słyszę warkot — wraca! Po tej samej linii. Ale mi się wydało, że to jest niemożliwe. Ale pomyślałam sobie — udam, że mnie trafił. Zupełnie tak, na spokojnie. Opuściłam głowę. Jeszcze strzelał. Tak chyłkiem spojrzałam, kącikiem, broń Boże, nie ruszając się. Ręce opuściłam. Poleciał i nie wrócił. I wcale nie byłam jakaś zestresowana, wystraszona. Pomyślałam sobie — a jednak, szkopie, przechytrzyłam cię! I to był chyba ostatni taki moment, gdzie byłam dzielna, odważna i nie bałam się”.

[za portalem www.sadyba24.pl]

Spacyfikowanie Sadyby to pierwszy akt nowej strategii niemieckiej w Warszawie, która ma sprowadzać się do odcięcia Powstania od Wisły, zza której może przyjść odsiecz. Niemcy zdawali sobie sprawę, że lada moment ruszy sowieckie natarcie. Zapewne ich wywiad wiedział też, że w rejonie Warszawy walczy Armia WP103, i nie było żadnej gwarancji, że dowodzona przez podległych komunistycznym władzom w Lublinie, ale jednak polska, nie zdecyduje się na jakąś desperacką akcję pomocy powstaniu.

Dlatego następnego dnia po upadku Starówki i Sadyby, 3 września, Niemcy bez pauzy operacyjnej przystępują do zmasowanego ostrzału i ataku na Powiśle oraz północne rejony Śródmieścia. Na mapie widać, jakby dwie strony gigantycznych cęgów zaczynały się zaciskać wokół powstańczego centrum: jedne z północy, drugie z południa. Dla oddziałów wycofanych ledwo ze Starówki — „Sosna” na Śródmieściu Północ, „Róg” na Powiślu i „Radosław” na Czerniakowie — to szczególnie ciężkie doświadczenie. Dla ludzi z dzielnic do tej pory w większej części ocalonych od zniszczenia, jakiego doznała Wola i Stare Miasto, nasilenie działań niszczycielskich jest wstrząsem. 4 września przestaje działać elektrownia104, z której po zaciętych walkach wycofuje się oddział „Cubryny”105, który pierwszego dnia walk zdobył, a następnie chronił ten newralgiczny dla funkcjonowania miasta obiekt. Wyłączone zostają warsztaty zbrojeniowe, drukarnie, wiele urządzeń użyteczności publicznej w śródmieściu. Zaczyna brakować wody, nie tylko do picia, ale też — co pilniejsze — do gaszenia pożarów. Z braku wody pożary gasi się piaskiem, ziemią. Von dem Bach nie jest jednak zadowolony z tempa natarcia na Powiślu. Zapisuje w swoim dzienniku zdanie:

„Wczoraj rano zaczął się mój atak na południową część Śródmieścia. Niestety, nie posuwa się dobrze. Polacy walczą jak bohaterowie. Czas nagli ze względu na bolszewików, jednak nie daje się przyspieszyć”.

Być może to spowoduje, że po 4 września pojawiają się coraz częściej relacje o gnaniu przed atakującymi czołgami i działami pancernymi cywilów i rannych, wziętych do niewoli Powstańców. To metody znane i sprawdzone w praktyce przez Niemców na Woli i Starówce. Będą je stosować nadal, mimo że 3 września w oficjalnej audycji radiowej Niemcy uznają prawa kombatanckie żołnierzy AK.

Spychaniu żołnierzy ze zgrupowania „Krybar” na Powiślu, wzmocnionych ledwo co wycofanymi ze Starówki niedobitkami ze zgrupowania „Róg”, towarzyszy coraz słabiej kontrolowany exodus ludności cywilnej napędzany świadomością tego, jaki los spotkał ludność Woli, Ochoty i Starego Miasta. Cywile z Powiśla uciekają do Śródmieścia Północnego, a ci z Północnego przez zajęty przez Powstańców, ale ostrzeliwany na wylot fragment Alej Jerozolimskich odpływają do Śródmieścia Południe, które uchodzi za spokojniejsze. Dalej już nie ma gdzie uciekać. Daje się słyszeć zdania „Zostawią nas jak tamtych na Starówce i na Woli”, ludzie pomstują na powstańców, obrzucają ich obelgami, plują im pod nogi. Często gniew dotyka nie tych z pierwszej linii, ale tych, których widać między cywilami — rannych, pozbawionych broni, wykonujących czynności pomocnicze.

6 września Powiśle i część północnego Śródmieścia, aż po Nowy Świat (a konkretnie jego parzystą stronę) znajduje się w rękach niemieckich. Obronę musi wesprzeć wycofane ze Starego Miasta Zgrupowanie „Sosna”. Niebawem, 9 września, zostanie ciężko ranny i umrze dwa dni później jego dowódca, Gustaw Billewicz „Sosna”106, major artylerii. Zapasy żywności ocenia się na wystarczające do 7 września, amunicji przy średnim zużyciu na 1 dzień. 6 września artyleria niemiecka zapala szpital na Powiślu przy ulicy Pierackiego 3/5, w którym znajduje się około 200 rannych. Brak jest wody i innych środków gaśniczych. Kilkudziesięciu rannych na wyższych piętrach płonie żywcem. Trzeba siłą odpychać sanitariuszki, które chcą mimo wszystko biec na górne piętra ratować rannych. Ciężko ranni skaczą z okien na ulicę.

Bór nadaje 6 września 1944 meldunek do Londynu, w którym pisze m.in.:

„Sytuacja osiąga swój punkt kulminacyjny. Ludność cywilna przeżywa kryzys, który może mieć zasadniczy wpływ na oddziały walczące. Przyczyny kryzysu: coraz silniejsze i zupełnie bezkarne ostrzeliwanie i burzenie miasta, świadomość, że npl [nieprzyjaciel] dąży do zniszczenia całego obszaru na wzór Starówki, bezterminowe przedłużanie się walki, coraz mniejsze porcje głodowe dla pogorzelców i szybkie wyczerpywanie się żywności dla pozostałych, wielka śmiertelność wśród niemowląt, agitacja czynników wrogich, brak wody i elektryczności we wszystkich dzielnicach. [...] Amunicja jest na wyczerpaniu. [...] Czy oceniacie, że działania na Zachodzie mogą w najbliższych dniach przynieść zakończenie wojny? Na szybkie opanowanie Warszawy przez Sowiety nie liczymy”.

Nie wiadomo, co konkretnie znaczy „wielka śmiertelność wśród niemowląt”. To jedno z tych lakonicznych zdań, które nie dają się rozjaśnić. Są jak czarna dziura, wchłaniają każdą próbę rozumnego zmierzenia się z nimi. Nie wiadomo, co w ogóle wie Komenda Głowna AK, skoro wydaje się jej, że działania na Zachodzie — toczące się aktualnie we Francji — miałyby przynieść zakończenie całej wojny ciągu kilku dni.

Po południu „Bór” nadaje jeszcze jeden radiogram do Londynu. Po raz pierwszy pojawia się w nim słowo „kapitulacja” i podane są zastają trzy opcje — usunąć ludność cywilną i walczyć do ostatka [należy dorozumieć — bez kapitulacji], kapitulować całością sił, kapitulować dzielnicami.

„Ewentualności te podajemy wam zawczasu, byście mogli przygotować na to anglosaskich mężów stanu. Sądzimy bowiem, że stłumienie powstania w Warszawie ma nie tyle aspekty wojskowe, co polityczne. Wczesne zaś ich uświadomienie sobie przez was i sprzymierzeńców może być pomocne przy rozgrywkach politycznych”.

Nazajutrz Antoni Chruściel „Monter” wyda płomienną odezwę do żołnierzy, wzywając ich do dalszej wytężonej walki. Po latach jeden z żołnierzy Zgrupowania „Radosław”, z batalionu „Czata 49”, Mieczysław Kurzyna ps. „Miecz”107 opowie Władysławowi Bartoszewskiemu:

„kiedy zgrupowanie „Radosława” szło kolejno do Woli, poprzez ruiny getta, Stare Miasto, Śródmieście, Czerniaków, Mokotów i potem z powrotem do Śródmieścia, aż wreszcie po kapitulacji wychodziło przez Wolę, to zawsze najpierw spotykaliśmy dzielnicę słoneczną, roześmianą, niezniszczoną, kiedyśmy ją opuszczali, pozostawał za nami gruzy. Tak było również na Czerniakowie. [...] Teren do obrony barykady nie był wygodny, jedna strona odsłonięta na ostrzał, z drugiej strony bronił „Dom Włókna Polskiego”, ale miał duże okna i trzeba je było zabezpieczyć. I tam właśnie wyciągnęliśmy z piwnic wydawnictwa „Cuda Polski” i z nich układaliśmy w oknach barykady jak z worków z piaskiem. [...], uprzytomniło mi [to] specjalnie wyraźnie, że jest to bitwa jakoś ostatnia”.

Ale to się miało dopiero się zdarzyć.


W skromnej opinii narratora nie mamy do czynienia jedynie z przypadkiem

Świat trzeba sobie zadać, przeżyć. Jeżeli nie ma już tego świata, trzeba spróbować się do niego zbliżyć, na przykład przejść, poznać kraj poety, odnaleźć srebrną łyżkę z zastawy i ważyć ją w dłoni przez chwilę. Warto ufać rzeczom, przedmiotom, krajobrazom.

Atawistycznie wierzę przedmiotom, dotykowi, który potwierdza, że są naprawdę, a jeżeli nie ma przedmiotów, to szukam przedmiotów, które mówią o innych przedmiotach albo o ludziach. Na przykład książek. Sama czynność czytania jest równie ważna jak dotykalny kontakt z przedmiotem, jakim jest książka. Z tego pewnie rodzi się to złudne poczucie Obecności, któremu uległ dwuletni synek, widząc dwa razy Pana na schodach prowadzących na poddasze, Pana którego poza nim nie widział nikt inny. Tam jest masa książek i ja ich dotykam czytając, przerzucam nerwowo kartki, przekładam stosiki, czegoś szukam wieczorami, śledzę jak teksty nawzajem do siebie się odsyłają.

Czasami grzebię w sieci, ale sieć wskazuje znowu na książki, a książki na siebie nawzajem. Czasem uznaję, że jakąś książkę wypada kupić, trzeba mieć, dać jej miejsce u siebie.

Tak było i tym razem. Książka kosztowała kilka złotych, o ile się nie mylę była tak tania, że przesyłka kurierska byłaby droższa niż książka, dlatego wybrałem opcję listu poleconego. Poleciałem z awizem na pocztę i rozpakowałem zawartość, wyrzucając tekturki, resztki taśmy, kopertę z adresem zwrotnym do kosza zaraz pod pocztą. Usiadłem w samochodzie i otworzyłem książkę na pierwszej stronie. To był egzemplarz nie tylko z dedykacją, ale także z wklejonymi na II stronie okładki rodzinnymi zdjęciami.

Książkę o użyciu kanałów w Powstaniu Warszawskim dedykowała swojemu, jak można się domyślić z tonu — byłemu mężowi, Andrzejowi Wyczańskiemu — Pani Krystyna Wyczańska, ps. „Zofia”, 2 dni po swoich 77 urodzinach w roku 1999 (stąd łatwo było policzyć, że urodziła się w roku 1922, w Powstaniu miała lat 22). Wieczorem krok po kroku odcyfrowałem bez większego kłopotu resztę.

Krystyna Wyczańska była koleżanką Jana Bytnara „Rudego” z podziemnego harcerstwa, zaprzysiężoną do służby w Armii Krajowej w 1942 roku przez niejakiego Tadeusza Wardejna-Zagórskiego „Gozdawę”108 i przydzieloną jako łączniczka do Komendy Głównej AK. W 1943 roku wspierała pierwszą wyprawę Jana Nowaka-Jeziorańskiego z dokumentami Państwa Podziemnego do Sztokholmu. Zagrożona aresztowaniem ukrywa się, pracując dalej dla Biura Informacji Propagandy AK. W Powstaniu zgłosiła się 13 sierpnia ochotniczo do służby łącznikowej w kanałach, uczestniczyła między innymi w ewakuacji Komendy Głównej AK ze Starego Miasta do Śródmieścia 26 sierpnia. 27 sierpnia ruszyła kanałami z misją na Żoliborz, w trakcie której została ranna odłamkami granatu w nogi i resztę Powstania spędziła w szpitalu na Żoliborzu. Za służbę w kanałach odznaczona Krzyżem Walecznych.

Andrzej Wyczański służył w zgrupowaniu „Oaza” na Sadybie i Czerniakowie. Ranny tego samego dnia co Krystyna Wyczańska, wówczas jeszcze Sroczyńska, 27 sierpnia. Ktoś rzucił mu granat pod nogi, zaczepny, z blachy. Przeżył, chociaż jak wspominał — rany zaczęły się goić dopiero w grudniu. To było na rogu ulicy Czerniakowskiej i Podchorążych, w pobliżu którego to miejsca spędziłem kawał dzieciństwa — mieszkając na dzisiejszej ulicy Jurija Gagarina, róg Podchorążych. Przypadek. Po wojnie został profesorem, napisał jeden z tomów „Historii Powszechnej”, którą w komplecie, jako student pierwszego roku historii, kupiłem sobie w przewidywaniu, że ukończę kiedyś raz rozpoczęte studia, co nie okazało się takie proste. W zasadzie nie okazało się w ogóle, bo studiów nawet dobrze nie zacząłem, a już je przerwałem po pierwszym roku. Ale wydanie „Historii Powszechnej” zostało.

Książka „Kanały w Powstaniu Warszawskim” kosztowała kilka złotych, nie opłacało się zamawiać kuriera. Ale nie trzeba było drzeć koperty, być może byłoby od kogo dowiedzieć się czegoś więcej.

Historia książki i historia w książce przenikają się. Kiedy trzymam ją w ręku, wydaje mi się, że nawet czuję jakieś pulsowanie. I coraz trudniej uwierzyć mi w przypadki, i coraz bardziej wierzę synkowi, który widział Pana, jak idzie na górę, po schodach, na poddasze do Taty, mimo że nikt poza nim tego nie widział.